Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIECH SIĘ ZDARZY PARĘ RAZY
Notatkę dodano:2013-04-22 20:38:13

 

Każdy mój dzień, choć z pozoru wydaje się niezmienny od poprzednika, składa się z wielu zbieżnych lub zupełnie innych części składowych. Podobnie sprawy się mają z naszymi spacerami, których trasa powiela się niejednokrotnie a zarazem inna dzięki następującym momentom i sytuacjom. Nie jestem oczytana, poezja to dla mnie parę strof, kilka tkwiących gdzieś w zakamarkach duszy wierszy, które w sposób niesamowity do mnie przemawiają . Jest wiersz naszej noblistki, który uwielbiam za przekaz prostego i dotykającego każdego z nas przepływu czasu i jego niepowtarzalnych chwil. Pozwolę sobie zacytować, co prawda nie z pamięci, gdyż mogłoby to skończyć się blamażem, jednak, kto wie, może kiedyś nauczę się, bez przymusu i bez oceny jak to drzewiej bywało w latach szkolnych.

Szymborska Wisława

 

"Nic dwa razy"

 

Nic dwa razy się nie zdarza

I nie zdarzy. Z tej przyczyny

Zrodziliśmy się bez wprawy

I pomrzemy bez rutyny.

 

Choćbyśmy uczniami byli

Najtępszymi w szkole świata,

Nie będziemy repetować

Żadnej zimy ani lata.

 

Żaden dzień się nie powtórzy,

Nie ma dwóch podobnych nocy,

Dwóch tych samych pocałunków,

Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

 

Wczoraj, kiedy twoje imię

Ktoś wymówił przy mnie głośno,

Tak mi było, jakby róża

Przez otwarte wpadła okno.

 

Dziś, kiedy jesteśmy razem,

Odwróciłam twarz ku ścianie.

Róża? Jak wygląda róża?

Czy to kwiat? A może kamień?

 

Czemu ty się, zła godzino,

Z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś- a więc musisz minąć.

Miniesz- a więc to jest piękne.

 

Uśmiechnięci, wpół objęci,

Spróbujemy szukać zgody,

Choć różnimy się od siebie,

Jak dwie krople czystej wody.

 

Piękne słowa.

Przemawiające do mnie i dające do myślenia, z których przesłaniem się identyfikuję.

Jednak moje dzisiejsze słowa będą inne i skreślę je, bo taka moja potrzeba, taka chęć.

Zrobiło się ciepło, popołudnia dają odczuwanie letniego gorąca. W tym tygodniu wracam z pracy około piętnastej , zanim odbiorę Kleszczyka z zerówki, dowlokę się z nim do domu, chwilkę przeznaczę na popołudniową kawę i odpoczynek oraz przejrzenie poczty, kiedy w tym czasie młody konsumuje jakiś obiad , robi się prawie szesnasta. Ta godzina nie daje możliwości dłuższych wypraw rowerowych, na które niewielką mam ochotę, spacerów do sąsiednich miejscowości, które po pracy zawodowej nie nęcą swą innością ani atrakcjami. Jednak muszę z dzieckiem wyjść, aby wyhasał odrobinę swojej energii. W tak ciepłej i do tego suchej porze roku takim miejscem, gdzie on się nie nudzi, a i ja mogę w chwilach spokoju poświęcić się czytaniu jest plac zabaw. Fakt muszę obserwować aby nie wykorzystał swego starszeństwa wobec młodszych i cokolwiek słabszych lub mniej cwanych innych dzieci. Z tego to powodu moje zanurzenie w lekturze nie do końca pochłaniające i nie dające pełni bycia w książkowej fikcji. Jedną nogą tam, drugą tu, choć całym ciałem na drewnianej ławeczce, której brak komfortu i wygody też nie pozwala na pełnię czytelnictwa. Te jednak drobne szczegóły to tylko kosmetyczne sprawy, do których można przywyknąć i dostosować się. Jednak oprócz nich, bywają jeszcze inne zakłócacze mojego lekturowego zatopienia. To mamusie innych dzieci. Widzą książkę na moich kolanach, nie przeraża ona, nie odstręcza ode mnie. Jestem towarzyska, lubię pogaduchy ale jeśli widzę czyjeś zajęcie prasą czy rozwiązywaniem krzyżówki, idę na inną ławkę. Nie przeszkadzam, nie wchodzę w paradę. Inne mamy mają jednak rozbudowany zmysł gadulstwa i zupełne niezrozumienie mojego pragnienia pochłonięcia lektury. Nie rozumieją, same nie czytając, nie mając takiej potrzeby ani nawyku. Cóż przykre to, bo zubaża, jednak nie przerobię świata, nie przeinaczę na swoją modłę. Zatrważające to dla mnie, choć wiem, że nie jestem odludkiem w tej nieczytającej społeczności mam . Jeden raz zdarzyło mi się mieć po sąsiedzku, na innej ławeczce anonimową mamę, która pochłaniała podobnie jak ja jakąś książkę. Spojrzałyśmy na siebie pełne zrozumienia dla wykonywanej czynności, i w nieprzerwanym milczeniu kontynuowałyśmy swoje pragnienie czytelnictwa. Łypiąc okiem na potomków, dzieląc uwagę na parę wątków oganiałyśmy wszystkie i nad wszystkimi panowałyśmy z pełną przyjemnością bez żadnego głośno wypowiedzianego słowa.

I tylko szkoda, że nic dwa razy się nie zdarza...

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


STADIA ROZWOJU
Notatkę dodano:2013-04-21 18:54:39

Kolejna kwietniowa, słoneczna a zarazem wietrzna niedziela. Mój wolny od pracy dzień, który po wczorajszej gonitwie najchętniej spędziłabym na spokojnej pozbawionej jakiegokolwiek działania nudzie. Czasami potrzebuję nicnierobienia. Możliwe, że w ten sposób się regeneruję, odnawiam i wyciszam przed kolejnymi aktywnymi dniami. Jednak to jakie ja mam pragnienia, a co dane mi będzie w udziale, to niejako dwie różne sprawy. Wszyscy mamy dziś wolne więc o wyciszenie i nudę nie jest tak łatwo, jak by się mogło wydawać. Największy żywioł energii i wprowadzania chaosu w naszym życiu, co chwila ma nowe pomysły na kolejne trzy minuty swojego życia. Jeszcze jeden w realizacji a już drugi pomysł po głowie chodzi, aby pełną werwą dokonać erupcji w najmniej spodziewanej przez nas chwili. Energia rozpierająca małoletnich jest z niczym w dorosłości nieporównywalna. Mechanizm działa bez żadnego smarowania, bez paliwa. Dorosły musi wypocząć, wyciszyć się, zrobić coś dla wytchnienia a mały nic z takich rzeczy nie potrzebuje do dalszych działań. Z pełnym entuzjazmem będzie sypał piaskiem przez pół dnia z kupki na kupkę, przelewał wodę z pustego w próżne. I nie istotne jest, że działania te będą bez logiki, bez sensu, z naiwną powtarzalnością wykonywane a zarazem przynoszące wykonawcy radość. Kiedy wreszcie powtarzane po raz enty, znudzi się sypanie piasku, z łagodną płynnością przejdzie nasza energetyczna fryga do ciapania w błocie, lub wycinania nikomu niepotrzebnych skrawków ze starych gazet. Co znajdzie się w zasięgu oczu i rąk, olśnione nagłym przebłyskiem pomysłu, to za chwilę będzie entuzjastycznie realizowane. Jakiej trzeba cierpliwości aby znieść całą tę działalność naznaczoną bezsensem. Mały człowiek niewiele różni się od młodych w mnogiej gromadzie ssaków. Wchodzenie na głowy rodziców utrudnione jest z tej prostej przyczyny, że te na sporych wysokościach się znajdują u przyjmujących normalną, pionowego stania, pozycję. W każdej innej sytuacji podobnie jak u kociaków rodzic byłby deptany na wszelkie możliwe sposoby. Nie da się go deptać w tradycyjny sposób trzeba zamęczać inaczej. I najśmieszniejsze w tym jest o ironio dziwna współzależność gnębiących rodziców zachowań z nauką i zdobywaniem umiejętności, na przyszłe życie. Czy to w stadzie czy samotne ale jednak coś z tego łażenia po rodzicach w nas zostaje na nadchodzącą i ciągnącą się z nami dorosłość. A dojście do tej nieuchronnej dorosłości każdemu pisane, choć nie każdy pozbywa się entuzjazmu w działaniu. W niektórych z nas jakiś cień dziecka w dorosłym zostaje. Mają więcej werwy, entuzjastycznych pomysłów i beztroski typowej dla małoletnich. Moje dziecięce zachowania przeszły niczym wietrzna ospa. Wlazłam w etap dorosłości , choć pozbawiona sztywności matrony, a może minęłam dzieciństwo zatrzymując się na późniejszej młodości nie dochodząc do etapu dorosłości w zachowaniu. A może to tylko moje cichutkie pragnienie bycia wiecznie młodą wypełnioną entuzjazmem pozbawionego naiwności działania. W każdym razie staram się na ile sił starcza.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WOLNOŚĆ HEROINY
Notatkę dodano:2013-04-20 20:26:31

MOŻNA DZIEŃ WOLNY PRZEZNACZYĆ NA RÓŻNE ROZRYWKI....

 

 

Nasycić dzień działaniem to od jakiegoś czasu moja specjalność. Kompresja czynności w jak najkrótszym czasie dnia wolnego. Muszę uczynić dużo, wiele i jeszcze więcej. Zamiast po kobiecemu piłować paznokcie, leżeć z odprężającą maseczką przy równie relaksującej lekturze ja od samego świtu swojego dnia wolnego wprowadzam w życie pierogowe szaleństwo. Mąż chwilę wcześniej wyszedł do pracy, Kleszczyk smacznie śpi, idea kulinarna zakiełkowała, nie pozostaje nic innego jak realizować. Na tapecie będą ruskie pierogi, które każdy z domowników lubi, a że u mnie nie robi się detalicznych ilości na jeden obiadek, zakasuję rękawy i do dzieła. Strategia opracowana, każdy szczegół wielokrotnie wypraktykowany, a dodatkowo spokój od pomocnika, którego cały zerówkowy tydzień zmorzył snem twardym. Kiedy wreszcie zegar biologiczny Kleszczyka zaterkotał, budząc go o ósmej z minutami, u mnie już wszystko w gotowości do wałkowania i formowania było. Nie mam czasu na zabawę, dziś czeka mnie jeszcze wizyta u dentysty, co średnią przyjemnością przeważnie bywa. Ale to za parę godzin, które zanim miną wszystko będzie ugotowane a nawet po części zdegustowane przez wykonawców. Dziś ja zaskoczę małżonka, który pierogi mógłby codziennie, w ilościach zupełnie nie rozsądnych pochłaniać. Wiem, że lubi, że się nie spodziewa akurat takiego obiadu, tym większa niespodzianka będzie. Zrobię mu jeszcze większą przywożąc sporą porcję, która będzie mogła postawić go na nogi po ciężkiej pracy w oczekiwaniu na zakończenie mojej wizyty u dentysty. Dentyście nie zawiozę, choć miły człowiek z niego.

Dziś umówiona byłam na spore szlifowanie swojego uzębienia, miły pan z pewnością w głosie i gotowy do działania oznajmia : teraz znieczulimy...Ja mu na to, że dziękuję, nie trzeba, wytrzymam.

-Ależ proszę pani, każdy znieczula, bo to jednak boli.

-Panie doktorze, to ja będę pierwsza, która nie ucieknie z fotela, nie zejdzie z niego w żadnej innej formie i wytrzyma.

Opornie pan doktor przyjmował moje argumenty, i poród siłami natury w wieku lat czterdziestu, bez żadnego jęku, i moje deklaracje kobiecej wytrzymałości. Z niedowierzaniem zaczął swoją pracę ciągle oczekując mojego błagania i rezygnacji z oporu przed znieczuleniem. W końcu nie wytrzymał i spytał czy mnie to nic a nic nie boli. Widocznie mam szczególny próg odczuwania bólu. Uświadomiłam ,że boli ale się ze sobą nie mazgaję. Podejście moje i to co w głowie sobie założyłam się liczy, a założyłam sobie, że wytrzymam.

Są sytuacje w których choćbym po ścianach z bólu miała chodzić, za żadne skarby nie ugnę się i nie zmienię swojego zdania. Udowodnię miłemu panu, że nawet taka przeciętna, nic nie znacząca osoba potrafi zaskoczyć wytrzymałością.

Kiedyś w latach mojego dzieciństwa pod niebiosa wychwalano wytrzymałość mojej siostry, która często chorując przyjmowała dziesiątki zastrzyków oraz wiele innych drobnych lub większych zabiegów medycznych. Ja cudownie pozbawiona byłam chorób, więc stałam się przykładem zakały, która na pewno nie wytrzymałaby takiego natężenia działania medycyny na swoje pośladki. Nie było możliwe porównanie więc siostra stała się dziecięcym herosem, a ja z braku doświadczenia pewnikiem słabeusza. Być może mój upór przy dzisiejszej propozycji znieczulenia był chęcią kolejnego sprawdzenia i udowodnienia otoczeniu, że we mnie też tkwi coś z herosa.

Po skończonej wizycie, ciągle niedowierzający pan doktor odprowadzając mnie do drzwi pełen zaskoczenia stwierdził, że byłam pierwszym przypadkiem osoby, która rezygnuje ze znieczulenia w takiej sytuacji. Moją propozycją na te słowa była oferta zawieszenia w holu poczekalni mojego sporych rozmiarów portretu z odpowiednią adnotacją . Uśmiechnął się na to sympatyczny doktor, ale coś mi się wydaje, że nie te lata, nie ta uroda moja , więc nie doczekam się poczesnego miejsca Heroiny wytrzymałości .

 

 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ODSKOK PRZY PIĄTKU
Notatkę dodano:2013-04-19 20:00:29

 

Pieniądz, gotówka, mamona wszystkie te określenia znaczą to samo a zdobywane są na ogrom sposobów. Przeważnie i najczęściej ciężka praca daje w efekcie coś na wzór wynagrodzenia, które również można określić na wiele sposobów a to jałmużna a to datek pracodawcy. W zależności od naszych nastrojów, zasobności portfela oraz również wielu czynników nazwanie będzie obrazem naszego stosunku i podejścia do tego co szczęścia nie daje ale pomaga. Ostatnio zdarzyła mi się rzecz dla mnie niespotykana, powodująca moje skamienienie i najwyższy stopień zaskoczenia. Idąc bladym świtem do pracy na wilgotnym poranną rosą czy też inną skropliną, chodniku, stopiony z nim, tworzący jedną całość w całej swej okazałości leżał wilgotny banknot pięćdziesięciozłotowy. Było to doświadczenie dla mnie tak nierealne, że w pierwszym odruchu dokładnie zlustrowałam całe otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś dowcipnisia, który o tej wściekle wczesnej porze miałby ochotę na psikusa skierowanego akurat do mnie. Nikogo nie było, banknot leżał samotnie odznaczając się całym swym błękitem od szarego tła otaczającego niczym ocean wyspę chodnika.

Ktoś, dla kogo takie sytuacje są częstymi przypadkami będzie zdziwiony moją otumanioną reakcją. Dla mnie było to tak irracjonalne, i nierzeczywiste, że uwierzenie oczom stało się prawie niemożliwe. Podniosłam wilgotny, wiotki papierek, schowałam pomiędzy kartki kalendarzyka i jest tam do dziś, czekając aż moje potrzeby zmuszą mnie do sięgnięcia po tę finansową ostateczność. Mam pewien pogląd na sprawy znajdowania czegokolwiek. Wolę nie znaleźć i nie zgubić. Mam świadomość, że moja radość ze znalezienia jest okupiona czyimś smutkiem, więc zawsze powtarzam niech nie znajduję czyjegoś i nie gubię swojego. Twierdzenie, że nic w przyrodzie nie ginie ma tu uzasadnione podstawy, ale ja nie chcę być tym nowym właścicielem. Każdą rzecz którą znajdę staram się oddać jej pierwotnemu właścicielowi. Nie chcę jej choćbym naprawdę potrzebowała. Mam takie swoje podejście, że fortuna toczy się kołem i zapamiętuje moje niecne uczynki, a te wracają z podwójną siłą, więc z tej prostej przyczyny nie chcę spotęgowanego powrotu do mnie mojego zła. Bo przywłaszczenie sobie czegoś co można oddać właścicielowi jest według mnie złe.

Moja naiwna może ideologia nie będzie zrozumiała przez innych. Mam prawo do takiego podejścia jak ktoś może myśleć zupełnie odwrotnie niż ja.

Inaczej rzecz się ma z wygranymi, te przyjmę w każdej ilości i formie. Nie odbieram ich nikomu, nie zabieram kosztem kogoś. Loteria to coś w czym szczęścia nie mam, choć plany i owszem, na zagospodarowanie nawet sporej gotówki posiadam. Nie zwariowałabym ze szczęścia, w razie wygranej. Nawet mam już w myślach i marzeniach rozparcelowane dosyć spore pieniądze.

W mojej rodzinnej miejscowości jest dom, od wielu miesięcy wystawiony na sprzedaż, za który gdybym miała żądaną horrendalną sumę, bez mrugnięcia okiem stałby się moją własnością. Nie jest piękny, nie jest nowoczesny, ale dla mnie jest marzeniem. Przyciąga mnie niczym magnes, każdego dnia kiedy koło niego przechodzę myśli orbitują w wielkich marzeniach. Dom z duszą, która w jakiś sposób mnie do siebie ciągnie. Jest w nim kawałek historii, parę pokoleń chodziło po drewnianych schodach, witało z okien każdy dzień, obserwowało wydarzenia i przemiany zachodzące i w ojczyźnie, która wcześniej innym państwem była, niż jest obecnie i w sobie samych. Budynek jest otoczony zapuszczonym kawałkiem ziemi, na który w swoich marzeniach też mam pomysł. Znalazłyby się tam forsycje, które wraz z pierwszymi ciepłymi dniami pokryłyby się intensywną żółcią kwiecia w kontraście do starego tynku w głębi posesji. Po forsycjach przez krótką chwilę pozwoliłabym kwitnąć wszystkim barwom pełnego bzu, który następnie ustąpiłby miejsca pnącym różom, w sąsiedztwie których znalazłoby się miejsce dla maciejki i aksamitek.

Może na dziś wystarczy prac ogrodowych, przecież najpierw muszę poczekać na uśmiech loteryjnej fortuny.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TECHNICZNY ZGON
Notatkę dodano:2013-04-18 20:07:21

Jesteśmy otoczeni z każdej strony różnymi urządzeniami, które nam pomagają, uprzyjemniają , lub nawet wyręczają w codziennych czynnościach życiowo – bytowych. Przyzwyczajamy się do ich obecności, do korzystania i ułatwiania dzięki nim tego co niejednokrotnie żmudne, nudne. Ostatnio wynosiłam pod niebiosa maszynę do szycia dziś coś zupełnie innego będzie zaczątkiem mojego tekstu. Pisałam kiedyś, że w czasie swojej drogi do domu, bezproduktywnego oczekiwania na przystanku i wtedy, kiedy chcę pozbyć się zwykłych dźwięków otaczających mnie zewsząd w moich uszach zakotwiczają się niewielkie słuchawki, z których sączy się muzyka tylko do mojej wiadomości. Przez te chwile mogę w spokoju odciąć się od prozy ryczących wiosennymi szalonymi wojażami motocykli, wyrażających swój entuzjazm lub niezadowolenie dzieci, w nadmiarze kraczących wron urządzających życie w gniazdach na czubkach drzew. Odcinam się, wyłączam, znikam stąd aby pojawić się tam, gdzie każdy dźwięk mogę odpowiednio nagłaśniać lub wyłączyć jeśli taka moja wola. W myślach współuczestniczę w tej muzyce, bywa, że nawet pod nosem zanucę, jeśli otoczenie pozbawione innych osobników ludzkich na to pozwala. Sama ustalam reguły, co , kiedy i jak słucham. Jest to sytuacja dla mnie komfortowa, mogę z całkowitym egoizmem powiedzieć : ja tu rządzę. Tak przynajmniej w naiwności swojej uważałam, nie zdając sobie sprawy a może nie dopuszczając myśli, że maleńkie urządzenie w którym mieści się moje oderwanie od teraz, może stanąć okoniem, zbuntować się i skończone moje rządy. Taka właśnie sytuacja miała miejsce kiedy bez żadnych symptomów, z pełni muzyki w moich uszach nastąpiła zupełna cisza. Laik techniczny w mojej osobie stwierdził : pewnie siadła bateria. Jednak po powrocie do domu okazało się, że przyczyną grobowej ciszy technicznej zabawki coś zupełnie innego musi być. Bunt na pokładzie, żadnego chrobotu, najmniejszego szmeru, zero reakcji sprowadzające się do efektu ciszy. Machnęłam ręką, nie naprawię tego, takie urządzonka kupuje się do pierwszego popsucia aby następnie wymienić na nowy model. Tak też sądziłam, że stanie się z moim. Sporo czasu temu trafiło do mnie za sprawą wygranej w jakimś konkursie więc w myśl zasady powinno być : łatwo przyszło, łatwo poszło. Z pierwszą częścią porzekadła się zgodzę , natomiast druga już będzie dyskusyjna. Przyzwyczaiłam się, przywykłam, że gdzieś tam w otchłani kieszeni ,splątany kabelkami słuchawek zawsze jest w pełnej gotowości do służenia. I co koniec...?

Pewnie zanim zasiliłby swoją obecnością śmietnik poleżałby w bezkresie szuflady, został rozebrany na części przez Kleszcza, oraz po czasie zapomniany przez właścicielkę. Mój małżon jednak pod moją nieobecność stwierdził, że skoro i tak maszynka nie działa, ostatnim czynem na wzór elektrowstrząsu potraktuje umarlaka. Zastosował metodę notorycznie praktykowaną dawniej przy radzieckich telewizorach kolorowych, w przypadku „uciekania koloru”, męska metoda naprawy – z liścia , lub pięścią w zależności od gabarytów ustrojstwa. Albo nastąpi reaktywacja i powrót z niebytu albo ...wymiana na nowszy model. Nie widziałam samej akcji reanimacyjnej mojej mp trójki , jednak cud się stał i powróciła z dalekiej drogi w kierunku śmietniska. Zaczęła działać i jeszcze przez czas jakiś ze mną będzie. Nie obiecam jej demokracji, nie zagwarantuję współrządzenia muzyką , będę ją wykorzystywać na dawnych zasadach w myśl, których to ja tu decyduję, choć jak się okazuje nie zawsze, i nie o wszystkim.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


WSZĘDZIE ŚMIECI
Notatkę dodano:2013-04-17 19:29:35

Nie interesuję się polityką, choć trudno nie zauważyć jej obecności w każdej dziedzinie naszego życia. Nie bardzo mnie ona obchodzi od czasu, pewnego zdania wypowiedzianego w trakcie mojej matury wiele lat temu. Przedmiot, który zmuszeni byliśmy zdawać to „Propedeutyka nauki o społeczeństwie” , teraz w szkołach skrótem nazywają coś podobnego WOS. W latach zmierzchającego socjalizmu, innych realiów, akurat tak to się nazywało i obowiązek maturalny dla nas stanowiło zdanie ustnie tego przedmiotu. Byłam przygotowana o tyle, o ile ówczesne sprawy sercowe mi na to pozwalały, jednak z racji formy ustnej egzaminu, kiedy każde potknięcie jest widoczne bez możliwości dyskretnej poprawy jakieś przejęzyczenie stworzyło dla egzaminatorów pożywkę do określenia mojej wypowiedzi zdaniem: „Ty dziewczyna będziesz dobrą matką ...bo się polityką nie interesujesz...” W efekcie odstręczyło mnie to zdanie na całe życie od polityki choć egzamin zaliczono na ówczesną czwórkę. Zapamiętałam sobie to stwierdzenie niczym drogowskaz na przyszłość.

Powiedzmy sobie szczerze, mam swoje zdanie, określam się w którymś kierunku, jednak nie uczestniczę aktywnie. Żal mi czasu i energii, choć są ludzie, których podziwiam za odwagę, za umiejętności znalezienia odpowiednich słów do sytuacji, czasami za cięty język.

W codziennej prozie życia jednak jesteśmy otoczeni przez zakamuflowane działania polityków sprowadzające się do ustaw i projektów komplikujących nam życie tu i teraz. Ostatnio wielkim szumem i niezmierną czkawką odbija się działanie w kierunku ogarnięcia wszystkich śmieci tworzonych przez każdego z nas. Nie dopracowane, pozbawione na pewnych poziomach harmonii działania, obecnie opierają się na tym, że zwykły mieszkaniec ma się określić wypełnioną deklaracją z iloma zameldowanymi mieszka, jak często będą wywożone śmieci oraz parę innych bzdur w efekcie których każdy z nas odczuje dbałość o środowisko podwyższonymi opłatami. Jeśli segregujesz śmieci płacisz mniej. Chciałabym zobaczyć takiego co w tej sytuacji nie będzie ich teoretycznie segregował. Żyjemy w tym kraju, który daje swoim mieszkańcom możliwość zarobku na minimalnym poziomie a wydojenie z niego to już zupełnie innej klasy poziom. Czemuż więc dziwić się kombinowaniu przeciętnego Kowalskiego? Przecież wyniesie swoje śmieci cichutko, w najlepszym razie do kontenera czy one będą posegregowane, czy nie i na dobrą sprawę nikt tego nie sprawdzi. Choć nasze realia pozwalają mniemać, że podobnie jak kiedyś przy przeprowadzaniu przez pasy dzieci z podstawówek, powstanie nowy zawód „rewident do spraw odpadów” ustawi się biureczko w pobliżu śmietnika i każdy wynoszący swoje śmieci w godzinach pracy onej osoby, okaże się segregacją lub jej brakiem. Podpisze stosowny wniosek, dostanie pieczątkę i szczęśliwy z dokonanego czynu lekkim krokiem uda się do domu produkować nowe śmieci. Ironizuję , prawda, jednak nie do końca zauważam sens pewnych zmian, które mają być wprowadzone. Jestem za czystością , za porządkiem, za brakiem walających się wszędzie śmieci. Jednak czy ustawa z jej nakazami zmieni naszą mentalność jeśli opierać się będzie tylko na finansowym bacie. Czy może dzięki swemu powstaniu namnoży kolejne degradowalne tony celulozowych odpadów w postaci milionów wypełnionych deklaracji.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


MANUALNY DEMON
Notatkę dodano:2013-04-16 19:38:37

Dziś wyskoczę z typowo babską zagrywką – pochwalę się, nowym zakupem, który zaprocentuje moim, jeszcze większym nasyceniem czasu wolnego dodatkowym zajęciem. Jednak ten zakup, to nie tylko zwiększenie stanu posiadania, bo i wartość jego mizerna a i śmiech u niektórych może wywołać. Dla mnie ten przedmiot to swoisty demon z dzieciństwa. Nie dokonałam zakupu samodzielnie, moja połówka wysłuchawszy argumentów za i ciszy przeciw postanowiła zrobić mi niespodziankę i zaskoczyć. Nie jest to w zasadzie nic wartego uwagi jednak dla mnie to rzecz, z której zakupem nosiłam się od wielu lat przy okazji przypomnienia, wykonania pewnych znienawidzonych czynności pochłaniających przy manualnym wykonaniu sporo czasu.

Maszyna do szycia...

Śmieszne, nie prawda?

Dla mnie ten przedmiot to coś, dotychczas okryte pewną aurą niedostępności. W ramach wyjaśnienia rozpiszę się troszkę, co zresztą przy każdej okazji czynię, jednak może pozwoli to zrozumieć moje podejście i pewne obawy zakorzenione w dawnym dzieciństwie.

W moim rodzinnym domu maszyna do szycia była przedmiotem stanowiącym niejako wyłączną własność mojej mamy. Krawiectwo to jej pierwszy wyuczony zawód i żaden jego niuans nie jest jej obcy. Nie wiem, czy ta pierwsza maszyna była samodzielnie kupiona czy stanowiła coś na wzór rodzinnego majątku z początkowych lat małżeństwa moich rodziców. Był to stary „Łucznik” obudowany sporych rozmiarów szafką, stanowiło to swoisty mebel, do którego dostęp był mi i mojej siostrze zakazany. Z racji umiejętności mamy, niejakiej oszczędności oraz braków handlowych w latach mojego dzieciństwa, wiele części naszej garderoby było przez nią własnoręcznie oraz przy użyciu wspomnianego sprzętu wykonanych. Nie powiem, że nie kusiła mnie ta maszyna. Kusiła bardziej niż jabłko w raju pewną moją pramatkę. Zaglądałam do niej pod nieobecność mamy, dbając o to aby moja ciekawość nie została zauważona, odkładałam wszystko tak jak było w pierwotnym stanie. Każda szpulka na miejscu , dokładnie niczym przestępca zacierający ślady bytności. Może ta moja ciekawość spowodowana była też tym, że natura w swoim łaskawym rozdawnictwie obdarzyła mnie wieloma umiejętnościami do robót ręcznych. Byłam samoukiem z żyłką, z iskrą Bożą, która dawała posiąść umiejętności bez mentorów i nauczycieli. Wystarczyło, że dorwałam w ręce podręcznik do nauki haftu, szydełkowania, makramy, robótek na drutach i sama bez pomocy w cichości i samotności potrafiłam wszystko w krótszym lub dłuższym czasie pojąć.

Jedna, jedyna sprawa była poza moim zasięgiem – szycie na maszynie. Mama ze strachu o zepsucie drogocennego urządzenia, irracjonalnych obaw, nigdy nie dała możliwości skorzystania i nauki. Tak mijały lata, w ostatnich klasach szkoły podstawowej na zajęciach technicznych dziewczyny uczyły się obsługi maszyny do szycia. Cóż skoro w pracowni były tylko dwie, nas około piętnastu a lekcja tylko 45 minut. Dla mnie czasu nie starczyło, w szkole umiejętności nie posiadłam, w naiwności swojej sądząc, że dom i mama nadrobią. Myliłam się bardzo. Mama wolała sama uszyć mi tą zadaną bluzkę, niż dać zasiąść do ukochanej maszyny. Moje próby namówienia rodzicielki aby dała mi możliwość spróbowania, nauczenia rozbijały się z wielkim łoskotem o mur wymówek. A to czasu brakowało, a to inne przeszkody stawały na drodze. Czas mijał, moje chęci w kierunku użycia maszyny rozmywały się wraz ze znajdowaniem innych, nowych robótek, których mogłam się nauczyć we wspomniany samodzielny sposób. Wraz z zamążpójściem, maszyna stanęła w oddalonej perspektywie, przypominając się tylko czasami, na jakichś sklepowych ekspozycjach, lub koniecznością wykonania prac, które z jej użyciem byłyby małym pstryknięciem palcami, wykonywane zaś ręcznie od podstaw do samego końca okazywały się mordęgą. Zawsze coś ważniejszego było do kupienia, a i presja nie do końca naginała mnie do zakupu, skoro umiejętności biegłego szycia nie było.

Teraz dzięki małej niespodziance, usłyszeniu paru moich słów, posiadłam przedmiot zadawnionych pragnień. I niech się dzieje co chce będę korzystać z pełną radością, bo wiem, że iskierka, którą Ktoś mnie obdarzył ciągle we mnie tkwi. Samodzielnie nawinęłam szpulkę, wymieniłam bębenek i z pełnym sukcesem skróciłam sobie dwie pary spodni w ekspresowym tempie. Szkoda, że czas zakupu upragnionego sprzętu nie był tak ekspresowy i czekał na mnie parę dziesiątek lat .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


POLSKA PROŚBA
Notatkę dodano:2013-04-15 18:36:15

Wczorajszy mój wpis, a zwłaszcza jego końcówka sprowokowała mojego męża do dezaprobaty wyrażonej pełną wymownością spojrzenia. Czytuje moje wpisy - skoro chce, nie mam nic przeciwko temu. Po przeczytaniu wczorajszego tekstu było spojrzenie, które mówiło wszystko, cóż, czasami bywa tak, że nie to co widzimy chcielibyśmy ujrzeć. Nie takie słowa chciałoby się usłyszeć lub przeczytać. Jednak wychodzę z założenia, że ten zakątek, to moje miejsce i wylewam z siebie to co czuję lub mnie uwiera, to moje spojrzenia na świat i dla sprawienia przyjemności czytającego zmieniać ich nie będę. Widocznie podobnie rzecz się ma z niektórymi piszącymi komentarze pod moimi notkami. Nie są zainteresowani moim ich odbiorem. To nie jest tak, że nie lubię jak ktoś się odniesie do moich notatek.

Lubię, gdyż staje się to niejako odzwierciedleniem faktu czytania przez innych moich zapisków. Jeśli czyjeś zdanie będzie inne od mojego także zrozumiem. Krytykę przyjmę, może nie milczeniem, bo potrafię bronić swoich poglądów oraz wyrażonego zdania. Jednak nie potrafię zrozumieć jak ktoś zamieszcza dziwne wpisy, których bez pomocy szyfranta nie mam możliwości pojęcia i odniesienia się. Piszę po polsku, może nie stylistycznie, może nie do końca zrozumiale, z błędami, cóż może się zdarzyć każdemu, i takich komentarzy bym oczekiwała. Zrozumiałych.

Najlepiej po polsku.

Nie wiem jak mam się odnosić do tych niezrozumiałych dla mnie tekstów. Jak do pomyłek w labiryncie sieci, jak zbłąkanych słów, które akurat moje notatki wzięły sobie za port docelowy?

Mam nadzieję, że były to niezamierzone działania, które w przyszłości nie będą mieć miejsca. Komentujcie, piszcie, odnoście się ale proszę po polsku. Dla mojej wygody, dla spełnienia prośby, tak życzliwie po ludzku i w ojczystym języku, którego uroda milsza niż dziwne internetowe skróty oraz pokrętne szlaczki miksu cyferek i umownych znaków.

W dobie umiejętności paru języków przez młodych i tych starszych, z całą pokorą przyznaję się do swojej ignorancji oraz braków lingwistycznych. Obce języki są dla mnie obce i raczej nic tego nie zmieni. Nie wykorzystałam szans nauki, brakło zacięcia, zdolności, nigdy nie było to koniecznością, a może leń w mojej osobie wziął górę i żaden język oprócz ojczystego nie pozostał w pamięci. Szczątki językowe, nie dające szans na dogadanie się z żadną nacją bez użycia wszystkich członków ciała nie mogą stać się podstawą do ujęcia tematu jako biegły w mowie, biegły w piśmie, komunikatywny. Żadna z tych opcji nie wchodzi w grę. Nie umiem, nie potrafię. Pokornie przyznaję się do tej luki i przyjmę krytykę nawet jeśli ktoś powie o mnie „nieuk”. Przykre, a zarazem nie motywujące do zmiany tego stanu rzeczy. Nie widzę sensu. Możliwe, że umiejętności językowe otworzyłyby mi więcej drzwi, dały jakieś szanse, których bez owych nie ma. Jednak nie czuję palącej potrzeby ani iluzorycznych szans ani zacięcia ku językowej niezależności. Może dzięki temu swojemu zaparciu tylko w ojczystej mowie, nie jest dla mnie problemem napisanie tych paru słów, którymi się bawię, żongluję, układam w jakąś swoją całość i nigdy, zaczynając pisać nie wiem co będzie finiszem. Dojścia do tej możliwości w obcych językach szans nie mam, dlatego pozwólcie mi czytać Wasze komentarze w ulubionym przeze mnie i jedynym dla mnie ojczystym języku.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


CHWILA CISZY
Notatkę dodano:2013-04-14 19:04:58

Moja niedziela dobiega końca. Praca przeszła, godziny wolne minęły, już zaczęłam rozplanowywać jutrzejszy wolny dzień. Żadne doświadczenia nie są w stanie przestawić mojego podejścia do planowania. W przeważającej ilości moje plany idą inną drogą, niż to co pierwotnie w nich było, ja jednak z uporem maniaka zawsze, choć część dnia planuję. Już sam fakt istnienia tych wszystkich czynności do wykonania stwarza poczucie zmęczenia. Staram się aby czas wolny był nie tylko kieratem, ale by zmieściły się w nim też rzeczy, które lubię robić, które robić chcę. Chochlik od zmian moich planów nawet jeśli namiesza to będzie tak, że te sprawki, które muszę zdążę zrobić, natomiast te, które chcę, mogą nie zmieścić się w harmonogramie.

Cóż, co będzie, to będzie. Założyłam sobie konkretny obiad w postaci gołąbków . Konkretny znaczy w tym przypadku też wymagający odrobinę pracy i ekwilibrystyki w przygotowaniu. Chcę zrobić dużo a oprócz tego wyrwać chwilkę dla siebie.

  Teraz jednak trwa jeszcze piękna, słoneczna niedziela. Całkiem spokojnie – niczym w słowach piosenki – piję trzecią kawę, nie wiem czy z potrzeby ,czy też dla zabicia czasu. Delektuję się ciszą, uzyskaną dzięki temu, że młody właśnie się kąpie a to daje odrobinę czasu pozbawionego jego wiecznego trajkotania. Setki pytań, wielokrotnie powtarzane słowa, nieartykułowane dźwięki, które czasami swym natłokiem powodują chęć ucieczki. Kocham swoje dziecko i wiem, że etapy dzieciństwa polegają też na tych drażniących mnie momentach. Jednak czasami pragnę znaleźć się pod dźwiękoszczelnym kloszem, gdzie nie przedostanie się żaden szmer ani półnuta wyartykułowana przez moje dziecko. Może świadczy to o mojej wyrodności, nie wiem , choć chciałabym umieć bez wewnętrznych oporów przyjmować na siebie wszystko co ze strony mojego dziecka w moją stronę idzie. Czasami nie umiem, brakuje mi ciszy, potrzebuję jej, aby normalnie funkcjonować. A w momencie, kiedy najbardziej mi na tym zależy, moje dziecko jakby na złość nasila natężenie swojej chęci komunikowania się. Potęguje to rozdrażnienie i rodzi frustracje. Może dlatego lubię się wyciszyć na basenie, gdzie nie dochodzą mnie prześladujące dźwięki. Czasami my rodzice potrzebujemy czasu dla siebie, zapomnienia o potomstwie, które mamy w każdej wolnej chwili dnia. Wracamy z szumiącej pracy, z cichą nadzieją na odrobinę spokoju, a tego nie dostajemy. Do godzin wieczornych osacza nas trajkot dziecka, który trzeba przyjąć z cierpliwością. Staramy się, jednak czasami tej cierpliwości po prostu brakuje. Bywają marzenia które w całej swojej fikcji, całkiem nie do realizacji, przynajmniej jeszcze parę lat. Mam takie wielkie pragnienie wyjazdu na dwa samotne tygodnie. Samotne, z pełną żywieniową obsługą, bez konieczności mycia po sobie naczyń, bez sterty brudnych ubrań, które czekają na moją dyspozycję lub działanie. Tak mi się marzy płatny urlop od najbardziej nawet kochanej rodziny. Dwa tygodnie tylko dla siebie, choćby nawet nasączone tęsknotą. Niespełnialne marzenie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


DYRDYMAŁKI
Notatkę dodano:2013-04-13 17:22:21

Właściwie powinnam w tytule zakaz wstępu dla mężczyzn zawrzeć. Choć nie wiem, czy jakikolwiek tu zbłądził. Ale jeśli jednak pokrętnością internetowych dróg jednak jakoś się tu znalazł to uprzedzam lojalnie, dziś babskie ględzenie będzie. W obecnym swoim miejscu pracy, obracam się wśród kobiet, które stanowią większość zatrudnionych. Dzięki akurat takim proporcjom mam okazję obserwować zachowania, reakcje, kompleksy oraz wyolbrzymione problemy niewiast.

Wiadomo, każdy chciałby coś u siebie zmienić, zazdrosnym okiem patrząc na dobrobyt podarowany przez naturę, którego akurat nam w jakiejś dziedzinie poskąpiła. Widać taka nasza ludzka domena, że mając jedno, chcemy czegoś innego, ciągle wyrażając słowem lub czynem swe niezadowolenie. Włosy proste źle , kręcone doskonale oczywiście z perspektywy właścicielki prostych , bo u tej z kręconymi będzie sytuacja analogicznie odwrotna. Dziwną przypadłością niektórych kobiet jest wyszukiwanie braków u siebie, a zazdrosne zauważanie nadmiaru u kogoś.

I tak, dzięki tym małym i większym zazdrościom w zależności od zasobności portfela zaczyna się karuzela poprawek natury. Doklejane rzęsy, zagęszczane włosy, laserowe depilacje, odsysania tłuszczu, wtłaczania silikonu. Poprawki niedoskonałości. Tylko czy to rzeczywiście jest niedoskonałość? Może największą niedoskonałością jest nasza głowa, która pozwala na manipulację ciałem. Poddajemy się presji bo ktoś narzucił gładkość ciała. Katujemy depilatorami, woskami , golarkami. My swoje a nasz organizm swoje. Wyrwiemy włosy z nieszczęsnych nóg, cieszymy się gładkością i byciem w wielkiej rzeszy gładkonogich . Jeden dzień , nasty zaczynamy zapominać o niechcianych włoskach a one już gdzieś pod skórą szykują się do ataku , bo im natura kazała być tam, gdzie stworzyła. Polka zaczyna się od nowa ,rwanie, ból, iluzja szczęśliwości bycia w gołym stadzie. Narzucone standardy, którym pomstując poddajemy się. Niektóre z nas doszły na wyżyny wiary w to, że czują się tą wymuszoną gładkością szczęśliwe. Ja nie należę do tego grona. Nie będę wystawiać się na piedestał oporu w czynnościach upiększania. Byłoby to zakłamaniem z mojej strony a takiej postawy nie lubię. Przez lata doszłam do niejakiej obojętności w kwestiach narzuconych przez dyktatorów poprawiania natury. Golę te nieszczęsne nogi ale wtedy, kiedy sama o tym zadecyduję. Znam smak oburzonego wzroku pełnego pogardy po dostrzeżeniu naturalnego mankamentu, którego na czas nie zlikwidowałam. Gromy w oczach z dozą litości , to najlepsze określenie tego spojrzenia. Taki wzrok bywa budzi mój opór lub poddanie, dla świętego spokoju tych co dostrzegają i czują odrazę przeżywając horror mojego niedbalstwa. Tylko tak naprawdę ile z nas jest przekonanych o przymusie gładkości. I dla kogo, tak naprawdę katujemy się do tej gładkości doprowadzając. Czy robimy to dla siebie, czy dla ogółu, od którego nie chcemy odstawać w tym negatywnym odczuciu niedbałości. Ktoś kiedyś powiedział ,że kobieta dba o swoją urodę nie dla siebie , nie dla swojego mężczyzny tylko dla innej kobiety, w oczach której chce wyglądać niczym najlepsza modelka deklasując rywalkę na ile tylko się da. Może ma to jakiś sens, i to nasze golenie nóg to tylko jedna z potyczek, pomiędzy nami kobietami, które w tych zawodach o własne piękno zgodne z wytyczonymi kanonami stają się rywalkami.

Rywalki na ringu walki o mężczyzn, którzy nawet nie zauważają czy nasze nogi są gładkie czy nie, a posunę się dalej w swoich może obrazoburczych wnioskach , jest im to niejednokrotnie najzupełniej obojętne. Czyż nie tak ….Panowie?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 162909
Osób: 145364