Nowy blog
Notatkę dodano:2011-03-09 15:01:08

Blog zostaje przeniesiony na

http://www.anti-experthorror.blogspot.com/

Zapraszam!


Komentuj(1)
"Lilith" Olga Rudnicka
Notatkę dodano:2010-11-29 18:57:00

„Lilith” to dla mnie pierwsze spotkanie z prozą Olgi Rudnickiej. Kryminał z wątkami okultystycznymi osadzony w prowincjonalnym miasteczku jak najbardziej wpisywał się w moje gusta czytelnicze, natomiast przed czytaniem odstraszała nieco łatka przypięta (przeze mnie) pani Rudnickiej. Mówią: „nie oceniaj książki po okładce”, sufler mógłby dodać: „ani autora po poprzednich książkach”. Mnie jednak mieszanka kryminału, horroru i thrillera wychodząca spod pióra młodej polskiej pisarki, która w swoim dorobku ma lekkie czarne komedie nie przekonywała. Do momentu, w którym chwyciłem za książkę. Ależ się pomyliłem…

Do odziedziczonego dworku w małej miejscowości Lipniów przybywa Lidka z mężem Piotrem. Brzemienna kobieta liczy na azyl w uroczym miasteczku, ale szybko przekonuje się, że zachwyt nad małą, spokojną mieścinką jest zwodniczy i pozorny. Lidka czuje się coraz gorzej i często miewa koszmary. Mąż Piotr staję się nieobecny. Mieszkańcy miasteczka niespecjalnie przychylnie spoglądają na nowoprzybyłą. Do tego dochodzi dość ponura historia Lipniowa, jako polskiego Salem. Na domiar złego, w okolicy zaczynają ginąć młode kobiety. Szybko okazuje się, że jedyną osobą, na którą może liczyć Lidka, jest Edyta –nowopoznana właścicielka księgarni okultystycznej.

Tak pokrótce można przedstawić fabułę „Lilith”. Nic odkrywczego, a jednak. Mam wrażenie, że Olga Rudnicka z pełną świadomością i satysfakcją napisała książkę, którą sama chciałaby przeczytać. Do czterystustronicowego kotła wrzuciła okultystyczne wątki postaci Lilith, procesy czarownic, dosyć barwne postaci, wątek kryminalny i romansowy, sprawnie wplatając je w historię miasteczka; mocno przemieszała i doprawiła szczyptą humoru.

„Lilith” mnie zaskoczyła. Pomimo, że podszedłem do niej z bardzo dużym dystansem, po jej odłożeniu z lektury pozostała czysta satysfakcja. Książka na pewno nie pretenduje do miana wybitnych. Nie jest również odkryciem w świecie kryminału i gatunków pokrewnych. Ale to nie jest istotne. Ważne jest, że Rudnicka potrafi przyciągnąć i zainteresować na tyle, żeby wywołać emocje samą historią. Postacie Lidki, Edyty, Michała, czy z drugiej strony Piotra, Darii i Chmiela są ciekawie skrojone. Ich poczynania wywołują irytację, doping czytelnika, a nawet obawę, a przecież w historii najważniejsze jest to, aby czytelnik ją czuł…

Wiarygodne dialogi, intrygująca akcja i tło małego miasteczka należą do dużych plusów „Lilith”. Książka nie jest wolna od mankamentów i niedociągnięć, ale fabuła z pewnością wszystkie rekompensuje.

Oczywiście ilu czytelników, tyle różnych gustów. Niektórzy w powieści zobaczą kryminał, inni okultystyczny thriller, jeszcze inni odkryją wątki nierówności społecznej, a malkontenci nie zobaczą w niej nic. Ja natomiast widzę ciekawie opowiedzianą historię. Biorąc pod uwagę wiek autorki oraz czas, jaki ma przed sobą na uczenie się tego rzemiosła, mogę śmiało powiedzieć, że historię opowiadaną przez Olgę Rudnicką słucha się wyśmienicie. W stronę autorki pozostaje skierować wzrok kota w butach z filmu „Shrek” i powiedzieć: „Pani Olgo, czekamy na więcej”.

 


Brak komentarzy
o punkcie G jak Groza
Notatkę dodano:2010-06-06 08:30:59

O tym, że każdy ma swój punkt G chyba wspominać nie muszę. W takiej czy innej materii jest on znany lub dalej usilnie poszukiwany.

U mnie tytułowy punkt G odnosi się również do gatunku literackiego czy filmowego jakim jest groza. Lubię się bać. Zawsze lubiłem. Poczucie czegoś takiego jak bezpieczny strach pozwala na przeżywanie emocji, z którymi nigdy w życiu nie chciałbym mieć do czynienia bez swoistego "safety mode".

W horrendalnej ilości gatunków, podgatunków i podpodgatunków literackiej czy filmowej grozy, każdy fan horroru znajdzie coś dzięki czemu podczas lektury czy seansu serducho mocniej zabije czy dłonie trochę bardziej zwilgotnieją. Dla jednych są to sytuacje ekstremalne cudownie uwidocznione w takich pozycjach jak Piły lub inne starsze i lepsze klasyki, dla innych punktem G mogą być owłosione osobniki skazane na lykantropiczną przypadłość lub książęta ciemności z bladą cerą i piekielną szczęką, obecnie sprowadzone do roli grzeczniutkich, czułych chłopców, którzy przy widoku ludzkiej krwi odwracają wzrok. Różni ludzie, różne potrzeby, różne punkty G.

Na mnie najmocniej działającym punktem G jest izolacja od zagrożenia. Pod tą niehorrorowo brzmiącą nazwą rozumiem jednostki zamknięte w jakim pomieszczeniu, domu, hali, jakkolwiek starający się nie dopuścić do środka hordy rozwścieczonych innych jednostek, które dobrych zamiarów wobec tych pierwszych raczej nie mają.

Nigdy, nawinie nie mogę sobie wyobrazić wyjścia z takich sytuacji. Gdy opis filmu lub książki chociaż w części odpowiada moim zainteresowaniom "izolacji strachu", staje się on dla mnie pozycją obowiązkową. To, że często zawodzi na całej linii, nie ma dla mnie znaczenia. Sama świadomość walki z czymś co jest na zewnątrz, a co najchętniej rozgościłoby się w środku, dylematy i próby wyjścia z sytuacji bohaterów - wszystko to sprawia, że bardziej rozsiadam się fotelu, uśmiechając się pod nosem i zacieram ręce.

Taki punkt G wyrobił się u mnie z czasem. Wśród pozycji filmowych, które działają na mnie najsilniej mogę wymienić "Noc żywych trupów", "Dog Soldiers" czy absolutny majstersztyk w kiczowatej formie komedii grozy, który przeraża mnie do teraz, czyli "Powrót żywych trupów". Jest jeszcze mnóstwo innych filmów, które mógłbym wymieniać, ale nie widzę potrzeby psuć komuś seansu, kto nie widział, a punkt G ma zlokalizowany zupełnie gdzie indziej.

Oprócz filmowej "izolacji strachu" ostatnio, na całe szczęście, dołączyła jeszcze literacka, co dla mojego punktu G jest o wiele bardziej stymulujące.

Otóż, niejaki Dallas Mayr, bardziej znany pod pseudonimem Jack Ketchum, za pośrednictwem wydawnictwa Papierowy Księżyc pojawił się w Polsce ze swoimi trzema groszami dodanymi do literatury grozy, mianowicie "Dziewczyną z sąsiedztwa" i "Poza sezonem".

Ponieważ "Dziewczyny z sąsiedztwa" jeszcze nie dotykałem, nie będę się wypowiadał, ale za to spotkałem się z "Poza sezonem". Proza Ketchuma przez jednych określana jako nowy wymiar literackiego horroru, przez innych literacką formą brutalnej pornografii, zainteresowała mnie na tyle, żeby książkę kupić. "Brutalna, epatująca przemocą pornografia" idealnie wpisała się w moje literackie preferencje co do niedzielnego, słonecznego południa.

Liczyłem na horror jako taki, nijaki. Dostałem prawdziwe rozrywkową, brutalną jazdę, które w znaczny sposób przycisnęła mój punkt G. Wycieczka po stanie Maine z grupą wygłodniałych i zwyrodniałych do granic ludzkich możliwości narwańców bardzo mi się podobała. Nie dość, że owa grupa usilnie próbuje wymusić gościnę na mieszkańcach pewnego leśnego domku, to rozwiązania jakie stosują potencjalne ofiary urzekały mnie ze strony na stronę. Wszystko dzieje się szybko, sprawnie zmieniając punkty ciężkości, a całość okraszona brutalnością i przemocą, która powoli, według wszystkich znaków na niebie i ziemi, staje się wyznacznikiem pana Ketchuma.

Książka pomimo brutalności niewiele ma wspólnego z prozą Mastertona czy innych twórców tego pokroju (z pełnym szacunkiem, oczywiście). Nie jest kiczowata, ale w jakiś chory sposób ciekawa. Nie razi tak jak przy niektórych pozycjach wyżej wymienionych. Za jedyny minus podyktować można długość książki, która akurat broni się dzięki gatunkowi w którym się "babrze".

Jeśli spojrzeć na "Poza sezonem" jako powieść gatunkową, bez funkcji filozoficznej, która dla mnie jest jednak trochę zachwiana, to spełnia ona wszystkie zamierzenia, jakie ma spełniać. Straszy, obrzydza, stymuluje, a przy tym wyśmienicie smakuje:)

W tym roku Jack Ketchum odwiedza Wrocław na tegorocznej edycji Dni Fantastyki, więc ja na pewno wybiorę się na spotkanie z autorem, który w moim przypadku dołożył się do ukłucia mojego punktu G.

 


Brak komentarzy
o dziwnej wizycie w stanie Maine...
Notatkę dodano:2010-04-17 21:47:57

Stephen King to pisarz nietuzinkowy. Ta kwestia nie podlega dyskusji. Spod pióra "honorowego mieszkańca Bangor" wychodzą prawdziwe arcydzieła w swojej klasie, które pozwalają nam fanom cieszyć się ze słów, które tworzą zdania, które zaś przenoszą nas w magiczny świat małych amerykańskich miasteczek, terenów pustynnych czy wilgotnych i gorących wybrzeży. Przy kolejnej książce natomiast udowadnia, że i słabizny i banał nie są mu obce. Wiele osób mówi, że King jest nierówny. Ja się z tym zgadzam, chociaż jest coś w Kingu specjalnego, coś co nawet po odłożeniu na półkę słabej książki pozwala uśmiechnąć się, by zaraz sięgnąć po następną jego pozycję.

 

Wydanie nowej powieści było szumnie zapowiadane. W polskim oficjalnym serwisie Kinga w Polsce specjalny zegar odmierzał czas do ukazania się książki i przez pewien czas myślę, że stał się dla nas fanów ważniejszy niż zwykły zegar i kalendarz. Plakaty oznajmiające, że oto w sklepach pojawiła się "najlepsza powieść Stephen Kinga" biły ponoć po oczach w stolicy, a krótkie spoty reklamowe emitowane w telewizji nie pozwalały odpocząć fanom rejertującym każde, choćby najmniejsze napomknięcie o "Pod kopułą". Więc i ja ogarnięty szaleństwem nowej książki Stephena Kinga zakupiłem i przeczytałem.

 

Dziwna ta książka. To banalne stwierdzenie niestety musi oddać moje spostrzeżenia po przeczytaniu "Pod kopułą". Tydzień z życia mieszkańców amerykańskiej pipidówy, gdzie na pozór wszyscy są mili, a jednak zaściankowości i utarczki wychodzą przy każdej możliwej okazji. A to ktoś kogoś obrazi w lokalnej gazecie, a to ktoś wybije komuś okno itd. Mieliśmy już analizę małomiasteczkowego społeczeństwa w innych książkach Króla. Tutaj jednak jest trochę inaczej. Otóż do małej pipidówki dołącza niecodzienny element życia - kopuła. Pojawija się nagle znikąd, nie wiadomo z jakich przyczyn i wprowadza chaos i zamieszanie w wymanikurowne życie mieszkańców Chesters Mill.

Pomysł, dla mnie jak najbardziej trafiony. Zachowanie małej społeczności w obliczu kończących się zapasów żywności i tlenu. Tylko właśnie w tym jest pewien szkopuł. King jest naprawdę dobry w konstruowaniu psychologicznych aspektów swoich postaci. W "Pod kopułą" jakby tego zabrakło. Przez ponad 900 stron King skupia się przede wszystkim nad postaciami z miasteczka. Nad lokalnością. Ona jest tutaj bohaterem. Kopuła stanowi tylko pretekst do ukazania zachowań ludzi w sytuacjach nierzadko ekstremalnych. Natomiast w książce bohaterowie są "czarnobiali". Jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry. Jeśli ktoś jest zły, to jest zły. Mnie zabrakło barw szarości. Pewnych bardziej złożnych emocji, które w takich sytuacjach powinny się pojawić.

Mamy tu strach, mamy walkę, mam żądzę władzy, morderstwa, a nawet fanatyzm religijny. Niby wszystko, dzięki czemu taki pomysł powinien wypalić w 100%, a jednak dla mnie wypala w 75%. King zapomniał, że czytelnik potrafi rozdzielić dobro od zła i od czasu do czasu chciałby zobaczyć bohaterów w trochę innych barwach. Przy tej książce, książce, która de facto opisuje społeczność w obliczu zagrożenia, miałem nadzieję na zmiany nastawienia bohaterów, ich wątpliwośći, ich małe wewnętrzne dramaty, a dostałem jednoznaczny i przewidywalny obraz zachowań w takiej sytuacji...

Pomimo tego jestem z lektury zadowolony. Akcja książki jest skonstruowana lepiej niż dobrze. Sama opis kopuły i dalszych konsekwencji z nią związanych mnie zadowolił. Końcówka, jak dla mnie dobra. Pomimo, że czepiam się przede wszystkim bohaterów powieści, to i tak niektórycg zdążyłem polubić, a innych wręcz odwrotnie.

Podsumowując nie jest to "najlepsza powieść Stephena Kinga" ale niewątpliwie lekturą jej stanowi satysfakcję. Wiele razy zdarzyło się, że oczami przerażonego obserwatora oglądać to, co dzieje się pod tym przeklętym kloszem, coraz szybciej obracając strony i nerwowo skubiąc wargę... A chyba  o to autorowi chodziło. Więc jak dla mnie 7,5/10. Czekam na więcej Mr. King!


Brak komentarzy
o tym, że nie ważne jak się zaczyna, ale żeby skończyć...
Notatkę dodano:2010-03-20 23:44:01

Jedną z moich wad jest słomiany zapał. Zapalam się do czegoś tak mocno, że jestem w stanie rzucić zajęcie, które zajmuje mnie w danej chwili. Nieważne jak jest ważne. W głowie zaświta mi myśl i koniec. Oczywiście jak szybko przychodzi, tak szybko odchodzi.

To cholestwo przeniknęło też w czytanie. Książkę zawsze zaczynam pełen wiary i optymizmu. Tym bardziej, jeśli jest to książka, którą od dawna sobie obiecywałem. Wszystko idzie ładnie, pięknie, gdy nagle nastrój na czytanie tej pozycji mnie opuszcza. Tak po prostu. Bohaterowie nie są już tak wyraziści, a polubienie któregokolwiek z nich graniczy z cudem. Dialogi są płytkie, akcja głupawa, brak owej - irytujący. Ktoś kiedyś powiedział, że szkoda czasu na czytanie słabych ksiązek, bo na świecie jest o wiele więcej świetnych. Takie rewelacje mój umysł chłonie jak gąbka. I odkładam książkę. Nie ważne czy jest ona interesująca czy nie. Opuszcza mnie nastrój, książka przestaje wciągać i tyle. 

Oczywiście biorę się za następną i... tu znów pojawia się problem. Bo ten wariacki nastrój wraca i jedynym czego chce, to wrócić do świata bohaterów, których opuściłem. Nowa książka przestaje istnieć, a poprzednia (o zgrozo) dawno została ściągnięta z bibliotecznej półki przez kogoś innego.

Takie zachowanie ma swoje konsekwencje.

Primo. Ocena książki leci na łeb na szyję. Bo skoro chęć czytania danej pozycji słabnie, to automatycznie jej odbiór. Książka jest słaba, nijaka, krótko mówiąc... szału nie ma. Oczywiście ma to jednak tylko miejsce, kiedy jakimś cudem wariacki nastrój opuszcza mnie pod koniec książki i siłą rzeczy nie jestem w stanie odłożyć jej przed samym końcem, więc ciężkim okiem, wierzgając nogami czytam do końca, często dlatego, żeby zobaczyć czy bohater, którego znienawidziłem z dnia na dzień dostanie za swoje czy jakoś się wywinie.

Secundo. Dane statystyczne zostają zakłamane. Ktoś pyta: "Czytałeś?", ja odpowiadam: "Jasne, czytałem". Tutaj kłania się ulubiony cytat wszystkich nauczycieli "Może i się uczyłeś, ale się nie nauczyłeś". I tak samo jest ze mną. Odznaczam sobie książki niby przeczytane, chciaż nie mam pojęcia jak powieść się skończyła. Co się wyjaśniło, co nie itd.

Dlatego od początku roku dałem sobie słowo, że książki bede czytał do samego końca. Pal licho nastrój, czy jego brak. DO KOŃCA. Muszę przyznać, że jak narazie idzie całkiem dobrze. 11 książek PRZECZYTANYCH od początku roku. Żadna nie przerwana, ani odstawiona. Oczywiście mały diabeł próbuję z ubłoconymi buciorami wdeptać się w lietracki dywan, bo nieraz kusiło mnie, żeby rzucić w kąt Kinga i zając się "w końcu" Nadchodzi Orbitowskiego, który z półki woła mnie niemal codziennie. Ale nie, wszystko po kolei. King, Orbitowski, Connollly lub Simmons (którego "Letnia noc" jest inspiracją dla tego wpisu). Więc chwytam książkę i uśmiecham się do jej bohaterów, może tym razem oni odwzajemnią uśmiech.


Komentuj(2)
O "najgorszych" 30 minutach... i o tym co najlepsze
Notatkę dodano:2010-03-10 20:49:20

Już dawno nie pamiętam dnia, w którym tak spokojnie podszedłem do tak ekscytującej sprawy.

Dzień mijał wyjątkowo powoli, czyli jak zwykle. W końcu inna strefa czasowa w pracy to rzecz absolutnie normalna. Cały dzień potajemnie wypatrywałem kogoś, kto przybiegnie z krzykiem na ustach, powie: "Mam, mam dostałem, dostałem". Wtedy ja go najcięższą z dostępnych mi w pracy książek trach! I już jest moje. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie miał pojęcia, że paredziesiąt metrów od nas znajduje się obiekt pożądania przynajmniej (mam taką nadzieję) kilkudziesięciu osób. Świat powoli, sennie płynął dalej, rubryki formatu Marc powoli zapełniały się literkami i liczbami, rosły stosy książek na załamujących się biurkach. Starałem się nie myśleć o tym. Nigdy nie miało to dobrego skutku. Jeśli za bardzo się czymś ekscytuję to równie dobrze mogę zostać w domu na niepłatnym urlopie, bo wtedy nawet proste hasła do wpisania stanowią rzecz nie do przejścia.

Więc siedzę, pracuję. Zgrzyt krzesła. Kolega wychodzi godzinę przede mną. I zaczęło się. Pierwsze nerwowe tupanie nogą. Mimowolne ściskanie dłoni w pięść. "Chcę już wyjść. Mogę? Mogę prze pani?" Pozostaje godzina. Uprzywilejowani pracownicy powoli opuszczają budynek. Powoli ze spuszczonym głowami powłuczą nogami na przystanek. A moja noga w dziwnym schizofrenicznm tańcu podryguje na podłodze. Powoli na usta wkrada się uśmiech. Ale spokojnie. Tylko spokojnie. Nic nie przyspieszę.

Kolejny zgrzyt krzesła. Szybkie "Do widzenia" kolejnej osoby i zostaje pół godziny. W tym momencie nie ma co się ukrywać przed samym sobą. Szybko przglądam dostępne serwisy. Tu jest, tu nie ma. Nerwowe przygryzanie warg i komiczny taniec nogą. 25, 20, 15, 10 minut. Z pracą definitywnie koniec. Co innego w mojej głowie, co innego przed oczami. Nie ma dzwonka jak w szkole. Nikt syreną nie obwieszcza końca pracy. Punkt 15.30 przekręcam zamek w pokoju. I lecę. Dalej niby spokojnie, kroki są ludzkie, ale myślach mogą stanowić konkurencję nawet dla trzykolorowej Justynki.

Rynek. Krótkie spojrzenie wokół. Jest. Kochana twarz. Kochana osoba. Buziak, buziak, rączka rączka i maszerujemy. Spokojnie, bo przecież nie idę sam. Nerwowym wzrokiem szukam jakiegoś znaku obwieszczjącego: "Już jest. Już dziś". Nic nie widzę. Zaliczam sklep z przecinkiem. Nic nie znalazłem. Lekkie ukłucie. Za długo na to czekam. Za bardzo tego chcę. Jeszcze jeden rzut oka. Nie ma. Po prostu nie ma. A okrutny świat płynie dalej w najlepsze.

Inny sklep. Długa ulica, mnóstwo nieświadomych ludzi. Okienna witryna i JEST! Widzę ją. Czy to aby na pewno to? TAK. Wchodzę i niby łasuch w cukierni sięgam po najlepszy okaz. Napis aż nazbyt znany: STEPHEN KING "POD KOPUŁĄ". Wszystko wręcz w idealnej harmonii. Do tego prezent w postaci zniżki... i to znacznej. Wiem, że mógłbym najeść się tortem, ale szukam czegoś na kształt wiśienki. "Nadchodzi" Łukasz Orbitowski - kochana osoba ciągnie za rękaw wskazując zwracającą uwagę okładkę. Ona mnie zna. chwila zastanowienia. Upewnienie spojrzeniem. Biorę. Podchodzę do kasy. Ruch kartą, migawka na ekranie i już. Jest moja. Kolejne spojrzenie na ukochaną osobę. W tych oczach nie widzę obojętności czy znużenia. Autentyczna radość. Z tego, że ja się cieszę. Z tego, że jest tak, a nie inaczej.

Spoconą z wrażenia dłonią łapię dłoń kochanej osoby. Chwila szczerego uśmiechu. Ona mnie zna:)


Brak komentarzy
w oczekiwaniu...
Notatkę dodano:2010-03-03 20:20:20

Chyba każdy człowiek ma w sobie coś z dziecka. U mnie objawia się to frajdą na czekanie na coś fajnego. I tak własnie czuję się od parunastu dni.

Rano. 6.30. W tramwaju tylko kilka osób. Wszyscy straszliwie zaspani. Nikt, tuląc się do ciepłej pościeli nie miał ochoty wychodzić na zimny szarobury poranek. Ale niestety. No więc jedziemy. Beznamiętne szare oblicze zaspanego Wrocławia niejednego może wpędzić w depresję. Ale wszyscy jakoś dajemy radę. Jeden słucha muzyki, drugi gapi się w okno, trzeci w ramach cudownego poranka kłóci się z dziewczyną.

W końcu niebieski tramwaj wtłacza się leniwie na przystanek. Mam przed sobą dziewięciogodzinny dzień pracy. Staram się wmówić sobie, że w końcu dziś środa, jutro czwartek i tak dalej. Ale z rana jakoś nigdy mi to nie wychodzi. Więc wysiadam na wpół zaspany, na wpół zrezygnowany. Na placu przede mną pseudowieżyczka wskazuje 3 marca... Wtedy zapala się lampka.

Jeszcze 6 dni. Dzień po dniu kobiet. Premiera nowej książki Stephena Kinga "Pod kopułą". Zmęczenie staje się jakby mniejsze. Smętny nastrój jakby mija.

Przypominam sobie od jak dawna czekam na tą książkę. Ślęczenie nocami przy forach internetowych, gdzie inni maniacy wypisują w pośpiechu jak najdrobniejsze szczegóły odnośnie nowej książki. Wszelkie informacje od tych, którzy mieli już frajdę ją przeczytać. Że jest taka, że nie taka lub inna. Od dawna chodziłem nakręcony.

6.45. Smętny, poranny Wrocław. Zimno. Daleko do ciepłego, miłego domu i kochanej osoby, a jednak coś rozgrzewa serducho. Droga do pracy mija jak z bicza strzelił. Oczami wyobraźni widzę siebie jadącego do domu. Prawie 900-stronicowa cegła w moim plecaku. Nowa przygoda, nowy King, nowa opowieść.

Łapię za zimną klamkę. Wita mnie pani portierka i na mój radosny poranny uśmiech odpowiada swoim. Tak. Zdecydowanie uwielbiam to uczucie:)


Komentuj(1)
o początku...
Notatkę dodano:2010-03-02 21:11:49

Czy da się w jakiś niebanalny sposób rozpocząć prowadzenie bloga? Chyba nie. Więc pozostaje mi jedynie napisać, że od dziś, jak wiele wiele osób na tym wortalu i nie tylko postanowiłem i ja trochę popisać. Dlaczego? Myślę, że przede wszystkim z potrzeby. Coś co siedzi we mnie nie zawsze ma ujście, chociaż powinno. A to jest chyba najlepszy sposób na dzielenie się z sobą samym (w abstrakcyjnej formie) oraz innymi, tym co jest piękne, złe, prawdziwe, fałszywe lub cudowne.

Zatem niech i tak będzie, że przy dźwiękach Nox Arcana, we wtorkowy wieczór rozpocznie się trochę inny rozdział w moim życiu...

Mam nadzieję, że nie zabrzmiało to zbyt pompatycznie:).

Prowadzenie bloga to rzecz dla mnie zupełnie nowa. Nigdy nie prowadziłem pamiętnika i nie chciałbym, żeby taką formę przyjął ten blog. Jedyne myśli, które musiały wyjść ze mnie wychodziły w formie opowiadań, ale nigdy nie spisywałem własnych myśli, w takiej formie w jakiej są teraz.

Ponieważ to wortal literacki, tak i literatura zajmuje ważne miejsce w moim życiu. Treść bloga także chciałbym ukierunkować na książki, ale nie wiem jak mi to wyjdzie. Nawet nie zarzekam się, że będzie tu tylko literatura, bo wiem, że poległbym już na samej obietnicy. Więc pozwolę toczyć się temu własnym torem, niech się wymiesza, nie zazgrzyta i niech działa.


Brak komentarzy

Wątki:

Moi przyjaciele

Moje linki

Licznik

Odsłon: 14109
Osób: 13708
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017