Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Jesienny koktajl, odc. 12
Notatkę dodano:2010-10-02 14:09:18

okladkaTeraz kurtkę zakładam nieodpowiednią do pogody, tylko pasującą do miejsca, do którego się wybieram. Piwo piję zimne, chyba że na gorąco z koglem-moglem i przyprawami. Spocona po tańcach, sama idę otwierać okna. Gorąco. Zaduch. Nie ma czym oddychać.

 

Zimny bigos wsuwam, łykając przed tym dwie tabletki raphacholinu. Jem wprost z garnka. Wtedy do umycia jest tylko widelec. 

 

– Córciu, zapomniałaś? Mnie również obowiązywał regulamin. Szef nie wrzeszczy, tylko dobitnie wyraża swoje poglądy. Szef się nie krzywi, jedynie uśmiecha się bez entuzjazmu. Szef nigdy i niczego nie zapomina. Po prostu jest za mądry, by zaśmiecać sobie pamięć zbędnymi szczegółami.

 

– Pamiętam – odparła Ula, odpinając spodnie – jak dla kawału kupiłaś mu tabliczkę z napisem „Szanuj szefa swego, bo możesz mieć gorszego”, a on to wziął na poważnie i przybił ją na drzwiach do swojego gabinetu. Mamuś, wszystkie chłopy w tym wieku, są beznadziejne – uogólniła Ula.

 

– Miałabyś rację, nie dodając, w tym wieku – śmiałam się. – Oni nie są głupi. Kierują się jedynym aksjomatem: Ewa jest gorsza, bo z żebra Adama. Nie doczytali ze zrozumieniem, iż Bóg po stworzeniu Adama zapłakał: „To mi się nie udało. Muszę jeszcze raz spróbować stworzyć arcydzieło. I stworzył Ewę”. 

 

Śmiejąc się, Ula otworzyła drzwi Jędrkowi.

 

– Dziewczyny, z czego tak rechoczecie? – zapytał i od razu dodał – babciu, daj coś na ruszt, jestem strasznie głodny. 

 

– Idziemy. Zjesz w domu – Ula spakowała część szarlotki do zabrania.

 

Widząc zrozpaczoną minę Jędrka i gesty, którymi pokazywał, że za chwilę padnie trupem z głodu, zrobiłam mu swojego burgera. Sałata, plaster żółtego sera, plaster szynki, dwa plastry

pomidora, ogórek, oczywiście keczup i musztarda. Ścisnęłam, zabezpieczyłam serwetką. Szczęśliwemu, z pełną buzią udało mu się wybełkotać:

 

– Narka...


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 11
Notatkę dodano:2010-09-23 14:37:12

koktajl– Mamuś, wreszcie znalazłaś dla mnie czas – wykrzyknęła Ula z wyraźnym wyrzutem.

– Córciu, rozmawiamy codziennie przez telefon lub wysyłamy sobie esemesy, wiemy, że wszystko gra.

– Tak, tak. Ja tylko widzę, że fruwasz. Jędrek mówi, że teraz do ciebie to jak na audiencję, trzeba się zapisywać. Opowiedz, gdzie ty właściwie latasz? Z wrodzonego taktu nie pytam z kim? – Ula była najwyraźniej bardzo zaintrygowana.

– Umawiałyśmy się, że posiedzisz. Nic się nie zmieniło? – wolałam się upewnić.

– Za jakieś trzy godziny wpadnie też Jędrek. Ma do ciebie prośbę. Nie chciał mi powiedzieć, jaką. To podobno wasze sprawy. Razem pójdziemy do domu – zdejmując sweter, Ula poszła wyjąć z szafy cieńszą bluzkę. – Mama, jaka śliczna spódnica, mogę przymierzyć? – pytała, już wkładając na siebie.

 

Wiem, że śliczna. Dwa miesiące czekałam. Ekspedientce zaniosłam czekoladki, potem buteleczki z likierem. Radzę się i zdaję na jej gust. Nie zawsze kupuję. Tak jak obiecała, rano, telefonicznie powiadomiła mnie, że dziś spódnica będzie w promocji. Dużej. Z czterystu dwudziestu złotych na sto dwadzieścia. Solejka. Długość do ziemi. Czarna, drobniutko plisowana, rozkładająca się dołem jak kwiat tulipana. Lekko się mieni, przyjmując srebrzysty połysk w otwierających się fałdkach. I rzeczywiście nie gniecie się. Można zwinąć w tubkę i zmieści się nawet w torebce. Już mam upatrzone dwie bluzki i bolerko. Będzie strój i na tańce w karnawale, i do teatru czy filharmonii. Na wigilię też.

 

– Pożyczysz? – Uli się spodobała. – Miśka widziała?

– Tak. Też pytała. Ma mi przynieść ten swój biały w szarowiśniowe mazaki żakiet. Już się jej opatrzył. Będzie mi pasował do białych dżinsów. Mówiła, że ty masz idealnie pasującą do tej wiśni bluzeczkę na szerokich ramiączkach.

– Jutro ci podrzucę. A może ty wpadniesz, wracając z kursu komputerowego. Będę w domu – wykrzyknęła Ula bez chwili zastanowienia.

 

Wszystkie trzy mamy zbliżoną wagę i wzrost. Większością ciuchów możemy się wymieniać. Każda może mieć uatrakcyjnione wyjścia bez wydawania pieniędzy.

 

– Ula, zjesz szarlotkę? – spytałam, wiedząc, że ona, w przeciwieństwie do mnie, lubi taką prosto z piekarnika. Gorącą.

– Upiekłabyś szybkościówkę? Podyktowała mi przepis Miśka. Z tego zeszytu, co jej dałaś. Rzeczywiście, to jest łopatologia. I dobrze, bo wszystko jasne nawet dla takiego matoła kulinarnego jak ona – Ulka mówiła to żartem. Sama też lubiła dokładne przepisy.

– Zetrzyj mi tylko jabłka i posmaruj foremkę. Opowiadaj. Mówiłaś, że coś się dzieje w pracy.

– On już zupełnie zbzikował. Odbija mu kompletnie. Jak tak można się zachowywać? – zaczęła Ula, jak zwykle zdziwiona i zaskoczona.

– O którym mówisz tym razem? O szczęściu czy o szefie? – zażartowałam.

– O szefie, oczywiście. Mój na razie w fazie normalności – odparła uspokajająco Ula.

– Dał nam trzydziestosześciopunktowy regulamin właściwego zachowania na stanowisku. Nie uwierzysz! Jest tam: uśmiech do klienta delikatny, nie za szeroki. A sam ma ciągle skrzywioną gębę. Telefon ma być odebrany nie wcześniej, ale i nie później. Równo z drugim dzwonkiem. Jak dzwonią dwa, odbieramy obydwa. Prowadzimy rozmowy telefoniczne, nie przerywając obsługi klienta. Chyba łokciami naciskamy klawiaturę komputera, a zębami podajemy druki do wypełnienia, nie zapominając o uśmiechu. A sam zapomniał, że miał na dziś dwóch umówionych interesantów. Osobiście mu rano przypominałam. Skleroza totalna. Dzisiaj po prostu nawrzeszczał na Ankę, że nie była w firmowych spodniach. Jak z jej figurą chodzić w biodrówkach? Nie dociera do niego, że nie miał racji, upierając się na ten model spodni dla wszystkich bab jednakowy – Ulka mówiła z buzią pełną szarlotki.

 

Patrząc, jak pałaszuje, miałam powiedzieć: „Poparzysz się, poczekaj, niech trochę przestygnie”, ale udało mi się pohamować. Dawno obiecałam sobie, by nie mówić rzeczy oczywistych. Oczywistości to: „Jedź ostrożnie”. Tak, jak gdyby nie padły te słowa, kierowca miał jechać na łeb na szyję. „Uważaj na siebie”. No i sakramentalne: „A nie mówiłam”. „Załóż cieplejszą kurtkę, bo się przeziębisz”. „Nie pij zimnego piwa, będzie cię bolało gardło”. „Spocona po tańcach, przy otwartym oknie – zapalenie oskrzeli gwarantowane”. „Zimny bigos, dziecko, wątroba da ci się we znaki”. „Uprzedzałam, przecież, że tak będzie”. 

 

Pamiętam, jak mnie złościły i denerwowały te ciągłe uwagi mamy, babci. Nie mogłam wyjść z domu bez paru przykazań, co mi wolno, czego nie. Mimo że słyszałam je tysiące razy. To były czasy prehistoryczne (nie tylko dla mojego wnuka). Musiałam nosić grube majtki. Mama wkładała mi rękę pod spódnicę, by sprawdzić, czy je mam. Szyja opatulona szalikiem. Obowiązkowo czapka na głowie.

 

Majtki zdejmowałam, schodząc do piwnicy. Tam był taki bezpieczny korytarzyk. Czapkę dopiero za rogiem ulicy. Mama czasami wyglądała przez okno. Szalik wkładałam pod kołnierz kurtki i końce puszczałam luzem. Wyglądałam w dechę. Dziś podobno znów wraca to powiedzenie.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Donos
Notatkę dodano:2010-09-10 19:00:39

Uprzejmie donoszę, że w mazurskich lasach wysyp prawdziwków, kożlarzy i..... rydzów. A w jednej ze stacji telewizyjnych zapowiedzieli ciepłą i słoneczną pogodę ( inne pogodynki były innego zdania, jak to inne). Kosze, noże, kalosze i uczta grzybowa gwarantowana.  


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 10
Notatkę dodano:2010-08-29 11:04:35

koktajl2Składnik koktajlu, drugi.

 

Zacieśnienia zainteresowań. Teraz interesuję się sobą. Koniec z wielką polityką, na którą i tak nie mam żadnego wpływu. Z poglądem, że to młodzi muszą mnie utrzymywać ze swoich zarobków, całkowicie się nie zgadzam. Pracowałam trzydzieści siedem lat i płaciłam co miesiąc podatki oraz składki na ZUS. Gdybym miała to w banku, niezła sumka byłaby z samych odsetek. Niech się cieszą, że wszyscy emeryci nie składają zbiorowego protestu na okradanie ich przez dalsze zabieranie podatków i składek. Od dziś w dni smutne i szare oglądać będę transmisje z obrad sejmu. To lepsze niż kabaret. Nie będę słuchać tego, co mówią, bo najczęściej nic nie mają do powiedzenia – tylko tego, jak mówią. Porcja gimnastyki przepony zapewniona.

 

Wczoraj, podczas spotkania w kawiarni, w miłym gronie przyznałam się jako jedyna, że oglądam Modę na sukces.

 

– Tę szmirę? Nie szkoda ci czasu? – zapytała z oburzeniem Ela. – Tam ciągle Brooke w którymś się kocha.

– Szkoda, że uśmiercili Taylor – dodała Zosia. – Ale ja też nie oglądam – wyjaśniła z taką miną, iż wiadomo było, że jest ponad.

– Te baby nic się nie starzeją, choć czas płynie. Dzieci dorosły, a Ridge Forrester wciąż młodziutki i nabity – zauważyła Ela.

– Są bardziej życiowe seriale. Ja oglądam Plebanię. 

 

– Ja oglądam Brooke – powiedziałam. – Jak nie mam czasu, to powtórkę na drugi dzień. Cudowny serial. Właśnie dlatego, że się nie starzeją. Kochają, zdradzają, umierają i cudownie wracają do życia. Godzina w świecie luksusowej bajki. Na morderstwa, bezzębnych, ciemnych typów, nędzę, brud i smród – szkoda mojego czasu. Wy, jak słyszę, nie oglądacie. Wiecie, że serial ten idzie już dwadzieścia dwa lata. Ma około trzysta milionów widzów na całym świecie. Ja już swoją porcję szarości i odwiecznych problemów codziennego życia zjadłam. Czasami przełykałam z trudem. Nierzadko długo mi stała w gardle. Teraz dawkuję sobie tylko ambrozję i nektar. A że nie jestem Zeusem i nie przynoszą mi gołębie, sama stałam się swoim zaopatrzeniowcem – mówiłam do nich, widząc, że nie mam zupełnie zrozumienia. One wolą o trudnościach, chorobach, sprzeczkach, problemach z dziećmi, o obawie przed panującą grypą i „strasznie dołującą pogodą”. Im gorzej, tym lepiej.

 

Muszę ograniczyć z nimi kontakt. Zakłócają smak koktajlu...


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 9
Notatkę dodano:2010-08-23 10:45:24

 

koktajl– Jędrek, co u ciebie? – próbowałam dowiedzieć się, co słychać u mojego wnuka.

– W porzo. Chodźmy, chciałaś, bym pokazał ci coś przy komputerze. Za pół godziny lecę na siłownię.

Jest dobrze, pomyślałam. Gdy ma jakiś problem, to odpowiada: spoko. Zupełnie nie rozumiem oburzania się dojrzałych na słownictwo niedojrzałych. Mówią krótko. Konkretnie. Jednoznacznie.

 

Szliśmy z Jędrkiem i psem przez park. Wnuk spotkał kolegę.

– Siemka. I co?

– W porzo, aucie?

– Spoko.

– Narka. Żółwik?

 

Zrobili żółwika. Wyszliśmy z parku. Jędrek z psem poszedł do domu. Ja skręciłam do sklepu.

 

– Dzień dobry. Co u ciebie słychać? – zapytałam napotkaną koleżanką z ostatniej pracy.

– Dziękuję, stara bida. A u ciebie? – też wykazała zainteresowanie.

– Też wszystko w porządku – odpowiedziałam.

 

Szłyśmy parę metrów razem. Do najbliższego skrzyżowania.

 

– Ja w prawo, a ty? – zapytała.

– Ja prosto.

– Do widzenia.

– Do widzenia.

 

Podałyśmy sobie ręce.

 

Oni potrzebowali pięciu słów, dwóch półsłów i trzech głosek. My czternastu pełnych, siedmiu półsłów i sześciu głosek. Sens i efekt ten sam. Różniły się te rozmowy szczerością. U nich była pełna. U nas zdawkowo przesłodzona.

– Jędruś. Poczekaj, zapiszę sobie, bo zapomnę – próbowałam go przystopować, nie nadążając za tym, co mówi.

– Nie czaisz? – Jędrek był zdziwiony i zniecierpliwiony.

– A ty wczoraj addycję bromu do acetylenu czaiłeś?

– Dobrze, już dobrze, pisz: zaznaczasz. Potem „Ctrl” i „C”. Trzymając, naciskasz „V” tak długo, jak chcesz, zapisałaś? – wyjaśnił niby spokojnie, ale widać było, że mu się spieszy.

– Czekaj, jeszcze spróbuję przy tobie! – krzyknęłam, widząc, że już jest przy drzwiach. – Udało się! – dodałam, bardzo z siebie zadowolona.

– W przyszłym tygodniu wpadnę z polskim. Zadzwonię, czy masz czas. Lecę. Narka – i już go nie było...

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Myślowe odbicie z dobicia
Notatkę dodano:2010-08-12 18:00:57

Gdy muszę mieć "ochotę na dołek" zadaję sobie pytanie: "Co możesz?".

Z każdą odpowiedzią dołek robi się głębszy i gdy już jest czarna czeluść mogę spokojnie odbić się od dna, pytając się: "Co możesz w tej chwili?". I wchodząc po szczeblach odpowiedzi jak najprostszych, w zasięgu ręki i możliwości - wychodzę w optymistyczną jasność.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 8
Notatkę dodano:2010-08-06 12:18:35

koktajlSkładnik pierwszy:

 

Skupiam się na własnych sprawach. Ulka, Miśka i Jędrek mają swoje absorbujące problemy. Czas dla mnie wtedy, gdy im wygodnie. Lub gdy są zmuszeni sytuacją, na przykład moją chorobą.

 

Bardzo mi to odpowiada. Cieszę się, kiedy rzadko i na krótko wpadają. To dowód, że wiosny są zdrowie. Jestem też wtedy pewna, że u nich wszystko w porzo. Supersłowo. Wystarcza za: nie mają kłopotów w pracy ani w szkole. Czują się dobrze. Nie pokłóciły się ze swymi obecnymi połówkami. Nie narzekają na brak towarzystwa i rozrywek. Nie mają depresji ani doła. Od chwili moich urodzin wiedzą, że każda dłuższa wizyta ma być zapowiedziana wcześniej. Ja już nie chcę dla nich rezygnować z własnych zajęć. Tym bardziej dopasowywać swoich terminowych spraw do ich harmonogramów dnia. Teraz czas na zmianę. Liczę się najpierw ja, oni w drugiej kolejności. I to nie jak w zagadce, którą im zadawałam, gdy byli mali: „To było tak, bociana drapał szpak. Potem była zmiana, szpak drapał bociana. Potem były dwie zmiany. Ile razy szpak był drapany?” 

 

Długo mieli problemy z prawidłową odpowiedzią. Teraz nie mają, ja tym bardziej. Moje sprawy to: wykłady, gimnastyka, na którą znów chodzę. Wycieczki. Spotkania. Raz w miesiącu tańce. Raz w tygodniu brydż. Czat w necie. Dyskusje na forum. Zabiegi kosmetyczne, we własnym Spa. W salonie za drogo na emerycką kieszeń. Kupiłam na raty urządzenie do profesjonalnej kąpieli perełkowej. Urządzenie do manicure z podwójną prędkością. Od Ulki dostałam wanienkę do masażu stóp z podgrzewaczem.

 

Mam trzy optymistycznie nastawione psiapsióły. Spotykamy się raz na dwa tygodnie u mnie. Dzień w Spa. 

– Ala, zobacz, co przyniosłam – Ewka woła już od progu. – Kupiła mi znajoma kosmetyczka, na ich specjalistycznych targach. W zwykłym sklepie nie dostaniesz. Zobacz – wręczyła mi pudło.

– Rozbieraj się. Danka i Kryśka dzwoniły, że już dojeżdżają. 

 

Zaglądam do pudła. Super! Algi morskie. Już czytam, jak się to rozrabia. Położymy na twarze i dekolty. Rozliczymy się, gdy pozostałe dotrą.

 

Umowa była oczywista. Za wszystko płacimy wspólnie. Za wodę też. Ostatecznie, cztery wanny wody to nie byle co. A papu też kosztuje. Przygotowałam ptysie ze śmietaną. W mojej cukierni za szesnaście sztuk musiałabym zapłacić prawie czterdzieści pięć złotych. Mój koszt to około dziewięć złotych za szesnaście sztuk. Robota żadna.  Góra dziesięć minut. Potem same się pieką. Zaoszczędzone trzydzieści sześć złotych. A można małe, duże, na słodko i na pikantnie. Miśka już zapisała w Łopatologicznych przepisach babusi Alusi.

 

Kryśka w wannie, pieści się perełkami z dodatkiem zapachu tatarakowego. Danka masuje nogi. Ewka już po kąpieli leży z maseczką z alg. Ja po masażu stóp robię manicure.

 

– Dziewczyny, co ja miałam wczoraj za noc! Mówię wam, bajka – pochwaliła się Danka.

– Poczekaj. Teraz relaks. Opowiesz przy ptysiach i kawie. Ala, włącz muzykę – wymamrotała Ewa, bojąc się, by maseczka nie popękała.

My z Kryśką stanu wolnego. Ona wdowa. Ja rozwódka. Ewa prawie szczęśliwa w małżeństwie. Danka ma „przydupasa”, jak mówi, na przychodne. Raz w tygodniu. Kryśka stan wolny, całkowity. Nie może nikogo przygruchać. Ja jeszcze trzymam swojego, ale wiem, że to tak w rezerwie. Na chandrę, gdyby jednak nieproszona, chciała się siłą wedrzeć. Mam ochotę na polowanie. Jest w końcu równouprawnienie. Trochę adrenaliny dobrze wpływa na smak.

 

Wszystko u wszystkich wyperełkowane, wymasowane, buźki wypiękniały, szpony górne i dolne, w zależności od upodobania, mienią się różnymi barwami.

 

– Dziewczyny. Jesień jest piękna. Tylko trzeba się nauczyć dostrzec piękno i w listopadzie – powtórzyłam im swoje motto, by wbić im do głów.

– Nie wiem, jak wy, ja się czuję zajebiście – Ewka lubiła takie powiedzonka.

– Ewa, to już przestaje być modne. Podobno teraz się mówi full wypas – dzieliłam się informacją uzyskaną od wnuka.

– Zajebistą Ewuniu to ja miałam wczorajszą noc – Danka kończyła trzeciego ptysia i przebierała nogami, by wreszcie opowiedzieć o swoich przeżyciach.

– Mów. Tylko z pikantnymi szczególikami – najbardziej ciekawa była Kryśka. – Niech sobie chociaż posłucham.

– Mój przydupasik, jak wiecie, ma siedemdziesiąt pięć lat. Mówi, wyrósł z wieku starczego, który miał czterdzieści lat temu. Wtedy wystarczała mu siłownia. Teraz jest za stary na sztangi. Wszedł w wiek męskości na seks. Teraz ma ciągle ochotę. Może, to fakt. Najczęściej raz. Na dobę. I tak jest wspaniale. Mój były w wieku czterdziestu mógł raz na trzy miesiące. Po wielkim namawianiu. – Machnęła ręką, dając nam znać, że seks był „szkoda gadać”. Teraz posłuchajcie, spróbuję odtworzyć naszą rozmowę:

 

– Danka. Chciałbym ci zadać parę pytań na temat seksu – mówiła, naśladując jego tubalny głos.

– Pytaj. Dziś na temat seksu należy śmiało mówić. Tak wszędzie piszą. Małolaty mówią wprost, nie krępują się. Ja się zawsze wstydziłam i nie najlepiej na tym, jako kobieta, wyszłam. Jeszcze mam czas to nadrobić. Jak nie teraz, to kiedy? – odpowiedziałam. – Pojętnam uczennica, co Alusiu? – mrugnęła do mnie.

– Danusiu – ciągnęła dalej jego głosem. – Przygotuję wino. Zamówię jedzenie z tej restauracji obok mnie. Ty pomyśl o nastroju. Może świece. Zrobimy sobie seksparty.

– Tak już robiliśmy. Co w tym nowego? – zapytałam, widząc, że nie wie, jak przejść do sedna.

– I on wtedy nagle pyta: Chciałabyś parę razy w tę noc? W różnych pozycjach?

– Pewnie. Tylko ty możesz raz – walnęłam prosto z mostu.

– Widzisz, ja chcę spróbować, tylko nie śmiej się, viagry – powiedział i w napięciu przyglądał się, jak zareaguję.

– No i dobrze. Dużo młodsi od ciebie biorą. Po to ją wymyślili. Dlaczego nie? Weź – sama byłam ciekawa efektów.

– No tak. Ale wyczytałem, że wzwód nie pojawia się sam. Erekcja wymaga zwykłej stymulacji seksualnej. Gotowość utrzymuje się od trzydziestu minut do godziny.

Chciała sięgnąć po ptysia. Nie dałyśmy jej. Dopóty nie skończy opowiadać, nie pozwolimy na żadne przerywniki.

– Będziesz mógł przez całą godzinę? – to mnie zaciekawiło. Zawsze należałam do tak zwanych zimnych kobiet.

– Każdy organizm reaguje inaczej. Muszę ją połknąć przynajmniej na czterdzieści minut przed konsumpcją. Wolałbym przy tobie. I zjemy kolację. W tym czasie powinna zadziałać – wprowadzał mnie w szczegóły.

– To znaczy czterdzieści minut przed jedzeniem? – wolałam się upewnić.

 

Wybuch śmiechu był jednoczesny. Cała Danka. Ona musi mieć kawę na ławę.

 

– Nie śmiejcie się. Mówił o konsumpcji i o kolacji, to skąd miałam wiedzieć, kiedy ma łyknąć? – Danka była lekko urażona naszą reakcją.

– Nie obrażaj się, tylko mów. Żadna z nas nie spała z viagrą. Jesteśmy po prostu zazdrosne, spodziewając się, ile miałaś przyjemności – uspokajałam ją.

– Więc mi wyjaśnił, że czterdzieści minut przed stosunkiem. A ja na to: gra wstępna odpowiada mi bardzo. Nawet raz za razem możemy pisać wspólnie wypracowanie. Oby było rozwinięcie i szczęśliwe zakończenie – powiedziałam, bo wyszedł ze mnie belfer. Łyknął. Wypił tylko pół lampki alkoholu. Podobno przy stosowaniu lepiej nie pić alkoholu. Wtedy skuteczność jest prawie dziewięćdziesięcioprocentowa. Dziewczyny! Po godzinie zaczęliśmy wstęp. Krótki. On już był rozwinięty i zbliżał się ku zakończeniu.

– Uuu – to był jęk zawodu nas wszystkich. 

– Powiedziałaś, że miałaś zajebistą noc. A tu jak zwykle. – nasze wspólne rozczarowanie wyraziła Ewka.

– Daj skończyć – Danka zbyła nas machnięciem dłoni. – Postawił kropkę. I teraz najlepsze: cienkopis wciąż stał. Nie chciał się położyć. Zmieniliśmy pozycję. Teraz ja pisałam. Znów on dopisywał. Ja trochę, on trochę i ja postawiłam kropkę. Ległam zmęczona. On zziajany, spocony, zasapany – długopis dalej gotowy do pisania.

– Ooo – tym razem z zazdrością i niedowierzaniem słuchałyśmy w wypiekach. Róż był niepotrzebny.

– Jeszcze z trudem napisaliśmy dwa wypracowania, starając się przyjmować najmniej męczące pozycje. Cienkopis był ciągle wypełniony tuszem. Niestety, my padliśmy. Nie mieliśmy siły nawet bazgrolić. I teraz najlepsze. W pozycji gotowości był przez pięć godzin – powiedziawszy dobitnie te „pięć godzin”, patrzyła na nas z pobłażaniem i litością.

 

– I nie wykorzystałaś do końca? – zapytała Kryśka z wyraźnym żalem.

– To aż tak to działa? – naprawdę nie chciało mi się wierzyć.

– Ale ci się miodzio trafił. Mojego za skarby świata nie namówię na viagrę, on uważa, że raz na dwa miesiące jest i tak dużo – z wyraźnym żalem stwierdziła Ewa.

– To rozpuść mu w soku i daj do wypicia – podsunęła Kryśka.

– Nie wygłupiajcie się. To może być niebezpieczne. Są przeciwwskazania. Ten długo trwający wzwód to dzięki koledze, który, dając mu swoją viagrę, powiedział, żeby dla pewności łyknął dwie. Mój, chcąc się wykazać, połknął trzy. Całe szczęście, że tylko tak się to skończyło.

 

Poszły. Kryśka, namówiona przez nas, też skorzysta z dobrodziejstw nauki. Mam jej zamówić przez Internet, na jej adres, wibrator. Pojutrze wpadnie, to wybierzemy razem. W cudownych czasach żyjemy. Przyrządy. Partnerzy w Internecie. Obrazki i filmy szkolące.

 

Kładąc się spać, pomyślałam: jesień jest piękna. Oby tak dalej.

 

Bez problemów zasnęłam...


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 7
Notatkę dodano:2010-08-02 11:03:18

koktajlHerbata na stole. Wino otwarte. Wszyscy czekają na obiecane wyjaśnienia.

– Szanowna Jubilatko – zaczęła Ania z wyraźnym zadowoleniem – mów wreszcie, coś znowu wymyśliła. Co za zmiana osobowości? Jaki krok w wiek podeszły?

– To bardzo proste. Dotarło do mnie, że najpiękniejszy okres mojego życia mam przed sobą – obserwowałam miny siedzących przy stole.

– Ty zawsze lubiłaś czarny humor – zauważyła Anka.

– Aniu, ty masz prawo narzekać na różne dolegliwości –przyznałam. – Ty masz dwa duże gnioty i dwa półgnioty. Czasami cię gniotą w różnych miejscach. To boli. Serce, wątroba, głowa czy krzyż – a gnioty mają luz i biegają, gdzie im się zachce.

– Nic nie rozumiem, jakie gnioty? – dopytywała Anka.

– Proste. Jako żona i matka wyhodowałaś dwa duże gnioty. Jako siostra i ciotka masz dwa półgnioty – przedstawiałam swój punkt widzenia.

– Ty też jesteś matką i ciotką. O co chodzi?

– Ja mam jako siostra i ciotka tyle samo półgniotów. Dużych gniotów mam więcej. L icz: żona, matka, podwójna babcia, rozwódka, kobieta: pracująca, samotna, emerytka, szanowna jubilatka – mnie wyszło dziewięć dużych gniotów. U mnie są tak ściśnięte, że nie mogą ruszyć ani ręką, ani nogą. Nawet im trudno odetchnąć. Dzięki temu nie ugniatają. Ja zmieniam osobowość. Od dziś moja szklanka będzie zawsze do połowy pełna – popatrzyłam na nich, wstałam i wzniosłam swój toast. – Piję za moje motto: precz z czarnowidztwem.

– Oj, wylałem trochę herbaty na spodnie – śmiejąc się, zakrztusił się szwagier.

Podałam mu chusteczkę jednorazową.

– Dziękuję, nie potrzebuję – odparł, nie biorąc jej ode mnie.

– Ty nie, ale twoje spodnie. Szybciutko trzyj, jakbyś wycierał gumką. Zmieniaj strony chusteczki. Zaraz nie będzie plamy. Tylko mocno i coraz to innym, suchym kawałkiem – poradziłam. Nieraz ratowałam tak spódnicę czy spodnie.

– Rzeczywiście, po plamie. Ale materiał jakby trochę bielszy – szwagier z zainteresowaniem przyglądał się miejscu po plamie.

– Wyczeszesz szczotką. Idź do łazienki, tam jest mała włosiana do paznokci, sucha, zaraz nie będzie śladu. 

– Co za problem? Wiek jak wiek – rzekł szwagier, wracając ze szczoteczką w ręku.

 

Typowe dla chłopa, nikt mu nie powiedział, że ma to zrobić w łazience. Mężczyźni w ogóle nie znają pojęcia kryzysu wieku średniego. Oni po prostu nie osiągają wieku średniego. Im kryzys nie zagraża. Nie dojrzewają umysłowo – w większości. 

 

– Babciu, co za różnica pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt lat. To ta sama półka – powiedział Jędruś z rozbrajającą szczerością.

 

Mam za swoje. Po co wpajałam mu, że trzeba być szczerym. Wyrażać śmiało swoje opinie, nie bojąc się skutków. 

 

– Jędrek. Masz rację. To żadna różnica. Ja kończyłam osiemnaście lat, już pracując. Moja szefowa była dojrzałą kobietą. Patrzyłyśmy na nią z obrzydzeniem. Dwoje dzieci. Stara baba – a ubiera się w mini. Miała trzydzieści lat. Dziś jest inaczej. Dziś trzydziestolatka to młoda laska. Dla sześćdziesięciolatków. Mężczyzn oczywiście. Chyba że ustawiona. Wtedy jej młodość dostrzegają również co wygodniejsi i starsi dwudziestopięcioletni panowie.

 

– Babusiu Alusiu, zawsze byłaś najmłodszą z babć – pocieszająco zaczęła Miśka, niepotrzebnie dodając – teraz też, jak na swoje lata, świetnie się trzymasz.

– Misiu, jak na swoje lata, to ja dopiero teraz będę kwitła. Jeszcze się zdziwisz, wnusiu, ile w mojej szafie będzie najmodniejszych ciuchów.

– Mamo, nie przesadzaj. Dobrze wyglądasz. Masz dużo energii. Tylko pozazdrościć – to był głos Uli.

 

Na córkę zawsze mogę liczyć. Wierzy we mnie. Czasami tylko przygląda mi się z lekkim przerażeniem, co mi wpadnie do głowy.

 

– Dla mnie jesteś w najlepszym wieku kobiety – mój przyjaciel chciał się widocznie zrehabilitować.

 

Posadziłam go na kinderbalu daleko od siebie. Dotarło do niego, że coś było nie tak. Ale co, nie bardzo potrafił stwierdzić. Przyjaciel jest starszy ode mnie o piętnaście lat. Zinterpretowałam jego komplement właściwie. Należał mu się buziak. Z jego portfelem i przedłużeniem męskości mógłby mieć czterdziestkę, a nawet młodszą. Nieźle się trzyma. Nawet nie mogę dodać – jak na swój wiek. Chłopy wieku nie mają. Oni mają stanowiska, samochody i karty kredytowe. Właściwie mogliby nie używać nazwisk. W większości przypadków wystarczyłoby na przywitanie: Sponsor jestem.

 

Widziałam lekko skrzywioną minę Anki. Znam ją. Ona na pewno myślała: „Stary dziad, powinien się cieszyć, że ma młodszą o tyle lat babę. Co Ulka w nim widzi?” 

Jej tok rozumowania jest łatwy do przewidzenia. Ona nie zna pojęcia wieku podeszłego, nawet u kobiet. Ona jest po prostu dorosła, broń Boże, dojrzała.

 

A ja? No cóż. Jesień. Dojrzałam. Nikt mnie nie zrywa, chcąc umościć w wysłanym delikatnymi wiórkami koszyczku. Najwyżej nadgryza, sprawdzając, czy jestem jeszcze jędrna, na tyle, by schrupać kawałeczek. Nie zamierzam zostać na drzewie w postaci ogryzka. Tym bardziej przejrzeć i samej spaść na twarde podłoże. Obić się ze wszystkich stron i zostać na ziemi jako odpad. 

 

– Powiem wam krótko. Za mną, Jędrusiu, twój ciężki okres życia. Czyli, ucz się, ucz, a garb ci sam wyrośnie. Ty, Misiu, jesteś wiosną. Piękną, kwitnącą, majową. I kwiatkiem czekającym na tego jedynego, najwspanialszego motylka. Na razie trafił ci się wałkarz lipczyk, opiętek dwuplamkowy, a nawet nadobnica alpejska. Sama opowiadałaś, oburzona, że masz takie wzięcie. Ten ostatni, co to miał wszystkie atrybuty tego naj, okazał się zwykłym turkuciem podjadkiem. Twój okres życia to ciągłe szukanie i strach, by nie zapylił cię przypadkowy szkodnik.

 

– Ula, ty, córeczko, jesteś lato. Cieszysz się, że masz pracę, martwisz, czy na długo. Zadowolona jesteś, że żyjesz w konkubinacie, myśląc jednocześnie: ile jeszcze razem? Wiesz, że jeszcze dużo możesz, na dużo cię stać. Jednocześnie już odliczasz, ile czasu ci zostało. Anka, ty jedną nogą stoisz w lecie, drugą w jesieni. Stojąc w rozkroku, marzysz o wiośnie. A ja jestem jesień. Już się naumiałam, napracowałam, skutecznie zapyliłam. Wnuki odchowałam. Już nic nie muszę. Najważniejsze, nikt mi niczego nie może: kazać, nakazać, pozwolić, zabronić. Wiek podeszły to cudowny usprawiedliwiacz. Daje mi pełne prawo do zmiany osobowości, czyli: zmniejszenia aktywności, zacieśnienia zainteresowań, skupienia się na własnych sprawach i przekonania o swej nieomylności. Jesień życia to WMW. Czytaj: wszystko mi wolno. Robię tylko to, na co mam ochotę.

 

Wszyscy wpatry wali się we mnie troszkę zaszokowani.

 

A może nieco więcej niż troszkę. Nie dziwiłam się. Znają mnie. Wiedzą, że słowa dotrzymuję. Jedynie Jędrek zareagował spontanicznie: 

– To ja też chcę być emerytem. 

 

Żegnając się ze wszystkimi, dodałam jeszcze: 

 

– Zaczynam od teraz. Na wszelkie okazje, może być też bez, nie kupujcie mi już żadnych prezentów. Wystarczy jeden kwiatek. Do tego koperta z załącznikiem, co łaska. Przypominam, że ksiądz mówił: „Włożyć mniej niż pięćdziesiąt złotych, nie wypada”...

 

Zajęłam się dobieraniem składników, przypraw i dopieszczaniem swojego jesiennego koktajlu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Moja korespondencja
Notatkę dodano:2010-07-30 13:49:39

Dzień dobry Panie Andrzeju.

   Przeczytałam dziś na www.kobieta50plus Pana "Marzenia się spełniają" i piszę te parę słów, chcąc podziękować za "drążenie kropli". Ma Pan rację, że większość wie, ale i tak postępuje zgodnie z powiedzeniem "szklanka jest do połowy pusta". Szeroko rozumiane media bombardują nas zwielokrotnionym: wszystko bez szansy, bez nadziei,...i bez sensu. Tylko od czasu do czasu przebije sie mała kropleka optymizmu. W sumie świat jest "be" a "cacy" to raczej w bajkowych chwilach.

    Napisał Pan "Trzeba tylko zrobić mały krok do przodu" i w tym najgłębszy sens ma słówko: tylko. Tak małe a tak decydujące.

     Ja zdecydowałam się na "tylko"  w zeszłym roku. Od dłuższego czasu pisałam książki i swoje zapisane marzenie zamykałam w szufladzie nie widząc szans na ich spełnienie. Poczytałam w Internecie o możliwościach wydania książki. Moja szklanka z każdym przeczytanym słowem robiła się coraz bardziej pusta. Nigdy nic wspólnego nie miałam z redakcjami, wydawnictwami, mediami i nabierałam pewności, że szuflada to właściwe miejsce dla moich marzeń.

     Z drugiej strony już dawno wymyśliłam swoje motto życiowe: "Nadzieja - to nieskończoność szans" więc dolałam trochę wody do szklanki i przypominając sobie dowcip o wygraniu w totolotka: "Icek, daj mi szansę. Wypełnij kupon" uzupełniłam do pełna. Wtedy pomyślałam: "Jak nie teraz, to kiedy?" i wysłałam maszynopis do wydawnictw.

Efetkt - to na rynku wydawniczym już dwie pozycje: "Jesienny koktajl" i "Tak dobrze,że aż źle" a na jesieni ukaże się "Kod emocji ?,!,.".

    Świadomie zadebiutowałam książką, w której są starsi wiekiem bohaterowie ( a młodsi są tłem), chcąc według Pana "damy radę" przypomnieć, że wystarczy skupić się na szukaniu plusów, nawet tych malutkich, a w ostateczności zrobić plus z dwóch minusów - żeby w każdym wieku dostrzec możliwość na pogodne dni i nie dać się "odstawić na półkę".

    Jak Pan widzi, jestem żywym dowodem (ha,ha,ha) na "Trzeba tylko zrobić krok do przodu , żeby marzenia się spełniły".

Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za stronę www.Damyradę.

Jolanta Kwiatkowska, której szklanka jest zawsze w połowie pełna.


Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


pytanie bez odpowiedzi
Notatkę dodano:2010-07-20 12:45:28

Ciekawe jak potoczyłoby się moje życie, gdybym zastosowała się do rad, które (proszona czy nie) udzielałam innym?


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959183
Osób: 1777339

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl