Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

WYCZEKIWANY LEK
Notatkę dodano:2013-04-12 18:46:16

Wyczekiwaliśmy, narzekaliśmy, że nie było, chodziliśmy poirytowani i markotni mając nadzieję, że ta wytęskniona, upragniona wiosna odgoni od nas całe zło. Miała być antidotum na słabe nastroje, chandry, bezpodstawne złości i wreszcie jest...Deszcze zamieniły śniegi, zieloność choć jeszcze mizerna i cherlawa wyparła z krajobrazu połacie bieli, mgły zostały rozwiane pierwszymi mocniejszymi promieniami słońca a jednak dalej, nie do końca nas to wszystko uszczęśliwiło.

Może taka nasza natura, że co by nas w życiu nie spotkało to zawsze znajdziemy powód do narzekań. Teraz większość spotkanych znajomych omotana przesileniem wiosennym, uparła się mieć za złe a to skoki ciśnienia a to ogarniającą senność i wieczne zmęczenie. Chodzimy niczym pozbawione energii automaty o coraz wolniejszych ruchach i stępionych odczuciach.

Wypełniamy codzienne obowiązki czekając na koniec dnia, na przywołujące odpoczynkiem łóżko. Jeszcze dzień się dobrze nie rozbudzi już chcielibyśmy aby następował zmierzchaniem jego koniec. Praca, dom, obowiązki, monotonia codzienności, nic nie porywa, nie dodaje energii a zresztą nawet jeśliby nasza energia leżała gdzieś na drodze, przybierając całkiem materialną postać nie mielibyśmy siły schylić się po nią i podnieść . Zobojętnienie i oczekiwanie. Ciągle na coś czekamy. Życie upływa na oczekiwaniu. Nie mamy siły wyjść naprzeciw,czasami nie mamy możliwości przyspieszenia tego co ma nastąpić, zastygamy w stagnacji i czekamy. Na księcia z bajki, na urlop, na uroczystości rodzinne, Każdy coś w zanadrzu ma. Dalekosiężność naszych planów i oczekiwanie na ich realizację dodaje cierpliwości. Gdzieś istnieje perspektywa spełnienia planów co wcale nie powoduje mniejszego narzekania w trakcie oczekiwania. Czekamy narzekając. A przecież można inaczej. Można czekać i wynajdywać maleńkie powody do radości, do zapomnienia o tym co może frustrować . Mogłabym narzekać na nadchodzący weekend, który po raz kolejny spędzę w pracy. Mogłabym, ale nie chcę. Mam kasownik narzekania w postaci pięknego rumianego jabłka, którego gruszkowy smak soczyście zamazuje smuteczek mojej nieobecności w domu. Antychandrant dający maleńkie poczucie radości, uświadamiający, że inni mają gorzej bo wyjeżdżają na wiele miesięcy a mnie nie będzie przecież tylko parę godzin.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIEISTNIEJĄCY WEHIKUŁ
Notatkę dodano:2013-04-11 18:37:48

Wczorajszy wolny dzień stał się minioną datą ,bez znaczenia i bez wielkich przemian w moim życiu. Było, minęło, szans na powrót nie ma żadnych. Zresztą czy wiele mamy w swoim trwaniu takich dat do których bez mrugnięcia okiem wrócilibyśmy? Parę się znajdzie, napiętnowanych szczęśliwymi chwilami. Byłoby też parę takich, w których zrobilibyśmy coś inaczej niż w oryginale zostało wykonane. Na szczęście nie ma tak zmyślnego wehikułu, którego mocą czas miniony mógłby do nas w swej nieskalanej postaci powrócić. I tak sobie gdybamy, teoretyzujemy, stawiamy pytania, na które nigdy odpowiedzi nie poznamy. Kiedyś, ktoś, w kontekście pewnej mojej sercowej znajomości zadał mi pytanie: czy dziś gdybyś mogła cofnąć czas to coś byś zmieniła? Moje myśli powędrowały w stronę zupełnie innej osoby i powiedziałam, że zmieniłabym. Osoba w myślach ideologię sobie dopowiedziała, a ja nie naprostowując ani korygując błędnego postrzegania mojej odpowiedzi doszłam do wniosku, że wielka to byłaby moc umieć szafować czasem i swoim życiem. Każdy, wszystkie złe chwile by wykasował, złe związki w zarodku zakończył, w złej godzinie pozostał w domu, zapewnił alibi, nie brał udziału, lub wręcz przeciwnie stanąłby na czele.

Dylematów i zmian byłoby wiele, niektóre pewnie głupsze od oryginału. Jakoś tak nasz ludzki rodzaj ma, że kolejne zmiany istniejącego, przeważnie w gorszym gatunku wychodzą.

Wiemy, że powrotu nie ma i nie istnieje nawet cień szansy na zmianę przeżytego czasu, jednak wbrew rozumowi stawiamy pytania. Nieśmiertelne : Co by było gdyby...? I dopisujemy scenariusze , wyobrażamy sobie, a życie w swojej brutalnej rzeczywistości nic sobie z naszych gdybań nie robi. Płynie dalej , zostawia pytania , mnoży odpowiedzi po niewczasie, i fantazje czasu minionego.

Umiejętność zaakceptowania i przywyknięcia do przeszłości jest koniecznością , wiemy o tym a jednocześnie dalej „gdybamy” i fantazjujemy. A przecież dokonaliśmy kiedyś wyborów, ruszyliśmy w drogę właśnie z tym człowiekiem, zrobiliśmy coś z pełną świadomością, to na cóż teraz pytania?

Może te pytania to taka furtka do nieistniejących możliwości, które nas ominęły i w całej swej naiwności sądzimy, że inaczej przeżyte życie byłoby lepsze. Czy na pewno ? Może szczęście które mamy we własnych dłoniach jest właśnie tym najlepszym co mogło nas spotkać . Trzeba to tylko zauważyć i docenić, bez zbędnych – co by było gdyby...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SMAK INNOŚCI
Notatkę dodano:2013-04-10 18:27:01

 

Mój własnoręcznie wyrobiony i osobiście upieczony chleb.

        TAK WYGLĄDA MÓJ WŁASNORĘCZNIE WYROBIONY I OSOBIŚCIE WYPIECZONY CHLEBEK.

 

 

Być może wśród moich gości tutaj jest ktoś , kogo interesuje smak mojego wczoraj wypieczonego chleba. Cóż, może bez rewelacji ale stał się zarazem motywacją do dalszych poszukiwań i prób. Mnogość użytych ziaren, otrąb i wszelkiego „zdrowotnego śmiecia” pozwala przynajmniej w świadomości mieć odczucie naturalności, choć następne doświadczenia będą oparte na zakwasie więc liczę na ciekawszy efekt z lekką nutką powrotu do dziecięcych wspomnień. Uzyskaną neutralność smakową zastąpię odcieniem specyficznego chlebowego kwasu. Ale to w przyszłości.

Dziś jednak za daleko nie odbiegnę od kulinariów. Może nie będzie odcinka o technicznych sposobach siekania natki pietruszki, czy też jaki właściwie kształt powinien mieć łazankowy klusek.

Są ludzie, którym najzupełniej obojętne czy ich ziemniak w zupie to piękna kostka o foremnym małym kształcie, a są tacy, których nie skłoni się do zjedzenia potrawy o miernych wizualnie parametrach. Różnimy się między sobą zarówno postrzeganiem świata jak i zwyczajami oraz podejściem do spraw kulinarnych. Może też na zasadzie przeciwieństw, w moim stadle ja jestem osobą otwartą na nowe smaki, natomiast mój mąż to postać z zupełnie innej bajki. Takim typowym przykładem, może nawet lekko anegdotycznym, bywały swego czasu nasze wizyty w nadmorskich smażalniach ryb. Otóż będąc nad naszym morzem, wiadomym jest każdy przyjezdny choć raz w czasie pobytu zostawia samodzielne przyrządzanie posiłków i ląduje w jakimś obiekcie gdzie potrzeby te bardziej przyziemne z cielesnych a konkretnie wyżywienie będzie sporządzone innymi niż własne, rękoma. Tak i nasze drogi kierowały nas parokrotnie w stronę typowych dla nadmorskich kurortów smażalni. Zasiadaliśmy i menu mojego męża to nieodmiennie morszczuk lub mintaj .Podejrzewam, że gdyby zabrakło tych gatunków ryb groziłaby małżonkowi niechybna śmierć głodowa. U mnie każdego dnia inny okaz połowu lądował na talerzu, dzięki czemu wiem, że flądra do zjedzenia ale bez zachwytu , dorsz na próbę sprawdził się . Nie ważne , czy te konkretne ryby mi smakowały . Dałam sobie możliwość poznania aby z całą stanowczością czegoś więcej nigdy nie zamawiać a coś aby częściej pojawiało się na prywatnym stole. W całej swojej ciekawości innych smaków stałam się zarazem niejako niewolnikiem tego co wypróbowane, polubione przez resztę rodziny. Brak możliwości do prób i poszerzania smakowych doznań. Jednak jeśli tylko nadarza się okazja ku popróbowaniu czegoś nowego korzystam z niej skwapliwie. Nie będę sama patroszyć winniczków i robić czegoś, co bez namiarów smakowych mogłoby być zupełną kulinarną klapą, jednak jeśli ktoś fachowo przyrządzi tego ślimaka chętnie spróbuję. Nie ma we mnie oporu do nowości, z małym zastrzeżeniem , niech to co jem nie rusza się ani w agonalnych drgawkach ani pełnią żywotności uciekając z mojego talerza.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


KĘS PRZESZŁOŚCI
Notatkę dodano:2013-04-09 19:51:03

Za oknami szary, momentami tylko rozświetlony słońcem dzień. Nic nie zachęca ani nie skłania do wyjścia na spacer, zresztą Kleszczyk nie miał ochoty na spacerowanie. Sam się określił, sam wybrał jak ma wyglądać nasze wspólne popołudnie. Nie będę ukrywać, było to niczym czytanie w moich myślach. Ochoty na jakiekolwiek dotlenianie nie miałam, choć jeśliby syn wyrażał choć cień pragnienia, dostosowałabym się i niechętnie zapewne wyruszyłabym po wielokrotnie pokonywanych szlakach naszych wędrówek. Dziś jednak decyzja stanowczo optowała za pozostaniem w domu i niech sobie wiatr wieje innym w nosy, do nas nie będzie miał dostępu.

Aby umknąć zabawie w typowe dla sześcioletnich mężczyzn wyścigi resoraków lub inne otępiające mnie i nudzące swą powtarzalnością zajęcia, wymyśliłam coś nowego.

Po raz pierwszy upiekłam chleb. Już stygnie, wyciągnięty z foremek oczekując jutrzejszego śniadania. Zobaczymy, czy werdyktem rodziny na tym moim jednorazowym wybryku piekarniczym skończymy doświadczenie, czy będziemy kultywować i wprowadzać innowacje. Nie był to chleb wypracowany dojrzewającym z mąki żytniej zakwasem , wielokrotnym męczeniu ciasta własnymi dłońmi ,którego specyficzny zapach, już tylko z niektórych piekarni się unosi. Znalazłam gdzieś wypróbowany przepis, którego szybka realizacja dała zajęcie na wolne, bezspacerowe popołudnie.

Pamiętam ze swojego dzieciństwa smak i zapach innego chleba . Minęło wiele lat a jednak wyobraźnia daje niemal namacalne wrażenie tamtego ciężkiego i ciemnego o specyficznym kwaśnym smaku chleba. Tamten smak jest niczym najtrwalsza pamiątka z dawno minionych wakacji. Beztroskie wakacje w białostockiej wsi ,rodzinnych stronach moich rodziców, miały swoje smaki , odczucia, zapachy ,których nie zapomnę a zarazem nie będę mogła nikomu przekazać ich intensywności. Nie jest możliwe poczucie rosy na zniszczonych trampkach, które właśnie tam miały dokonać swojego żywota w beztroskim pokonywaniu piaszczystych ścieżek. Nikt nie ujrzy tego co ja widziałam w zielonością podbarwionej otchłani studni, z której woda dla mnie miała smak tylko w namiętnie wypijanej niezabielanej kawie „Ince”. Smak wieczornej zacierki w metalowej misce zjadanej aluminiową łyżką naznaczoną nierównym fikuśnym krzyżykiem, który oznaczał własność mojego niepoznanego nigdy dziadka. Może dzięki tej łyżce czułam, że jestem częścią tej rodziny? Nikt nie przejmował się związkami aluminium , siedzeniem na kamiennych schodkach w towarzystwie zapchlonych kotów . Prawdziwie wolny i pozbawiony zmartwień czas spędzany na włóczęgach po strychach, chlewikach , poznawaniu dziwnych przedmiotów, których w swoim miejskim życiu nigdy nie widziałam. Podobnie jak nie jadłam przez cały, poza wakacyjny czas tamtego ciężkiego chleba ,który wcześniej przez babcię staruszkę a później przez wujenkę wypiekany w tamtych stronach w miarę potrzeb na stole bywał chlebem powszednim. Dla mnie to niejako synonim wakacji. Oczekiwałam, kiedy będzie pieczony i taki świeży , jeszcze nie do końca wystudzony uzyska pozwolenie aby stać się naszym, dzieci, największym przysmakiem. Niczego do swej ozdoby ani uzupełnienia nie potrzebował , najlepszy ciepły kęs beztroskich wakacji .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BYCIE W NIEBYCIE
Notatkę dodano:2013-04-08 20:44:12

Wróciłam dziś po krótkiej nieobecności , weekendowa praca rządzi się swoimi prawami . Dostosowanie do warunków i pewne oszczędności powodują moje wyjazdy ,i absencję przez cały weekend. W tym czasie wszyscy w domu albo od siebie nawzajem odpoczywamy, albo tęsknimy. Niby dwudniowa nieobecność , zaledwie parę dziesiątek godzin a potęgują się one tworząc odczucie dużo dłuższego braku normalności. Po przekroczeniu progu swojego mieszkania , zaczynam chłonąć każdą tkanką tą niematerialną panującą tu atmosferę. Mąż już w pracy, jak zawsze wyminęliśmy się, bo tak ta nasza mała instytucja jest zorganizowana. Wiem, że na mnie czekał, tęsknił, pragnął . Jeszcze doba, a doczeka się , parę dziesiątek godzin a tęsknota pójdzie w niepamięć , mała chwila w wieczności a pragnienia się spełnią. Od chwili do chwili , przeplatają się nasze chwilki niczym utkana makatka. Tkamy ją wspólnie i tworzymy.

Wczoraj mój starszy syn zrobił krok w swojej dorosłości , udowodnił, że bycie dorosłym to decyzje, które czasami wbrew innym się podejmuje. Dorosłość to wyzwolenie od nacisku innych.

Pisałam o jego planach wyjazdowych , zaczął je realizować. Wyjechał. Nie staję na przeszkodzie , nie oponuję , nie walczę. Przyjmuję do wiadomości dorosłość, ile się da pomogę . Bo jego dorosłość i samodzielność to też mój sukces. Umiejętność radzenia sobie z prozaicznymi czynnościami , choć w teorii przypisanymi kobietom to też moja maleńka wygrana.

Moi mężczyźni potrafią umyć okna, naczynia czy uprać swoje ubrania, głód też nie powinien zaglądać w oczy. Nie mam tu na myśli najmłodszego, bo on ciągle jeszcze na etapie poznawania i zdobywania umiejętności. Popracuję nad nim, choć to droga długa i wyboista. Egoistycznie uczę ich tych babskich czynności nie tylko dla ich dobra, ale też swojej wygody. Osiągnięcie feministek uzurpujących sobie prawo do równości i wyzwolenia od mężczyzn przekułam na swój grunt. Nie muszę być wyzwolona aby moje życie było łatwiejsze. Bez manifestacji, palenia staników czy też ataku na brzydszą płeć. Dużo łatwiej jest żyć w symbiozie z podziałem nie ma damskie lub męskie czynności a innym zupełnie, ja mam czas to robię, ty nim dysponujesz ty robisz. Jesteś zmęczony ja zrobię, ja chcę wytchnienia, ty mi pomożesz i dasz odpocząć. Równoprawni w związku, w obowiązkach, w życiu. Nie u wszystkich tak wyglądają podziały obowiązków, nie uzurpuję sobie prawa do nieomylności oraz jedynej, słusznej recepty na osiągnięcie consensusu. U nas akurat taki model się sprawdza, wymagał i nagięcia się i naginania . Dostosowanie i konieczność, pogodzenie się z rolami bez zacietrzewienia i stawiania na piedestale jednego z nas.

Dzięki temu jak wyjeżdżam wiem, że mogę zostawić obiad na jego głowie a da sobie radę, nie kłopoczę się tym. Nie muszę stawać przed świtem aby nagotować i postawić przed faktem pełnej lodówki. Obowiązki pod nieobecność zostaną przejęte bezboleśnie i naturalnie. A ja spokojnie mogę jechać, iść, znikać na parę dni. A kiedy wracam wszystko jest niezmiennie normalne bez żadnego śladu mojej nieobecności. Tylko czekanie, tęsknota i pragnienia zawsze przypominają tę nieobecność.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ODERWANIE UMYSŁU
Notatkę dodano:2013-04-06 19:30:45

 

Myśli , myśli , natłok ich i nieumiejętność wyzwolenia od osaczającej obecności . Są myśli, których siła i nacisk na nas jest tak wielka, że niczym nie potrafimy przytłumić ani osłabić ciągłego wkradania się w naszą podświadomość. Nie mówię tu o czymś co zaprząta nas, gdyż stanowi tragedię, złe przejścia, jakieś traumy i fobie. Nie wiem, czy jest lekarstwo aby w takich sytuacjach pozbyć się ich, przestać myśleć. Może istnieją jakieś formy ćwiczeń pozwalające na swoistą nirwanę umysłu. Nie znam ich, nie zgłębiłam i w moim przypadku jeśli coś złego mnie spotka , to nie tylko moje ciało całą fizycznością odczuwa, ale i umysł bierze w tym czynny udział. Dzień i noc jest oplątana całą siecią, której każda najmniejsza i najcieńsza nić nie pozwala zapomnieć o czym myślę. Nie potrafię. Prześladująca myśl niczym rzep, przyczepiona daje o sobie znać w każdej sekundzie . Taki jest początek, po paru dniach umysł okrzepł, zmęczony ciągłą obecnością, przyzwyczajony powoli przestaje zwracać uwagę. Wie, że problem istnieje, ale podobnie jak ze znakami drogowymi na trasie , którą pokonujemy codziennie , dostosowujemy się zarazem nie zwracając uwagi przestajemy dostrzegać . Są jednak myśli, nieistotne, mało ważne a zarazem prześladujące całą mocą. Intensywność takiego myślenia, choć nie dotyka ważkich problemów, bywa uciążliwa. Zastanawiam się nad czymś , chodzi mi po głowie, nie daje odpocząć. Anektuje podświadomość, nie zważając na moje opory i brak zgody. Nie chcę a myśl jest . Jadę busem , nie została na przystanku tylko jedzie ze mną . Idę do pracy, ona już tam na mnie czeka. Ciągle i niezmiennie dąży za mną . Można ją przesunąć w dalsze rejony podświadomości , ale dopóki nie zostanie rozwiązana ciągle będzie prześladować i dawać sygnał swej obecności. Bzdura , nie możliwość przypomnienia,skąd znam tego człowieka, zapomniane imię osoby, z którą coś przez moment mnie połączyło , sprawy błahe a zarazem uporczywie nie dające spokoju. Nie ma możliwości wyciszenia , odsunięcia na bok dopóki nie znajdę rozwiązania problemu, nie przypomnę zapomnianego .

Dziś odkryłam jednak rzecz fantastyczną .

Mój wolny dzień o ile jest tylko taka możliwość, choć w niewielkim ułamku przeznaczam na swoją basenową przyjemność. Daję sobie wycisk pokonując parę dziesiątek długości basenu . Kontroluję swój oddech, odpowiedni rytm, nie męczy mnie to , daje energii . Nie mierzę się z wyczynowcami, którzy z pobłażliwością podchodzą do takich jak ja. Ja idę i robię to co sprawia mi radość i daje wytchnienie od codzienności. Dziś pora była widocznie doskonała bo amatorów pływania nie było zbyt wielu. Miałam dla siebie cały tor bez żadnych wspólników. Obok płynął podobnie jak ja, żabką mężczyzna, który stał się dla mnie całkiem podświadomie rywalem. Być może komfort i brak ścisku oraz swoistej walki na torze, sprawiło że, całkowicie pochłonęła mnie sama czynność pływania. Nic mnie nie rozpraszało i w trakcie kolejnego pokonywanego przeze mnie basenu zauważyłam ,że zupełnie oderwałam się od myślenia. Wiem, że brzmi to niepochlebnie i stawia moją osobę w kategorii homo nie do końca sapiens. Myślałam o samej czynności pływania ,cała codzienność utopiona lub pozostała na brzegu nie miała do mnie przez te parę chwil dostępu. Może przy większych problemach zwykłego życia nie sprawdzi się to, co dziś tak doskonale się udało , a może weszłam na wyższy poziom oderwania od życia. Kiedyś sprawdzę , dziś nie będę się wgłębiać i tworzyć kolejnego powodu do bezproduktywnego myślenia.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BRAKUJĄCA POZYCJA
Notatkę dodano:2013-04-05 16:24:03

Lubię czytać. Lubię zatopienie się w treści , identyfikowanie się z bohaterami , stanie częścią fabuły . Nie czytam fantastyki , z rzadka sięgam po wysokich lotów literaturę ,która dla mnie stanowi za wysokie progi. Wiersze sporadycznie i bez wielkiego namaszczenia. Czytam to, co mi się podoba, czasami jest to zapomniana ramota trącąca myszką, czasami współczesna lekka lektura dająca jakąś iluzję, przenosząca gdzieś indziej, stwarzająca możliwości stania się kimś innym . Sięgam po kryminały, kiedyś czytane namiętnie teraz sporadycznie. Różnorodność form i treści stwarza możliwość wyboru. Parę razy zdarzało mi się czytać więcej niż raz książkę, do której wracałam z różnych przyczyn. Czy mam jedną, ulubioną, bez której nie mogę żyć ?. Nie ma takiej . Czasami sięganie po lekturę rodzi frustracje lub powoduje moją złość. Mam jedną książkę w wielkich planach czytelniczych .Plany posiadam, książki dostać nie mogę. Mam jej wersję elektroniczną . Jednak uwielbiam papier, tradycyjny druk, możliwość przewracania zwykłych kartek . Usiąść w wygodnej pozycji, z książką na kolanach lub leżąc jakoś ją trzymając i zagłębić się w lekturze. Mój zły nastrój budzi fakt, że przeczytałam 4 części a ta jedna jest poza moim zasięgiem. Wydrukowano ją w jednym niewielkim nakładzie naście lat temu, zdobycie w rozsądnej cenie graniczy z cudem, a na allegro cenią za niebotyczne pieniądze, choć sam druk i miękka oprawa nie dają podstaw do osiąganych wartości . Chcę wiedzieć co wydarzyło się dalej, jak potoczyło się życie głównego bohatera i nie mogę . Może nigdy się nie dowiem a może ktoś mądry drugim nakładem da mi taką szansę. Przeczytam ponownie wcześniejsze części, odnowię pamięć i wreszcie dowiem się jak potoczył się los opisanych postaci. Może przyjdzie mi czekać pół życia na ciąg dalszy, choć wierzę, że dana mi będzie możliwość wcześniejszej dostępności. Książki o których piszę, autorstwa Anatolija Rybakowa-”Dzieci Arbatu”cz 1. i 2.,”Trzydziesty piąty i później „ oraz „ Strach”, po krótkim momencie zachłyśnięcia się literaturą opisującą czasy stalinizmu, stanowią w obecnym czasie coś o czym wydawcy zapominają, nie istnieje w ich planach wydawniczych. A szkoda. Dzięki tym książkom istnieje szansa na wyrobienie sobie poglądu, głębsze poznanie rosyjskiej mentalności, cierpienia tej nacji i jej tragicznego losu . Nie odbieram tego narodu jako okupanta, choć i taką rolę wobec nas odegrali . Nie pomstuję na sam dźwięk rosyjskiej mowy. Chcę się dowiedzieć aby nie pozostać tylko ograniczoną w swoich poglądach osobą ale by mieć możliwość własnej oceny oraz wyrobienia swojego zdania.

Została mi do przeczytania ostatnia część pt.”Proch i pył”. Kto wie, może uda się jakoś zdobyć , kupić , wypożyczyć , aby mojemu pragnieniu stało się zadość . Będę cierpliwie czekać . Czasami warto , a w tym przypadku moja ciekawość chce być zaspokojona . Nie chcę streszczenia, ani wersji elektronicznej chcę książki, z szeleszczącymi kartkami, które umieszczoną na nich treścią uszczęśliwią mnie tak po ludzku .


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


TEMAT ZASTĘPCZY
Notatkę dodano:2013-04-04 20:29:09

Od wielu dni ,codzienna aura ,niezmienna w swojej stagnacji ,nie dająca już nadziei na jakąkolwiek zmianę spowodowała w naszym narodzie dziwną przypadłość. Ludzie zapomnieli narzekać na biedę, przekręty, zdrowie oraz wszystko inne co przeważnie jest powodem do częstego stękania i jęczenia. Pogoda przytłumiła wszystko inne. Stacje telewizyjne przebijają się w doniesieniach, newsach i wszelkiego typu informacjach bądź to dających nadzieję, bądź tę nadzieję dokładnie niszczących. Zjawiska pogodowe, które nas nawiedziły jak Polska długa i szeroka, stanowią niewątpliwą anomalię, która zadziwia , choć już nie sprawia szoku przy porannym rekonesansie pogodowym przez zasnute szarym porankiem okna. Podchodzimy do tego z obojętnością , jakby niczym dziwnym nie było to co od wielu tygodni nas otacza. Wielkimi krokami drepcze kwiecień, ani się obejrzymy a będzie jego połowa, a żaden symptom wiosny nie chce nas ubrać nadzieją na wiosnę. Łyse , bezlistne drzewa, choć już przybrane ptactwem zadomowionym w swoich gniazdach straszą brakiem zieleni. Chyba nie tylko my, ludzie nie do końca potrafimy się odnaleźć w tej ciągłej zimie. Zdezorientowane ptactwo czując zew natury, siedzi na czubkach gałęzi , obwieszcza światu swą gotowość do godów, do swojej corocznej normalności. Ich świergoty i wrzaski na nikim nie robią żadnego wrażenia. I nie przyspieszają ani nie poganiają cieplejszej pory roku. My, ludzie otumanieni ciągłą szarzyzną aury nie zwracamy już na nią uwagi. Z każdej strony otacza nas zimno, wiatry, ciągle nie wiadomo skąd się biorące nowe lub zleżałe śniegi. Przechodzimy obok tego obojętnie, niewzruszeni, bez nadziei i wary w jakąkolwiek zmianę. Przy spotkaniach ze znajomymi lub przypadkowych wymianach zdań z obcymi sobie ludźmi każdy temat w końcu finiszuje na pogodzie. Robimy zakłady, co teraz, jak dalej się to wszystko potoczy . Będzie wiosna czy wskoczymy od razu w letnią porę. Nie myślimy o szykowaniu lżejszej garderoby, każdy okutany szalem nie ma najmniejszej ochoty opuścić jego ciepłej przytulności.

Zadomowienie w ciepłych ubraniach, przywyknięcie do przeciągającej się zimy.

Ja obrałam taktykę strusia, chowam głowę w piasek za każdym razem, kiedy reszta domowników zasiada z niewysłowioną nadzieją przed kolejną prognozą pogody. Wyże, niże, izobary, obojętne mi to i zupełnie nie interesujące. Nie chcę być zaskoczona niezmienną pogodą . Nie lecę z nadzieją każdego poranka do okna , a nuż dziś będzie inaczej. Przyjmuję to co jest z zupełną pozbawioną emocji obojętnością . Jeśli nawet będzie się taka pogoda utrzymywać do końca kwietnia, trudno, przywykłam . Poczekam, cierpliwości mi nie brak w innych dziedzinach to i w tej sobie poradzę. Byłoby fałszem jeślibym powiedziała, że nie chcę ciepła, że nie tęsknię. Chcę i tęsknię ale nie lubię dnia rozpoczynać od zawodu choćby był to tylko zawód spowodowany przez coś na co nie mam żadnego wpływu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


RÓŻNOŚCI Z MOJEGO ŻYCIA
Notatkę dodano:2013-04-03 19:15:38

    Jestem czterdziestoparolatką , tego wyrazu nawet słownik w office nie chce przyjąć, cóż dopiero ja , skoro muszę się z tym mierzyć każdego dnia. Bywa, że tą walkę wygrywam, czasami remisuję, a i przegrać się przydarza . Potyczki wieku z odczuwaniem. Chcę być aktywna na ile pozwala mi moje życie, obowiązki i wewnętrzna chęć. Chcę, choć zdarza się, że lenistwo bierze górę .

Magia ukończenia czterdziestu lat daje spojrzeć na życie z innej perspektywy, czegoś nauczeni, zdobyliśmy jakąś wiedzę ,życiowe doświadczenie i patrzymy na przemijający czas inaczej. Mi przydarzyło się ukończyć czterdziestkę parę lat temu, a entuzjazm został . Możliwości choć inne są we mnie, wiem jaka jest moja moc, moja siła. Poznanie i wiedza o sobie daje dużo. Nie studiuję psychologicznych ksiąg, zdobywam doświadczenie. To doświadczenie przekuwam na codzienność. Odnajduję się w niej i wiem, że nie jest źle.

Zdarza się wskoczyć na chwilkę w wodę, rzeki czasu, która ciągle płynie i choć nie będzie to ta sama woda, która płynęła wiele lat temu, czasami dobrze poczuć się jak dwudziestolatka, która obecnością swą w tej rzece daje dowód na to że jej się jeszcze chce. Że ukryte w niej drzemią siły i dynamizm o który nie podejrzewała się wiele lat temu. Pokrętnie napisałam a aby było bardziej po ludzku to przykładam palec do organizacji zjazdu swojej klasy z okazji 25 rocznicy jej ukończenia. Skok w miniony czas , czas bezproblemowy , szkolny ,łatwy , inny . Gdzie nie myślało się o braku gotówki na prozę , gdzie proza była urokliwie liryczna. Gdzie rumieniec na policzku gościł nie z powodu nadciśnienia a jego przyczyny zgoła inne bywały. Początki , nowości, inności . Coś pierwszy raz, coś niepowtarzalnie skrycie o smaku zakazanych owoców . Teraz mam okazję organizacji, a może bliższe prawdy będzie współpracę przy organizacji spotkania po latach . Niczym fryga, tu dzwonię, tam piszę, gdzieś indziej zostawiam informację. Szukam, odnajduję, nawiązuję dawno rozwiane kontakty . Staram się, choć nie zawsze wychodzi. Bo nie każdemu się chce. Czasami widzę jak daleko niektórzy odeszli od tego, co minione. Przykryci wygodną kołderką teraźniejszości, nie chcą spod niej wychodzić. Jest im wygodnie w wypracowanym przez lata kokonie, którym otuleni wygodnie oczekują na następne swoje dni. Nie mają ochoty wskoczyć do wody wspomnień. Może dojrzałe, choć najchętniej napisałabym stare ciała nie mają werwy ani animuszu na tyle, by zrobić mały krok . Są i tacy, którzy grubą kreską odkreślili miniony czas . Co było a nie jest.... Nie ma w nich ciekawości, nie widzą sensu powrotu do wspomnień. Ich wybór. Każdy z nas ma wybór. Ja dokonałam takiego że wskoczę na krótką chwilkę do rzeki wspomnień. Napiję się wódki z dawno niewidzianymi kolegami, perliście się zaśmieję z minionych anegdot, powspominam z rzewną nostalgią, będę wśród innych, którym się zachciało być przez te parę godzin razem. Rzucić obowiązki, oderwać od teraźniejszości, taki jest mój wybór i mam nadzieję, że tym razem chochlik mojego życia nie namiesza, i pozwoli zrealizować plany. Jeśli wystarczy cierpliwości do czerwca i jeszcze będę zamieszczać tu swoje notatki niewątpliwie napiszę czy i jak udało się całe przedsięwzięcie.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


BEZWZGLĘDNOŚĆ CHOCHLIKA CZASU
Notatkę dodano:2013-04-02 19:06:37

notka z 31-03-2012

Dwa razy w roku ktoś nam zafundował zmianę czasu . Można się do tego przyzwyczaić , można zasłaniać ekonomią, można nienawidzić , narzekać . Mnogość poglądów i nastrojów, które przy każdej zmianie czasu nasilają się i przez krótki moment zajmują nasz umysł. Wielu z nas choć raz w życiu dzięki zmianie czasu zapętliło się w swoich życiowych sprawach i albo pojawiło się gdzieś za szybko o godzinę lub też za późno. Pomstujemy w takich momentach na czym świat stoi. Nie na swoją nieuwagę , gapiostwo ale na tych co tym czasem starają się rządzić zmieniając jego rytm.

Bywa,że jesteśmy przygotowani , przestawiamy swoje czasomierze, podświadomie wiemy co nas czeka o poranku a jednak coś przez tą zmienioną godzinę nie wychodzi jak wyjść miało, dzieje się inaczej niż planowaliśmy. Podobnie było ze mną dzisiejszego poranka , kiedy zgodnie ze swoim grafikiem miałam przyjść do pracy na szóstą . Na szóstą wg nowego czasu czyli na piątą idąc starym zegarem. Wiedziałam ,byłam gotowa ,z racji tego ,że jestem u swojej mamy planowałam korzystanie z budzika w telefonie. Przestawiłam czas wcześniej aby ta brakująca godzina nie zaskoczyła mnie bladym świtem . Chciałam mieć kontrolę nad swoim czasem, nie spóźnić się , być przygotowana. Wydawało się ,że wszystko mam pod kontrolą . Położyłam się po dwudziestej trzeciej , zostało snu parę godzin , czas przestawiony , spokojny wypoczynek .

Wydaje się ,że kiedy zamykam oczy świat pogrąża się w bezruchu oczekując na moje przebudzenie, nic bardziej błędnego. W tym dla mnie błogim stanie dzieją się wydarzenia i sprawy, nad którymi nie mam kontroli. Gdzieś bywają demony techniki , dzieją się żarty ,ktoś tasuje karty moich planów. Chyba przy brydżowym stole mojego życia tej nocy zebrało się całe przeciwne mi towarzystwo i rozegrali znaczonymi kartami niezłą partyjkę .

Mój telefon służący za budzik zgodnie z nakazem sieci i techniki przestawił się o godzinę do przodu co z moim manualnym kombinowaniem czasem dało mi nie jedną a dwie godziny . Zamiast obudzić się o piątej w nowym czasie alert nastąpił o czwartej , a w starym czasie o trzeciej w nocy. Błogosławieństwem w myśl którego powstało powiedzenie co dwie głowy … śpiący obok mój mąż mało przytomnymi o tej porze doby metodami dedukcji doszedł do stanu faktycznego właściwej godziny. Nic strasznego się nie wydarzyło , ot chochlik , mały żarcik . Jednak ta z pozoru nie istotna sprawa psuje dobry początek dnia. Coś zmienia , moje przygotowania i plany przeinaczają swój bieg. Jak do tego podejść ? Spokojnie , bez emocji . Wykorzystaliśmy z mężem tę dodaną mam godzinę na swoje małe poranne sprawy, miało być inaczej niż się stało . Szat rozdzierać przez tą uzyskaną godzinę nie będę ,jednak ilu osobom , zabrakło tej jednej godziny w dzisiejszym dniu? Ile spóźniło się na spotkanie, na coś, co mogło wyglądać inaczej niż wyglądało. Coś co się nie odbyło choć miało ? I jak co pół roku zastanawia mnie po cóż ta zmiana , jaki jej sens, skoro nikomu ona nie pomaga wprowadzając chaos i dezorganizując życie. Prywatny zegar biologiczny zanim dostosuje się do wymogów oficjalnego czasu daje odczuć swoje z nim niedogranie. Moje ciało buntuje się i przeciwstawia tej ingerencji a zarazem mam świadomość ,że muszę się dostosować aby moje funkcjonowanie odbywało się płynnie i bez większych zawirowań. I kiedy już wszystkie trybiki zaczynają pracować tak jak powinny, wszystko zaczyna się zazębiać i współgrać znów następuje chaos ponownego przesunięcia czasu , dodana godzina, dezorganizacja , zmiana , narzekanie ….. Teraz nie będę narzekać , teraz jest czas na przestawianie aby bezboleśnie przejść czas przemiany mojego wewnętrznego zegara.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163504
Osób: 145959