Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Książki nie tylko dla polityków
Notatkę dodano:2011-04-01 12:24:38

„Chcemy zwrócić uwagę na przedziwną niechęć wobec czytania książek, powszechną nie tylko wśród polityków. Pragniemy rozpocząć dyskusję na temat rozwiązań, które mogłyby ten stan rzeczy zmienić, a zarazem zachęcić Was do polecania i lektury wartościowych książek” – piszą organizatorzy akcji „Polećmy książki premierowi”, która trwa właśnie na Facebooku (aby wziąć w niej udział, KLIKNIJCIE TU!) Postanowiłam i ja wtrącić w tej sprawie swoje „trzy grosze”.  

 

Nie mam bladego pojęcia, co bym mogła zaproponować do czytania komukolwiek - bez względu na to, czy jest u władzy, czy nie, bo władzę w szerokim rozumieniu tego słowa ma każdy z nas. Nie wiem, co i czy w ogóle bym poleciła do czytania istocie ludzkiej, która nie czyta. Od dziecka wiem, że nie czyta ten, kto nie zna liter, z których powstają wyrazy, a z wyrazów – zdania. I to, że nawet jeżeli zna, to też czytać nie potrafi. Co z tego, że znałam dwie litery: „m” i „a”? I w dodatku umiałam je złożyć w sylabę. Przeczytałam: „ma”, potem „mama” i? I wiedziałam tylko tyle, że ktoś ma coś i to podwójnie. 

 

Czytania ze zrozumieniem sensu słów nauczyli mnie rodzice, oczywiście w najskuteczniejszy sposób, czyli potrójną „metodologią”: obrazek, literki i jedno słowo. Przeczytałam: dom, patrzyłam na narysowany domek i już wiedziałam, że domek to drzwi, okna, dach i komin, koniecznie z dymem, bo w środku babcia smaży placuszki. I sporo jeszcze oleju musiało być wlanego do mojej głowy, bym naprawdę zrozumiała, ile treści mieszczą w sobie te trzy literki, złożone w jeden wyraz, zajmujący tak mało miejsca na papierze. I tak było z każdym wyrazem, zdaniem, akapitem, stroną, książką. 

 

Czyli jedno, co dziś wiem na pewno, to tylko tyle, że znajomość abecadła do czytania nie wystarcza. A tak nie na pewno, to prawie wiem, że w książkach zwierzęta mówią ludzkim głosem i dlatego słabo czytającym dużo łatwiej domyśleć się sensu, mając pomoc suflerów. Dowód: George Orwell i jego „Folwark zwierzęcy” – „ Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


1 kwietnia – tuż, tuż.
Notatkę dodano:2011-03-29 12:59:46

     Do dziś pamiętam jeden „przezabawny” prima aprilis. Wiedziałam, że tata ma bardzo ważne spotkanie dotyczące jego nowej pracy. Poprzedniego dnia kupili super elegancką nonajronową białą koszulą, co było ewidentnym dowodem, że lepiej udawać, że mnie nie ma. Mama rozpakowała ją późnym wieczorem. Okazało się, że jest pobrudzona i trzeba było ją uprać. Rano, tym razem bez marudzenia, zjadałam znienawidzone kluski lane na mleku. Tata wszedł do kuchni, trzymając w ręku koszulę i z przerażeniem w oczach błagał mamę: „Kochanie, zrób coś. Nie wyschła”. Podał koszulę i z powrotem pobiegł do łazienki. Mama zawsze potrafiła wszystkiemu zaradzić. Nad kuchenką gazową był przymocowany sznurek. Rozwiesiła na nim koszulę, zapaliła gaz i przykręcając kurki na najmniejszy płomień poszła szykować się do pracy. Niestety, przed wyjściem z kuchni powiedziała: „Córeczko, jedząc, patrz na koszulę. Ten materiał jest bardzo łatwopalny”.

            Posłusznie patrzyłam i w pewnym momencie zerwałam się i krzyknęłam: „Pali się!”. Nie słyszeli, bo oboje byli w łazience i leciała z kranu woda. Podbiegłam i waląc pięścią w drzwi od łazienki, wrzeszczałam: „Pali się! Koszula się pali!”. 

            Drzwi się otworzyły. Mama pobiegła do kuchni, tata golusieńki wyskoczył spod prysznica i też pobiegł. Ja za nim, zamykając sobie usta ręką, żeby nie zepsuć wszystkiego. Goły tata ze zbielałą twarzą i cudownie wystraszoną miną wrzasnął: „Zgłupiałaś?”. Mama, trzymając się stołu, szybko oddychała i szeptem uspokajała tatę: „Zażartowała. Dziś 1 kwietnia”. Ja, trzymając się za brzuch, głośno się śmiałam z udanego kawału. Wszystko razem stworzyło super wybuchową mieszankę pima aprilisową. Miałam, co opowiadać w szkole. Po południu rodzice przeprowadzili ze mną wychowawczą rozmowę. Powtórzyłam ją koleżankom i jednomyślnie oceniłyśmy: „Starzy nie znają się na żartach”.  

            Dziś, jak przed każdym 1 kwietnia, znów się uśmiecham na tamto wspomnienie, mimo że zrozumiałam. I proszę: „Wybacz mi tato ten uśmiech i nie krzycz na mnie - z nieba...”

Tym razem opowiem Wam prima aprilisową bajkę.

 

            Kiedyś, gdy park saski zapinał się na zatrzaski siedziała na drewnianym kamieniu 15letnia staruszka. Gdy podszedł do niej policjant mówiła ona:

„Miałam 7 synów, którzy usiedli na gruszkę a właściciel tego banana krzyczał: „Schodźcie z tego kasztana”. No, więc oni zeszli. Potem podszedł do nich wysokiego wzrostu niski pan i powiedział, że na oceanie stoją 3 statki - jeden cały, drugiego połowa a trzeciego wcale nie było. No, więc oni popłynęli nad ten ocean, wsiedli do tego statku, którego wcale nie było i utonęli szczęśliwie dopływając do bezludnej wyspy, na której roiło się od białych murzynów.

W drodze powrotnej zatonęli, ale szczęśliwie dopłynęli do brzegu.

            Zapisane to było na 77 falbanie spódnicy pięknej dziewicy, która zmarła rok przed urodzeniem się jej matki i dotąd żyje.

 

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Recepta na słownik
Notatkę dodano:2011-03-19 16:02:18

Ostatnio znów coś mnie uwierało, gniotło, muliło, ale nie bardzo mogłam skonkretyzować gdzie?, co? i jak? 

 

Niezbyt komfortowa sytuacja, bo ani się tego pozbyć, ani z tym żyć. Koszmar zaczął się w momencie, gdy nie rozumiejąc zrozumiałam, że wewnętrznie przestaję subiektywnie odzwierciedlać rzeczywistość i to nawet na najniższym poziomie rozwoju. Mało tego! Przestawałam zdawać sobie sprawę z różnych elementów, procesów, ich cech i wzajemnych stosunków między nimi. Ostatkiem sił i niedowidzącymi oczyma napisałam do Prof. Google i z olśnienia zaniemówiłam. Diagnoza porażająca: „Brak świadomości”. 

 

 Całkowicie poza moją świadomością inferencyjny proces myślowy doprowadził mnie do konstatacji: „Zagraża mi destrukcyjne wyniszczenie do całkowitego unicestwienia. Jednym słowem anihilacja”. Próbowałam pomyśleć, mimo, że tylko czasami myślę. Nic z tego. Wsłuchiwałam się w siebie, ale słyszałam tylko czyjś rozkazujący bełkot: „Wstać o 6’00’’! Jechać! Odstać! Wejść! Dostać!” i już stonowanym tonem to coś bełkotało dalej: „Posiedzieć albo wrócić tylko po to, żeby znów pojechać, posiedzieć i wejść”. Skrzywiłam usta w uśmiechu, że nie jest ze mną tak źle. Strach dał mi takiego translatorowego kopa, że wszystko cudem pojęłam. Szemrana mamrotanina wysyłała mnie do pierwszego kontaktu. Tylko po co? Jeżeli nawet to co powiem? Coś, gdzieś, jakoś mi dokucza? Czy od razu: „Pierwszy kontakcie! Zaraziłam się medialnym odszczepieńcem retoricus ze skokową mutacją erudycicus i jestem w ostatnim stadium morbus loquendi (1), charakteryzującym się brakiem świadomości tego, co się mówi. 

 

Pierwszy kontakt zareaguje automatycznie, kierowany niezdrowym poczuciem laickiego zagrożenia medycznego. Da skierowanie do psychiatry. O nie! Fakt, skończył to, co trzeba i wiedzę ma, ale ja u siebie nie zauważyłam objawów choroby psychicznej. U mnie tylko świadomościowy GPS sfiksował i kieruje mnie wprost do stanu szokowego uśpienia. Mnie potrzebny jest nie lekarz tylko psycholog i jego psychoterapeutyczna kanapa. 

 

 Nie! To błędne myślenie a jak już myśleć to przynajmniej konstruktywnie. Swoje procesy psychiczne i zachowania już powyżej sama scharakteryzowałam wystarczająco naukowo niezrozumiale. Silną wolą (a tej u mnie pod dostatkiem, oczywiście, że tylko wtedy, gdy mam na to ochotę) i dopalaczem (nie chciałam, ale musiałam wspomóc się dymną chemią) przesłałam sygnał chemiczny przez szczelinę synaptyczną, żeby spowodować  depolaryzację błony postsynaptycznej i pobudzić komórkę do generowania potencjału czynnościowego. Nalałam sobie koniaku, bo musiałam (znów wszechobecne wielorakie parcie. Coś okropnego żyć ciągle pod musikiem) wypić za zdrowie synapsy pobudzającej. Wystarczająco rozbudzona i pobudzona ległam wygodnie na własnej kanapie i wprowadziłam się w trans psychoterapeutyczny i rozpoczęłam solilokwium we własnej scenicznej scenografii.  Udało się, bo nieproszony o zabranie głosu, wtrącił swoje trzy grosze twórca pachnącego gołębiego kontrabasisty. W skrócie opowiedział mi trzy historie i raz je rozważył (Patrick Süskind) i szepnął: „Świadomość jednostki jest dostępna, w największym zakresie, dla niej samej”. I rozpłynął się w niebycie, mnie zostawiając w bycie obligatoryjnym. Jak zwał tak zwał, efekt przewidywalny. Skoczyło mi ciśnienie. Zareagowałam wzorcowo, czyli: „Milcz Pan. Nie przerywaj, bo wyjdę!” Wkurzona chciałam krzyknąć staropolszczyzną łacińską: „O kuźwa”, gdy według: „nie ma tego złego….” pustkę w mojej świadomości zaczęło wypełniać jedno słowo: language. I potem już tak jakoś samo szło i szło: spoken language (2), synthetic language (3),mother tongue (4), aż doszło do nakazu: „Zapamiętaj raz na zawsze, że pierwsze miejsce na podium zajmuje natural language (5), dopiero następne foreign language (6). 

 

 Wracającą uzdrowioną świadomością wypisałam sobie receptę: "Słownik Języka Polskiego". "Słownik poprawnej polszczyzny". W zaleceniach: stosuj jak najczęściej. 

 

 I już z pełną trzeźwością umysłu wypiłam za swoje zdrowie, mając stuprocentową świadomość, że o zdrowie trzeba dbać. 

 

Przypisy:

(1) morbus loquendi – choroba gadulstwa 

 

(2) spoken language – język mówiony

 

(3) synthetic language – język sztuczny

 

(4) mother tongue – język ojczysty

 

(5) natural language – język macierzysty

 

(6) foreign language – język obcy


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Notatkę dodano:2011-03-10 00:28:12

   

Z okazji Dnia Mężczyzn wspaniałym, czyli wszystkim mężczyznom życzę tego – czego sobie sami by życzyli i zapraszam na wortal granice.pl gdzie czeka specjalny konkurs z okazji podwójnego święta: płci żeńskiej i męskiej. Dwudniowa przerwa to tylko czas na „dojście” do siebie po jednym świętowaniu, by nabrać sił na drugie.

 

         Zamiast goździkowej nalewki wklejam fragment z „Kodu emocji”. Może to będzie mikro „wenka” do odpowiedzi konkursowej. :*

    

 

         Irena z Zosią nie zwracając uwagi na nic nierozumiejące, podśpiewując obeszły dwa razy pokój w takt marsza weselnego i stanęły na przeciwko siebie.

     – Ja, Bogdan, biorę sobie ciebie Ireno za żonę – Zosia z trudnością opanowywała śmiech patrząc na ogłupiałą minę siostry i Krysi.

     – Dalej – poleciła Irena zachowując powagę.

     – Przestańcie się wygłupiać i mów Irena po ludzku. Bogdan ci się oświadczył? – Ula przy pomocy Krysi rozdzieliła stojącą przed nimi parę młodych. – Dość. Spowiadaj się.

     – Nie on mnie, tylko ja jemu! – Triumfującym krzykiem Irena objawiła prawdę i śmiała się tak radośnie i serdecznie, że wszystkie ją spapugowały robiąc przerwę na gimnastykę mięśni twarzy, brzucha i pleców.

     – Nie! Dlaczego? Ja dzisiaj nic nie kapuję – powiedziała bezradnie Ula, nie mogąc złapać tchu.

     – Odważyłam się po wysłuchaniu jednej z bajek mamy Adama – zdradziła Irena, kiedy już mogła mówić.

     – To proste. On chciał, tylko nie wiedział, czy ona chce. Ona chciała i też nie wiedziała, czy on chce – tłumaczyła Zosia pokazując zyg zyg swojej mądrej siostrze.

    – Zaraz! Chwila! – Krystyna uciszając pozostałe. – W tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz. Dwoje chciało i też źle? – W niezrozumieniu wtórowała Uli.

    – Bo to powiedzenie już nieaktualne, tak powiedziała mama Adama – Irena wstała i z groźną miną zwróciła się do Krysi: – Uczennica korzysta z przestarzałych źródeł. Czas na lekcję. Przeczytam pracę naukową mamy Adama. Praca domowa to interpretacja, co autorka miała na myśli? Cisza! Czytam.

Dziś nie ma ambarasu, bo to przestarzałe słowo, a co stare to fe. Dwoje chce, jak chcą to mają, mniej lub bardziej udaną uprawę seksu.

      – I czasami plon, ale to przeważnie jedno – odezwała się bez pozwolenia drugoroczna Zosia, która już ten temat poznała, zanim zaczęła brać korepetycje u matki Adama.

      – Nie odzywać się bez pytania, bo wyrzucę z lekcji – strofowała Irena i zmroziła wzrokiem krnąbrną uczennicę. Po chwili udawała, że czyta dalej. – Obydwoje wiedzą dokładnie, co chcą i jak chcą. Jeśli nie wiedzą to mówią  wprost: Chcę tego, tak, tyle i tu.

     – Proszę pani. To dlaczego nie wiedzą tego, co powinni? – odważyła się spytać Krysia ale bardzo cieniutkim głosikiem.

     – O, to jest pytanie! Myślisz – pochwaliła nauczycielka, bo należała do tych belfrów, co chwalą uczniów za myślenie. – Wiedzieć? Czy nie wiedzieć? Nurtujący dylemat. Gdy się przyznam, że chcę wiedzieć to się skompromituję. Przyznać się do fantazji erotycznych jest cool, ale do fantazjowania na temat małżeństwa, rodziny, dzieci – to obciach. Dowód niedojrzałości emocjonalnej w XXI wieku.

     Samowystarczalny on i samowystarczalna ona za priorytet uznali swoją wolność, niezależność i prawo do braku  odpowiedzialności za uczucia przypadkowej jej, czy chwilowego jego. Super życie – dla tych, co dokonali świadomego wyboru. Ich po nocach nie straszą pytajniki. Nie wiedzą, jak boleśnie świdrują wykrzykniki. Oni znają tylko kropki. 

Im trzeba pogratulować i życzyć (szczerze) powodzenia. I z całego serca trzymać kciuki, żeby za późno nie odkryli istnienia pozostałych znaków i nie zapragnęli dokształcić się, bo nie zawsze prawdą jest, że na naukę nigdy nie jest za późno.

         Szamoczą się ci, którzy chcą być nowocześni, tylko bardziej tradycyjnie. Koniec wykładu – stanowczo powiedziała Irena i usiadła.

      – Mam pytanie. Czego się bali? – Ula grzecznie wstając z zawstydzoną miną, że jej tępota przechodzi wszelkie granice.

      – On chciał się jej oświadczyć, ale bał się, że ją straci. Ona ciągle powtarzała o chwilowości związków i że jest przygotowana na rozstanie – odpowiedziała Zosia, która znała lekturę ponad obowiązkową.

      – Irena, a ty? Przecież mówiłaś, że Bogdan od początku prosił o mówienie wprost, bez niedomówień – dopytywała Krysia już na poważnie.

      – Tak. Ale on mówił wprost tylko o dniu dzisiejszym, nic nie powiedział na temat przyszłości.

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Cudaczne cuda codzienne
Notatkę dodano:2011-03-07 11:58:36

Ciąg dalszy "codziennych cudów".

Przełączyłam telewizor na inną stację. W godzinę rozsypał się worek z cudami. Trzech panów: A, B i C w obecności redaktora udowodnili mi cud nad cudami. Pokazano nagrany urywek publicznej wypowiedzi pana A sprzed trzech dni. Redaktor poprosił pana A o ustosunkowanie się do własnej wypowiedzi.

         Pan A stwierdził z oburzeniem, że trzy dni temu nie mówił tego, co mówił, tylko wszystkim się zdawało, że on to mówił, co inni słyszeli.

I zacietrzewił się, krzycząc:

         - To jest nie istotne! Zajmijmy się naprawdę poważnymi problemami. Liczy się to, co powiedział pan B. Mianowicie, pan B powiedział, że pan C dwa dni temu w innej audycji wiele mówił o tym, czego nie powinien mówić, bo nic na ten temat prawdziwego nie mógł powiedzieć.

         I poczułam się jakbym oglądała dreszczowiec. Pan C z wypiekami na twarzy i zaciśniętymi pięściami wykrzyczał:

         - Jak pan mówisz panie A to milcz, bo nie było cie przy tym jak to właśnie mówiłem, co mówił pan B. – I zwrócił się całą sobą w stronę pana B: - Pan nie mogłeś słyszeć, co mówiłem, boś był Pan, ale tak jakby cie nie było.

         I wtedy, znów słysząc swoje nazwisko Pan B spienił się i wyznał całą najprawdziwszą prawdę. Tak powiedział: „To ja powiem jak było naprawdę naprawde”. I dotrzymał słowa. Powiedział:

         - Pan, panie C, kłamał, kłamie i zawsze będzie kłamał. Donosił i dalej donosi.

         W amoku zapomniał wyjaśnić, co tamten donosił i przez to trochę się pogubiłam, ale w wypiekach śledziłam akcję dalej. Okazało się, że pan C musiał kłamać, bo to wszystko działo się wtedy, gdy pan B rozmawiał z panem A, a pana C przy tym nie było więc trudno, żeby coś mówił a tym bardziej wiedział, co i kto powiedział panu B. Zaproszeni do studia panowie zaczęli się przekrzykiwać nie tylko słownie ale i mową ciała. Zdecydowanie włączył się redaktor, puszczając kolejny odcinek nagrania, który miał silną moc zdrowotno uspokajającą, ale tylko na pana B i C. Pana A rozpierała energia. Podniósł się z krzesła ale tylko torsem, rękami i głową.  

         - Wierutne kłamstwo. – Wzrokiem zabił (na szczęście nie na śmierć) redaktora. I dalej już mówił do kamery, czyli do mnie, trzymając przy tym dłonie wnętrzem do góry: - Dziennikarze manipulują faktami. Nigdy nie spotkałem się z C i B, bo byłem w tym czasie nieobecnym a tak naprawdę to ja ich nie znam.

         I stał się cud na cudami. Pan B, powiedział:

         - A mówi prawdę

         Pan C poparł go:

         - Tak, my się nie znamy.

         I po chwili A, w imieniu B i C zwrócił się do widzów, bo patrząc prosto w oko kamery i ze złożonymi rękoma w daszek wygłosił:

         - Podamy sprawem o bezpodstawne pomówienie do Sądu.

         I wszyscy razem, A, B i C, prawie chórem dodali:

         - Media manipulują faktami.

         Redaktor żałosnym głosem zakończył program. Żal mi go było. Trzech na jednego. A, B i C myśląc, że już nie są na wizji, poklepywali się przyjaźnie po ramieniu. Chyba usłyszałam: „Znów się udało wywinąć. W jedności siła”. Pewna nie jestem, bo od nadmiaru cudów dostałam gorączki. Zasnęłam. Musiałam majaczyć o cudach. Byłam niewidzialna, w dwóch miejscach na raz. W jednym pomieszczeniu siedzieli starsi i starzy „dziadkowie”. Jeden z nich zacytował słowa amerykańskiego politologa, że Polska transformacja to "Jeden z największych politycznych cudów XX wieku". Drugi wzniósł toast: „Za naszą Polskę”. Wypili. „Za naszą walkę”, „Za nasze zwycięstwo. Niech trwa”.

         I wtedy, gdy pili: „Za naszą młodość” w drugim pomieszczeniu młodzi i młodsi zaczęli śpiewać: „Dziwna gra, głupia gra nas wciągnęła i trwa. Kto by to zgadł, już tyle lat, samotności wciąż szły, ranki, noce i dni. A ja mówiłam tak: Za rok, może dwa. Przyjdzie miłość, jak Bóg da. Może już za rok, za dwa, zmądrzejemy ty i ja. Za rok, może dwa już się żyć ze sobą da. Gdy zmęczymy się do cna, opamiętasz się ty, opamiętam ja. Za rok, za dwa. Tyle lat, głupich lat, dopisanych do strat. Więc rzekłam już, więc rzekłam dość. Nawet dziś możesz przyjść, by już razem w świat iść. Ty na to jak na złość. Za rok, może dwa…

Płyną dni, puste dni, na dnie dni jeszcze my. Z nadzieją, że coś zmieni się, odpływamy we śnie w świat. Gdzie nie jest tak źle, gdzie się na pewno wie. Za rok, może dwa… Dziwna gra, głupia gra nas wciągnęła i trwa”.

         Spodobała mi się ta piosenka. Nucąc: „Za rok, może dwa…wyłączyłam telewizor i sięgnęłam po książkę. Tu też było cudownie. Ona kochała jego. On, pokochał ją. Razem chcieli się zestarzeć. Na wszelki wypadek dalej nie czytałam (to był I rozdział dość grubej książki), żeby się nie rozczarować. Chcę wierzyć, że to samo życie, a nie żaden cud. 

        

(autor tekstu J. Zalewski. Śpiewała Elżbieta Starostecka).

 

Pewien indiański chłopiec zapytał kiedyś dziadka:

- Co sądzisz o sytuacji na świecie?

Dziadek odpowiedział:

- Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki. Jeden jest pełen złości i nienawiści. Drugiego przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.

- Który zwycięży? - chciał wiedzieć chłopiec.

- Ten, którego karmię - odrzekł na to dziadek.

(Autor nieznany)

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Cudaczne cuda codzienne
Notatkę dodano:2011-02-25 12:04:42

Kiedyś, ale wcale nie tak dawno i zupełnie nie ostatnio, raczej przed, przed, przed…wczoraj, któregoś dziś... Nieważne. Na pewno to było wtedy, gdy byłam chora. Nie dosyć, że ległam w szponach choróbska to jeszcze byłam zbulwersowana. Co prawda nie wiem czy taka byłam, ale staram się używać modnych określeń, żeby przypadkiem ktoś nie śmiał uznać mnie za dinozaura. „Zbulwersowana (y)” to jest bardzo powszechny przymiotnik, wśród wypowiadających się medialnie, to może i wśród internatów. Odkryłam u siebie „kurzą ślepotę”. Muszę ten dręczący mnie do dzisiaj koszmar z siebie zrzucić, wyrzucić albo podrzucić. „Gdzie?” spytałam samą siebie. Odpowiedź przyszła sama: „W necie”.

         Wszyscy chcą, wprost domagają się cudów. Wszyscy, to znaczy, że i ja chciałam, tylko widocznie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Cuda się najzwyczajniej po ludzku wkurzyły, bo mimo że wiedzą, iż są zjawiskiem paranormalnym lub z różnych przyczyn nie dającym się naukowo wytłumaczyć - to wiedzą też, że są i już. Gdy są, to nie dadzą się dłużej ignorować ani lekceważyć. Tym bardziej, że spora grupa olewa je. Gorzej! Gwiżdże i kicha na nie. Jednak ostatnią kroplą goryczy dla cudów były okrzyki: „I gdzie ten cud?” I dodawane nieprzyzwoite, bo nie adekwatne dla cudu, wyzwiska: „materialny, gospodarczy, polityczny…”.

         Zbulwersowane cuda, postanowiły: „Dość tego. Ludzie muszą nas wreszcie zobaczyć”. A, że cuda mają nadprzyrodzone logiczne myślenie, to wymyśliły, że najlepiej zacząć uświadamianie o swoim istnieniu, tych leniuchujących na chorobowym.  

I - trafiło na mnie.

         Wystarczyło parę dni osiemdziesięcioprocentowego chorobowego, żebym współżyła z codziennymi cudami. Pierwszy cud, który mógłby być zapchaj dziurą, to chorobowy cud gospodarczy. Wystarczy wysłać wszystkich na L4. 20% razy miliony pensji, to kupa forsy.

         Czytać nie miałam siły, włączyłam telewizor i wzięłam do ręki pilota. Pyk! I stał się cud. Zmaterializowały się same cuda.

         Już po godzinie, okazało się, że to, co ja widzę, to wcale nie jest to, co widzę, tylko to, co mnie się wydaje, bo widzę to, co nie powinnam widzieć i czego w ogóle nie ma, bo nie było wcale.

         Na wszelki wypadek zmierzyłam temperaturę. Normalna. Przetarłam okulary, podejrzewając, że może szkła też nie są czyste, tylko tak mi się wydaje, a one są tak zabrudzone, że nic przez nie, nie widać.

         Przez parę minut wpatrywałam się w młodego, według mnie wyglądającego na zdrowego mężczyznę, który jednak miał demencję starczą. Mówił, że on dwa dni temu wcale nie był tam, gdzie go sfilmowano i co na tym nagraniu, akurat pokazywano. Pomyślałam: „To musiał być cud, bo inaczej nie da się tego wytłumaczyć”. Później zabrał głos starszy mężczyzna i prawie pod przysięgą (to, że prawie robi różnicę, to żaden cud, tylko zwyczajny chwyt reklamowy) zeznawał, że młodszy mężczyzna siedzący (ku jasności, naprzeciw tego, co właśnie mówił), kłamie jak z nut. Jeszcze nie skończył, gdy dorwał się do głosu ten młodszy: „To pan kłamie!”. Wzięłam głośniej, bo poczułam się zdezorientowana. Dwóch facetów, przy świadkach, nagrywanej transmisji, patrzy sobie w oczy i któryś z nich musi mówić prawdę. Myśląc logicznie tylko jeden może tak bezczelnie łgać. Myliłam się. Każdy z nich mówił najprawdziwszą prawdę. Skąd wiem? Jeden i drugi powiedział, że spotkają się w Sądzie. Znów byłam świadkiem cudu.

         Poczułam się troszkę skołowana. Pokrzepiłam się herbatą z termosu. Nic to nie dało. Musiałam sobie wyczarować własny cud, co oznacza tylko tyle, że przez kilka minut leczyłam chore gardło ciepłym, wieloskładnikowym dymkiem. Nie pomogło, ale tylko na gardło. Znów nabrałam ochoty na oglądanie tele.

c.d.n.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Kartka na Walentynki
Notatkę dodano:2011-02-14 14:18:36

 Moja kartka Walentynkowa dla Was, to fragment z "Tak dobrze, że aż źle".       

 

 

 

 ...Z tego wszystkiego zapomniałam, że kupiłam mrożone krewetki. Wrzuciłam je do zamrażalnika, chociaż przy tej temperaturze w mieszkaniu szybkie rozmrożenie im nie groziło. Jeszcze avocado, cytryny i woda mineralna. To wszystko, co zaplanowałam na Walentynkową kolację. Róża złamała się. Nie szkodzi. Będzie mini łodyżka, maksi kwiat. W kuchni trochę cieplej. Mogę się rozebrać. Wieszając kurtkę zastanawiałam się, co na siebie włożyć. Powinnam powiadomić oczekiwanego gościa, że temperatura polarna.

      – Załóż gruby dres i na dodatek kamizelę. – Dzwoniąc, również zębami, lojalnie uprzedziłam, stawiając na kuchence garnek z wodą na krewetki.

      – Będę prosto z pracy. W tym, co jestem. Za godzinę. Wino mam. Dokupię czerwone. Zrobimy grzane.

      Na wszelki wypadek wyciągnęłam z kanapy jeszcze jeden gruby szlafrok i wełniane skarpety. Spać będę chyba w polarze z kapturem na głowie. Może w ogóle nie będziemy spać?

      

      Przyciskając guzik domofonu zorientowałam się, że niepotrzebnie zamknęłam drzwi do kuchni. Różnica temperatury była przerażająca. Trzęsąc się czekałam, patrząc przez wizjer. Sąsiad oczywiście na posterunku. W komplecie z papierosem.

      – Ooo! Dzień dobry. Widzę, że u pani Oli szykują się Walentynki. – Nie omieszkał serdecznie zainteresować się moim gościem. – Jak zwykle, razem. – Podsumował i zaśmiał się filuternie z tolerancyjną miną wszechwiedzącego.

     – Wchodź – Ponagliłam otwierając drzwi. – Szybciej. – Pociągnęłam ją za rękę i po chwili z ulgą zamknęłam zasuwę.

     – Coś taka nerwowa? – Zareagowała Baśka, śmiejąc się. – Dawno ma nas za lesby. Mnie to nie przeszkadza. – Oświadczyła radośnie. Stała zastanawiając się czy ma się rozbierać? Czy poprosić o dodatkowe okrycie?

    – Mnie też nie. Bez tego doprowadza mnie do furii. – Wysyczałam ze złością, podając jej, przygotowany gruby sweter z moherowej wełny. – Ostatnio poinformował mnie, że życzy feministkom nagrody Nobla.

    – Za co? – Spytała, przebierając się już w kuchni w ocieplane spodnie.

    – Za odkrycie, że Pan Bóg był kobietą.

     Postawiłam duże kubki z gorącą herbatę na stół i kieliszki do wina, które Baśka z wprawą otworzyła.

    – Nie czepiaj się go. Pilnuje ci chałupy. Pomaga jako „złota rączka”. Co ty byś biedactwo bez niego zrobiła? – Chichotała,  widząc moją wściekłość. – Lepiej powiedz, co cię wkurzyło? Coś specjalnego? Czy po prostu dzisiejsze święto?

       Usiadłyśmy przy stole. Po trzech lampkach wina zrobiło się o wiele cieplej. Żadna z nas nie była głodna. Baśka chrupała dietetyczną przekąskę, marchewkę. Ja, w ramach przytycia, chipsy  zaliczane do „śmieciowej żywności”. Dla mnie nie liczyły się doniesienia o zawartości akrylamidu zwiększającego ryzyko chorób serca i zachorowań na różne nowotwory. Liczyła się tylko ilość kalorii. Sto gram tego specjału z rodziny „junk food" to ponad pięćset kalorii. Wchodzi mi łatwiej niż kotlet schabowy z ziemniakami.

Chrupiąc, jedna patrzyła na drugą i wiedziała, co ta myśli. Ona – żeby zrzucić pięć kilo. Ja – przytyć, chociaż pięć.

     – Lubię dni świąteczne. Te, które sama sobie wybrałam do świętowania. W lutym już dwa świętowałam. – Rozmarzyłam się. Jeszcze jeden mi został.

      – O tym potem. – Przerwała mi. – Powiedz, ile życzeń walentynkowych dostałaś.

         Basia zerwała się z krzesła i trzema susami była przy drzwiach. Otworzyła. Powiało chłodem. Zamknęła i po sekundzie klęczała przede mną.

      – Po kamieniu płynie woda, po policzku płynie łza, a ty nie wiesz, kto cię kocha, bo cię kocham właśnie ja. – Wyrecytowała, całując mnie w kolano, to znaczy w dres, rechocząc głośno. – Masz.

    – Dziękuję. Śliczna łodyga. – Pochwaliłam. Łzy leciały mi ciurkiem. Wyjęłam ze słoiczka kwiat róży i podałam jej ze słowami. – To dla ciebie. Z tym samym ściągniętym wierszykiem z netu.

     Basia sięgnęła po wykałaczkę. Połączyła obie części i wsadziła piękną różę do wazonu.

    – Mówiłam ci. Razem nie zginiemy. Para, daje parę. I to nie w gwizdek. Otworzę drzwi. Trochę przedpokój się nagrzeje.

    – Otwórz do łazienki. – Krzyknęłam za nią i usłyszałam pukanie do drzwi wejściowych.

     – Siedź. Ja otworzę. – Zadecydowała i po chwili wdzięcznie  szczebiotała z kimś za drzwiami.

     – Dziękujemy. Kochany pan jest. Dziś już takich mężczyzn nie ma – i jeszcze czulej – nie, to ja się urodziłam za późno. Chociaż patrząc na pana, to dużej różnicy wieku nie widzę. Tak. Tak. Ola przyniesie jak tylko zaczną grzać. Dziękuję. To na Walentynki dla pana.

      Usłyszałam cmokniecie, jak z dubeltówki. Domyśliłam się, że to musiał być całus w policzek mojego kochanego sąsiada.

     – Zobacz. Mamy farelkę. – Zachwycała się. Na mnie patrzyły chochliki w jej oczach. – Włączę w sypialni.

Po chwili wróciła.

     – Mów. Co powiedział? – Domyśliłam się, że musiał być komentarz.

      – Nic. – Wydukała obojętnym głosem i patrząc niewinnie na mnie dodała: – Spytał się czy mamy pieprz? W ziarnkach.

      – Chciał pożyczyć? Mam. Możesz mu zanieść.

         Chciałam wstać, żeby sięgnąć do szafki z przyprawami.

     – Nie ruszaj się. Według twojego, czarującego sąsiada, pieprz najlepszy na rozgrzanie. – Poinformowała, mało nie spadając ze śmiechu z krzesła.

     – Mów jaśniej.

     – Ziarenko pieprzu rozcierane miedzy dwoma brzuszkami,  najlepiej rozgrzewa. I to dwa ciała jednocześnie. Całuśny gość. – Skomplementowała sąsiada, ocierając łzy.

     – Stare powiedzenie. Słyszałam od mamy. Tyle razy mu mówiłam, że jesteś moją przyjaciółką. Chyba zaproszę paru facetów, żeby się wreszcie odczepił.

      – A zna Ludwika? On często do ciebie wpada.

     – Ludwika uważa za mojego, zaprzyjaźnionego znajomego. Ciebie za kochankę. Koniec. Kropka. I nie rób takiej zadowolonej miny. Lepiej wymyśl, co zrobić, żeby zmienił zdanie. Już inni sąsiedzi dziwnie na mnie patrzą! – Mówiłam podirytowana, nie ukrywając swojej złości.

     – Ola, jednak jesteś faryzeuszką. Niby akceptujesz, ale na wszelki wypadek niech ciebie nie łączą z odmiennością.

      – Przypięto im łatkę. W rzeczywistości również wierzyli w zmartwychwstanie w nagrodę lub karę za czyny ziemskie. To dopiero w dzisiejszych czasach mianem faryzeusza określa się człowieka fałszywego i obłudnego. Hipokrytką też nie jestem. Ty lubisz szufladkować i przypinać łaty innym. Gdybym była lesbijką, nie miałabym nic do ukrywania. Nie jestem, wiec nie chcę, żeby tak o mnie myślano.

     – Co cię obchodzi, co ludzie myślą na temat twojej orientacji? To może nie spotykajmy się u ciebie? – Przy pytaniu, Basi zaszkliły się oczy.

     – Nie o ludzi mi chodzi, a o ciebie. To ty nie dawaj oznak do takiego oceniania nas. Traktuj mnie jak przyjaciółkę, a nie potencjalną partnerkę. – Chcąc ją udobruchać, dodałam: – Tyle razy ci mówiłam. Nie nawrócisz mnie. – Zakodowałam do jej dysku stanowczym tonem i zmieniłam temat. – Wracając do dzisiejszego święta. Dostałam dziesięć esemesów. Jedną kartkę i łodygę od róży.

     – Wysłałam tylko osiem. Jeden pewnie Ludwik. Kto jeszcze? – Basia bardzo chętnie wróciła do bezpieczniejszego tematu rozmowy.

     – Zawsze cię kocham, nie tylko w walentynki. – Przeczytałam na głos. – Przysłała mi oczywiście mama. Poczekaj przyniosę laptopa.

      Zajrzałam przy okazji do sypialni. Tu było już cieplutko. Otworzyłam drzwi i przeniosłam piecyk do przedpokoju, żeby chociaż trochę wyrównała się temperatura. Wracając do kuchni zobaczyłam, że Baśka zajęła się krewetkami.

      – Zrób sos. Zgłodniałam. Zjemy. Pogadamy. Na noc zrobimy sobie grzane wino. Lepiej się zaśnie. – Poleciła i planowała atrakcje na dzisiejsze walentykowe tete a tete.

      Propozycje super urozmaicone. Wchodzimy na czat i flirtujemy, z kim się da. Dla lepszej zabawy i jako samotne dziewczyny i jako single płci męskiej. Najlepiej, gdy będziemy udawać porzucone (-ych) w ten romantyczny wieczór. W ostateczności wypożyczamy od sąsiadki męża i kończymy Walentynki „pieprzną” orgią we trójkę. Nie reagowałam wiedząc, że lubi poświntuszyć, ale na słowach się kończy. Szukałam w Internecie strony z nonsensopedią.

     – Ja zjem jedno, a ty? – Spytała, wyjmując delikatnie pestki z avokado.

     – Dwa. Lubię i tuczą.

      Zjadłyśmy ze smakiem. Otworzyłyśmy drugie wino. W lodówce miałam piwo. Później możemy sobie zrobić z koglem-moglem, cynamonem i goździkami. Rozgrzewa bez konieczności pomocy drugiego brzuszka.

     – Baśka. Dziś w pracy, gdy pytali mnie o plany w Dzień Zakochanych, oznajmiłam wszystkim, że od dziś mają o mnie mówić: „Stara panna”. Na singielkę się nie zgadzam.

     – Zgłupiałaś. Masz dopiero trzydzieści lat. Jaka stara? Zresztą singielka lepiej brzmi…

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Walentynki tuż, tuż.
Notatkę dodano:2011-02-04 13:50:37

 

            Nie mogę myśleć, bo bombardują mnie od rana czerwone serduszka.

I zamiast nucić: „Kochaj mnie, kochaj mnie, kochaj mnie tak jak ja kocham cię”

ja za swoją babcią nucę, zmieniając imię: „Święty Walenty, święty Walenty, serce zgubiłam pod miedzą. Och, co to będzie, och co to będzie, gdy się sąsiedzi dowiedzą”. 

 

I nie myśląc, pytam głośno mądrzejszych od siebie.

 

Ja: - Co to jest miłość? – I od razu zostaję skarcona.

Szekspir:  - Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości.

Wilde: - Miłość jest podobna tylko do miłości, nie da się jej porównać z niczym innym.

Ja, już cicho: – Kiedy przychodzi miłość?

Ktoś: - Każda miłość przychodzi w porę.

Ja: - Skąd się wie, że to już miłość?

H. Bron. - Miłość zaczyna się wtedy, kiedy szczęście drugiej osoby staje

                się ważniejsze niż twoje.

Ja: - Czy istnieje miłość rozsądna?

A. Sapkowski -  Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno.

Ja: - Gdzie jej szukać?

ST. King - Miłość nie leci z kranu jak woda, nie możesz jej odkręcać i zakręcać, kiedy tylko zechcesz.

Ja: - To jak ją znaleźć?

Ktoś:  - Nie bojąc się ryzyka. Ryzyka porażki, odrzucenia, rozczarowań.

Ktoś drugi: - Nie trać czasu z kimś, kto nie ma go, aby go spędzać z tobą.

Ja: - Czy wie się, dlaczego się kocha?

Ktoś:  - Prawdziwie kochasz wtedy, kiedy nie wiesz, dlaczego.

Ja: - To, co znaczy kochać?

Ktoś: - Kochać kogoś - znaczy widzieć w nim cuda dla innych niedostrzegalne

Ja: - Jak rozpoznać, że to nie zwykłe kochanie tylko już miłość?

Kundera: -  Miłość nie wyraża się w pragnieniu uprawiania seksu, lecz w

                   pragnieniu wspólnego snu.

Ja: - Jak ją utrzymać?

M. Achard  - Z miłością jest jak z masłem, od czasu do czasu trochę chłodu utrzymuje ją w świeżości.

Ja: - Czy często powinnam mówić, że kocham?

Ktoś we mnie: - Nie szukaj specjalnych okazji, do szeptania, mówienia, krzyczenia: „Kocham cię”.

Ja: - Jak zatrzymać miłość?

Ktoś we mnie:  - Mów o swoich uczuciach, nie milcz, a już na pewno nie każ się domyślać.

Ja: - Czy miłość rozróżnia i dzieli lata na te, co jeszcze mogą i już nie mogą jej szukać? 

Coelho - Nigdy nie wolno nam rezygnować z poszukiwania Miłości. Ten,

              kto przestaje szukać, przegrywa życie.

Remarque: - W miłości nikt nie jest dorosły.

 

             Pogadałam z mądrymi i już chciałam być na czasie, zapomnieć o Świętym Walentym i zanucić: „Kochaj mnie, kochaj mnie, kochaj mnie
tak jak ja kocham cię”, gdy usłyszałam chichot Márquez: „To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę, kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie!”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Bawmy się, gdy możemy. Gdy nie możemy, bawmy się wspominając
Notatkę dodano:2011-01-27 12:23:05

 Sylester był, karnawał trwa. Sobót do balowania jeszcze lub tylko, sześć. Chcąc, rozbawić/oburzyć/zgorszyć (niepotrzebne skreślić) poniżej wstawiłam dwa fragmenty z sylwestrowej zabawy Alicji i jej przyjaciół z "Jesiennego koktajlu". Nikt i nikomu jeszcze (na szczęście) nie może zabronić bawić się tak, żeby każda zabawa była szaleńcza i w szampańskim nastroju.

      Przeszłyśmy do przyjemniejszego tematu. Atrakcji naszego balu. Burza mózgów. Spisywałyśmy na kartce nasze pomysły, by dokupić, co potrzeba. Ciasteczka z wróżbami. Kotyliony dwukolorowe. Potem walc dobranych par. Zabawa w kapcie, który pierwszy dojdzie do progu – pierwszy trafi na cmentarz. Odpadła. Lubię wisielcze dowcipy. Ten, to jednak przesada. A nóż się sprawdzi. Przebieramy się na miejscu. Panie osobno, panowie osobno. Komórką dajemy znać, żeby Staś włączył poloneza. Parami tańcząc, wchodzimy do sali balowej. Danka robi kotyliony. Kryśka kupuje balony, serpentyny. Bez konfetti, za dużo sprzątania. Obowiązkowo wybór miss i mistera. Kapelusz i karteczki przygotuje Stasia.

       – Jakie atrakcje? Może butelka? – zaproponowała Ewa.

      – Ja na podłodze? Po turecku? – chyba żartujesz, Krystyna ze śmiechem. – Zabawę, to byście mieli podnosząc mnie – trzymając się za brzuch.

       – Czekajcie to dobry pomysł. Co prawda, kiedyś się przy tym rozbierano. Tego bym jednak nie proponowała. Nie psujmy sobie zabawy. – Zażartowałam. – Stasia ma przecież okrągły stół. Usiądziemy i będziemy kręcić butelkę na blacie. Co wy na to?

      – Dobry pomysł. Tylko, co może zastąpić rozbieranie – westchnęła Stasia.

      – Już wiem. Na kogo wypadnie, opowiada świński dowcip. Chociaż tyle pieprzu, co? Uprzedzimy wcześniej. Niech każdy się przygotuje. – Bardzo zadowolona ze swojego pomysłu, Danka.

         Butelka przegłosowana. Lanie wosku, też. Nie szkodzi, że to nie Andrzejki. Fajna zabawa. Doszło parę konkursów. W tym, kto najdłużej zrobi jaskółkę. Jeżeli w ogóle ktoś zrobi. Nawet maleńką. Też wygra… 

 

 

…Po pół godzinie siedzieliśmy ze Stasiami przy herbacie i ciastkach, które przywieźli. Temat do obśmiania się był oczywisty. Znów nasz sylwester.

      – Przypomnijcie sobie naszą królową i króla balu. Kryśkę z mężem.– Podsuwała śmieszek, Stasia. – Te czarne, do kolan majtadadały i czarny gorset prześwitujący przez cytrynową, przezroczystą koszulę nocną. Czarne, bez palców rękawiczki i paznokcie, każdy w innym kolorze. I ta królewska godność z jaką wymachiwała trzepaczką z zawiązanymi serpentynami. Super wyglądało to jej królewskie berło, gdy trzonek wsadziła między piersi.

         Pomysł, żeby na balu obowiązywały stroje wieczorowe, wypalił. Panie rechotały w sypialni, robiącej za ubieralnię. Panowie w gabinecie, spokojniejsi. Od czasu do czasu któraś idąc do łazienki słyszała głosy: „Ja w tym nie wyjdę. Co tym babom odbiło na stare lata?”. Na dźwięk poloneza pojedynczo wychodziliśmy z dwóch stron do przedpokoju. Tu miały się łączyć pary. Za pierwszym razem się nie udało. Patrzyliśmy na siebie i nikt nie był w stanie utrzymać powagi. Co chwila ktoś biegł do toalety. Danka, trzymała się za brzuch, ściskała nogi i wrzeszczała: „Chłopaki, zejdźcie mi z oczu, bo się posiusiam. Krysia stała z dumnie wypiętą piersią, falując rozszerzaną koszulą, by panowie dokładnie widzieli co było pod spodem. Nasi partnerzy, oprócz męża Krysi i Stasia, w muszkach, na gołych szyjach. Piżamki urozmaicone. Jednokolorowe, w paski, lub góra inna niż dół. Kieszonki, w zależności od inwencji towarzyszek, przybrane były stringami, czerwoną podwiązką, chusteczką z apaszki dopiętej agrafką, zwisającej prawie do kolan.

     – Stasiu, głosowałam na ciebie – kuliłam się, bo już mnie żebra bolały od śmiechu – patrząc na niego, widziałam go w tej koszuli białej do ziemi, zapiętej na guziczki. Agrafką doczepione stringi i na głowie, szlafmyca. – Drugie miejsce to też miejsce na podium – pocieszałam go, bo dalej uważał, że to, co miał na sobie Krysi mąż, to nie był strój wieczorowy. Tym bardziej nocny. Tylko dzienny. 

     – Ja od razu głosowałam na Krysiowego. Do dziś nie wiem, jak jej udało się go na to namówić – przepraszam na chwilkę, poczekajcie. – Stasia pobiegła do ubikacji. 

      – Muszę jednak przyznać – zaczął mówić Staszek –  że mi zaimponował odwagą. Ma chłop jaja. Polubiłem go – Staś przerwał, besztany przez żonę, żeby zaczekał na nią.

      – Ma. Ma. To było dokładnie widać – Stasia, z uśmiechem przyznawała mężowi rację. Kryśka napracowała się nad kostiumem. Sama uszyła z trykotu. Wzorowała się na westernie. Dużo pracy włożyła, żeby uszyć te jednoczęściowe śpioszki z tyloma guziczkami. A jeszcze ta odpinana klapka z tyłu. To było boskie – Stasia, znów po dwóch szklankach herbaty, biegła się odwonić.

      – Przestańcie, ja już nie mogę – widok naszego króla balu, skulonego, wychodzącego z pokoju z rękoma na swojej męskości do dziś doprowadza mnie do płaczu. – Łkałam, ocierając łzy.

       – Stasiu czas na nas. Misja skończona. Ala płacze, ze śmiechu. Ja się naśmiałam za wczoraj, za dziś i chyba na jutro jeszcze zostanie.

        

      Piszą, że jednym z objawów wieku podeszłego, jest przekonanie o naszej nieomylności. Obserwuję je u siebie. Wspaniałe uczucie. Byłam pewna, że będzie udany sylwester. Na takie wygłupy, trzeba nie być młodym, tylko chcieć czuć się bardzo młodym. I co najważniejsze, wreszcie móc sobie na to pozwolić. Mieć dystans do wszystkiego i do siebie, też.

 

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Przypomnienie na czas
Notatkę dodano:2011-01-19 12:27:07

W zabieganu łatwo zapomnieć i na otatnią chwilę zostanie tylku całus. To też dużo, ale ten powinien być jaknajczęściej dawany bez okazji. Dlatego wyprzedzając, już naklikałam laurkę.

Dzień Babci.        

 

         Ba-ba – to jeszcze nikt. To głos, uśmiech i ciepłe, bezpiecznie dłonie, które znamy razem z tymi innymi, miękkimi, pachnącymi mamą.

         Usia – to śmiejąca się, znajoma nam twarz rąk, które podtrzymują nas, gdy mamy nie ma, a my koniecznie chcemy sprawdzić, czy lepiej jest poruszać się jak „au, au” czy lepiej jak znane nam wielkoludy. Rąk i ust, które uczą „kosi-kosi” i cierpliwie wycierają wszystko dookoła, gdy my mówimy: „Ne, ne” i kręcąc główką, i z pełną buzią robimy „brrr”.

         Babusia – to nasza babusia, która jest z nami, gdy mama musi pracować a nie zarabia tyle, żeby zatrudnić obcą ciocię. Nasza babusia dba o nasze wszystko. I o brzuszek, żeby był wypełniony i pusty wtedy, gdy trzeba. I o nóżki, żeby nie zaplątały się, w co nie powinny. I o rączki, żeby do buzi nie wkładały piaskowego ciastka i trawiastej zupki. Gdy głupie przedszkole nie doceni naszej wyjątkowości i nie będzie miało dla nas miejsca, wszystkie swoje miejsca odda nam nasza babusia. I podłogę, na której budować będziemy z klocków różne, przedziwne stwory, które mają to do siebie, że same się rozsypują. I stół, na którym rozłożone są same najpotrzebniejsze rzeczy. I łóżko, w którym wyśpimy się zmęczeni po pracy w piaskownicy.

         Babcia – to ta, która zaprowadzi nas i przyprowadzi ze szkoły. I Ta, która wie, że szpinak ma okropny smak a domowe pierogi, placuszki, naleśniki, są pyszne. Ta, która rozumie, że pisać równiutko i nie zagiąć przy tym rogu kartki jest bardzo trudne. Ta, która wie, że nie jest oczywistością, że 2 x 2 jest cztery. Ta, która nie śmieje się, gdy widzi naszą złość z bardzo ważnego powodu, jakim jest ta wstrętna, zarozumiała głupia Kaśka. Ta, która rozumie, że trudno się skupić przy odrabianiu lekcji, gdy się rozważa bardzo poważny problem życiowy: „Co zrobić, żeby ślepy Piotrek odzyskał i rozum?”. Ta, która rozumie, że nie można całego wolnego czasu tracić na naukę, gdy tyle własnych spraw ma się nie tylko w głowie, ale i na głowie. Ta, która wie, że kieszonkowe jest stanowczo za małe i od czasu do czasu poratuje, bez okazji i dopytywania: „Na co?”. Ta, która…………… Nie! To nie wypracowanie: „Krótko, zwięźle, na temat. Nie mniej niż 4 strony”. Wystarczy: „Ta, która potrafi rozumieć nas jak mało, kto”.

I w Dniu Babci słuchając wierszyka lub życzeń, biorąc do ręki laurkę lub kwiatka, całując nas powie: „Moje ty najśliczniejsze i najmądrzejsze cudo na świecie”.

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959347
Osób: 1777503

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl