Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

MENTALNOŚĆ Z SADEŁKIEM
Notatkę dodano:2013-05-03 21:59:56

Moja dzisiejsza opowiastka nie będzie patriotyczna, choć data stanowi niejaki przymus do akurat takiego tematu. Jednak to moja szuflada a w niej nikt nie będzie mi nakazywał ani rozporządzał co i gdzie ma być poukładane. Czcza gadanina naznaczona rozbuchanymi banialukami w stylu „moja ojczyzna” w ustach niektórych osób, mało sympatyczne odruchy wzbudza. Odwracają głowy, mija znacząca data i punkt widzenia zmienia się diametralnie. I już moja ojczyzna jest gdzieś indziej, bratni naród to zupełnie inna nacja, i znikąd pojawia się pogarda do własnych korzeni i języka.

    Ja więc sobie daruję i dziś zupełnie z innej beczki, luźny tekst bez głębszych pokładów powagi. Jakiś rok temu potrzebowałam, a może bardziej z kobiecej próżności chciałam uzupełnić swoją garderobę o coś, co dawałoby mi możliwość zarówno korzystania w sytuacjach odświętnych, jak i tych z rodzaju wizyty, wyjścia. Wiadomo, kobieta to istota, której szafa będzie nie domykać się od nadmiaru fatałaszków a ona z jakiejś wrodzonej ślepoty nie będzie widzieć, w co może w konkretnej sytuacji się ubrać. Bywa,że chcemy dziwnym odruchem coś do tego istniejącego już ogromu dorzucić, coś co będzie świeże, nowe, inne. Tak i mi zdarzyło się omotanie chęcią zakupu czegoś po prostu nowego i odświętnego. Może chciałam być potraktowana niczym Julia Roberts w niezapomnianej swojej roli, kiedy to grono doradczyń zadbało o nowy wizerunek otaczając profesjonalizmem i z niejakim pietyzmem dobierając coś w czym stała się inną osobą. Zasobność portfela nie dawała takich możliwości, na sponsora nadziei brak, pozostała jedyna możliwość – zaufana koleżanka jako organ doradczy i wolny czas na obchód wszystkich możliwych sklepów. Organ doradczy, sprawiał się rewelacyjnie, jednak już w pierwszych mających spełnić marzenia butikach zaczęły się schody, kręta droga, pionowa ściana - nie do przebycia. Ekspedientki nie mogły zrozumieć krótkich komunikatów którymi starałam się określić czego potrzebuję, lub co mnie niejako uszczęśliwi. Czyż tak wielkim cudem jest, że kobieta pół dekady po czterdziestce nie pragnie obnażać pępka, kolano woli mieć zakryte, nie lubi brązów a w przeźroczystej tunice czuje się niczym już płonąca w płomieniu świecy ćma? Budziłam niezrozumienie, konsternację u ekspedientek a przymierzana garderoba we mnie budziła coraz głębsze niezadowolenie, stres i odczucie zupełnej rozbieżności numeracji z darami natury oraz samoistnie wyhodowaną tkanką grzewczą. Im dalej w naszych poszukiwaniach się zgłębiałyśmy tym mniejsza moja chęć na uzupełnianie wyimaginowanych braków odzieżowych. Dochodziło do sytuacji, kiedy górne pokłady kobiecości musiały być odziane w numerację przewyższającą minione lata życia, natomiast dolne rejony wołały o mniejszy rozmiar. Coraz większa złość i gorycz ogarniała moją osobę, zwątpienie chęci dokonania zakupu a panika całokształt poszukiwań. Fakt niezaprzeczalny, wymiary zwiewnej nimfy w zamierzchłą przeszłość odeszły, jednak czyż stałam się jedyną, nieproporcjonalną istotą w czterdziestotysięcznym mieście? A może powinnam dostosować się do ogółu, wywalić lędźwie, eksponować pępek, narzucić na siebie coś, na co samo patrzenie powoduje większą chęć nic nie założenia niż założenia akurat tego? Z moich zakupów niewiele wtedy wyszło, jednak małymi kroczkami, coś zaczęłam przestawiać w swoim podejściu do siebie i swojego ciała. Parę miesięcy trawiłam możliwości, aż w końcu stwierdziłam, że wystarczy i tkanki, na którą nie można dokonać bezstresowego zakupu, i czas wielki ku częściowemu powrotowi do choć odrobinę większej zwiewności swojego jestestwa. Nie będę zanudzać jakimi katorgami, się traktowałam, czy było to męczące czy też przyszło łatwo. Udało mi się zejść i z wagą, i z rozmiarówką odzieży, do poziomu zadowalającego. To po cóż ten tekst, można zapytać, jaki jego sens, gdzie kryje się haczyk? Ot kobiece wynurzenia, ale sedno całej mojej opowieści gdzieś indziej delikatnie na szczuplejszym tyłeczku siedzi. Mianowicie kupując ubrania mentalnie ciągle jestem osobą w rozmiarze XL. Pierwszy odruch to sięgnięcie po odzież oznaczoną takim symbolem. Jakieś przyduże się wydaje, więc biorę elkę, a ona zaskakująco czasami też sprawia wrażenie obszerności. Targa mną uczucie, jakby ktoś robił dowcip z mojego zaskoczenia, nie daję wiary, mierzę i ciągle trwam w zdumieniu. Jeśli to zaskoczenie mnie opuści zapewne powstanie nowy tekst, kobieco próżny i z nikłym sensem.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PŁYNNE PRZEJŚCIA NASTROJÓW
Notatkę dodano:2013-05-02 20:31:03

W sposób prawie cudowny z pochmurnego dnia zrobił się już wczesny wieczór. Dzień, choć niczym szczególnym się nie wyróżnił mogę zaliczyć do tych lepszych w swoim normalnym przebiegu. Lubię taką normalność, gdzie nic nie zakłóca ani nie koliduje z moimi planami. Miała być praca od piątej rano i była, miało być po niej spotkanie z moimi Kleszczami, pójście na basen i też było . Wczorajszy odgrzewany obiad na chybcika, chwilka w pozycji horyzontalnej dla wypoczynku i wyjście z młodym do oddalonej spory kawałek „Biedronki”. Przecież jutro też jest wolne, a śniadanie jakieś trzeba będzie skonsumować. Młody obiecał powściągliwość zachowania, w które to obietnice udawałam, że wierzę. Może wczoraj największą bolączką moją było to nic nie robienie. Dziś niczym patchwork mój dzień z różnych kawałeczków pozszywany i może właśnie przez to lepsze samopoczucie. Jakieś obciążenie genetyczne łagodniejszą wersją pracoholizmu. Nie musi to być praca dająca wymierne korzyści materialne, może być zwykłe czytanie książki ale chyba chodzi o sam fakt zajęcia, które wciągnie, i które da zapomnieć o bezsensie bezczynności.

Dziś Kleszczyk po raz pierwszy był na basenie. Jakoś do tej pory coś nam zawsze krzyżowało plany. Pójście na basen z dzieckiem wyklucza zajęcie się z upodobaniem i beztroską tylko sobą. Jesteśmy zaaferowani osobą Młodego, który ani posłuszeństwem nie grzeszy, ani chęcią zbytnią do dyscypliny w wodzie nie pała. Może za późno zabieramy się za edukację w pływaniu, jednak tak to już jest, jeśli basen w innej miejscowości niż zamieszkanie. Jeśli dojrzeje do własnej decyzji o nauce pływania postaram się zrobić wszystko aby go dowozić, odbierać i doprowadzić do nauczenia tego co mi daje tak dużo przyjemności. Nie musi to być traktowane jako wyczynowe uprawiane sportu ale właśnie jako coś co da chwilę odpoczynku. Pamiętam jak poszłam po raz pierwszy po przeszło ośmiu latach przerwy na basen. Przepłynęłam 25 metrów, zatrzymałam się przy brzegu i sapiąc niczym zagoniony psiak, stwierdziłam, albo tak się zestarzałam i nie do poprawki to już zostanie, albo tylko zapuszczenie i brak kondycji. Okazało się, że wiek jednak w granicach tolerancji a kondycję jakoś poprawiłam. Teraz mogę pływać przez bitą godzinę, zwielokrotniając to pierwotne 25 metrów i nie czuję zmęczenia ani nie słyszę swojego dysząco - sapiącego oddechu. Może Kleszczyk też poczuje kiedyś wielką przyjemność w kontakcie z wodą ,jednak do tej pory wiele wody musi upłynąć a i mój wiek już wtedy będzie nie do poprawki, ale taka kolej w naszym życiu , przemijamy a nasze miejsce zajmują inni ze swoimi pasjami i przyjemnościami.

 

W ramach wyjaśnienia , miało mnie nie być aż do po weekendowego poniedziałku , pozytywnie się pokrzyżowało , i dzięki mężowi oraz jego współczesnym czarom przy użyciu komórki oraz laptopa, dostęp do sieci jest dla mnie możliwy. Zwolniona wersja, powolne działania a zarazem radość, że jednak nie znikły mi na te wolne i pracujące dni poza domem możliwości dostępu. Na ile to będzie możliwe będę korzystać, pewnie do soboty, kiedy to małżon z Kleszczem jadą do domu a ja zostanę na wygnaniu aż do poniedziałku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KIEPSKI WSTĘP
Notatkę dodano:2013-05-01 19:01:09

Mój pierwszy majowy wolny dzień zasmuca swym bezsensem i marazmem, który ogarnął mnie całą swoją przemożną siłą. Czuję marnotrawienie mijającego czasu, choć tyle było planów i spraw do zrobienia. Nie cierpię takiego stanu, kiedy mam nieodparte wrażenie przelatywania cennych chwil pomiędzy palcami. Jestem w domu rodzinnym, z uwagi na nieszczęsny pojazd, którego brak sparaliżowałby moje dojazdy do pracy. Takie rozwiązanie nie jest może zbyt komfortowe ale jedyne w sytuacji, w której się znalazłam. Zapowiadana piękna majówka odstręcza temperaturą na zewnątrz oscylującą na poziomie dziesięciu stopni, w celu upiększenia chłodu dochodzi do niego wilgoć oraz wiatr. Siedzimy w domu, nieprzygotowani konfekcyjnie do takich warunków pogodowych. Młody cały dzień z uporem maniaka puszcza po podłodze szklane kulki, których dźwięk sprawia narastanie złości. Grający telewizor, który dla mnie jest sprzętem zbędnym i bez którego doskonale mogę się obejść, również nie daje nic budującego. Moja złość narasta, osiąga niebotyczne poziomy, których nie bardzo mam czym zniwelować. Bezsensowne siedzenie w domu. Bezczynność. Mówi się, że mądrzy ludzie nigdy się nie nudzą. Mam książkę, która mnie wciągnęła jednak przy znudzonym sześciolatku wgłębienie się w lekturę nie jest sprawą łatwą do zrobienia. Przerywniki w stylu „ mamo.....mamo...” i wszystko bierze w łeb. U siebie w domu nie nudziłabym się. Pełna szafa ubrań, wśród których znalazłoby się coś odpowiedniego na panujące warunki pogodowe. A i siedzenie we własnych domowych czterech kątach też daje więcej możliwości zarówno dla mnie jak i młodego. Tu jestem nie do końca u siebie i czuję złość. Czekam na noc, kiedy zamknę oczy pogrążając się w ciszy i zapomnieniu, aby po paru godzinach snu obudzić się i zacząć kolejny majowy dzień pracą na godzinę piątą rano. Muszę wziąć się w garść aby mój maj był inny niż pierwszy jego dzień. Wykrzesanie hurra optymizmu nie jest łatwe ale jakoś muszę dokonać przemiany złości w jej przeciwieństwo, które pozwoli mi normalnie funkcjonować. Huśtawka nastrojów, a może nieuchronnie zbliża się pewien, kolejny etap w życiu kobiety, o którym słyszałam nie mając jeszcze w bezpośrednim udziale?. Pożyjemy, zobaczymy, choć zakładam tylko nacisk pogody w zestawieniu z niejakim dyskomfortem odczuwalnym w zakończonych ostatnio pracach stomatologicznych, które chyba nie zupełnie potoczyły się tak jak miały, bo od minionej soboty męczę się okrutnie przypominając sobie co znaczy ból zębów. Tak mi się jakoś nakładają te wszystkie czynniki nie dając pozytywnego nastawienia. Jeszcze parę godzin i kolejny dzień rozpocznę z nowymi pokładami sił witalnych, optymizmu, dobrego humoru .Do poniedziałku muszę dotrwać z bolącym zębem, i jeśli nic nie ulegnie poprawie ponownie zagoszczę na foteliku miłego pana doktora. A tak bardzo miałam nadzieję, że już wyszłam na prostą. I jak tu nie być silną kobietą ? Skoro życie nie głaszcze po głowie a częściej daje odczuć swą surowość waląc z pięści w plecy, lub dając kopa w wiadomą część ciała .


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


MÓJ KOD MORSEA
Notatkę dodano:2013-04-30 08:41:32

Zbliża się długi, majowy weekend, który już za parę godzin zacznę od wyjazdu do rodzinnego domu. Posiekany ten mój nadchodzący czas pracą a, że samochód ciągle niesprawny muszę sobie tak poukładać przyszłe dni aby bezkolizyjnie one minęły nie pozostawiając goryczy. Nie planuję, choć chciałabym, co będzie to przyjmę, choć zapewne pomamroczę pod nosem na to co jest, a co mogłoby być. Już nawet Kleszczyk nauczył się, że jak mama mamrocze to nie ma co ciągnąć za język i szukać przyczyn. Ucinam pytania krótkim : „ nic takiego , mamroczę sobie pod nosem”. To wystarcza, aby dziecko nie drążyło, bo wie, że nic to nie da. Mamy takie swoje sformułowania, tajemny język, który tylko dla nas coś znaczy. Chyba każdy tak ma. Każdy związek, każda para, bliższe osoby mają swój kodowany język, którego treść i przesłanie wiadome jest tylko dla nich. To nie muszą być wielkie słowa, ogromne treści, raczej hasełka, które nic nie mówiące dla postronnych wywołują uśmiech lub skojarzenia dla bezpośrednio zainteresowanych. Może się mylę uważając ,że tak mają i inni, ale jak pamiętam, zarówno z tej dalszej przeszłości jak i obecnie coś takiego powstaje i trwa między mną a paroma osobami. Zresztą podobnie rzecz się ma nie tylko z tymi, wobec których istnieje głębsze moje zaangażowanie. Czasami sytuacje, które przeżyłam, naznaczyły się w naszej pamięci i później wystarczy hasło abyśmy akurat my, uczestnicy sytuacji od razu wiedzieli o co chodzi. Zaczynamy śmiech, wspominki a inni patrzą otumanieni, zupełnie pozbawieni jakiegokolwiek punktu zaczepienia i odrobiny nawet wiedzy w konkretnym temacie. Przeszło cztery lata temu, można rzec odległość w czasie kosmiczna, wydarzyło się coś co dla mnie i paru osób uczestniczących w pewnym spotkaniu będzie wiadome jeśli tylko powiem słowo: „WYTŁACZANKA”. I wiem, że jeśli spotkamy się w jakimkolwiek gronie a to słowo padnie, następującym po nim odruchem będzie śmiech tych paru uczestników tamtejszych wydarzeń. Reszta może mieć zaskoczone miny, nastąpi niejaka konsternacja a nam to jedno słowo zupełnie wystarczy. Podobnie sprawy mają się w bliskich związkach czy to kochanków, par małżeńskich czy też jak u mnie i mojego dziecka. Tajemny język. Ubogaca to nasze życie, dodaje pewną dozę tajemniczości dla postronnych, powoduje zacieśnienie relacji i daje poczucie czegoś zarezerwowanego tylko dla tych, wśród których dziwy językowe powstały i coś znaczą. Na nic nie zdadzą się tłumaczenia, wyjaśniania kulisów - tajemne słowa nie będą nic znaczyć dla obcych, choćby na tacy mieli podane całe spektrum znaczenia. Czasami z biegiem lat zapominamy, że kiedyś byliśmy dla kogoś „…......” tu, każdy może wstawić swój tajemny przydomek. A przecież w czasie pierwszych spotkań, randek, chwil uniesienia zdarzało się tworzyć nazwy tylko dla tej jedynej, tego wybranego. Podobnie zapewne jest w każdym, no powiedzmy, w wielu związkach. Nie przytoczę jak mnie nazywał mój mąż, bo przecież to nasza tajemnica i niech taką pozostanie, jednak przyjmijmy, że ktoś mówił kolokwialnie „kociaczku” i tak sobie przy tym stworze trwali, z biegiem lat albo „kociaczek” zadomowił się w ich języku albo też został wyparty na rzecz innego pseudonimu. Czasami osaczająca nas normalność daje zapomnieć, że kiedyś byłam „....” a przypomnienie tego faktu wywołuje uśmiech bo przecież nasza tajemnica ciągle gdzieś w nas trwa i to słowo choć nie używane jest wyłącznie naszym szyfrem a postronni nigdy dostępu do niego mieć nie będą .

 

Ciekawa jestem, czy jeśli poproszę osoby, które czytują moje teksty o wpisanie w komentarzach swoich tajemnych imion, to ktoś uczyni zadość mojej prośbie.

A teraz zmykam aż do poniedziałku, kiedy to z przeogromną ciekawością zajrzę tu i wkleję kolejne swoje przemyślenia.


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


WYBUCH NOWEGO
Notatkę dodano:2013-04-29 18:55:47

 

Niesamowita prędkość mijającego czasu sprawiła, że ani się obejrzałam stał się koniec kwietnia. Co prawda dziś dopiero przedostatni dzień tego miesiąca, jednak galop w którym przeleciały wszystkie dni od jego początku stworzył wrażenie, ogromnej szybkości stawania przeszłością tego co przed chwilą było przyszłością. Nic to odkrywczego, ani zaskakującego. Co miesiąc takie odczucie mamy, z tą może różnicą, że letnie miesiące bardziej stonowane pogodowo, nie dają takiej huśtawki i zmienności w naszych odczuciach. Początek miesiąca, kiedy śnieg jeszcze potrafił zaskoczyć a wiosna w żaden sposób nie dawała nadziei teraz przy jego końcu wreszcie mamy prawdziwą pobudkę natury do dalszego, zielonością wyznaczonego życia. Jeszcze nie jest to wybuch pełni ulistnienia, jednak kwitnące o tej porze roku krzewy zaskakują mnogością kolorów. Ludzie chcąc ubarwić swoje posesje nasadzają różnie ubarwione krzewy, które z dalszej perspektywy jawią się całkowitą różowością, intensywną żółcią lub śnieżną bielą. Odrealnione i pozbawione jakiejkolwiek odrobiny zieleni wyglądają bajkowo i niezwykle w tych swoich różnobarwnych przybraniach. Za chwilę kwiecie zniknie zastąpione zielonymi liśćmi a my przez chwilę potrwamy w zaskoczeniu, że tak prędko przyroda uporała się z nierealnością koloru. Zapanuje zieleń w niejakiej jednolitości, gdzieniegdzie tylko przecinana barwami. Teraz jeszcze jest coś co uwielbiam a czego obserwacja sprawia mi przyjemność, taką na jaką mogę sobie pozwolić tylko samym początkiem wiosny. Ogromne pąki liści kasztana z których niejako wykluwają się one wiotkością naznaczoną połyskliwą seledynową zielenią. Zanim staną się wielopalczastymi ogromnymi ciemnozielonymi liśćmi przechodzą stadium bycia delikatnymi niczym jedwab wiszącymi dziwami natury. Kwitnący dąb ze swoimi kudełkami zamiast czegokolwiek innego zanim stanie się mocarzem w zieleni skromnie zaczyna swój sezonowy żywot.

I jeszcze wola życia w przyrodzie, możemy jej, my ludzie pozazdrościć. Ktoś wyciął okoliczne krzaki uznając ich zbędność, może nieatrakcyjność, może kolizyjność z resztą otoczenia, pozbawił wszystkiego co znajdowało się nad ziemią. Pozostałości zeschniętych patyków i resztek nie dawały nadziei na powtórne odbicie a jednak gdzieś z boku, z nadzieją na niezauważenie przez niszczycieli nikłym seledynem ukazują się na rachitycznej łodyżce listki, które chcą być tu i teraz, wbrew wszystkim.

Wiem, że nic to nowego, nic może ciekawego ale ile razy mamy czas aby zauważyć to rodzące się piękno otoczenia? Przechodzimy obojętnie, zagonieni, z głową nabitą swoimi problemami, troskami i nie widzimy bo to mało istotne, nie egzotyczne, nasze swojskie więc nie warte jakiegokolwiek zachodu. A może właśnie od tego trzeba zacząć aby patrzeć i zauważać chwilkę zwalniając i znajdując czas na takie drobiazgi. Na drobiazgi, których być może za parę lat z uwagi na demencję wzroku po prostu nie zauważymy.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PLANY NA KIEDYŚ
Notatkę dodano:2013-04-28 22:08:21

Szczęśliwie powróciłam z miejsca odosobnienia od rodzinki. Niedziela kończy swój żywot, a ja cieszę się z minionych godzin. Z czasu, który spędziłam w rodzinnym domu, co prawda opustoszałym dzięki wyjazdowi mojej mamy na pielgrzymkę, Cieszę się z tego, że tym razem życie pozwoliło na to, abym to ja zagrała mu na nosie. W odpowiednim momencie dało myśl, która zaiskrzyła i dała się wprowadzić i zrealizować, a dzięki temu znalazłam się w domu przeszło trzy godziny wcześniej niż zakładał to pierwotny plan. Niby niewiele, a jednak cieszy. Raduje fakt, że nie musiałam przemierzać w ciemnościach swojego rodzinnego miasta, że nie byłam narażona na wielkie oczy strachu przy spotkaniu z cieniami dającymi iluzję potencjalnych złoczyńców lub ludzi, którzy moim kosztem chcieliby mieć chwilę radości z moich obaw. Z biegiem lat, choć strach ma do mnie ograniczoną przystępność, wyobraźnia robi swoje i stwarza wizje, których doznać bym nie chciała. Szczęśliwie udało się mieć pomysł w odpowiednim czasie, zrządzeniem losu udało się przyjechać i pełna radości spokojnie piję wieczorną kawę podaną mi przez męża.

Nic wielkiego mi się nie przydarzyło, ot normalność, choć więcej miałam czasu na jej obserwację . Idąc uśmiechałam się do siebie, co spowodowało, że jeden osobnik męski zaskoczony moją uśmiechniętą facjatą, o mały włos nie wywrócił się splątany w smycz, na której prowadził swojego pupila. Może myślał, że do niego się uśmiecham, może kombinował dlaczego to robię, może się zastanawiał, czy mnie zna lub jaka jest przyczyna mojego uśmiechu.

Jego roztargnienie spowodowało tylko większą moją radość, zwłaszcza, takie ludzkie nieplanowane zachowania, czasami śmieszą.

W trakcie swojej wędrówki mijałam dziś wielu przechodniów odbywających swoje wieczorne spacery z pieskami. Był też starszy mężczyzna z psiakiem, któremu zafundowano zarówno dziwne strzyżenie jak i uczesanie, które dawało pogląd jak właściciel traktuje swojego czworonoga. To coś więcej niż zwierzę, to prawie osoba, członek rodziny, persona, której bliżej w oczach właściciela do człowieka niż do psa.

Kolejni byli młodzi, bardzo młodzi ludzie. Każde prowadziło swojego pupila. Para zakochanych, którzy jeszcze nie dotarli do wyżyn posiadania jednego, wspólnego psiaka. Jeszcze ich para na etapie – każde swojego psa prowadzi. On kundelka, staruszka, który sam określał azymut marszruty, powodując rozdzielenie pary zakochanych drogowym znakiem, który nieopatrznie wyrósł na trasie. Ona prowadziła młodszy egzemplarz yorka, którego rozbrykanie powodowało rozbiegany wzrok swojej pani. Przeszli ze wspólnym celem wieczornego spaceru z pieskami. Może w ich relacjach to było najważniejsze, może nie dorośli jeszcze do tego, że ich wspólna droga powinna mieć inny cel, a psiaki ze swoimi potrzebami to tylko pretekst lub dodatek do nich samych.

Miałam czas na obserwacje, i obserwowałam. Może jeśli uda się dożyć wieku w którym bieg, nie będzie mi już przeznaczony. Pośpiech stanie się zbędny, wszystkie sprawy będą same pomyślnie się układać, bez grania mi swą zmiennością na nosie a ja sama będę na tyle stonowana w swoich reakcjach, że każdą zmienność przyjmę ze stoickim spokojem, znajdę czas na wnikliwsze i częstsze obserwacje. Zaczynam rozumieć starszych ludzi godzinami wypatrujących w z pozoru nieciekawe życie za oknami ich świata. Ono jest ciekawe, tylko my młodsi nie mamy czasu na zauważenie tej ciekawości . Może kiedyś znajdę więcej czasu....a teraz mój czas spowolnię przy boku męża.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


EKONOMIA OD ŚWIĘTA
Notatkę dodano:2013-04-26 14:06:53

Przez chwilę zastanawiałam się jaką dziś mamy datę. Kolejna cyferka, która w natłoku spraw jakoś uleciała, nie chciała się samoistnie przypomnieć. Wiem, że piątek, ale z samą cyfrą miałam problem. Zostało mi jeszcze parę godzin do wyfrunięcia z domu na kolejne dni bez rodziny. Pozbawiona samochodu staję się uzależniona od komunikacji międzymiastowej a tu osiemnaście km staje się przeszkodą nie do pokonania. Wrócę środkiem nocy z niedzieli na poniedziałek, i nie dlatego, że dla kariery poświęcam czas z rodziną, że coś innego jest ważniejsze od wspólnego z nimi przebywania. Brak transportu. Żyjemy w czasach, kiedy mieszkanie gdzieś poza miejscem pracy, którą wykonuje się także w weekendy, zmusza do posiadania własnego pojazdu. Jeśli tego zbraknie, problem urasta do wielkiej wagi i staje się prawie nie do przeskoczenia. Oczywiście na upartego mogłabym przejść tę drogę, marszruta nie jest mi obca. Mogłabym przejechać na rowerze, daję radę, a i kondycja nie z tych ostatnich, jednak do licha, dlaczego nie mogę tej drogi przemierzyć siedząc w autobusie, nie wylewając potu, spokojnie przebyć, wracając o normalnej porze z pracy. Nie mogę bo ekonomia to coś, co jest ważniejsze niż rodzinne więzi, niż normalność ludzi mieszkających na wioskach w pewnym oddaleniu od ośrodków kultury, sportu oraz co najważniejsze od swoich miejsc pracy. Dzięki ekonomii tacy jak ja, nie powinni przy sobocie i niedzieli wyściubiać nosa ze swoich siedzib. I ci, którzy nie mają własnych kółek przeważnie siedzą w domach, nigdzie nie jadąc, nic nie widząc, niczego nie mogąc spróbować ani uczestniczyć.

Kino - zapomnij , basen - nie ma szans, festyny, święta i uroczystości, w których chętnie wzięłoby się udział – podobnie .Brak uczestnictwa. To oferta dla dorosłych, którzy nie mają swojego pojazdu lub wśród znajomych sobie nie załatwią podwózki. A co dzieje się z naszą młodzieżą? Mówi się o zrównaniu startu dla dzieci z wiosek. Słowa, słowa, czcza gadanina. Chcesz rodzicu aby twoje dziecko miało zrównany start to sobie latorośl podwieź tam gdzie ten start się zaczyna. Jest muzycznie utalentowane ? Do miasta na swój koszt. Chce uprawiać jakąś dyscyplinę sportu? Szykuj gotówkę i jedź. Sam zawieź swoje dziecko, bo zrównanie szans polega na twojej działalności i ciężkiej pracy oraz samozaparciu. Zawieź, przywieź, dopilnuj bo nikt ci w tym nie dopomoże. Zrównasz szansę swojemu dziecku to stanie się twoim osobistym sukcesem, opłaconym twoim czasem, twoimi pieniędzmi a, że ktoś sobie kiedyś sukcesy twojego dziecka przypisze do swoich zasług ...To też koszt, który weź łaskawie pod uwagę , w myśl przysłowia, że sukces ma wielu ojców a porażka jest sierotą .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KALEJDOSKOP
Notatkę dodano:2013-04-25 20:34:46

Chwile kiedy niewiele się dzieje, życie spokojnie, bezproblemowo płynie mijają bezszelestnie i bezobjawowo. Nie zauważamy, że jest normalnie, łagodnie, cicho. Czas normalności, która trwa zawsze za krótko i po której następuje faza dziwnego wiania wiatru w oczy. Wszystko zaczyna sprzysięgać się przeciwko nam, nasza wytrzymałość staje się narażona na działania mniejszych lub większych problemów. Amplituda życiowych zmian, lepiej – gorzej, zdrowiej – „chorzej”, bogaciej - biedniej, i tak można jeszcze zwielokrotniać podobne zestawienia. A one dziwnymi prawami serii w trakcie, swojej niechcianej passy ciągną jedne za drugimi. Taki stan rzeczy wiadomy i znany każdemu, czyż jest więc sens roztrząsanie tego, co niczym nowym, co z powtarzalnością choć nie dającą się dokładnie przewidzieć zawsze następuje? I nie ma na to lekarstwa, trzeba przejść, przetrwać, dobrnąć do kolejnej lepszej passy. Tylko, ta lepsza nadchodzi cichością i zupełnie niezauważona przemija, natomiast to co złe zmusza nas do działania, do zmian, do mobilizacji, do zagłębienia się w ból, czasami cierpienie, otoczenie nadzieją, zdobycie wielkich pokładów sił aby zły czas przejść z jak najmniejszym uszczerbkiem w sobie samym. Są zdarzenia z tych wielkokalibrowych i mniejsze. Choć te pierwsze więcej doskwierają, sprawiają więcej spustoszenia, dają dokładnie w kość, to i te mniejsze też dają się odczuć, narzekaniem. I zapominając o dobrych chwilach mówimy : - bo ja to zawsze, bo mi to ciągle....A przecież ani to nie jest zawsze, ani też nie trwa tak bez przerwy. Zbiegają się słabsze momenty i atakują niczym rój komarów, swą uciążliwością i wydawałoby się całą nawałą nie możliwą do okiełznania. I fakt komara można potraktować OFF-em, na chwilę ustanie w atakach, natomiast złą passę trzeba po prostu przeczekać. Działając, nie poddając się ani marazmowi ani zbytniemu narzekaniu. Bo narzekanie nie wpływa mobilizująco ani konstruktywnie. Może komuś ulży na krótką chwilę, ale ulga ta pozorna i po jej chwilowym pozytywnym działaniu pogrążamy się w głębszym niechciejstwie. Im bardziej nie chcemy tym większe narzekanie, od nich niczym w kostkach domina zajmuje się cała nasza osoba aby runąć w głębszy dół i upadek. Nie jestem ideałem i choć wiem, że narzekanie demobilizuje mi też się zdarza, choć częściej w takim skomasowaniu ataków komarów życiowego niepowodzenia rzucam parę mocnych przypisywanych szewcom słów. Zagości pani profesji wiadomej, i czynności wulgarnie związane z prokreacją , pod nosem parę organów ubranych w słowa ...Huknę, wrzasnę, aby się otrząsnąć z frustrujących chwil, aby złapać wiatr w żagle, które wyprowadzą mnie na mobilizację do konkretnego działania przeciw problemom. Ustawiam się do pionu, bo przecież ewolucja człowieka podniosła go z pozycji kucznej to i ja blisko ziemi tylko w trakcie zbioru jagód, a problemy trzeba zdeptać aby znów nadszedł lepszy czas i uśmiech fortuny zagościł na dłużej.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WZNOSZĘ NA PIEDESTAŁ
Notatkę dodano:2013-04-24 19:27:16

Żyję tu i teraz, otaczają mnie ludzie dobrzy w różnym stopniowaniu tego słowa, tacy, których ja lubię i tacy, którzy mnie darzą sympatią. Jakiś krąg znajomych bliższych lub dalszych. Ot nic odkrywczego, ale w tym moim zbiorze znajomych jest parę osób, które z niekłamaną szczerością podziwiam. Czasami bywa ten podziw doprawiony szczyptą zazdrości w stylu: też bym tak chciała. Nie ma w tym zawiści, nie ma złych życzeń, czysta forma podziwu. Przejrzysta niczym foremna kostka lodu, z tą różnicą, że mój podziw nie topnieje a nawet obrasta w coraz większą atencję.

Mam kolegę, dobrego znajomego z lat szkolnych, i choć nasze drogi rozeszły się, a znajomość opiera się na sporadycznych kontaktach polegających na krótkich wiadomościach, rzadkich spotkaniach z okazji szkolnych zjazdów, okazjonalnie wysłanych sms-ach , to człowiek ten jest dla mnie niejakim wzorem. Nie afiszuje się, nie chlubi swoimi sukcesami. Skromny i wytrwały Ktoś , Kogo podziwiam. Znajomi ze szkolnej ławy, będą wiedzieć o kim piszę jeśli napiszę słowo: strażak. Oprócz wykonywanej profesji z pasją i oddaniem poświęca swój czas na sport. Odnosi sukcesy, te mniejsze, jednak w moich oczach są one na miarę olimpijskich osiągnięć. Podziwiam wytrwałość, codzienne zdobycie się na kilometry pokonywanych tras, wysiłek robienia czegoś po raz kolejny i kolejny, choć być może się nie chce. Może są problemy, brak ochoty, jakiś chochlik lenistwa, przecież każdy jakiegoś ma. A pomimo tego on robi od wielu lat to, co sobie założył, pozostając przy tym, tym samym człowiekiem, którego pamiętam z dawnych czasów.

Wczoraj zdarzyło mi się szczere zaskoczenie przez obcą osobę, która mnie nie zna, przeczytała mojego posta dotyczącego niemożności znalezienia części do samochodu o której pisałam. Niewiele myśląc, oferuje pomoc, sprawdza w serwisie w swojej miejscowości. Dla mnie, która jestem dla niej obca. A mimo wszystko, Ona chce mi pomóc. Ludzki odruch wobec obcej osoby. Chęć pomocy. Nie istotny, staje się fakt, że tej części i u Niej nie można dostać. Liczy się to, że chciała, zrobiła dużo, choć nie musiała.

Takie gesty też budzą mój podziw.

Tylko dwa przykłady, nie ze świecznika, zwykli ludzie, jakich być może mijamy wielu w codziennej drodze do pracy, do sklepu, gdzieś na przystankach. Nie znamy ich, nie wiemy kim są, a może w oczach innych też są podziwianymi mocarzami .

Nie chodzi o zazdrość, bo ktoś coś posiada, czymś jest obdarzony odgórnie, choć znam te uczucia nie pałam zawiścią, nie patrzę na czyjś stan posiadania, jest to niejako obok mnie, z pobłażliwością patrzę na takie zachowania innych. Tu jest jakiś wyższy stan podziwu, że ktoś ma tyle sił aby codziennym wysiłkiem, małymi szczeblami wchodzić na swoją drabinkę do umieszczonego wysoko celu. Widzi swój cel, i mozolnie bez znudzenia codzienną powtarzalnością do niego zmierza, wylewając pot, wygrywając z samym sobą. Może właśnie tego troszkę zazdroszczę podziwiając zarazem. I w drugim przypadku odwagi w niesieniu pomocy, choć przecież można siedzieć cichutko, niczym nie ryzykując nie ruszając palcem, bo przecież jestem obcą i nieznajomą . A jednak wychylę się, zaproponuję pomoc, pójdę, stracę swój czas, popytam …Odwaga niesienia pomocy obcej, bezinteresownie, po ludzku. Człowieczeństwo wobec innych też jest godne podziwu. Ja podziwiam i kto wie, może dzięki temu przypadkowi sama też zdobędę się kiedyś na bezinteresowność wobec kogoś obcego. A może to już było, i teraz nastąpił zwrot od wiecznie kręcącego się koła fortuny.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WENTYL BEZPIECZEŃSTWA
Notatkę dodano:2013-04-23 18:33:23

W całej swojej ułomności, czasami bezbronni wobec ironicznej złośliwości rzeczy martwych, jesteśmy tylko, albo aż ludźmi. Zdarzają się sytuacje, wobec których stajemy się bezradni. To zaczyna nas irytować. Niemoc zmiany powoduje frustracje, które początkowo zbierane w sobie z czasem nagromadzone i oblepione kolejnymi powodami zaczynają z nas wyciekać, opuszczają środek. Atmosfera zaczyna iskrzyć, żarzy się od naszej niemocy i rozdmuchanego problemu. Specyficznie każdy z nas w różny sposób podchodzi do tego, co złości i daje odczuć naszą małość i niemoc.

Ot przytrafiła się nam sytuacja niemiła, nie dająca się szybko ogarnąć i stwarzająca problem. Ponadto kosztująca i sporo gotówki, i sporo nerwów.

Nasz staruszek motoryzacyjny, który w normalnym, cywilizowanym kraju, przy normalnych zarobkach powinien odejść w niebyt komunikacyjny, niestety musi być eksploatowany, restaurowany, naprawiany i pomimo stania się studnią bez dna po prostu użytkowany. Musimy czasami do pracy dojechać, więc posiadanie samochodu jest bezsprzecznie konieczne, a że jakoś gotówka nie jest naszym wielkim, trwającym przy nas przyjacielem, wymiana na nowszy model nie wchodzi w grę. I przyszedł czas, naprawy popsutego, żeby nie doszło do sytuacji, że jadąc do pracy stanę wpół drogi i dalej nie ruszę z powodów czysto technicznego zastoju.

Popularna marka, w tysiącach egzemplarzy na naszych drogach z pozoru nie powinna stwarzać problemów ze zdobyciem części a jednak …. nie ma. Jestem technicznym, motoryzacyjnym matołkiem, nie znam się i nie przejawiam ambicji aby się poznać, jednak szukamy w całej sieci, internet ze swoimi sklepami stoi otworem i nie do dostania, z pozoru drobiazg , plastikowy szczegół przy skrzyni biegów. Gdzieś chwilę temu było, teraz nie obecne, może za chwilę, parę dni … a nas życie zmusza do pewnych obowiązków, i samochód być musi. Mąż zaczyna okazywać pewne symptomy nerwów. Rozumiem ten stan niemocy, zwłaszcza że komplikacje nastaną wraz z nadchodzącym weekendem , gdzie moja praca stanowi o konieczności sprawnego pojazdu. Muszę przekombinować , pozmieniać , zaplanować aby choć inaczej, to jednak udało się jakoś przeżyć płynnie kolejne dni.

Powietrze iskrzy, irytacja się wzmaga. Jeszcze parę lat temu w głupocie swej niepotrzebnie bym się odezwała, irytacja by wzrastała z lawinową prędkością i łoskotem nie do opanowania.

Milczę, nie dlatego, że jest mi to obojętne. W środku działam inaczej, na przeczekanie do odpowiedniego momentu, kiedy stonowane żywioły w mężu pozwolą na moje słowa bez burzy i dodatkowych nerwów. Jeszcze nie teraz, chwila nie jest odpowiednia, milczenie z mojej strony lepszym antidotum, niż nieopatrzne słowo.

Jesteśmy w swoim sposobie działania inni, inne żywioły, temperamenty. Dorosłam jednak do pewnej umiejętności okiełznania swoich wybuchów, i czasami staję się krainą łagodności w przemilczeniu burzy. Może dotarłam do tego o czym śpiewała Grażyna Łobaszewska :

 

„...Wiele dni, wiele lat, czas nas uczy pogody,

zaplącze drogi, pomyli prawdy,

nim zboże oddzieli od trawy.

Bronisz się, siejesz wiatr, myślisz jestem tak młody,

czas nas uczy pogody,

tak od lat, tak od lat.

 

Ilu ludzi czas wyleczył z ran,

zamienił w spokój burze krwi,

pewnie kiedyś tam, pod jesień tak,

też czoło wypogodzi i wygładzi brwi...”

 

A może wraz z mijającym czasem nauczyłam się kontrolować siebie aby w niektórych chwilach być niczym amortyzator złych emocji.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162861
Osób: 145316