Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Ciemność widzę.......
Notatkę dodano:2012-07-03 12:48:43

Jak co roku, koniec roku szkolnego i wyniki matur komentowane są mniej więcej tak samo. Mniej więcej bo zmieniają się określenia, ale nie sens twórczych ocen stanu umysłów młodzieży. W mediach najczęściej słyszę: „musimy młodzież uczyć kreatywnego myślenia”.  Brzmi to bardzo mądrze i innowacyjnie, bo mówiący myśląc kreatywnie,  uzyskują same oryginalne i stosowne rozwiązania.

Postanowiłam doszkolić się w zrozumieniu pojęcia kreatywności, bo w moim przypadku na naukę myślenia jest już na pewno za późno. A i szkoda czasu, i fatygi, gdy tylko czasami myślę.

            Wzorem uczniów (i nie tylko), poprosiłam o korepetycje dr Google. Dowiedziałam się, że w nauce nie ma jednej uniwersalnej, autorytatywnej definicji kreatywności. W psychologii nie istnieją żadne standardowe techniki pomiaru kreatywności. W literaturze psychologicznej można znaleźć ponad 60 różnych definicji kreatywności.

             Jakiś czas temu na facebooku zamieszczono zdjęcie fragmentu sprawdzianu/ klasówki z matematyki. Był narysowany trójkąt z oznaczonymi bokami x, y, z.  Polecenie brzmiało: „Znajdź x”. Uczeń/uczennica narysował strzałkę w kierunku x i napisał: „Tu jest x”.  Odpowiedź została oceniona na 0 punktów.

            Tego samego dnia przeczytałam, że zdolność do kreatywnego myślenia pomaga dziecku łatwiej odnajdywać się w otaczającej rzeczywistości. Dziecko łatwiej radzi sobie w sytuacjach zaskakujących, szybciej znajduje rozwiązanie problemów, ponieważ umie łączyć myślenie analityczne z intuicją i wyobraźnią”.

 

            I nie wiem dlaczego, zamiast „znaleźć” jasność

– o b l i c z y ł a m -  że moje pięć klepek ściemniało.

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Pakiet all inclusive
Notatkę dodano:2012-06-21 15:24:36

    Jeszcze nie tak dawno większości z nas lato i okres wakacyjno-urlopowy kojarzyły się z „bezgraniczno-wizowo-paszportowym” słońcem, polskimi jeziorami, górami, lasami, polskim morzem a usta same wyśpiewywały znany przebój: „Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka……” a czekało to, co było dostępne a nie śniło się czy marzyło. Dziś, gdy tylko nas na to stać, swobodnie podążamy za słońcem we wszystkie strony świata.    

     Z łaciny słowo peregrynacja nie jest znane powszechnie posługującym się łaciną, nawet tym nielicznym, którzy za wszystkie swoje grzechy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe chcą pielgrzymkowego rozgrzeszenia. A może licznym, nie wiem, bo badań statystycznych na wyselekcjonowanej grupie w ilości „- dziesięciu” znajomych nie przeprowadzano. Francuskie voyage, czyli mówiono-słyszane: wojaż, dziś przez wielu kojarzone jest tylko z podróżą, szczególnie z tą daleką i koniecznie zagraniczną. Większość zapomniała lub nie słyszała, że znaczyło ono również: żart.

     Biura podróży nie zapomniały. A już na pewno wiedzą i pamiętają, że ich głównym zadaniem jest uświadomienie, że czasy ludowego barda, który wędrował dla ciekawości świata, tym bardziej pieszo-autostopowo-rowerowego obieżyświata, z którego nie można wyciągnąć kasy – dawno minęły i są passé. Te, co mają sklerozę, padają na zbankrutowaną twarz, a ich klienci długo nie mogą się otrząsnąć po wspaniałych wakacyjno-urlopowych  urozmaiconych przeżyciach.

     Pamiętające i „specjalnie wyspecjalizowane biura” ilustrowaną scenografią, w rzęsistym oświetleniu i przy pomocy wielobarwnej iluminacji uświadamiają klientów psychologicznie, doskonale znając pojęcie „zjawiska aha!”. W nieświadomy umysł ofiary wbijają niewidoczną łopatą gotowe rozwiązanie urlopowego problemu. Olśnienie skutkuje super przyjemnym, uczuciowym i twórczym motywatorem, i oślepiony klient po omacku stawia parafkę za parafką.

    W pamiętających i „specjalnie wyspecjalizowanych” biurach zatrudniony jest (nie ważne, czy na biało, szaro czy czarno) „Biórnik Podróżowy” wcześniej odpowiednio przemaglowany i obrobiony, z jednoczesną zachętą na pełny etat. Premiowany od parafek, szybko podkłada kolejne strony umowy, bo przecież nie jest jego zadaniem ukulturalniać lub zdejmować klapki z oczu podpisującego cyrograf. On, już swoje zadanie wykonał, czyli skutecznie wybił z głowy wszelakie dziadowe włóczęgostwo czy łazikowanie.

               I to właśnie najlepiej świadczy, że niektóre „specjalnie wyspecjalizowane Biura Nie podróży” swoich chwilowo-tymczasowych pracowników przeszkoliły wszechstronnie. Gruntownie zapoznali podwładnych z drugim, dowcipnym znaczeniem polsko brzmiącego słowa: wojaż. Ci, mając wlaną do głowy zawodowo-ekspercką oliwę wzbogaconą o dopalacz z poczucia humoru, w duchu na myśl o dodatkowej złotówkowej gratyfikacji, chichoczą kulturalnie „Tymowo-Dudkowo” na myśl: „Wężykiem, wężykiem” widząc, że „Maczkiem, maczkiem” parafkowo zaaferowany klient potwierdza wyraźnym podpisem z imienia i nazwiska, nawet ozdabiając go zadowolonym merdającym ogonkiem.

               I nastaje urlopowo-wyjazdowo-wycieczkowo  „wiekopomna chwila”. Czas na spędzenie wakacji z przysłowiową ( nie ważne, lewą czy prawą, z tą podpisującą) ręką w nocniku. Szczęśliwcy, wściekająco dziwią się, że zapłacili za wycieczkę do super modnego miejsca z pakietem all inclusive, a nie dostali nic lub to, co zastali. A że przysłowia ludowe w wielu przypadkach się sprawdzają to i to: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” też czasami uszczęśliwia rodziny, znajomych i współpracowników tych klientów „wyspecjalizowanych biur”, którzy nagromadzoną żółć rozcieńczyli w procentowych rozcieńczalnikach i po powrocie do nastawionych uszu głodnych rewelacyjnych wrażeń dochodzą już same ochy i achy, a nie obciachy.

               Spora grupa tych, którzy chcieliby a nie stać ich nawet na last minute wie, że podróżować można nie tylko w świecie realnym, ale i fikcyjnym. Dlatego sięga po książkę, przewodnik, album, ogląda filmy. Ci wiedzą, że ważniejszym od tego, gdzie chcielibyśmy jechać, jest świadomość, co chcielibyśmy znaleźć.

...................                                                                                                        

 „Małe stacyjki są dumne z tego, że przez nie przejeżdżają pociągi pośpieszne” (Karl Kraus) 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Moje trzy grosze, czyli pierwszy raz odnoszę się do recenzji...
Notatkę dodano:2012-06-11 15:22:32

 

Ukazała się kolejna recenzja „Przewrotności dobra” (http://ksiazki.wp.pl/rid,5292,tytul,Niebajeczna-bajka,recenzja.html?ticaid=1e9c6). Nie ukrywam, że czytam recenzje, ale też nigdy się do nich nie odnoszę, Nie komentuję, nie polemizuję nawet wtedy, gdy czegoś po prostu nie rozumiem i chętnie bym spytała. Po przeczytaniu tej recenzji pomyślałam: „Musi to być bardzo młoda dziewczyna”. I uśmiechnęłam się. Po chwili jednak spoważniałam. I nadal nie chcę odnosić się do recenzji, ale moje „rozklekotane klepki” koniecznie chcą dorzucić swoje trzy grosze do trzech zdań. A, jak już wiecie, ja nie mam wtedy nic do gadania.

 

Grosz pierwszy:

Zdanie, które spowodowało taką reakcję: Nie do końca wiem, czy pani domu gotująca właśnie obiad i biorąca do ręki tę książkę nie odrzuci jej ze wstrętem.

 

Spoważniałam, bo zrobiło mi się smutno. Czyżby w XXI wieku dalej funkcjonował stereotyp „pani domu”? „Pani domu”, która nie ma czasu na czytanie i która musi czytać w tak zwanym „międzyczasie”, pilnując, by ziemniaki się nie rozgotowały, a buraczki – nie przypaliły. „Pani domu”, która bierze pierwszą książkę, jaką ma pod ręką i nie wpada jej do głowy, by przynajmniej przeczytać parę zdań z tyłu okładki, mówiących, o czym jest książka. „Pani domu”, która czyta, co popadnie, po kilka zdań, w międzyczasie stawiając talerze na stół.

 

Grosz drugi:

Przeczytałam kolejne zdanie: Nie do końca wierzę, że jakaś Dorotka-idiotka znajdzie w niej ukojenie i pocieszenie – w tej wiedzy, że nie jest samaI wróciłam myślami do innej recenzji (http://7smoki.eu/?page_id=4711)

 

Grosz trzeci.

Nie do końca jestem przekonana, że czytelnik/czytelniczka, na którym ta historia zrobiła wrażenie, będzie potrafił coś zrobić.

 

Po przeczytaniu tych słów poniosły mnie emocje – i dlatego musiałam gdzieś „wylądować”. A gdzie, jeśli nie w miejscu, w którym już nie raz wpisywałam to, co musiałam, by móc „usiąść” na twardym podłożu.

 

I powiem jak najkrócej: wierzę, wierzę i będę się trzymała tego przekonania mocno, bo jestem to winna wszystkim ludziom, którzy patrząc – widzą, słuchając – słyszą i, co najważniejsze, którzy mają serce, w przeciwieństwie do licznych, którzy maja tylko mięsień sercowy. Jest ich wielu, tylko często „robią swoje”, nie szukając poklasku w świetle jupiterów. Według mnie, z czysto egoistycznych pobudek(jeżeli nie znajdujemy już innych): nie traćmy przekonania, że zawsze będą ci, którzy mają SERCE.    

 

Poza tym: nadal nie będę odnosić się do recenzji swoich książek. 

 


Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


Oporne społeczeństwo
Notatkę dodano:2012-05-27 13:18:39

        Nie umiałam odpowiedzieć sobie (a tylko odpowiedź sobie – jest najważniejsza) na pytanie: „Dlaczego społeczeństwo nie rozumie tak zrozumiałych wszelakich powodów trudnościowych, które rozumnie stara się rozwiązywać ta część społeczeństwa, którą do rozumnego  rozwiązywania tych problemów wybrała pozostała część społeczeństwa. Wybrała dobrowolnie i świadomie, i nieskomplikowanie, bo nie musiała żadnego przycisku naciskać, tylko postawić krzyżyk.

       Z telewizji dowiedziałam się też, że społeczeństwo ma wszystko podane na tacy i wytłumaczone zrozumiale, a całe złooo tkwi we wrodzonym oporze społeczeństwa do rozumienia oczywistości.

       Na moje szczęście, nie skorzystałam z danej mi przerwy na zrobienie herbaty, czy czegoś tam, co akurat mogłabym chcieć a nie chciałam.

       Na szczęście - bo w przerwie "rozjaśnili mi" prawie wszystko.  Np. problem służby zdrowia tkwi w tym, że społeczeństwo siłą przyzwyczajenia idzie do lekarzy, zamiast zakupić plastry, i pozbyć się wszelakich trucizn i to w trakcie spokojnego snu. Społeczeństwo śpi – a trucizny bezszmerowo wychodzą nogamy. Drugi przykład. Zamiast „wymądrzać się” na temat wieku emerytalnego i „wydziwiać: w tym wieku……..tu podając zawody” wystarczy posłuchać zrozumiale podpowiedzi typu: pracującym w przedszkolach zaleca się klej. Tylko on pozwoli na szczery uśmiech od ucha do ucha a w dodatku pozwoli nie spuścić oka z maluchów.

            Trzeciego przykładu nie będzie, bo gdy usłyszałam, że tylko picie wody……daje power 24 godziny na dobę, zerwałam się, by pobiec do sklepu. Już wychodząc, usłyszałam: „Polki wybierają rozumnie…….” i przestała mnie interesować odpowiedź na powyższe pytanie. Jestem Polką, czyli oczywistością jest to, że wybieram rozumnie.  

 


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Dzień Matki
Notatkę dodano:2012-05-23 13:54:43

Za 3 dni najpiękniejsze Święto. Święto Matki. Na pewno nie tej, ktora TYLKO urodziła i jej imię MUSIANO wpisać w rubrykę aktu urodzenia dziecka.

Dzieci, nie mają wpływu na to czy przyjdą na świat, ani na to kto je i w jakich okolicznościach "przywołał", urodził, wychował lub nawet "wyprowadził" z ziemskiego świata - dlatego dzieci, nie są niczemu winne.

Ale są winne te - ktore miały to szczęście, by trafić na MATKĘ. Winne, by Matkom ciągle dziękować za to - jakimi są Matkami.

Dziś zamieszczam kilka wierszy znanych mi poetek, z trzech powodów:

- Byście i Wy mogli je poznać. 

- By powiedzieć Wam, że bez względu na wiek dziecka - laurka - każdą matkę wzrusza.

- By podsunąć propozycję wpisu do laurki, lub w myślach przeslania słów wiersza swojej Mamie, której nie ma a jednak jest przy nas. 

 

Aneta Zycher

 Obraz dla mamy

            

 Chciałabym namalować obraz

 dla Ciebie mamo,

 kolorami wyrazić jaka jesteś .

 

Twoją dobroć pokoloruję kolorem czerwonym,ognistym ,

 czasem się rozmaże od łez szczęścia.

Twoją opiekuńczość namaluję kolorem żółtym.

 

W Twoich ramionach jest ciepło, bezpiecznie.

Tyle razy się martwiłaś o Mnie mamo

nie zliczę ile, kolorem niebieskim, zimnym

jak długie, zadumane wieczory to zaznaczę,

tym razem rozpłynie się on od łez smutku

i w błękicie poproszę o wybaczenie,

i powiem jak bardzo Cię kocham.

 

……………………………………….

 Jolanta Sztadhaus

 Gdzie jesteś mamo
/pamięci mojej mamy/

Zaglądasz bezszelestnie osnuta mgiełką –
słyszę jak rosną słowa pośród bzów w listowiu.
Zatroskane oczy nadajesz firanom –
w półmroku dotykając dłonią strapionego czoła.

Przynosisz lekkość tym czuciom gdzieś w głębi,
jakbyś zdjęła troski, ujęła ciężaru.
W twoim przytuleniu coś wyrywa z piersi,
jakieś zdanie jedno – gdzie jesteś mamo

 …………………………………..

Maria Jolanta Słowińska-Szkwarek

Sennik

Jak to dobrze że Bóg
podarował człowiekowi sen
A śnić o Tobie
oznacza dobry dzień

Na pewno nie będzie lało
Gołąb pocztowy
przyniesie oczekiwaną wieść
Na balkonie zakwitnie pelargonia
Nie przypali się sos
a zupa będzie pachnieć miłością
Będzie tańczył z miotłą mój cień
i oczy będą się uśmiechać w lustrze

Odwiedzaj często moje noce – Mamo

……………………………………….

Anna Zajączkowska

 Gdy mnie matka rodziła wiosennego wieczora,
nie wiedziała, że kiedyś będę z wierszem się porać.

Od niej bajki słyszałam o rycerzach i smokach,
słowa w wersy składałam i bujałam w obłokach.

Najpiękniejsze jej były rzeczy proste i nasze,
polny kwiat oczom miły, pejzaż z polem i lasem.

Że w mych strofach ulotnych szumi wiatr, świeci tęcza,
zaszeleści liść złoty - mamie swojej zawdzięczam.

I niech płyną te wiersze do jej rąk gdzieś do nieba,
coraz lepsze, piękniejsze - tylko tego mi trzeba.

Mamo, niebo się chmurzy, opiszę piękno burzy...

……………………………… 

Bożena Nowakowska

MAMO

Ile słów
niedopowiedzianych
w uśpionych sferach zostało

mamo ...

otwieram pakiet
westchnienia
i niekończący się temat
-czy warto się zmieniać ...

w smutnym zaułku
wielkiego milczenia
pamięć odświeża
soczyste igliwia

w niebieskim blasku
kołyszą się gwiazdy
gdy wszystkie je zliczę

Ciebie usłyszę

.......................................

A ja do moje Mateńki szepczę bezgłośnie: "Miałaś rację Mamo, że zostać matką to żadna sztuka. Być Matką - to ciągła nauka i stałe wyzwanie".

 

 

 


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


Skojarezniowo: droga
Notatkę dodano:2012-05-14 13:41:42

Ostatnio z tele dociera do mnie słowo droga i kilka stale powtarzających się przymiotników np częsciowo przejezdna. Nie lubię nic częściowo, dlatego uporczywie powtarzałam słowo droga, by zagłuszyć - "częściowo". Efekt zagłuszania poniżej. 

Droga? Droga! Droga.

            Dawno, dawno temu, kiedyś, gdzieś, jakiś przystojny On siedział z pewną, chociaż niepewną siebie Oną w niezbyt intymnym miejscu, ale na tyle ustronnym, że mógł i gdy mógł, to przemógł się i cichutko zaśpiewał: „Moja droga ja cię kocham, tak kocham, że ho, ho. Moja droga ja cię kocham…..”. Ona też mogła, bo chociaż był półmrok to na tyle jasny, że dała radę dostrzec w jego spojrzeniu i lekkim uśmieszku wyraźną kpinę. Upewniła się, słysząc w pierwszym „ho, ho” drwinę (On widocznie znał tylko te słowa, więc i „ho, ho” powtarzał kilka razy), w drugim szyderstwo a w trzecim to już sarkazm i dla niej wcale nie były to synonimy. Raptownie wstała, mówiąc: „Muszę już iść i nie chcę cię znać”, odwróciła się na pięcie, zrobiła krok i znów się odwróciła, by patrząc w te śliczne, wyłupiaste ze zdumienia oczy przeważyć szalę dwuosobowej wagi, na swoją stronę: „Nieodwołalnie, ty zadufany w sobie dupku”” i poszła. On został. Zdziwiony, z ustami otwartymi jajowato, bo właśnie wyśpiewywały „moo….”, odprowadził ją wzrokiem aż do drzwi. Piosenki nie dokończył, za to Ona wyszła na gminną brukowaną drogę, którą już od miesiąca kilku robotników bezskutecznie próbowało zmienić na drogę asfaltową. Brzmiące w uszach dwa słowa: „moja droga” powodowały mętlik w głowie, który skutecznie plątał jej nogi i czubkiem bardzo drogich butów (zakładanych na wyjątkowe okazje, a ta przecież była super wyjątkowa) zahaczyła o wystający kamień. W ostatniej chwili złapała równowagę i nie chcąc iść drogą na skróty, zeszła na skraj drogi. Idąc, wyrzucała z siebie całą nagromadzoną złość na tego o cud urodzie bufonowatego głupka: „Jaka droga? Czyżbym ja według niego była czymś lub kimś kosztownym, pustoszącym portfele, na co lub na kogo trzeba wydać sporo pieniędzy? Postawił mi dziś wino, ale jedną lampkę. Wcześniej dwa razy zapłacił rachunek w kawiarni, ale piliśmy tylko kawę. Raz fundnął mi kino, ale wykosztował się na jeden bilet. Swój i tak musiałby kupić, bo to on chciał obejrzeć ten idiotyczny film, na który szkoda było czasu. Fakt, dał mi trzy razy kwiatka. Ale po jednym. Zrujnowałam go? A niech go kaczka kopnie. I jeszcze tym „moja” śmiał podkreślić, że już zapłacił za prawo własności. Niedoczekanie. Niech spada na drzewo to zarozumiałe, pewne siebie szympasisko”.     Dochodząc do skrzyżowania dróg, roześmiała się na myśl, że to znak. Ma wybrać swoją drogę. Ale, którą? Tę oczywistą, prosto w kierunku domu? I przypomniała sobie słowa: „Prosto przed siebie nie można zajść bardzo daleko... (Antoine de Saint-Exupéry. Mały Książę) i już wiedziała, że musi mieć czas na pomyślenie i znalezienie światełka w tej ciemności, która ją otoczyła, tuż po wysłaniu najprzystojniejszego, z całej bliższej i dalszej okolicy, szympansa na drzewo. Skręciła w polną drogą prowadzącą nad rzekę. Lubiła słuchać podpowiedzi, patrząc, w migającą światełkami przeglądających się promieni słonecznych, wodę. Usiadła w tym miejscu, w którym pierwszy raz on ją pocałował. Całował nie raz, ale tylko całował. I wcale nie dlatego, że nie wiedział, czy ona ma na coś więcej ochotę, bo wiedział. Widziała to w jego oczach, tak samo jak i to, że i on miał chęć, ale nie chciał. To znaczy chciał, ale widocznie nie lubił gasić pragnienia na łonie. Natury, oczywiście. Objęła się ramionami i wpatrując w mikro błyski, błysnęła wrodzoną inteligencją: „Droga, to przecież może być i szosa, i aleja, i nawet ścieżka, najmniejszy dukt leśny albo przecinka. A może dla niego, ja miałam być drogą życia? Przynajmniej dróżką lub ścieżką, po której chciałby: „Iść, ciągle iść w stronę słońca. W stronę słońca aż po horyzontu kres”? (Zespół „Dwa plus jeden”). Nawet jeżeli, to znamy się tak krótko, że skąd mam już wiedzieć, czy byłaby to droga przez mękę, czy droga usłana różami? I dokąd? Do nikąd?”. Wpatrując się w wodę, zapomniała o upływającym czasie. Wzdrygnęła się od chłodniejszego podmuchu powietrza i by się rozgrzać, wstała i podskakując, głośno ironizowała z dużą dawką kalorycznej złości, zawsze podnoszącej temperaturę ciała, gdy drwiła z samej siebie: „Ty pierwsza z pierwszych naiwnych marzycielek. Ty bezkrytyczna, tępa głupoto”. Jeszcze było jej chłodno, więc świadomie dorzuciła do paleniska sprawdzony wyrzutnik skutkujący erupcją lawy rozlewającej się po całym ciele: „Ty głupia, ruda, farbowana małpo”.

            To zawsze działało, bo swoje prawie czerwone włosy, od kiedy tylko pamięta, farbowała, czym się dało i kiedy się dało. Efekt kolorystyczny był nieprzewidywalny, ale reakcja mamy, tak. Najpierw na suchym, domowym nieboskłonie rozbłyskały błyskawiczne efekty maminego wyładowania, potem słychać było tylko piorunowe grzmoty, ale tylko do chwili, gdy do pokoju wchodziła babcia. Po jej słowach: „O, znowu?” i trzymaniu się za brzuch ze śmiechu – z jej i mamy oczu wypływały strugi deszczowych łez. Później się uspokajało i po maminych słowach: „To jutro nie pójdziesz do szkoły, a ja zadzwonię do pani Krysi (znajoma fryzjerka) może znów coś zaradzi” pokazywało się słońce.

            Tym razem też nie zawiodło. Wiedziała, że powinna już wracać. Ale jak, gdy ciągle słyszała tylko te słowa: „I chciałabym i boję się” (M. Hemar/M. Modzelewska). Znów usiadła, tym razem bliżej drzewa, by móc oprzeć głowę tak, by patrzeć w niebo i czekać na gwiazdy. Powróciło pytanie: „A jeżeli skojarzył mnie z jeszcze inną drogą?”. Po chwili roześmiała się na myśl: „Może z gościńcem? I pewnie to jego „moja i ho, ho” to już tylko droga oddechowa. Wdech, wydech, wdech, wydech i było fanie, żegnaj mała”. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej a ona coraz więcej światła widziała we własnej głowie (bo i trudno nawet przy super lampach, dostrzec w cudzej, gdy się nie jest neurochirurgiem): „Swoją drogą to ja chyba zwariowałam. Jestem gorszą idiotką niż myślałam. Babcia miała rację, że zamiast dziwaczyć i doszukiwać się we wszystkim wieloznaczności, to powinnam umyć uszy, przetrzeć szkła od okularów i od razu usłyszę, i zobaczę to, co jest, a jak nie to spytać wprost i wyjaśnić znaczenie nie jednoznacznych słów”.

            I patrząc w jedną ze świecących już gwiazdek, zobaczyła uśmiechniętą twarz babci, która szeptała to, co zawsze w takich chwilach: „Wnusiu, droga na skróty często bywa najdłuższa”. Ona przerwała pytaniem, jak w dzieciństwie: „Babciu, skąd mam wiedzieć, stojąc na rozstaju dróg, która jest tą dobrą drogą?”. I babcia powtórzyła to, co zawsze: „Czasami, znając już cel, trzeba zapytać o drogę, by nie przeoczyć tej właściwej drogi”. Ona przekomarzała się: „A skąd mam wiedzieć, czy ta droga do celu, jest tą, gdy nie mam pewności, czy sam cel jest tym celem?”. I sama sobie odpowiedziała myślą E.Canetti, którą znała od babci: „Nie zawsze należy się przedzierać aż do samego końca. Przecież można tak wiele napotkać po drodze”.

            Po chwili zaczęła już pytać samą siebie: „I co, tego chciałaś? Jesteś zadowolona?”.  Mówiła głośno, żeby się lepiej słyszeć przez łzy. Od dawna wiedziała, że łzy, mimo że wypływają z oczu i spływają po policzkach to jakimś cudacznym sposobem przytępiają słuch. „No tak, mleko się nie rozlało, tylko sama go wylałam. Na pewno się obraził na śmierć i życie” – westchnęła. W beznadziejnym nastroju błądziła wzrokiem po bezchmurnym, rozgwieżdżonym niebie. Aż usiadła, gdy dostrzegła jasną smugę przecinającą sklepienie niebieskie. Ucieszyła się: „To musi być znak, on uwielbia mleko i to pod każdą postacią”. Po chwili jeszcze głośniej, ale tym razem prosiła: „Drogo Mleczna, podobno powstałaś z kropli rozlanego mleka a on tak lub mleko. Proszę cię, spraw, żeby nie było za późno” i zaśpiewała parę razy: „Moja droga Drogo Mleczna, ja ciebie kocham, że ho, ho……”.  I w pewnym  momencie poczuła, że obejmują je czyjeś ramiona. Zaskoczona, nie zdążyła ani się przestraszyć ani krzyknąć. Z otwartymi jajowato ustami na „mooo” znieruchomiała. I tak już została, słuchając jego słów: „Moja droga wiodła mnie do ciebie. Moja droga, wierna tak jak nikt. Moknie w deszcz, od słońca lśni. Wiodła tam, gdzie byłaś Ty”. (Czerwone gitary).

 

PS  Minęło wiele lat, ale ona już wiedziała, że najważniejsze w życiu synonimy droga – to     kochana, luba, miła, najdroższa, ukochana, ulubiona, umiłowana.

 

PPS. „Ach, gdyby tak od razu, każdy zrozumieć mógł, że lepsza droga bez drogowskazów, niż drogowskazy bez dróg”. Stanisław Jerzy Lec

 

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Zaproszenie
Notatkę dodano:2012-05-10 20:37:03

Jeżeli Ktoś z Was odwiedzi Warszawskie Targi Książki to może zajrzy i do mnie???? Jestem z Dorotą z "Przewrotności dobra" w sobotę 12 maja w godz. 12-13 stoisko wydawnictwa Dobra Literatura sektor C numer stoiska 316.

A w godz 14-15 stoisko wydawnictwaMG z pozostałymi ksiązkami w sektorze A nr stoiska 120.

W niedzielę ze wszystkimi ksiązkami w godz 11-13 w stoisku granice.pl sektor C nr stoiska 397

Byłoby mi bardzo miło, gdybym usłyszała: "Dzień dobry, jestem blogowy" hi hi hi

 

Cytat z recenzji "Przewrotności dobra" :

"Kwiatkowska pisze o manipulatorce, ale i sama nami manipuluje. Nikt nie wie, co jest dobre, a co złe w jej świecie. To także nie jest zła ani dobra książka. Jakiekolwiek definicje pozostawmy z dala. Po lekturze „Przewrotności dobra” zrozumiemy, jak wiele zależy od interpretacji tego, co już rzekomo zinterpretowane. Mocna i poruszająca rzecz. Jedna z niewielu we współczesnej literaturze opowieści, która nie dostarczy żadnych odpowiedzi, a zmusi do zadawania setek pytań".

c.d recenzji: http://krytycznymokiem.blogspot.com/2012/05/przewrotnosc-dobra-jolanta-kwiatkowska.html


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Na poważnie do poważnej potęgi
Notatkę dodano:2012-05-06 10:27:55

Dziś wpisuję kilka słów wprost i bez przymrużenia oka.

 

      Już wiecie, ale ja i tak muszę powtórzyć, że jedno z moich piskląt szufladowych „Przewrotność dobra” od prawie trzech lat czekało, żeby ktoś zobaczył w nim ukryte serce, które tak bardzo chciało być kochane i kochać. Z braku powietrza "podduszone" dusiło mnie, że ma zaistnieć, pokazać się, wyjść do ludzi, a ja czekając wraz nim, miałam nadzieję, że przyjdzie właściwy czas. Jak już tu pisałam, przyszedł i historię Doroty będą mogli poznać inni.Uff.

            Trzymam je już w rękach i przyznaję się wszem i wobec, że jestem wzruszona. Bo tak to już jest, że bardzo kocha się wszystkie swoje pisklaki i cieszy, gdy idą w świat. Ale "to inne” od pozostałych kocha się inaczej. Szybko pokochałam Dorotę i jednocześnie nienawidziłam, bo "stała" nade mną jak kat na dobrą duszą i patrzyła na monitor, czy wszystko dokładnie zapisuję. Nie było mi łatwo spisywać to, co słyszałam, ale wkrótce nabrałam pewności, że historia Doroty nie może iść w zapomnienie.

 

           Drogi czytelniku. Jeżeli czytałeś którąś z dotychczasowych moich książek bądź przygotowany na spore zaskoczenie. Trochę mniejsze, ale tylko trochę, jeżeli „poznałeś” mnie również z wpisywanych tu notek. Wiedząc, że przyznałam się do „osobowości zaimkowo mnogiej” nie zdziwisz się, że „Przewrotność dobra” napisało kolejne moje – ja.

 

Dla tych z Was, którzy jednocześnie są moimi czytelnikami i Tych, których zainteresowała historia Doroty, udostępniam na blogu (za zgodą wydawnictwa Dobra Literatura) fragment „Przewrotności dobra” w zakładce pod tym tytułem.

 

Książka jest już do kupienia np. w księgarni wydawnictwa Dobra Literatura  - wysyłka DARMOWA. 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Fragment najnowszej powieści - "Przewrotności dobra"
Notatkę dodano:2012-05-06 10:25:24

Dziś mam przyjemność zamieścić fragment najnowszej książki - powieści "Przewrotność dobra". Zapraszam do lektury, a więcej informacji o książce znajdziecie na stronie wydawnictwa Dobra Literatura, gdzie możecie również "Przewrotność dobra" zamówić z darmową wysyłką!

 

Równym, powolnym krokiem zbliżał się do bramy. Jak zawsze z wielką przyjemnością i z uśmiechem zadowolenia spojrzał na złoty szyld z napisem: „Kancelaria notarialna. Artur Nowowiejski”. Ojciec, jako jeden z pierwszych, zaraz po zmianie ustawy o notariacie otworzył kancelarię w tej starej, przedwojennej kamienicy. Świetna lokalizacja. Centrum miasta. Na klatkę wchodziło się z bramy. W zeszłym roku odrestaurowano budynek, odnowiono klatki schodowe. Znów zachwycały drewniane poręcze, każda zakończona główką lwa. Lśniły uzupełnione, wyszlifowane marmurowe schody. Co istotne dla starszych klientów, była tam winda. Gdy do niej wchodził, za każdym razem żałował, że już nie ma dużego lustra w ozdobnej drewnianej ramie i małej ławy obitej czerwonym suknem. Jakby w zamian za to pojawiły się współczesne ozdóbki w postaci wulgarnych słów lub wyznań. Domofon, kamery – nic nie było w stanie zniechęcić wandali i powstrzymać ich przed mazaniem po ścianach i w windzie.

Umowa ojca z synem była jednoznaczna. Chcesz być notariuszem – radzisz sobie sam. Po zrobieniu aplikacji przyjdź. Przyjmę cię z otwartymi rękoma. Przyszedł. Szyld zmieniono. „Kancelaria notarialna. Piotr Nowowiejski i Artur Nowowiejski”. Ojca zawsze podziwiał. Nie za wiedzę. Tę musi posiadać każdy prawnik, jeśli chce się liczyć w zawodzie. Nie za doskonałą znajomość procedur, skrupulatność, precyzję i rzeczowość. Nie za wywody z teorii i filozofii prawa, logiki czy socjologii. Ojciec zadziwił go, gdy dodatkowo ukończył psychologię.

– Synu – mówił. – W naszej pracy znajomość psychologii jest podstawą zrozumienia ludzkiego postępowania. Najpierw musisz zobaczyć klienta. Później go zrozumieć, a dopiero potem pomóc mu spisać jego ostatnią wolę. Stary albo schorowany człowiek jest wystarczająco przerażony samym spisywaniem testamentu. Nierzadko nie chce jeszcze żegnać się z życiem. Wie, że jedyne, co może zrobić, to zabezpieczyć tych, których kocha i nagle opuszcza. Jest przekonany, że wystarczy napisać: „Ja tak chcę i taka jest moja ostatnia wola”. Niestety, kochana rodzinka wykorzystuje najdrobniejsze dwuznaczności lub niedopowiedzenia, by podważyć i zmienić testament wedle swojego uznania. Jej członkowie walczą między sobą, co, ile i komu się należy. Pojawiają się po latach – dzieci, kuzyni, a nawet żony. Przysięgają, że kochali, kontaktowali się i opiekowali. Na wszystkie możliwe sposoby próbują udowadniać, że choroba pozbawiła testatora przytomności umysłu przy czynnym udziale osoby, którą wskazał w testamencie jako jedynego spadkobiercę. Nie mogą pozwolić, żeby ich dziedzictwo trafiło w niegodne, w dodatku nieuczciwe ręce. Sprawy toczą się latami. Często pokrzywdzona jest osoba, która była tą naprawdę godną spadku, a jej jedynym przewinieniem okazał się brak pokrewieństwa ze spadkodawcą.

Przerwał. Podszedł do okna.

– Widzisz synu – ciągnął – Żeby zachować bezstronność i doradzić jak najlepiej, trzeba umieć właściwie odczytywać zachowania ludzi. By nie poddać się manipulacji, należy poznać jej wszystkie sztuczki.

Od dziesięciu lat nad kancelarią wisi szyld już tylko z imieniem i nazwiskiem syna. Duch ojca nadal jest tu jednak obecny.

***

Artur Nowowiejski wszedł po schodach na pierwsze piętro. Pani Janina była już w pracy.

– Dzień dobry, pani Janeczko. Pani jak zwykle pierwsza.

Zdjął płaszcz. Odstawił parasol.

– Proszę o kawę.

Skierował się do gabinetu.

– Za godzinę przyjdzie klient – przypomniała, stawiając filiżankę na blacie stolika. – Potem już tylko ten o osiemnastej.

Przy biurku nigdy nie pił ani nie jadł. Blat starego dębowego mebla musiał lśnić pod ułożonymi z pedanterią papierami. Tak jak za czasów ojca.

– Pamiętam. Muszę jeszcze zajrzeć do dokumentów. I proszę nikogo ze mną nie łączyć.

Wyszła, zamykając drzwi. Nie musiał nic sprawdzać. Miał wszystko przygotowane. Nigdy nie robił nic na ostatnią chwilę. Musiał pomyśleć. W tak krótkim czasie spotkał się z tamtą kobietą kilkakrotnie. Za pierwszym razem, patrząc na nią, pomyślał: „Dziecko. Śliczne dziecko. Zagubione. Zdziwione, lecz niezaskoczone”. Zapisu chyba się nie spodziewała, ale sama śmierć jego klienta jej nie zszokowała. Musiała wiedzieć więcej, niż powiedziała. Zresztą nie wypytywał. Każdy w jej sytuacji byłby co najmniej skrępowany, ona przyjęła to dziwnie spokojnie. Pomógł jej we wszystkim. Nawet złapał się na myśli: „Dobrze, że będzie miała ułatwiony start w życiu”. Czuł, że pomaga nie tylko dlatego, że zobowiązał się do tego w umowie. Bał się tego, co działo się w jego głowie. Nie dopuszczał tych obrazów do świadomości. Przecież mogłaby być jego wnuczką. O wieku przypominała mu konieczność przejścia na emeryturę. Notariuszem można być do siedemdziesiątego roku życia. Za cztery lata musi zamknąć kancelarię.

Miła dziewczyna. Od czasu do czasu dzwoniła. Ot, tak. Podziękować. Życzyć dobrego dnia. Bez powodu, żeby zamienić z nim kilka nic nieznaczących słów. W dniu, w którym znów się spotkali, zobaczył w niej kobietę. Wdowę po tragicznie zmarłym mężu. Małżonków dzieliła różnica prawie trzydziestu pięciu lat. Jedyne, o czym mógł myśleć, to że ten nieżyjący mężczyzna był niewiele młodszy od niego.

– Mogę czasami tu przychodzić? – spytała i dodała tak naturalnie, jakby się znali od dawna: – Na pół godziny, nie dłużej. Po prostu porozmawiać. Z panem tak dobrze się czuję. Spokojnie. Od pana bije takie ciepło, które sprawia, że jestem bezpieczna.

Patrzyła na niego, a on widział spojrzenie dziecka potrzebującego wsparcia.

– Będę zaszczycony – odpowiedział. – Proszę tylko przedtem zadzwonić, żebym zarezerwował dla pani czas.

Przyszła jeszcze kilka razy. Ubierała się w czarny, bardzo elegancki kostium i bluzki w różnych fasonach, ale zawsze białe. Zauważył, że się nie maluje. Nie chciała rozmawiać o mężu.

– Panie Arturze, kochałam męża. Wiem, że odszedł. Umarł. Nie ma go.

Patrzył na nią, znów zaskoczony kontrastem. Ton głosu i stężała twarz należały do dojrzałej kobiety, która nie jest zgorzkniała, lecz pogodzona z nieuchronnością losu, wyraz oczu – do zalęknionego dziecka, ale świadomego, że żadna pomoc nie nadejdzie.

Po chwili dodała:

– Tu go nie ma.

– Jest pani wierząca? – spytał, żeby wyjaśnić to „tu”.

– Tak. Spotkam go. Wszyscy się kiedyś spotkamy, gdy przyjdzie właściwy czas. – Spojrzała na portret wiszący na honorowym miejscu w kancelarii. Przeniosła wzrok na notariusza. Patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się samymi kącikami ust i spytała: – Panie Arturze, kochał pan swojego ojca? Opłakiwał go pan? Tęsknił? Wspominał?

Pytała takim tonem, że zrozumiał, iż tak naprawdę nie chce poznać odpowiedzi, lecz mówi o swoich uczuciach.

– Bardzo go kochałem, podziwiałem i szanowałem. Nieraz sprał mi tyłek i to solidnie, ale zawsze wiedziałem za co. Czułem też, że bardzo mnie kocha. Wychowywał mnie sam i po męsku. Był surowy, wiele ode mnie wymagał. W młodości czasem się buntowałem, nawet wykrzyczałem mu, że dom to nie wojsko, że ja nie jestem poborowym, a on generałem. Ale zawsze miałem pewność, że jestem dla niego najważniejszy i nie pozwoli nikomu zrobić mi krzywdy. Później miałem mu za złe, że nie chce mi pomóc zawodowo. Dziś nadal mi go brakuje, często rozmawiam z nim w myślach… – Po chwili uzupełnił, jakby się tłumaczył: – …mimo mojego wieku. Ale naprawdę nieraz chciałbym móc z nim porozmawiać jak kiedyś.

Był sobą zaskoczony. Dobrze się z nią czuł, jakby się znali od dawna. Z nikim tak szczerze nie rozmawiał o swoich uczuciach do ojca. Nawet nie umiał sobie przypomnieć, czy w ogóle kiedykolwiek powiedział głośno to, co przed chwilą jej wyznał.

– Proszę odpowiedzieć bez zastanowienia. Otwiera pan drzwi do kancelarii i widzi ojca, który idzie w pana kierunku z wyciągniętymi ramionami. Jaka jest pana pierwsza reakcja? Szybko! – ponagliła.

– O Boże. Chyba bym się cofnął – odpowiedział i nawet poczuł nieprzyjemny dreszcz.

– Widzi pan. Mówi się, że tak zareagowałoby dziewięćdziesięciu dziewięciu ludzi na stu. Zamiast przytulić najbliższą osobę, cofnęlibyśmy się z przerażeniem. Widok kochanego ojca, znów żywego, byłby nie do zaakceptowania. Pan już go pochował. Widział w trumnie. Martwi nie powinni powracać do naszego życia.

Zamyślili się oboje.

– Jest pani bardzo młodziutka, skąd takie przemyślenia? – zapytał, szczerze zainteresowany. Jednocześnie chciał przerwać ciszę.

– Wiek to rzecz względna – zaśmiała się. – Jestem gotowa założyć się z panem, że są chwile, gdy staje się pan moim równolatkiem. I odwrotnie.

Teraz już śmiała się z całego serca.

– Ma pani rację. Gdy zamknę oczy, znów gram w piłkę na boisku. Albo palę papierosy w bramie z kolegami, żeby udowodnić swoją dorosłość.

Teraz i on się śmiał.

***

Stukanie wyrwało go z zamyślenia. W drzwiach stanęła pani Janeczka.

– Panie notariuszu, przyszedł umówiony klient. Prosić?

Sprawa była prosta. Załatwił wszystko, wstał, żeby osobiście odprowadzić klienta, pożegnać się i otworzyć mu drzwi. Tak robił jego ojciec. Zwolnił już panią Janeczkę do domu, nalał sobie koniaku i znów zatopił się we wspomnieniach.

***

Ostatnio widział się z nią jakieś trzy miesiące temu. Zapisała się oficjalnie. Przez sekretariat. Prosząc o zarezerwowanie ostatniej godziny i więcej czasu. Był zdziwiony i gdy tylko weszła, od razu zapytał:

– Dlaczego nie zadzwoniła pani do mnie?

– Panie notariuszu, oficjalne spotkanie należy umawiać zgodnie z regułami – odpowiedziała, ale szybko dodała przyjaznym tonem: – Potem, panie Arturze, gdy będzie pan miał wolną chwilę, wypijemy kawę lub lampkę koniaczku. Przy miłej pogawędce.

Załatwili formalności po jej myśli. Powiedziała, że lubi mieć wszystko uporządkowane. Nigdy nie czeka na ostatnią chwilę, bo los może znów ją zaskoczyć.

Była ostatnią interesantką. Pani Janeczka poszła do domu. Zostali sami.

– To jak? Poczęstuje mnie pan koniakiem? – zapytała, przesiadając się na kanapę przy stoliku.

– Oczywiście. Sam też się chętnie napiję. – Nalał i usiadł obok niej. – Pani jest bardzo dobrym człowiekiem. Ma pani jakieś wady? – zapytał, sugerując spojrzeniem, że to raczej niemożliwe.

– Mam jedną. Ale taaaką dużą. – Rozciągnęła ramiona, pokazując rozmiar.

– Co to jest? – zapytał ze śmiechem. – Nałóg wędkowania?

– Nie – zaprzeczyła z miną rozrabiaki, ale po chwili spoważniała i powiedziała: – Dobroć.

Widząc jego zaskoczenie, spojrzała mu w oczy i powtórzyła:

– Moją jedyną wadą jest dobroć.

– Nie rozumiem. Dobroć wadą? Mogłaby mi to pani wyjaśnić?

– To proste, nie chcę czynić dobra, jednak muszę to robić. Tak jestem zaprogramowana. Próbowałam sprawić, żeby wszystkim było dobrze. Nie dało się. Skupiłam się na sobie i na najbliższym otoczeniu. Teraz wyjeżdżam, bardzo daleko, żeby tym razem uszczęśliwić siebie. Jestem pewna, że uda mi się to tam, gdzie będę.

– Gdzie pani jedzie? Kiedy wraca?

Było mu smutno, że może jej długo nie zobaczyć. Nigdy się nie ożenił. Żadna kobieta nie zainteresowała go na tyle, żeby zrezygnował z wolności. Zdawał sobie sprawę, że jego stosunek do kobiet odzwierciedla przeżycia z dzieciństwa. Pogodził się z tym, że matka zostawiła ojca, ale jak mogła zniknąć z życia własnego syna? Nieraz pytał ojca, dlaczego ten spotyka się z kobietami, ale nigdy nie wspomina o ponownym ożenku. Stale słyszał jedną odpowiedź: „Już żadnej kobiecie nie pozwolę się tak potraktować. Kochają, gdy mają za co. Ale to wcale nie oznacza, że za to, jakim jesteś człowiekiem. Kiedyś to zrozumiesz”. Wolał nie zrozumieć i kończył znajomość, gdy tylko rozmowa zaczynała dotyczyć małżeństwa. Gdy poznał tę kobietę-dziecko, coś w nim pękło, ale nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą.

– Panie Arturze, proszę się nie martwić. Gdy tylko wszystko urządzę, tak jak sobie wymarzyłam, dam znać, gdzie jestem. Teraz nie chcę zapeszyć. Jestem troszkę przesądna – przyznała się i gestem poprosiła o dolewkę koniaku.

– Więc kiedy mogę się spodziewać telefonu?

Nalewając trunek, nie patrzył na nią. Nie chciał, żeby dostrzegła, że jest mu przykro. Jeszcze by sobie coś pomyślała.

– Panie notariuszu – zaczęła oficjalnie lekko strofującym tonem, żeby od razu pogodnie, już z ognikami w oczach, ale bez kokieterii poprawić się: – Kochany panie Arturze. Ja też pana bardzo polubiłam. Szkoda, że nie poznaliśmy się w odpowiednim czasie. Obiecuję, że się spotkamy. Przynajmniej ja w to wierzę i bardzo bym tego chciała. Dobry z pana człowiek – dodała, gestem pokazując, że pije jego zdrowie. – Jeżeli nie zadzwonię, to wkrótce przyślę do pana mojego znajomego. On wszystko panu o mnie powie. Gdzie jestem i to, co będzie pana interesowało, dobrze?

– Oczywiście. Będę czekał. Jak nazywa się ten przyjaciel? – spytał, otwierając notes. – Zapiszę.

– Nazwiska panu nie podam. To będzie nowy znajomy. Proszę sobie przy moim nazwisku dopisać: „progne subis”. To będzie nasze hasło. Lubię być troszkę tajemnicza. Jak każda kobieta. – Wstała, podając mu rękę, nachyliła się i pocałowała go w policzek. – Naprawdę szkoda, że wcześniej pana nie spotkałam – dodała i wyszła.

Minęły prawie cztery miesiące. Myślał: „Durny, stary dziadzie. Żartowała sobie. Pojechała. Ma pieniądze. Duże jak na ten wiek. Jest śliczna. Młoda. Z nowymi perspektywami. Gdzie jej w głowie pomyśleć o tobie”. Wczoraj, gdy już wychodził z kancelarii, zadzwonił jego telefon komórkowy. Na wyświetlaczu pojawił się komunikat: „Numer prywatny”.

– Artur Nowowiejski, słucham.

– Bogdan Jaskólski. Chciałbym się z panem spotkać. Porozmawiać. Sprawa w zasadzie prywatna.

– Czy ja pana znam? Nie przypominam sobie nazwiska. – zapytał.

– Mogę przyjść jutro do pana kancelarii około osiemnastej? Wtedy porozmawiamy. Teraz powiem tylko dwa słowa, które, mam nadzieję, będą moją wizytówką: progne subis.

 

Wpis na forum

Progne subis. Na forum przeczytałam Twoją odpowiedź dla agnes91: „Szczęściu trzeba pomóc”. Dołączyłam Cię do swojej listy ulubionych. Od pewnego czasu śledzę Twoje komentarze. Rzadko piszesz. Najczęściej odpowiadasz cytatem (sama też korzystam z myśli mądrych ludzi), czasami paroma słowami podpowiadającymi drogę ku wyjaśnieniu wątpliwości. Podjęcia próby zmiany na lepsze. Od dawna wiem, że szczęściu trzeba pomóc. Jednak to bardzo trudne. Szczególnie wtedy, gdy nie ma kogo zapytać o radę. Nie ma z kim porozmawiać o tym, co akurat cię dręczy. Podaję swój adres: calineczka@bajka.pl. Tylko dla Ciebie. Innym nie będę odpowiadać. Poznam po słowach, ich sensie, czy nikt się pod Ciebie nie podszył. Zrobisz, co uważasz.

 

E-mail nr 1

Progne subis. Ucieszyłam się, że odpisałeś. I to tak szybko. Dostałam parę e-maili. Po treści wiedziałam, że żaden z nich nie jest od Ciebie. Tak, znam te słowa: „Największym urokiem świata jest urok drugiego człowieka”. Sprawdzasz mnie? Czy rzeczywiście sięgam po złote myśli? To słowa Zofii Nałkowskiej. Zdałam? Mnie zaintrygował Twój nick. Po sprawdzeniu, co oznacza, wiem już dużo o Tobie. Nie rób takiej sceptycznej miny. Widzę ją. Posłuchaj.

Jaskółczak modry – ptak z rodziny jaskółkowatych. Skrzydła proporcjonalnie krótsze oraz szersze niż u innych ptaków z tej rodziny. Głowa i tułów samca niebiesko-czarne. Skrzydła i ogon czarne. Ogon długi, rozwidlony i szeroki. Mięśnie poruszające skrzydłami dobrze rozwinięte, co sprawia, że ptaki z tej rodziny w locie są szybkie, zwinne i wytrzymałe. Największym z przedstawicieli jest Progne subis.

Jaskółko! Jeżeli jesteś taki, jak myślę, będziesz wiedział, co mną kierowało, żeby podać Ci swój e-mail. Pozdrawiam. Calineczka.

 

E-mail nr 2

Progne subis. Czułam, że tak zareagujesz. Dziękuję za miłe słowa. Tylko dlaczego „wśród kobiet”? Dzielisz przymioty ze względu na płeć? Nieładnie! Masz u mnie minus.

Widzę Twój figlarny uśmiech, gdy piszesz: „Wiem, Calineczko, że jesteś córeczką upragnioną przez matkę. Urodziłaś się w pięknym tulipanie o czerwonych i żółtych płatkach. Śliczna, delikatna, maleńka dziewczynka. Co złego i kiedy Ci się przytrafiło? Jaka jest Twoja bajka? W którym miejscu jesteś dziś? Bo to, że spotkałaś ropuchę, jest dla mnie oczywiste”.

Na marginesie dodajesz: „Największy z przedstawicieli mierzy dwadzieścia dwa centymetry”. Wielkość też jest względna. A co nie jest?

Napisałeś, że życie to nie bajka. Moje potoczyło się jak w bajce. Wstrętna, duża, obślizgła ropucha wykradła mnie mojej matce. Znalazłam się na liściu, z którego nie było ucieczki. Nie chciała mnie. Jej mąż ropuch miał w sercu miejsce tylko dla swego następcy. Dla mnie go zabrakło. Ropucha przekonała go: „Będzie dla naszego Adonisa. Najpiękniejszego i najmądrzejszego Bufo bufo z gatunku płazów. Nie na żonę. Na kobietę do posług w dzień i w nocy”. Stare ropuchy prowadzą lądowy tryb życia. Ciała mają krępe, masywne, z szerokimi pyskami. Są silne. Ich skóra jest chropowata ze względu na liczne brodawki. Do obrony służą im gruczoły jadowe. Młody Adonis polował w dzień i w nocy. Pożerał, wylegiwał się i znów pożerał. Genialny w pożeraniu kawałeczków, po ociupince, z licznymi przyprawami i na najróżniejsze sposoby. Delektował się przysmakiem, jakim była Calineczka. Nie wiem, czy słyszałeś, ale według legendy Adonis jest zwiastunem nie tylko rozkwitu, lecz także zamierania przyrody. On rozkwitał, ja zamierałam. Zapamiętaj, bo to ważne, że ropuchy szare zwyczajne (Bufo bufo) występujące w Polsce to gatunek pod ścisłą ochroną!

Ale to już było i nie wróci więcej. I choć tyle się zdarzyło, to do przodu wciąż wyrywa głupie serce”. Wiesz, kto to śpiewa?

 

Rozwinięcie do e-maila nr 2

Tego, że właściwie trzeba wykorzystywać wszystkie pięć zmysłów, którymi nas Bóg obdarzył, nauczyłam się już jako dziecko. Człowiek dysponuje pięcioma zmysłami, które informują go, co się wokół niego dzieje. To wzrok, słuch, dotyk, węch i smak. Większość widzi oczyma, ja nauczyłam się widzieć słuchem, węchem i dotykiem. Zawdzięczam to Krzyśkowi. Mojemu bratu, który był ode mnie starszy o pięć lat.

Dla ukochanego synka, cudu jedynego w swoim rodzaju, mama zaszła w kolejną ciążę. Chciał braciszka, więc musiał go dostać. Niestety, urodziłam się ja. Od kiedy pamiętam, miałam jedno miejsce, w którym czułam się bezpiecznie. Była to szafa w ścianie w przedpokoju. Na dole, po jednej stronie upchnięto w niej różne aktualnie zbędne przedmioty, które mogą się jeszcze przydać. Po drugiej stał duży aluminiowy garnek z pokrywką. W zależności od potrzeby gotowało się w nim ścierki do talerzy albo bigos. Wewnątrz niego było miejsce dla prodiża, zapasowego przedłużacza i żarówek. Pośrodku stał odkurzacz. Od najmłodszych lat byłam zbędnym przedmiotem, więc wchodziłam do szafy i siadałam, biorąc odkurzacz na kolana. Wszyscy byli zadowoleni. Ja też. Szczególnie wtedy, gdy już trochę podrosłam.

Kiedyś Krzyś z kolegami oglądali jakieś kolorowe pismo. Gdy wyszli, chciałam je przejrzeć, ale dostałam po łapach. Mocno. Bolało. Wściekły krzyczał: „Nie mów rodzicom. To niespodzianka. Myślę o studiowaniu medycyny i muszę dokładnie poznać ciało kobiety. Ty i tak tego nie zrozumiesz. Pamiętaj. Nic nie widziałaś. Nic nie słyszałaś”. Gdy koledzy przyszli na drugi dzień, kazał mi wejść do szafy i nie wychodzić, dopóki nie powie, że mogę. Zagroził, że jeśli wyjdę bez pozwolenia, zamknie drzwi od szafy na klucz. Wtedy wpadłam na pomysł, co zrobić, żeby było mi wygodniej. Ostrożnie odsuwałam od ściany ubrania, żeby się nie pogniotły, siadałam na garnku, a nogi stawiałam na odkurzaczu. Plecami opierałam się o ścianę i dzięki temu mogłam długo tak siedzieć, nie przeszkadzając ani bratu i jego kolegom, ani rodzicom.

Mama w dzień często była bardzo zajęta ważną pracą. Plotkowała. Wiedziałam, co robi, bo słyszałam, jak mówi: „Przyjdź, poplotkujemy przy kawie, dobrze nam to zrobi”, zapraszając sąsiadkę. A potem do mnie: „Zniknij mi z oczu i nie przeszkadzaj, bo musimy pracować”.

Według rodziców nasze mieszkanie było stanowczo za małe, ale sąsiadki z zazdrością mówiły, że jest bardzo duże. Miało około czterdziestu pięciu metrów kwadratowych. Dwa pokoje z kuchnią, a w zasadzie trzy przedpokoje i dwa pokoiki. Z drzwi wejściowych wchodziło się do małego przedpokoju, z niego do kuchni (wąskiej kiszki, ale z oknem) i do środkowego pokojo-przedpokoju, który w zamyśle miał być salonem.

Stąd przechodziło się przez drzwi (a właściwie miejsce na nie) do następnego małego przedpokoju z szafą w ścianie i drzwiami do dwóch pokoików. Pierwszy miał trochę ponad dziesięć metrów kwadratowych, drugi około sześciu. Obok szafy znajdowało się wejście do łazienki z ubikacją. W najmniejszym pokoju stała wersalka rodziców. W większym spaliśmy ja i Krzysiek. Później, gdy podrosłam, noce spędzałam w kuchni na polówce.

Któregoś dnia przyszła sąsiadka, rozsiadły się z mamą przy stole i zapomniały o bożym świecie. Od siedzenia w jednej pozycji zdrętwiały mi nogi i chciałam wyjść z ukrycia, ale do domu wszedł tata. Widziałam go słuchem i węchem. Miał czerwoną, nadętą twarz (mówił, że to nadciśnienie). Podszedł do mamy i chwycił ją za piersi. Widziałam to po jej chichocie i jego słowach skierowanych do niej:

– Dziś nie dam rady, skarbie. Nie stanie. – I do sąsiadki: – Ja jeszcze stoję, mój miecz leży. Sąsiadeczko, położę się i on niedługo wstanie. Proszę nie wychodzić, to przymierzymy, czy pasuje do pani pochwy.

Roześmiali się oboje z mamą. Sąsiadka się nie śmiała.

Mama zaczęła go uspokajać:

– Cicho, u Krzysia są koledzy. Uczą się. Jeszcze usłyszą. Połóż się.

Tata spytał:

– Gdzie ta sierota? Poszłaby po piwo. Jak wstanę, będę chciał się napić.

Szedł, chwiejąc się na nogach, w kierunku ich pokoju.

Skuliłam się jeszcze bardziej, modląc się, żeby nie otworzył szafy. Usłyszałam mamę:

– Kupiłam, kładź się. Siedzi w szafie i niech nie wychodzi. Chcemy spokojnie pogadać.

Widziałam ojca leżącego na kanapie – jęknęły sprężyny. Byłam bezpieczna.

Liczyłam w myślach: „Raz, dwa, trzy – śpisz”.

***

Nie wiedziałam, gdzie jestem. Bałam się otworzyć oczy. Nie słyszałam pozwolenia Krzysia. Nie mówił: „Dorotko-idiotko, możesz otworzyć gały. Równo na trzy. Nie waż się wcześniej, bo znów je zamkniesz. I wiesz, co będzie?”. Wiedziałam. Nie otwierałam. Otworzę wraz ze słowem „trzy”. Pełna synchronizacja, mimo jego oszukiwania. Zamiast „trzy” mówił „dwa i pół”. Ja, idiotka, otwierałam i pod nieobecność rodziców musiałam chodzić z zawiązanymi oczami. Dla mojego dobra. Uczyć się używać innych zmysłów, ćwiczyć swoją pewność siebie w ciemnościach. Dla mojego dobra. Bo jak za karę wydłubie mi oczy, muszę nadal być sprawna. Muszę mieć refleks, żeby nie dać się zaskoczyć. Na trzy podawać mu to, czego sobie zażyczył. Nieważne, że trzeba dobiec do kuchni i z powrotem.

[...]


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Chciałam dobrze, to mam za swoje.
Notatkę dodano:2012-04-19 17:57:07

Obiecywałam sobie kilkakrotnie i za każdym razem łamałam obietnice. I mam za swoje. Zostałam ukarana – też wielokrotnie.

            A obietnica była niby taka łatwa do dotrzymania, mimo że podwójna: „Nie oglądam telewizji i nie czytam gazet”. No, cóż. Niby - to tak jak prawie, czyli w efekcie przewidywana  wieeeelka różnica, o czym ja wiedziałam. Ja – tak. Moje pięć klepek, nie. Pięć, jak wiadomo, ma liczebną przewagę nad jednym, w dodatku małym – ja. Miało przewagę, to ją wykorzystało nie myśląc o konsekwencjach. Nie dosyć, że z ciekawości włączyło telewizor, to jeszcze latało po wszystkich programach informacyjnych ((gazet nie mogło włączyć, bo nie mam pilota gazetowego). Z początku myślałam, że wszyscy (bez prawie) mówiący, z lewa, prawa i środkowi, czarni, czerwoni i różowi - uczą się deklinacji. Słyszałam emocjonalnie i z wielki empatią (chyba empatią, bo dziś każde pojęcie jest wieloznacznie rozumiane) wypowiadane jedno słowo: dobro, dobra, dobru, dobro, dobrem, dobru i wrzask: dobro!            Jednocześnie widziałam coś niesamowitego. Częstotliwość wymawiania słowa dobro z docelowymi ubarwieniami typu: dla Polaków, dla kraju, dla wiary, dla ogółu ( w tym dla bocianów, gadów, kapusty i brukselki) – miała magiczne skutki. Deformowała wiązania krawatów zmieniając je w zaciśnięte supły, co skutkowało nabrzmiałymi, czerwonymi twarzami i nie wiadomo dlaczego zaciśniętymi pięściami. Jakby tego było mało, to jeszcze ręce z tymi pięściami machały na wszystkie strony i we wszystkich kierunkach jednocześnie. Brr. Ze strachu dostałam podwójnej gęsiej skórki i poczułam, że coś się ze mną złego dzieje. Rzuciłam tym, czego nie ma, czyli kątem oka na mówiące i mówiących bezkrawatowych.

Nogi się pode mną ugięły, gdy zobaczyłam, że klapy żakietów, marynarek, płaszczy a nawet kołnierze lub stójki kurtek po wykrzyczeniu: „Dobrem zwyciężymy złooo” na moich oczach usztywniają się, by zmienić się w ostrza toporów, siekier aż do gilotyn. „Łoo matko” wykrztusiłam z trudem, bo gardło zacisnęła mi reptilliofobia. Gdy usłyszałam: „Dobro przyciąga dobro” intuicyjnie chciałam uciec. Nie mogłam się ruszyć, bo nic nie widziałam. Szepcząc znane i w tym przypadku jak najbardziej logiczne słowa: „Ciemność widzę, ciemność widzę”, poczułam, że wypełnia mnie całą skotofobia z dużą domieszką hypsofobii i z wyraźną nutą pantofobii. Bojąc się, co się za chwilę ze mną stanie na ostatnim wdechu wyszeptałam: „Boże, Ty widzisz i nie grzmisz” i znalazłam się w ciemnym tunelu. Jedyne, co mogłam myśleć to: „Masz za swoje”.

            A jednak na sprawdzone, bo wieloletnie przyjaciółki można zawsze liczyć. One potrafią z minusów zrobić nie jeden plus. Moje klepki zaklekotały: „Prawdziwe dobro musi przynieść coś dobrego”. Nie mówiąc, spytałam z nadzieją: „Ale co?”. Wyschnięte zatrzeszczały: „Niedługo super dobrze będzie powodzić się psychoterapeutom i nam”.

            Nie zdążyłam zapytać: „Dlaczego wam?” bo zalały się łzami i po chwili już było im dobrze, bo nasiąknięte przestały skrzypieć. Mnie nie bardzo, bo nadal nie wiem, czy płacząc i śmiejąc się jednocześnie – w promocji, mnie nie zaatakuje dementofobia.

 

 

reptilliofobia - lęk przed gadami

skotofobia  (achluofobia, nyktofobia) - lęk przed ciemnością

hypsofobia - lęk przed upadkiem w przepaść

pantofobia - lęk przed wszystkim

dementofobia (maniafobia, agateofobia,) - lęk przed chorobą psychiczną, szaleństwem


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959657
Osób: 1777812

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl