Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Przypominam i donoszę.
Notatkę dodano:2012-04-10 12:07:16

Kiedyś (nie ważne, kiedy) wklikałam notatkę, którą dziś muszę przypomnieć, by móc złożyć donos.

 Kurzy się tak, że wkurzanie czynnie zmusza do klikania i to w paru miejscach na raz..

 Czytam i czytam, to tu, to tam i....nie wiem, czy zazdroszczę. I nie wiem, czego. Nic nie wiem, ale to mnie nie dziwi, bo najczęściej tak mam. Gdy nie wiem - to powinnam siedzieć cicho (dlaczego jak "mysz pod miotłą" też nie wiem). Nie mogę nie mówić, już tak mam. To chorobliwe, wystarczy "mały" impulsik - a ja wyskakuje i popiskuję. Impulsem było zdanie: "Nie sztuka napisać książkę, nawet super dobrze, prawdziwa sztuka to gdzieś ten test upchnąć i sprzedawać...". Piszczę: Dziękuję, już wiem, co to jest prawdziwa sztuka. Już wiem, że świetnie pisać - pisać każdy może. Dziękuję, to najbardziej budujące słowa, jakie usłyszałam, bo jak każdy - to i ja.

Jaka ja byłam niedoinformowana (czytaj: głupia). Trzymałam wszystkie swoje "świetnie napisane książki" w szufladzie i pukając się w głowę, recytowałam na głos:"Samochwała w kącie stała i wciąż tak opowiadała. Zdolna jestem niesłychanie...". Na pukanie powinien być odzew, przynajmniej, gdy za drzwiami, do których pukamy, ktoś jest. Trudno, żeby (w mojej) głowie ktoś był. Odpowiadała mi martwa cisza, która świdrowała w uszach. Jednoznacznie, ale używając maksimum pytań, wykrzykników i jedną, jedyną kropkę. I już wiedziałam, co mam zrobić. Zamknąć szufladę na klucz i iść pisać „Kod emocji”. Napisałam. Chowając do szuflady mało nie upadłam, bo „coś tam coś tam” (pewnie „Jesienny Koktajl”) zakręciło mi w głowie. Nie upadłam, ale coraz większe zamroczenie powodowały słyszane „duszne” słowa: „Chciałbym odebrać prawo (tu jakieś rozszerzająco- zawężone określenie) wielu osobom, nie tylko kobietom” i usiadłam, słysząc: „Nie jestem magikiem, nie znam się na cebuli” i po chwili: „Gdyby w wodzie były ryby, to by wędkowanie było bez sensu”. Wolno siadałam, szybko się zerwałam i krzycząc na cały głos: „Nie chcem, ale muszem” pobiegłam wprost do komputera. I było mi „Tak dobrze, że aż źle”. Po godzinie pliki z tekstami falowo eterowo, czy jakoś tak, znalazły się tam, gdzie ich miejsce. Dziś już wiem, że dokonałam połowę prawdziwej sztuki. „Sztu” – upchnęłam w poczcie wydawców. Wiem też, że z drugiej połowy narazie tylko „k” dostałam, ale i tak się cieszę, że nie wszyscy wymownie milczeli: „Spierd….”. Nie miałam już wyjścia, musiałam „Rozsypać wspomnienia”, by z końcem roku odkryć „Pułapkę Nowego Roku”. Dziś już nie dam sobie wmówić, że „białe jest bielsze” a dobrym, mniejsze zło. Dlatego popełniłam „Przewrotność dobra”. Przewrotności nikt przewrotnie nie chce. Aż strach się domyślać, dlaczego? Wolę nie wiedzieć. Ale mam prawo wyboru, więc wybrałam sobie „do wiedzenia” te słowa:„Wiedziałem, kiedy przyjść, odejdę w porę, a Wasz problem to to, że nawet jeszcze nie zacząłem” i powtarzam je sobie. I fruwam w marzeniach. I cieszę się wszystkim. I wierzę w to - bo chcę. Gdy chcę – to muszę. Gdy muszę to – nie mam wyjścia. I już.

 

A teraz donos. Niniejszym przewrotnie donoszę. Przyszedł właściwy czas na wszystko. „Przewrotność dobra” przeczytała właściwa osoba Aga Brzezińska.  Właściwa, bo nie tylko powiedziała: „Historia Doroty jest niesamowita i dobrze napisana”, ale dodała: „Wydawnictwo Dobra Literatura - wyda ją”. Właściwa osoba, Andrus Kovelinas, autor zdjęcia, którym ja się zachwyciłam, powiedział: „Oczywiście, jeżeli to twoja Dorota, zamieszczaj na okładce”. Właściwa osoba, Ilona Gostyńska - Rymkiewicz wkomponowała zdjęcie w ulubioną szafę Doroty i Dorotki.. Właściwa osoba, która dojrzała w Dorocie, to co ja, Olga Gorczyca – Popławska, dopieściła jej historię. Dzięki wsparciu i pomocy tych wszystkich osób „Przewrotność dobra” będzie miała premierę już 8 maja.

            A ja wcale nie przewrotnie donoszę, że bardzo się cieszę, iż przedstawię Wam Dorotę. Dziewczynę, która zawładnęła mną całkowicie. 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


O emeryturach - Katarzyna.
Notatkę dodano:2012-03-30 14:44:59

Dziś wyręcza mnie i w gorącym temacie swoje tzy grosze wrzuca Katarzyna, bohaterka „Pułapki Nowego Roku”

……………….

    – Kasiu. Znamy się już długo, dlatego cię spytam wprost. Powiedz mi na co wystarcza emerytura? – pytał z żywym zainteresowaniem.

            – Statystyczna?... – zawiesiłam głos, zastanawiając się czy wypada mi odpowiedzieć szczerze. Widząc jego dociekliwe spojrzenie, wybrnęłam dyplomatycznie: – Na wszystko, co niezbędne do przeżycia.

            – Nie zbywaj mnie. Wiem, że ci wystarcza i że możesz w każdej chwili dorobić. Mówiła mi Ewa, że dzwonią, żebyś przyszła na pół etatu albo na zlecenie. Z grubsza pytam. 

       – To zacznę z grubej rury. Tak zwane „Minimalne godne świadczenie” netto, to nie wiem, na co – zdecydowałam się na ogólnikową szczerość. – Kiedyś policzyłam, uwzględniając minimum koniecznych wydatków samotnego emeryta. Musi gdzieś mieszkać, czyli płacić czynsz przynajmniej za małą kawalerkę. Nie chcąc niedomytych, brudnych seniorów przyznałam prawo do ciepłej kąpieli raz w tygodniu. W ramach oszczędności do codziennego, ale jednorazowego, zdrowego, czyli chłodnego prysznica. – Widząc jego nierozumiejące spojrzenie, oświeciłam: –Musiałam policzyć zużycie zimnej wody, ciepłej i uwzględnić ścieki. Doliczyłam najtańsze mydło i szampon. Kremu odżywczego do twarzy, farby do włosów, odżywki do ciała, szminki, kremu i wody po goleniu nie policzyłam, uznając to za zbytni luksus dla emeryta, bez względu na płeć. Jako rekompensatę wliczyłam najtańszy uniwersalny proszek do prania i doceniłam uczciwość emerytalną w płaceniu abonamentu telewizyjno-radiowego. Zaoszczędziłam w ten sposób na kwocie wydanej na gazety, nie daj Boże, książki.

            – Ty poważnie? – upewniał się z roześmianymi oczyma, nie wiedząc czy nie będzie za dużym nietaktem parsknięcie głośnym śmiechem.

            – Wacław, żyjesz na Marsie wraz z nielicznymi ci podobnymi. Dzięki ci Boże – westchnęłam dziękczynnie, patrząc w sufit. – Emeryci to zupełnie inna konstelacja. Dolej mi, zięciu – poprosiłam i szczerze wyznałam: – Z przejęcia zaschło mi w emeryckim gardle.

            – Wreszcie doceniłaś fakt, że zięć przynajmniej w alkohol cię zaopatruje – domyślił się, za co dziękowałam niebiosom. – Mów. Do jakiego wniosku doszłaś, po podsumowaniu tych bezeceństw.

            – Pomalutku, to poważne zagadnienie i należy omawiać go z należnym mu szacunkiem. Ten przynajmniej nic nie kosztuje – uspokajałam, pokazując zegarek, że mamy sporo czasu. – Kina nie uwzględniłam. Moim zdaniem tylko rozstraja żołądek emerycki, bo dialog prowadzony samymi „wypikaniami” jest ciężko strawny w pewnym wieku, sam się o tym przekonałeś.

            – Jak najbardziej – przyznał mi rację, przewracając gałkami………… (moja cenzura.  Wycięłam „kulturalną gałązkę” w dialogu).

 ……………c.d  

          – Nie dam rady zapoznawać cię dalej z emerycką codziennością – oceniłam, trzymając się rękoma za drgający ze śmiechu brzuch i logicznie uświadamiałam go dalej: – Uwzględniłam prawo do gorącego posiłku raz dziennie, herbaty na śniadanie a ziółek na kolację, czyli opłatę za gaz. Co będzie jadł, zostawiłam już emeryckiej inwencji. Elektryczności nie liczyłam, wychodząc z założenia, że świeczki albo nafta są tańsze. Za to doliczyłam odkładanie na protezę, bo państwowa przynależy się każdemu bezzębnemu raz na parę lat a jednym ząbkiem nie wiele zdziała. Uwzględniłam, wrzucanie do słoikowego banku paru groszy, w celu uciułania kwoty potrzebnej na spotkanie ze specjalistą medycznym jeszcze na tym padole łez a nie w przyszłym życiu. Aptekę, bo to albo rozwolnienie albo obstrukcja. Nie wzięłam pod uwagę poważniejszych dolegliwości, bo na te można sobie pozwolić, pracując. Doliczyłam wymianę butów, bo chińskie podeszwy szybko pękają od wydeptanych kilometrów w polowaniu na okazję i sam sobie odpowiedz na pytanie emerytalnego Hamleta: „Mam na przeżycie czy na niedożycie?”. Ja idę zrobić kanapki, bo nie dociągnę do jutra a nie mogę, jako kapitalistyczna emerytka  pozwolić, żeby państwo na mnie tak szybko zarobiło.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


O znajomej - Oli.
Notatkę dodano:2012-03-15 18:30:54

Szukałam i szukałam, i nie mogłam znaleźć odpowiedzi na prawie Hamletowskie pytanie: „Być podwładną faceta, czy nie być”. A gdy już być, to być bierną czy stosunkowo czynną figurą? Wściekła, ale z odpowiedzią wróciłam do domu i opowiedziałam wszystko klawiaturze, która zapisała to jako fragment „Tak dobrze, że aż źle”.

           

………Wróciłam z pracy do domu wściekła na cały świat. Awantura w pracy z kompletnym idiotą, który przedstawianie się zaczynał od wyraźnie zaakcentowanego: „Magister” potem już bełkotał. Ja wiedziałam swoje. Dyplom na pewno kupiony. Trudno nie bełkotać: Wirginiusz Psipsiński. Jedna z koleżanek (zdarzają się takie naprawdę życzliwe) poradziła mu, żeby nie akcentował „magister” tylko swoje nazwisko. „Magistrów multum a rzadkie nazwisko to powód do dumy” przekonywała go, niestety bezskutecznie. Ja wiedziałam, że jednym ze zdrobnień jego imienia jest Wiruś i nadałam mu taką ksywkę, która szybko się przyjęła. Tego dnia wkurzył mnie raz, obraził dwa razy. O jeden za dużo. Po burzliwej dyskusji w gronie paru osób udało się osiągnąć consensus. Wszedł „magister bełkotliwy” i już po pierwszych moich słowach wyjaśnień zareagował z miną nieomylnego eksperta: „To się kupy nie trzyma. Jako magister wiem, co mówię. Przemyślcie to jeszcze raz.”. W pokoju zapadła cisza, w której moje słowa brzmiały głośniej niż zamierzałam: „Wirusie, my nie rozważaliśmy konsystencji gówna, więc kupa może się nawet rozbryzgać”. Zrobiło się ciszej niż cicho. Jedna z koleżanek zbladła pod fluidowo-pudrową tapetą. Któryś z panów zastygł pochylony nad biurkiem, jakby na blacie dostrzegł coś nieprawdopodobnego, drugi wpatrywał się z zafascynowaniem w wyłączony ekran monitora. Magister czerwieniał i już miał swoim zwyczajem wrzasnąć: „Byle baba…”, gdy podeszłam do niego, sycząc pieszczotliwie: „Od dziś nie będziesz już „Wirusiem”. Będziesz oficjalnie naszym kochanym „świrusiem” i wyszłam.

W trzy godziny później wychodziłam z sekretariatu z podpisaną zgodą (na moją, oczywiście dobrowolną prośbę) na wypowiedzeniu umowy o pracę za porozumieniem stron, bez zachowania okresu wypowiedzenia.

Koleżankom powiedziałam, że pogadamy na neutralnym gruncie. Zabrałam swoje drobiazgi i

 po raz trzeci wyszłam, tym razem ostatecznie jako od następnego dnia bezrobotna.

 

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Są takie dni….
Notatkę dodano:2012-03-08 12:03:23

      Ma swój dzień – kot i niedźwiedź polarny. Ma swój dzień – i pisarz i dentysta. I budyń i kaszanka a nawet zagrycha. I narkoman i policjant. Orgazm i prezerwatywa. Jest dzień – pocałunku i pozytywnego myślenia. Jest – i rozrzutności, i tolerancji.

      Który obchodzić, gdy jest ich ponad dwieście?. I tyle okazji do toastów i balangi, że wybierać można jak w ulęgałkach. Czyli, jest tak dobrze, że aż źle. Sposoby świętowania niektórych z nich mojej znajomej trzydziestolatki Oli i spis wszystkich tych Dni znajdziecie w „Tak dobrze, że aż źle”.

     Jestem kobietą. Bo jestem i już. To co? Mam za swój – uznać Dzień Anioła? Czy może Dzień Paskudy? To wolę już, pamiętając o Dniu Dziwaka, uznać za swój – Dzień Kobiet.

A tuli pana, tulić każdego dnia.

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Robię sobie dobrze.....
Notatkę dodano:2012-02-28 13:00:40

BYŁO..... rok temu.

Przez mokre szyby od deszczu widziałam uginające się gałęzie drzew od porywistego wiatru. Deszcz płakał. Wiatr zawodził. Pogoda paskudnie „dołowała” a ja podśpiewywałam od rana. I nie dlatego, że wstałam z łóżka prawą a nie lewą nogą. Wprost przeciwnie. Stanęłam na lewej nodze i jak gdyby nigdy nic poszłam zaspana do kuchni. Wtedy dopiero zorientowałam się, że moja biedna po złamaniu, obolała i opuchnięta lewa stopa, dała mi zapomnieć o sobie. Teraz już obudzona na dobre, niedowierzając, zaczęłam świadomie robić krok po kroku, stawiając (jeszcze niepewnie) lewą nogę. Jeden kroczek. Drugi i nie kuśtykając przeszłam do łazienki. Niemożliwe! Sugestia? Obejrzałam stopę, pozginałam palce. Mogłam! Spuchnięcia ani śladu. Wyszłam z łazienki i już śmielej poszłam do pokoju. W tył zwrot i przedpokój, kuchnia, kolejny pokój. Szłam coraz śmielej w takt kolonijnej piosenki: „Było morze, w morzu kołek, a na kołku był wierzchołek. Na wierzchołku siedział zając i nogami przebierając śpiewał tak: moje nogi pachną cudnie rano wieczór i w południe a najbardziej jest mi drogi zapach mojej L E W E J nogi. Sialala”.

            Wreszcie mogłam zapomnieć o bólu. Herbatą wypiłam toast za mojego „uzdrowiciela”, z którym poznałam się najpierw wirtualnie.

            A było to tak. W gabinecie rehabilitacyjnym usłyszałam rozmowę o skutecznej terapii wibroakustycznej. W domu napisałam do prof. Google: zabieg mikrowibracyjny. Dowiedziałam się, że jest to kontaktowe oddziaływanie za pomocą mikrowibracji o częstotliwości akustycznej na tkanki chorego. Niewiele mi to powiedziało, więc doczytałam między innymi: „Wibroakustyczny masaż okolic nerek zwiększa ogólne fizyczne zasoby organizmu, wywołując odczucie przypływu sił, zwiększając wytrzymałość na wysiłek fizyczny, normalizując ciśnienie, poprawiając sen, obniżając poziom cholesterolu we krwi. Wibroakustyczny masaż przemęczonych mięśni wieczorem, po nadmiernym obciążeniu, zapobiega bólom w nich następnego dnia. Czytając: „Wibroakustyczny masaż nerek i wątroby efektywnie usuwa syndrom przepicia” uśmiechnęłam się na myśl, że mógłby to być niezły masaż, dla co niektórych, ale chyba nie dla mnie. Takie naukowe „ble, ble” niezbyt mnie zachęciło, ale wychodząc z założenia, że nie mogę oceniać po pozorach, szczególnie, gdy się na tym nie znam, kliknęłam na stronę: – „…..dźwięk, który leczy”. I już na głównej stronie zapoznałam się z pozytywną opinią Katedry Ortopedii i Ortopedii Dziecinnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi: „W czasie stosowania ww urządzeń zaobserwowaliśmy bardzo korzystne efekty terapeutyczne polegające w głównej mierze na szybkim ustępowaniu obrzęków, szybszym wchłanianiu się krwiaków oraz wyraźnym efektem przeciw bólowym”.

Opinii specjalistycznych przeczytałam wiele, w tym: Polskiego Towarzystwa Fizjoterapii, NZOZ MEDIVITSPORT-u, Instytutu Reumatologii. Gdy doczytałam, że masaż wibroakustyczny jest skuteczny między innymi w leczeniu urazów i złamań, chorób stawów, leczeniu zapalenia korzonków nerwowych, chorób kręgosłupa i obrzęków kończyn dolnych – już wiedziałam, że chciałabym mieć w domu takie urządzenie. Spojrzałam na cenę tego do stosowania w domu. Z początku wydała mi się wysoka. Przekalkulowałam. Do gabinetu rehabilitacyjnego muszę wyjść bez względu na pogodę i samopoczucie, w dodatku na określoną godzinę. Dojechać, wrócić i zapłacić za cykl zabiegów.

Gdy pomoże, będę chciała pomóc sobie na inne dolegliwości. O, nie! I czasowo i finansowo nie dam rady. Kupię. Koszt szybko mi się zwróci, tym bardziej, że przy okazji skorzystają domownicy, rodzina i przyjaciele.

            No, może nie tak zupełnie za darmo. Ich zadowolone miny przy miłej pogawędce przy herbacie dwustuprocentowo zrekompensują mi wydatek. Moja nieboląca i nieopuchnięta stopa już mi się stuprocentowo odwdzięczyła.

                          

BYŁO kilka dni temu......

         Nie wiem, co się czuje, gdy boli jeden korzonek. Wiem, co sie czuje, gdy boli mnóstwo korzonków, które przypominając o sobie, chyba pączkują.

JEST...... nie mam korzonków, mam to urządzenie. Nie piszę jakie, by nie była to reklama, w dodatku nieznajmoch ludzi i za friko. Piszę, bo wypróbowałam na sobie, bez wychodzenia z domu.

Mnie mikrodźwięki domowe zrobiły dobrze. Ale to nie znaczy, że innym też. Najlepszy dowód - mój bezogonowiec, słysząc te makrodźwięki, podwinął to czego nie ma i zaszył się w najdalszym kącie.

                                                                                                      

                                                              

                                                                                      


Komentuj(8)

-------------------------------------------------------------------


Miałam sen....
Notatkę dodano:2012-02-13 17:33:58

Od kilku dni nie wiadomo dlaczego coś tam, co mam w głowie, podśpiewuje jakiś staroć: Walentyna, Walentyna, to pierwsza w świecie podniebna miss. Jej imieniem więc się zaczyna najnowszy "Walentyna Twist". Staroć - to duży minus. Ale to, że w ogóle coś mam w głowie i w dodatku to coś jeszcze pamięta jakieś starocie – to duże plusiko.

            Od kilku dni nie wiadomo dlaczego przed oczami latają mi jakieś czerwone serduszka, czerwone kwiatki, czerwone to i czerwona tamto…. Jednym słowem czerwoność widzę. To duży minus. Zaniepokojona obejrzałam swoje gałki oczne w powiększającym lusterku i z powiększającym okularami na nosie. Nadmiernego przekrwienia nie dojrzałam - to duże plusisko.

            Od kilku dni nie wiadomo dlaczego słyszę w tele, radio i w necie (w necie też słychać, gdy ma się pojemną szklankę i przyłoży do monitora): „Walentynki! Szykujcie się na Walentynki!”. Na imię mam Jolanta – to duży minus. Szykować się nie muszę  – to duże plusisko. 

            Zmęczona liczeniem minusów i plusów zasnęłam za wcześnie. Za wcześnie, bo bilans zerowy zafundował mi walentynkowy cudnej urody, kolorowy sen. Nad podziw smakowite męskie ciacho sprężystym krokiem weszło do sypialni i znieruchomiało.  To, że zamieniło się w słup soli z zachwytu na mój widok było oczywistym nawet we śnie. Ja, jak typowa, fruwająca w niebiańskich chmurach Walentynka, zamiast patrzeć na dwie torby w czerwone serduszka, zawiązane czerwonymi kokardkami, za które wetknięta była okazała główka czerwonej róży – widziałam tylko jego naprężone muskuły, pewnie od ciężaru tego, co miał w torbach. We śnie, co też oczywiste, wszystko się zdarzyć może. On stał a ja spuściłam wzrok na torby. I zobaczyłam elegancki pokrowiec na laptopa z czarnej skóry, zamykany na jedną klamrę. W myślach oszacowałam tak na 1500 zł. Facet nie wyglądał na bystrzaka, ale też nie na tyle głupiego, żeby myśleć, iż wystarczy sam pokrowiec. Intuicja mnie nie zawiodła, bo po sekundzie zobaczyłam laptopa ze wszystkimi szczegółami. Podwójną matrycę dotykową, wirtualną klawiaturą, która uruchamia się przez położenie obydwu dłoni na dolnym ekranie. Podwójny ekran umożliwiający wygodne wyświetlanie różnych treści, okien i swobodne czytanie bez konieczności przewijania. „Ten Walenty to ma gust” pomyślałam i oceniając laptopa tak na ok. 6500 zł, sprawiedliwie dodałam: „I gest”. Dodałam bardzo cichutko, by się nie obudzić za wcześnie, czyli przed inwentaryzacją obu toreb.

             I wiedziałam, co robię, bo aż mi zamgliło wzrok, gdy ujrzałam cudeńkowy telefon komórkowy wysadzany 640 kryształkami Swarovskiego ze specjalnym pilotem, który namierza komórkę w czeluściach torebki (cena ok.12 tys. zł). Ścisk krtani na widok wiecznego pióra pokrytego 5 072 diamentami Wasselton ( przez sekundę zaskoczona byłam swoją umiejętnością szybkiego liczenia, wyceny ok. 562 000 złotych, nie mówiąc już o znaniu się na diamentach) spowodował, że zaczęłam się dusić i oczy wyszły mi na wierzch na widok tych przed ocznych gadżetów. Chciałam zawołać: „Na pomoc”, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Oblał mnie zimny pot, bo nawet we śnie – głosu mi nigdy nie brakło.

            I wtedy usłyszałam cichy szept: „Nie spisz”. Otworzyłam oczy. „Chcesz śniadanie do łóżka”. Kiwnęłam głową. Po chwili mój codzienny, bezokazyjny Walenty przyniósł mi maleńkie, kolorowe kanapeczki, takie kęsikowe, na raz do gębusi. I herbatę. I powiedział: „Kochanie,. nie masz już czerwonych wypieków. Jak dobrze, że już spadła gorączka. Chcesz jeszcze, coś?” – spytał. „Chcę. To, co zawsze. Nie walentynkowego, buziaka”. 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Piorun w obornik rąbnął
Notatkę dodano:2012-02-03 14:02:25

Coraz gorzej z moim myśleniem. Klepki rozklekotały się i grają na czym, która może i nie może. Każda rzępoli co innego. Makro, a nie mikro dźwięki rehabilitują całość klepkową z nieprzewidywalnym skutkiem w takt upiornej pseudomuzyki za to z wyraźnym świdrującym refrenem: „Piorun w obornik rąbnął”.
    Słyszę w mediach np: „Dla dobra pacjentów”. Chcę się ucieszyć. Nie mogę. Refren zagłusza radość. Czytam w prasie między innymi: „Dobro przyszłych emerytów……”. Uśmiecham się na myśl, że moje dzieciaki przyszłość „starczą” będą miały zapewnioną, i …… krzywię się z bólu, bo w uszach wrzeszczą mi słowa refrenu. Wyłączam telewizor i odkładam gazety. Z kawą siadam przy komputerze. W necie wrze. Para zasłania monitor, bulgoty bulgoczą a ja widzę kropliska Anonimusów rozbryzgujących się wszędzie. Ten sam temat, ale jedni wiwatują, drudzy bluzgają. Jedni współczują, drudzy wysyłają na szafot. Jedni próbują zrozumieć, drudzy dawno wszystko zrozumieli.
    I może to byłoby i dla mnie zrozumiałe, gdyby nie to, że moje rozumienie zagłusza refren: „Piorun w obornik rąbnął”.
    


Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


Skutki silnej reakcji
Notatkę dodano:2012-01-10 13:40:43

Dopadła mnie silna reakcja psychiczna, wywołana nie gwałtownymi, ale na pewno negatywnymi zdarzeniami i przeżyciami.
Czy można żyć ciągle w szoku? To pytanie nie dawało mi zasnąć, a właściwie odpowiedzieć. Odpowiedź nasuwała się sama i na pewno nie miała zbawiennych skutków jak np. liczenie baranów: „Musi być z tobą już bardzo źle, gdy nie wiesz, kiedy śmiać się a kiedy płakać. Do tego, że nie rozumiesz, tego co słyszysz już się przyzwyczaiłaś. Ale to, że nie rozumiesz tego, co czytasz – to na pewno ostatecznie stadium szokowej diagnozy”.

Fakt. Na przykład z przeczytanego tekstu:
- W związku z przejściem naszego urzędu z pracy ręcznej na komputerową klienci będą obsługiwani znacznie wolniej, za co serdecznie przepraszamy. – Zrozumiałam tylko, że przepraszają. Chwilę pomyślałam i wyciągnęłam serdeczny wniosek: Urząd wie, za co  przeprasza.

- Po przeczytaniu cytatu „Jeśli ksiądz będąc pod wpływem alkoholu wsiądzie za kierownicę i spowoduje stłuczkę, to nic się takiego nie stanie. Przecież każdy z nas pije alkohol, a jeśli tylko spróbujesz nagłośnić tę sprawę, to znaczy, że nie jesteś dobrym Polakiem, bo plujesz w swoje gniazdo” – Zrozumiałam tylko tyle, że jestem każdym pijącym, dobrym Polakiem, bo nie pluję. Trudno było nie zrozumieć, gdy od małego uczono mnie, że nie ładnie jest pluć. Chyba, że pod przymusem. Przymus jest wtedy, gdy trzeba popluć trzy razy przez lewe ramię i przydeptać. Ale wydumany przymus tak często jest usprawiedliwieniem, że chyba nie skreśla mnie z listy dobrych Polaków? Pytanie: "Chyba, czy na pewno? – męczyło mnie przez kolejne bezsenne godziny.


Po przeczytaniu: „Od tego weekendu w państwach należących do Unii Europejskiej wprowadzono restrykcyjne prawo delegalizujące setki naturalnych ziół leczniczych używanych na naszym kontynencie od pokoleń. Według brukselskiego reżimu celem jest ochrona konsumentów przed potencjalnie niebezpiecznymi dla zdrowia „tradycyjnymi” medykamentami” – zrozumiałam tylko tyle, że nie muszę mieć pretensji do babci i mamy, które od pierwszych moich dni, poiły mnie koperkiem i rumiankiem, potem miętą. Do siebie, że coraz częściej piję melisę, tym bardziej nie. Z konsumentem to ja mam tylko tyle wspólnego, że konsumuję całą zdrową żywność, z tradycją nie mającą nic wspólnego a nawet wprost przeciwnie. Przed zatruciem chroni mnie restrykcyjne prawo nakazujące zdrowotność żywności zapewniać stosowaniem nowoczesnych medykamentów.  


- Po przeczytaniu: "Człowiek wierzący, dając Wielkiej Orkiestrze pieniądze popełnia grzech, bo bierze udział w sprawach diabelskich” załamałam się, a nawet złamałam – w pół.


    Mam dość. Nie chcę żyć. Ale chcę cieszyć się życiem. Czy to możliwe? Wstałam i by przestać myśleć włączyłam komputer. I po chwili, przeczytałam napis na jednej z toalet: „Awaria, prosimy załatwiać się na własną rękę”.
    I już wiedziałam, co postanowić w nowym roku. Będę jedynym super specjalistą w każdej dziedzinie. O swoje samopoczucie jako Polki- patriotki- obywatelki- pacjentki- emerytki i co najważniejsze – interesantki, zadbają wyłącznie moje interesowne zmysły.
    I już spokojnie zasnęłam, przy kołysance:
„Albowiem prysły zmysły,
albowiem prysły zmysły
i prysło pasmo zmysłów snu.
Na mym wieszaku palt nie wieszaj –
twojego życia z mym nie mieszaj!
Albowiem prysły zmysły,
albowiem prysły zmysły!
Wymelduj się i idź - c est tout!”.


Komentuj(16)

-------------------------------------------------------------------


Życzenia "2 w 1"
Notatkę dodano:2011-12-19 12:33:55

Jestem tradycjonalistką, co oznacza tylko tyle, że życzeniowo zdania nie zmieniam.

W zeszłym roku tu na blog wklikałam „Życzeniowe myślenie w trzech odcinkach” (wszystkie na str 4).

     Dziś wszystkim bliskim, dalszym, w realu i w wirtualu – znajomym z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku życzę tego samego, i też z kieliszkiem „Jesiennego koktajlu” w ręku.  

 - zdrowia tyle, żeby mieściło się granicach normy wiekowej i płciowej.

- szczęścia tyle, żeby móc cieszyć się każdym nowym dniem i przynajmniej paroma nocami  …(wedle indywidualnych upodobań i możliwości)

- i żeby do opisu swojej sytuacji, od materialnej do duchowej, mogli używać samych pozytywnych przymiotników i to w stopniu najwyższym, czyli „podiumowym”.

 

            O tym, że są to życzenia najszersze, niech świadczy fakt, że sobie życzę tego samego. 

 


Komentuj(13)

-------------------------------------------------------------------


Na stronie Dzień Dobry TVN przeczytałam:
Notatkę dodano:2011-12-14 12:47:26

- „Wiecznie piękna i młoda? To marzenie może się spełnić dzięki Dzień Dobry TVN!”.           Staram się zawsze czytać ze zrozumieniem, więc od razu poczułam się zaproszona do telewizyjnego czarodziejskiego raju i nie mogłam w myślach, nie zareagować podziękowaniem za tak wspaniały prezent: „Dzięki Ci TVN, że potrafisz spełnić marzenie większości kobiet, które już nie są piękne i młode, ale jeszcze wiecznie chcą nimi być.

 I już zadowolona z siebie, że najpierw podziękowałam a dopiero potem rozpakowałam prezent, czytałam dalej:

 - „Szukamy kobiet, które chcą zmienić swój wygląd i swoje życie” –

            Hura! To coś dla nas, krzyknęłam i już miałam obdzwonić swoje przyjaciółki, zamieścić link na fb, ale egoistyczna ciekawość wzięła górę i czytałam dalej:

 - „W drugiej edycji "To działa na ciała" i Ty możesz przejść zaskakującą metamorfozę. Wyślij e-mail i przekonaj nas, że to właśnie Ty powinnaś zostać naszą bohaterką. Dołącz zdjęcie twarzy i sylwetki. Prześlij je na adres: metamorfozy@tvn.pl

 

            Szybko otworzyłam plik ze zdjęciami. Przejrzałam i uznałam, że żadne się nie nadaje. Wyglądam, no może i nieźle, ale chyba źle na tyle, że mogą uznać, że żadna metamorfoza w tym przypadku nie zadziała. Po jakieś godzinie znalazłam odpowiednią twarz i sylwetkę. Zastanawiałam się, co napisać, by przekonać, że to ja właśnie powinnam zostać ich bohaterką. Po godzinie klikania, kasowania i znów klikania doszłam do jedynie słusznego wniosku. Gdy się nie wie co, to najlepiej najszczerszej i napisałam:

            „Drogi TVN. To ja powinnam być Waszą bohaterką, bo spełniam Wasze kryteria i osiągnięcie swój cel, dając mnie przy okazji wspaniały, bo szczery prezent. Szczery, bo nie manipulujecie tak jak inni, że Wasza metamorfoza zrobi z młodej – młodą a z pięknej – piękną. Chcecie być prawdziwi, czyli pokazać, że i po okresie młodości można być młodym i pięknym”. Już miałam wysłać, gdy skojarzyłam, że nie skopiowałam adresu. Wróciłam na stronę TVN i……i doczytałam.

 - „Szukamy kobiet, które chcą zmienić swój wygląd i swoje życie. Czekamy na zgłoszenia kobiet w wieku 18 – 45 lat, które nie są zadowolone ze swojego wyglądu……….” –

dalej już nie mogłam doczytać, bo mój raptowny wydech powietrza, sprawił, że zaczęło się kurzyć tak, że załzawiło mi oczy i kurzeniowa alergia spowodowała jeden wielki alergiczny krzyk.

        Kto tam pracuje! To od 46 lat kobietom nie należą się marzenia? Nie mają już prawa chcieć być młodą i piękną? Nie dla nich metamorfozy? To kim one są? Staruszkami nad grobem?

            Tak się wkurzyłam, że napisałam to co poniżej:

      Bardzo grzecznie donoszę wszystkim młodym i pięknym kobietom ( w tym też tym przed 46 rokiem życia i niepięknym), że czas wieku nie liczy. Jest bardzo sprawiedliwy. Ucieka wszystkim z jednakową szybkością. I ani się nie obejrzycie, gdy stuknie Wam 45 lat i już młodsze pokolenie kobiet zabierze Wam prawo do marzeń. Pozwoli już tylko na bycie starym i brzydkim.

            Ale nie martwcie się. My, 50+ już walczymy o to, żeby Was tak nie potraktowano. Nie odstawiano na półki ze starociami. Nie jesteśmy egoistkami. Nie widzimy tylko czubka własnych nosów. Walczymy o obie płcie. Jesteśmy potęgą. W Polsce jest już ponad 6,5 mln nas, czyli 50plus.

            I z całą sympatią ostrzegam. Drżyjcie Wy z klubów – ścia i ści. Nadchodzi era najliczniejszego klubu – klubu –siątek.

 

                                   Życzliwa i nie anonimowa Jolanta Kwiatkowska 50+

 

PS Nie martwcie się młodzi, to o co my walczymy – Wy dostaniecie od Nas w spadku.  

 

                                                          

 


Komentuj(14)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959328
Osób: 1777484

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl