Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Zgubiłam serce i bardzo proszę mi go nie zwracać.
Notatkę dodano:2011-12-08 15:59:06

Mam dość. I krzyczę głośno: „Jestem kobietą”. I jeszcze głośniej: „Nie jestem ZMYWARKĄ” – mimo, że nie mam zmywarki. Będę wchodzić, gdzie chcę, mimo, że „nie dla idiotów”, bo czytam ze zrozumieniem i nie czytam, że nie dla idiotek. Nie chcę, żeby  mi wbijano do głowy, kolejne nowości, typu: „Czarne pozostaje czarnym, a białe – białym” tylko po użyciu jakiegoś tam anty, bo ja jestem po wielokroć za - pro zwykłym czarnym i białym, i nie dam się przekonać, że czarne z anty jest lepsze od pro czarnego. Jeżeli coś tam coś tam „Ożywia umysł i ciało” tylko po to, żebym nie wierzyła w bociany – to ja nie mam zamiaru sobie nic ożywiać. Bo bociany były, są i będą.

 I wyznaję tu publicznie, że zgubiłam serce. I uczciwego znalazcę nie proszę o zwrot za wynagrodzeniem. Bo jako stworzenie bez serca mam jednak żołądek i muszę go, czy chcę czy nie, nakarmić, bo inaczej słyszę dziwne odgłosy składające propozycje nie do odrzucenia.

A co ja mam zrobić, gdy mimo, że nie mam serca, to moje oczy na widok dziecka siedzącego nad talerzem zupy i uszy, słysząc: „Podziel się posiłkiem” same, bez mojego udziału, zawiązują mi żołądek na supeł – a ja skręcam się ze złości, nieuzasadnionej człowieczeństwem wściekłości i już nie czuję się nawet ludziem, ani stworzeniem tylko czymś niczym uzasadnionym – nikim. I co mam zrobić?

Jedyny logicznie nielogiczny wniosek jaki podpowiadają mi moje klepki brzmi nie do przyjęcia: „Czas umierać”.  


Komentuj(11)

-------------------------------------------------------------------


List do Świętego Mikołaja.
Notatkę dodano:2011-11-27 13:56:52

Kochany Mikołaju.

      W pierwszych słowach mojego listu donoszę Ci, że jestem zdrowa, czego o Tobie powiedzieć nie mogę i bardzo, ale to bardzo jest mi przykro z tego powodu. Wiem, że jesteś wiekowym Mikołajem i masz prawo nie słyszeć, i nie widzieć tego, co się dzieje, ale tak dalej być nie może. Przecież Ty jesteś jedynym i niepowtarzalnym Świętym Mikołajem, który przychodzi tylko raz w roku i nawet jak rózgę przyniesie to z nią dla osłody inne prezenty, o które prosi się w liście wysłanym do Ciebie. Czasami nie przynosisz tych naj, naj, naj bardziej wymarzonych, ale ja też i to wiem od dawna, że to nie Twoja wina. Po prostu list do Ciebie nie dotarł, a jak nie dotarł to i skąd miałeś wiedzieć, o czym się marzy? A może dotarł? A Ty jako bardzo mądry wiesz, że nie wszystkim wszystkie marzenia trzeba od razu spełniać? Niektórzy muszą dorosnąć. Inni zrozumieć, że to była zwykła zachcianka, głupota a nie marzenie, które by ich uszczęśliwiło. I że czasami czekanie sprawia, że to wymarzone, gdy już się spełnia, dopiero wtedy umiemy docenić.

            Teraz proszę Cię, żebyś przed dalszym czytaniem tego listu zaparzył sobie melisy i usiadł, bo Twoje serducho może wyskoczyć Ci z piersi i wtedy byłoby – mnie - bardzo, bardzo źle. A nie wiem czy wiesz, że to „mnie” zajmuje dziś miejsce na podium, a to „tobie” jest dziś na szarym końcu.  

            Żeby Cię za bardzo nie „zdołować” w tych tak pracowitych dniach, na razie, dla Twojego dobra i swojego doniosę Ci tylko, że dziś się wielu podszywa nie tylko za wnuków, siostrzeńców itp. żeby wyłudzić pieniądze, ale i za Ciebie. Zakładają sobie takie czerwone czapki „widki” i czasami nawet chodzą w obstawie aniołów. Wszędzie ich pełno. Mamią cukierkami, najczęściej takimi mini, mini, co to nawet smaku ludzie nie poczują i z niedosytu słodyczy rozrzucają papierki od tej namiastki, wszędzie gdzie mogą. Do koszy nie mogą, ale to dlatego, że koszy jest mało a w nich jest dużo takich tam śmieciowych rzeczy.

I Ci przebierańcy sieją samo złooo. Czy Ty wiesz, że już dzisiaj dzieci myślą, że Ty jesteś sklonowany? I że nawet coś tam coś tam się naukowcom nie udało i nawet kobiety są Tobą?

I że to nie Ty dajesz, tym co zasłużyli prezenty, tylko zmuszasz rodziców do kupienia?

I bliskich, znajomych i tych wszystkich, którzy kupują dla innych też? A oni potem mówią,  że to niby od Ciebie a robią taką zadowolono-dumną minę, że od razu wiesz, że to im masz dziękować a nie Tobie?

            I to nie wszystko!!! Ty wiesz, że te wstrętne stwory potrafią nawet oszukiwać na  facebooku? Wykorzystują Ciebie, podpierając się Twoją dobrocią i piszą, że to Ty prosisz o to lub owo dla tych lub tamtych?

            Domyślam się, że już szczerwieniały Ci te kawałeczki policzków, co je widać i czubek nosa zrobił Ci się czerwony. To już kończę, bo boję się, żeby Ci się coś nie stało, bo jakbyś nie mógł zapakować tych prezentów, o które Cię w liście prosiłam, to mnie by zczerwieniało – wszystko.

            W ostatnich słowach mojego listu, napiszę Ci tylko mianowicie to, że wiem, iż masz dobre i duże serce, i wszystkie pieniądze zbierasz na prezenty dla innych, więc nie możesz zadbać o swój wzrok i słuch. Mikołaju! Nie wierz w pisane „nie dla idiotów”, tylko biegnij po swoje. Dziś możesz dostać okulary za darmo, bo niektórzy dają tyle upustu, ile ma się lat, to pewnie Tobie jeszcze dopłacą i starczy Ci na aparat słuchowy.

            Na tym kończę, bo się spieszę, ale pamiętaj: „Łubudubu Łubudubu niech żyje nam Święty Mikołaj, niech żyje nam!” - To mówię ja, a nie jakiś tam Jarząbek.

 

 


Komentuj(16)

-------------------------------------------------------------------


Opowiadanie - podziękowanie
Notatkę dodano:2011-11-07 21:58:40

Opowiadanie „Autobiografia” w cieniu pierwszych – to moje podziękowanie tym wszystkim, którzy nie szczędzili czasu, energii, pieniędzy i serca, i w końcu sprawili, że Lucky – mógł zaadoptować nas i już jako Bard II zostać przewodnikiem rodzinnego stada.

            Myślę, że opowiadanie spodoba się dwunożnym istotom zwierzakolubnym, współżyjącym w naszym wspólnym świecie. Mam nadzieję, że nie tylko im.   

     Po prawej stronie jest okładka i link, który po kliknięciu prowadzi na stronę, na której można pobrać darmowe opowiadanie (bezpośrednio na komputer, też).

 

...... Lucky - fragmenty historii skopiowane z wydarzenia na facebooku.

Ten piesek 2 tyg. temu przybłąkał się do tej wioski. Przeganiany z podwórek trafił do Pana Stanisław R. Jemu zrobiło się żal psiaka i go dokarmia. Sam ma dwa duże psy i żeby tego malamuta nie rozszarpały to je uwiązał na łańcuch. Ale te jego psy cały czas ujadają i szarpią się na tych łańcuchach. Dlatego trzeba go jak najszybciej zabrać z tego podwórka. I tak trafił na dobrego człowieka, ale on mówi, że wytrzyma ten jazgot 2 góra 3 dni. Poza tym wydaje się, że on tego podwórka nie ma zamkniętego, ale psiak trzyma się tam, bo dostaje jedzenie.
Nie wiem czy to jest malamut czy huski, ale jedno oko ma szare a drugie brązowe.
Ten Pan nie ma aparatu ani internetu, więc nie zrobi lepszego zdjęcia. Nie pojedzie też do weta aby sprawdzić czy ma chipa. To i tak cud, że nie przegnał psa tak jak inni, ale dał mu jeść i uwiązał swoje psy.

….Nie mamy pojęcia przez co ten piesek w życiu przeszedł zanim przybłąkał się do mojego kolegi. Na pewno strasznie głodował i to dlatego miał teraz problemy trawienne. Postarajmy się znaleźć mu odpowiedzialny i kochający domek.

……Lucky nie ma ogona. Dlaczego? Nie wiadomo. Ale to nie przeszkadza w niczym, a nawet dodaje temu pieskowi specyficznego uroku. No i stanowi niepowtarzalny znak szczególny. :))
            Patronat nad Lucky’m i jego dalszym losem przejęła Fundacja Adopcje Malamutów w Poznaniu. Nie chcemy, żeby ten biedny psiak po raz kolejny przechodził przez proces przyzwyczajania się, dlatego szukamy domu stałego. Przyszły właściciel musi być to osoba, która nie tylko kocha psy ale i jest odpowiedzialna . Musi wiedzieć, co znaczy mieć malamuta/husky. To bardzo specyficzna rasa piesków, wymagająca odpowiednich warunków i traktowania.  Przyszły właściciel musi być osobą, która zapewni pieskowi u siebie dożywotkę, a to jest młody piesek - ma około 1,5 roku. Wspaniale chodzi na smyczy. Jest radosny, posłuszny, pelen energii. Reaguje na ludzi wielką radością - zarówno na doroslych jak i na dzieci. Inne psy nie stanowią dla niego żadnej atrakcji - traktuje je obojetnie. Z kotami do końca niesprawdzone, ale podejrzewam, że przy małym nakładzie pracy sprawa do opanowania. Rozejrzyjcie się wokół - może znacie taką osobę, dla której Lucky byłby wspaniałym towarzyszem.


Komentuj(14)

-------------------------------------------------------------------


Szkoda,że tak późno. Dobrze, że już.
Notatkę dodano:2011-10-31 14:31:52

     Każdy lubi coś znaleźć. Mnie czasami udawało się znaleźć grzyby - w lesie, rybę – w rzece, gwiazdkę – na niebie. Dużo rzadziej właściwą drogę do sklepu, kina i takich tam nieliczących się w sumie miejsc. Kilka razy udało mi się znaleźć pieniążek. Oczywiście chuchałam i chowałam na szczęście. Czasami tylko chuch pozostawał, bo i pieniążek, i szczęście gdzieś się gubiło, ale mogłam się przynajmniej cieszyć z faktu, że nie byłam egoistką. Co prawda nieświadomie, ale dzieliłam się z kimś, kto jedno i drugie znalazł.

     Gdy byłam małym dzieckiem, czytano mi wierszyki dla dzieci. Niewiele rozumiałam i pewnie dlatego bardzo spodobał mi się ten pt. „Zosia – Samosia” Juliana Tuwima. Szczególnie: „Bo wszystko "Sama! Sama! Sama!" Ważna mi dama!” Też chciałam być damą. Kto by nie chciał, gdy dama jest ważną? Potem wybiórczo zaakceptowałam: „Wszystko sama lepiej wie”, a odrzuciłam: „Wszystko sama robić chce”, bo wcale aż tak głupia jeszcze nie byłam. Co prawda, jak Zosia – samosia,  zjadłam już wszystkie rozumy, ale mama i książka na pewno wiele dla mnie znaczyły. Szkoła, może mniej. Dalej o Zosi samosi było tak: „Uczyć się nie chce - bo po co, gdy sama wszystko umie?”  Uczyć się uczyłam, nawet dobrze, ale długo nie wiedziałam, po co? Czy warto? – też nie wiedziałam. Starsi mówili, że warto, ale oni bardzo dużo mówili i tak niezrozumiale, że: „Kto by się tam uczył, pytał. Dowiadywał się i czytał, kto by sobie głowę łamał, kiedy mogę sama, sama!”. 
     Mądrzy ludzie mówią, a gdy mądrzy mówią, to z założenia musi być to mądre, że uczymy się przez całe życie. Szkoda, że ja tak późno znalazłam w necie Prawo Van Herpena: „Rozwiązanie problemu leży w znalezieniu osób, które umieją go rozwiązać”. Dlaczego szkoda? To proste. Dużo wcześniej bym wiedziała, że nie coca-cola, tylko asertywność to jest to! Czyli, że:

- ma się prawo do swoich emocji, do potrzeb, do życzeń i do opinii.

- ma się prawo do odmawiania, nie raniąc nikogo.

- ma się prawo być stanowczym dla siebie.

        Myśleć o sobie. Kierować się swoim ja. Realizować własne pragnienia, a nie kierować się tylko interesem innych, mimo nacisków otoczenia.

- ma się prawo do odpoczynku. Do robienia sobie przyjemności. Do spędzania wolnego czasu według swoich planów.

- ma się prawo do pomagania wtedy, kiedy nie koliduje to z naszymi czynnościami i możliwościami.

            Mądrzy ludzie mówią też: „Lepiej późno nić wcale” – to i ja za nimi to powtarzam, i powtarzam, bardzo przekonywująco – tym, co wcale nie chcą tego słuchać.

……..  „ Toś ty taka mądra dama?
            A kto głupi jest!
            - Ja sama!”.

……………………………..

 

...nie pozwól, aby inni marnowali

ci życie bardziej, niż to konieczne.

Jonathan Carroll


Komentuj(14)

-------------------------------------------------------------------


Jeden dzień z zycia.....
Notatkę dodano:2011-10-10 14:44:52

 

"Na pograniczu" tak brzmiał temat opowiadań zgłaszanych na konkurs I Edycji Studia Słów zorganizowanego przez Wydawnictwo Papierowy Motyl oraz BAHAMA FILMS. Nie mogłam się powstrzymać, by po swojemu nie skojarzyć "pogranicza". Efekt - poniżej.

 

           

 Dryń, dryń, dryń…- Zrzuciła budzik na podłogę. Dryń, dryń, dryń. Nasunęła jasiek na głowę. Dryń, dryń, dryń. Wsadziła głowę pod poduszkę. Wiedziała, że już nie zaśnie, mimo że nadal przebywała na pograniczu jawy i snu. Cholerny budzik. Dryndał tak głośno, że prawie umarlaka postawiłby na równe nogi. Dusza fruwałaby na pograniczu dwóch światów a ciało w takt budzikowego marszu samo szłoby w kierunku trumny tylko po to, żeby czując seksowną miękkość jedwabiu, znieruchomieć w oczekiwaniu na orgazm z pogranicza chemii i biologii, skutkujący fioletowymi plamami i sztywnością tego, czego akurat ona nie miała. „A czy ja w ogóle coś mam?” z tym od dłuższego już czasu codziennym pytaniem wstała, wyłączyła budzik, zdjęła koszulę i rzuciła na łóżko. Patrzyła na zmiętoszoną kołdrę tak jakby szukała podpowiedzi w jej wypukłościach i wklęsłościach, co jej przyniesie dzisiejszy dzień. Po chwili wzruszyła ramionami i z myślą: „Oby jak najszybciej się skończył” poszła do łazienki. Myjąc zęby, patrzyła w lustro, czekając na chwilę, gdy załzawione oczy pozwolą nie widzieć obcej twarzy. Nabrzmiałych górnych powiek, cieni pod dolnymi i siateczki zmarszczek, od których szły dwie głębokie bruzdy wzdłuż nosa. To nie mogła być jej twarz. Ta twarz musiała należeć do bardzo starej kobiety, a ona miała sześćdziesiąt lat i to dopiero od dwóch tygodni. W czasach jej babci, nawet matki, w tym wieku kobiety już nie żyły - żyjąc na pograniczu przyzwoitości. Przyzwoitym było opiekowanie się wnukami, wyręczanie zapracowanych dzieci w gotowaniu, praniu, prasowaniu i przypilnowaniu domu. Dodatkową przyzwoitością było oddawanie dzieciom emerytury, szczególnie, gdy się z nimi mieszkało. Fakt, że to syn, czy córka wprowadzali swoją ślubną połówkę do domu rodzinnego był oczywistością. Taką samą jak to, że rodzice zamienieni w dziadków, po przyjściu na świat z góry ukochanych wnucząt, oddawali największe pomieszczenie mieszkalne, bo sami już przecież prawie nic nie potrzebowali. Prawie – bo łaskawie pozwalano im chcieć żyć życiem następnych pokoleń. Nieprzyzwoitym było, by starzy ludzie rościli sobie jakiekolwiek prawo do praw należnych młodości. Za to wolno im było wszystko. Mogli sobie pozwalać na  przyjemności. Te, sprawiające radość bliskim młodym. Mogli robić niespodzianki, byle nie sobie. Mogli interesować się modą, by wiedzieć, co kupić lub na co dać umiejętnie wygospodarowane zaskórniaki, które wbrew zdrowemu rozsądkowi, niektórzy marnotrawili, dając co łaska na tacę.

            Narzuciła na siebie szlafrok i wychodząc z łazienki uśmiechnęła się na myśl: „XXI wiek, ale czy tak wiele się zmieniło?”. W kuchni zajrzała do lodówki. Omiotła spojrzeniem półki i szybko zamknęła drzwi. Nie była głodna. Już od dawna nie miała apetytu. Jadła, by żyć, bo na pewno nie żyła, by jeść. Ale czy na pewno by żyć? Kiedyś mówiono, że do życia potrzebne są tylko tlen, woda i jedzenie. W tej kolejności. Brak tlenu to kilkuminutowe pokonanie pogranicza ziemskiego i pozaziemskiego. Brak wody to kilkudniowe dręczące pragnienie by już bez żadnego wysiłku fizycznego przenieść się w czasie na pogranicze nauki i scence-fiction. Brak pożywienia to około miesięczna szansa dla perwersji kostuchy na pograniczu sadyzmu i masochizmu.

            Wlewając wodę do czajnika, patrzyła na rozpryskiwane krople czystej wody. „Z tą prawidłowo czystą, czyli na granicy czystości”, przypomniała sobie oglądany kiedyś program o wodzie. O tym, że chemicznie czysta woda, redstylowana, czy tylko destylowana jest dla człowieka szkodliwa, wiedziała od dawna. W liceum miała świetną nauczycielkę, mimo że nazywali ją „gnojowicą”. Na kółku chemicznym opowiadała różne ciekawostki. Między innymi to, że woda redestylowana potrafi przeżreć rury, którymi płynie. Woda destylowana rozrzedza elektrolity i wypłukuje z organizmu niezbędne minerały do tego stopnia, że po wypiciu pięciu litrów takiej czystej wody człowiek może umrzeć. O tym, że picie wód źródlanych czy mineralnych to balansowanie na granicy zdrowia i choroby, dowiedziała się dopiero niedawno, słuchając specjalistów zaproszonych do naukowego programu w tele.  Większość ludzi już wie, że trzeba sporo pić. Większość pije. Najczęściej wody źródlane reklamowane jako „nieskażony napój matki natury”. Nawet najcichszym marketingowym szeptem nikt nie powie i najdrobniejszym literowym maczkiem nie napisze na ulotce, że to źródlane cudo przyrody może nas przenieść na pogranicze zdrowia i choroby. Wypicie butelki wody źródlanej tylko wypełni żołądek i da świadomościową satysfakcję zrobienia sobie dobrze. Ale dobrze na cienkiej granicy dobrego i złego. Złego dla organizmu, który zamiast pożytecznych składników mineralnych dostał iluzoryczną figę z makiem. Ci zadowoleni, że wlewają w siebie kolejne butelki wody mineralnej wygłuszają zasłyszane zagrożenie, albo usypiają podświadomość lub po prostu wystarcza im poziom intelektu na pograniczu „wiem, że nic nie wiem”. Cieszą się, że mają wolność wyboru. Czy dowolny wybór? Czy ten wciskany, nie tylko z reklam? Nieistotne, najważniejsze, że demokratycznie mogą a nie „nie chcom, ale muszom”. Chcą, to przysysają się krwiożerczo do butelek z wysokozmineralizowanymi wodami, wychodząc z powszechnego założenia, że za te same pieniądze trzeba wyssać jak najwięcej tych cennych dobroci w postaci potasu, sodu, wapnia, magnezu, żelaza i wielu innych pierwiastków. Chcieli to mają to, czego nie chcieli. Przekroczenie granic wieloznacznego pogranicza chciwości, często wspomagane łykaniem wielorakich suplementów to w efekcie kumulacja jak w lotto. Tylko po „lottowej” można zostać milionerem, szczególnie gdy wypełniło i wysłało się kupon, a po skumulowaniu się niektórych pierwiastków w wątrobie lub w nerkach można zostać nędzarzem, bo wszystkie złotówki a nawet grosze odłożone na czarną godzinę pójdą na prywatnych lekarskich specjalistów, by przyspieszyć ratunek.  

            Czekając, aż zagotuje się woda dalej słyszała głos starej „gnojowicy”. Starej, bo nauczycielka była grubo po czterdziestce. Sama też była gruba i wchodząc po schodach dyszała tak, że niektórzy uczniowie z trudem powstrzymywali się od śmiechu. Ale od tego, żeby zakładać się, czy chemiczka dociągnie do ich matury, już nie. No cóż, normalnym było, że starzy ludzie są na granicy być albo nie być. Nienormalnym, gdy umarł chłopak z jedenastej c. Jeszcze bardziej nienormalnym (nienormalność też się stopniuje), że lekarze w jednym z najlepszych szpitali przez parę dni nie wiedzieli, co mu jest i sięgnęli po cudowny bezgraniczny lek – streptomycynę. Wstrząs anafilaktyczny, zapaść i chłopak przekroczył granicę i pofrunął wprost do nieba. Chyba nieba, bo pamiętała, że na pogrzebie rozmawiały z koleżankami, że pewnie jeszcze nie zdążył zasłużyć na piekło. Niektórzy koledzy przy po pogrzebowym piwie w parku wyciągnęli jedynie logiczny wniosek: „Szkoda marnować czasu” i próbowali, co niektóre dziewczyny namówić, żeby zapracowały przynajmniej na czyściec. Ale tylko jedna się zgodziła. Reszta, w tym ona, chciałyby, ale nadal bały się piekła. I nic dziwnego, od dziecka były straszone, co im grozi, gdy będą: kłamać, pyskować, szlajać się z chłopakami, nie chodzić na msze, czy nie daj Bóg, pomyślą o zbereźnościach typu całowanie się z chłopakiem. Młodzież nigdy nie była tak głupia, żeby nie znaleźć jakiegoś wyjścia typu: „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Ona też, chociaż dziś wspomnienie tych sposobów i u niej powoduje ból żeber i brzucha po wyśmianiu się.

             Nalała sobie herbaty i usiadła przy stole, pytając samą siebie pytaniem z pogranicza tych retorycznych: „Swoją drogą, ciekawe, dlaczego przez tyle wieków narzekania na młodzież wszyscy nabrali wody w usta i tylko niekiedy plują kropelkami z: jeden z dwóch pierwszych na świecie młodzieńców był praojcem zabójców. W dodatku „nagrodzonym” przez wtedy jedynego i od razu Najwyższego Sędziego, który uspokajał protoplastę morderców z premedytacją, żeby się nie bał. Nie zostanie zabity przez innych, bo czekałaby ich za to siedmiokrotna pomsta. A żeby mogli rozpoznać wiecznego tułacza i nie zabić go pomyłkowo, dał młodzieńcowi charakterystyczne znamię zwane: „Piętnem Kaina”. Nie pierwsze z tych, które nie przeszkodziło bezwzględnemu zwyrodnialcowi ożenić się, mieć syna, doczekać się wnuków i wieść całkiem dostatnie życie aż do samej śmierci. Naturalnej. Która wcale nie jest pograniczem tej innej, mimo że końcowy efekt jest taki sam. Ale i tak wniosek nasuwa się jeden. O ofierze, która sobie „zeszła” na polu przy pomocy brata nic w zasadzie nie wiadomo. O samozwańczym synu kostuchy dużo się wie, bo i dużo o tym pisano w wielu miejscach różnych ksiąg. Ten schemat jest żywy do dziś a nawet tym bardziej dziś, gdy wszyscy żyją w globalnej wiosce upstrzonej podglądaczami na pograniczu telewizji i Internetu.

            Łyknęła parę łyków chłodnej już herbaty i dopuściła do głosu dawną nauczycielkę chemii dziś wspominaną ze wzruszeniem: „Musicie wiedzieć, moje dzieciaczki, że oddychanie czystym, stuprocentowym tlenem mogłoby was zabić i to w ciągu jednej doby.  

Badania jego toksyczności nadal trwają, ale zapamiętajcie sobie, że skład powietrza jest optymalny do zdrowego oddychania”. Gdy skończyła mówić, Jacek podniósł dwa palce. Widząc, że skinęła przyzwalająco głową, wstał i filozofował po swojemu, czyli najmądrzej: „Pani profesor, z tego, co pani powiedziała, można wyciągnąć wniosek, że najbardziej szkodzi czystość. Czy tak?”. Stał, bo w tamtych okrutnych czasach, w których młodzież musiała szanować nauczycieli, przynajmniej zachowując podstawowe zasady rozmów ze starszymi wiekiem lub doświadczeniem, trzeba było czekać aż nauczyciel pozwoli usiąść. „Dzieciaczku, nawet mądrze to wywnioskowałeś” pochwaliła z czymś na pograniczu grymasu i uśmiechu. Zadzwonił dzwonek. Nikt z uczniów nawet nie drgnął. „Wstańcie. Na następne kółko zastanówcie się czy to żart, czy prawda, że częste mycie skraca życie. Do widzenia” i biorąc pod pachę dziennik, wychodziła z klasy w takt chóralnego skandowania: do wi dze nia.

            Dopiła herbatę i postanowiła jednak coś zjeść tylko po to by „wrzucić do starego pieca trochę kalorii”. Dziś już była pewna, douczając się sama, że zdrowo się nie odżywia, bo nawet gdyby bardzo chciała, nie może. Sprawdziło się przysłowie „Dobrymi chęciami piekło wybrukowane”. Zdrowa żywność jest na pograniczu toksycznej trucizny, fundując wielu tym, którzy żyją, żeby jeść – piekielne męki za życia. Dźwięk dzwonka komórki zagłuszył brzdęk rozbijającego się o podłogę talerzyka z kanapkami, który właśnie wypadł z jej rąk, bo wyrwana z błogiego zamyślenia tak się przestraszyła, jakby tuż przy niej wystrzelono z armaty pogranicznej twierdzy.

            - Halo.

            - To ty?

            - A niby kto?

            - Przepraszam, ale masz dziwny głos. Stało się coś?

            - Stało. Właśnie wypuściłam z rąk talerzyk. Nie dosyć, że się rozbił, to jeszcze odprysk skaleczył mi nogę. Po co dzwonisz z samego rana i straszysz?

            - Z samego rana? Ty wiesz, która godzina?

            - Poczekaj. – Odwróciła się i spojrzała na wiszący na ścianie zegar. – Cholera. Stanął.

            - Dziesiąta piętnaście. Stara już trzy razy o ciebie pytała. Pospiesz się, bo ta młoda małpa jest na granicy szaleństwa. Już prycha pianą. Zamów taksówkę.

            - Nie! – Aż krzyknęła na nic nie winną koleżankę z prawie tej samej półki wiekowej ale jeszcze na pograniczu chronionego prawa wieku emerytalnego. – To ja jestem na granicy wytrzymałości. Powiedz, że biorę dzień urlopu na żądanie. Nie, po prostu powiedz, że dzwoniłam i dziś nie przyjdę.

            - Tak nie można. Umówiłyście się, że będziesz przychodzić do końca. Mówiła, że za należny urlop ci zapłaci.  

            - A powiedziała, że tylko tyle, ile jest na umowie o pracę?

            - Nieee. Naprawdę?

            - Nieee. – Papugowała niedowierzającą koleżankę. - Zachciało mi się skłamać. Wczoraj mi ta gówniara powiedziała, że ma w dupie ustną umowę i że najwyżej mogę z tym iść do Inspektoratu. Jeszcze postraszyła, że jej nic nie zrobią a mnie obliczą podatek i to od czasu trwania umowy, i dodatkowo każą zapłacić odsetki.

            - O kurczę! A to wstrętna silikonowa żmija.

            - To ja ją też mam w d…- W porę się zreflektowała i zgodnie z kulturą wiekową, poprawiła: - W „wielkim poważaniu”, bo szczerze mówiąc szkoda mojej tylnej części ciała na takie gó….- Znów się ugryzła w język i dokończyła: - Na miejsce dla takiej gówniary. – Wciągnęła powietrze, wypuściła i nie słysząc koleżanki, krzyknęła: - Jesteś tam? 

            - Zamurowało mnie. To co mam jej powiedzieć? Nie chcę, żeby wyżyła się na mnie.

Wiesz, jak potrafi bluznąć a ja muszę jeszcze trochę wytrzymać.

            - Powiedz, że nie odbieram telefonu. Nie, jeszcze ci każe brać taksówkę i sprawdzić, co ze mną. Pierwsza myśl najlepsza. Powiedziałam, że dziś nie przyjdę i dodaj, że rozłączyłam się. Rzuci mięsem, ale na mnie. Pa.

            I rozłączyła się. Całą złość wyładowała na zmiotce, bo fajansowe skorupki i składniki kanapek z taka siłą zagarniała na szufelkę, że wypadały z drugiej strony. Z chwilą wkroczenia w wiek ochronny wiedziała, że czeka już tylko na sześćdziesiątkę, żeby przejść na emeryturę. Mogła brać zwolnienia, mogła „wychodzić” rentę, mogła obijać się w pracy – ale nie mogła. Nie umiała. Nie tak wychowali ją rodzice i dziadkowie. Tak samo głupio, bo zupełnie nieżyciowo wychowała swoje dzieci. Dziś tłumaczy wnukom, mimo że słuchając o obowiązkowości, uczciwości, lojalności, prawości i tym podobnych archaicznych pojęciach, patrzą na nią nie jak na zwykłego dinozaura tylko polskiego Prorotodactylusa, a ona czuje się wtedy taka tycia, tycia, prawie na pograniczu niebytu w bycie XXI wieku. Ten czas do emerytury zmarnowała, czekając na kolejny tydzień, miesiąc, rok. Zwlekała się z łóżka, żeby iść do pracy. Kładła się z myślą, żeby już minął kolejny dzień. I tak żyła na pograniczu koszmarnej jawy i bezsennego snu, i żeby nie zwariować w myślach przekraczała granice rzeczywistości i bujała w obłokach, ale mocno ograniczonej fantazji.

            Siadając przy stole, by wreszcie zjeść śniadanie, włączyła telewizor i z przyjemnością patrzyła na młodą kobiecą twarz, i słysząc: Temat konferencji naukowej to: „Kobieta na pograniczu kulturowym miedzy obyczajem, religią, narodowością a kulturą ziem polskich na tle porównawczym” roześmiała się głośno i zakrzyczała mówiącą: „Kobieta na pograniczu, a nie ludzie? To to ma być feminizm? A może parytety? O nie. Dość mam wieloznacznego, w dodatku bezgranicznego pogranicza. Od dziś interesuje mnie tylko sam środek. Tylko centrum i to bez względu na to, czego”. Zadzwoniła do koleżanki z pracy: „Poinformuj szefową, że już mnie nie zobaczy. Pieniądze i świadectwa ma mi przesłać. Powtórz, że dodałam stanowcze: w terminie. A ty wpadnij do mnie wieczorem. Przedstawię ci nową siebie”.

            Poszła do łazienki i twarzy w lustrze zaśpiewała: „Tylko ty z tym światem łączysz mnie, tylko ty rozróżniasz smutki me” i obejmując się tanecznym krokiem w tak śpiewanej piosenki przemieszczała się po całym mieszkaniu: „Tylko ty i więcej nikt, przywracasz życia smak…..” i znów stanęła przed lustrem i dokończyła: „Tylko ty odkryłaś dla mnie znów szczęścia łzy i urok prostych słów”.  

 

 


Komentuj(6)

-------------------------------------------------------------------


Hurrrra, zdiagnozowałam się sama.
Notatkę dodano:2011-09-28 11:01:33

      Od dawna wiem (o, jednak coś wiem), że „punkt widzenia zależy, od punktu siedzenia” . Co prawda kiedyś rozumiałam to tak: „Różne podejścia do tego samego zależą tylko od wieku”. Rodzice wcale nie siedzieli, nawet za kratkami, a i tak mieli inne, i to wielorakie punkty widzenia, całkiem różne od moich. O nauczycielach nie wspomnę. O tych pryszczatych a cudownych chłopakach, też nie. Zdanie: „Zmień swoje podejście do (wielorakiej sprawy)” było całkowicie niezrozumiałym bełkotem. Po pierwsze, z podejściem, najwyżej kojarzyła mi się droga pod górkę – i to nie tylko ta, którą szłam do szkoły. Po drugie, ja nie miałam żadnych spraw. Ja miałam same ważne problemy, wywołujące euforyczne lub depresyjne uczucia, a których ważności nie potrafili zrozumieć ci niesiedzący, wiekowi dorośli.

      Termin asocjacja, kojarzył mi się tylko z młotkiem, którym musiałam wbić sobie do głowy to, czego najbardziej nie lubiłam, czyli jedną z wielu definicji. (A tak na marginesie, to dalej nie lubię tego czegoś, co ma podobno na celu podanie równoważnika terminu nieznanego w terminach znanych????). Asocjacja to zjawisko (zjawiskowy to miał być on i myślenie o tym zjawisku było bardziej interesujące) łączenia się pojedynczych cząsteczek (to była całkiem zrozumiałe, ale wtedy tylko teoretycznie) związków chemicznych (te mnie nie pociągały) w większe agregaty (agregatem, to według mojej mamy, ten mój on – był. Mówiła, że on jest wszechstronie na minusie), spowodowane tworzeniem się międzycząsteczkowych wiązań wodorowych (wiązania tak, ale nie wodo-rowe, tylko amo-rowe). Ale te i tym podobne nawiasowe skojarzenia ułatwiły mi wykucie na blachę nie jednej z przymusowych regułek.

         Gdy doczytałam, albo ktoś mi powiedział (ale nie w szkolnej szkole, tylko w szkole życia), że asocjacja to też, na przykład automatyczne skojarzenie, że światło zielone to idź, a czerwone to stój, zrozumiałam, że stanowczo za automatycznie kojarzę, a co gorsze – kojarzyłam od dziecka.  By skojarzeniowo nie skojarzyć swoich wyobrażeń z czarnym dołem, bawiłam się w to, co lubiłam najbardziej, czyli w tak zwane swobodne skojarzenia, typu dzika kaczka – to kochanka dzika. Zaprzestałam niebezpiecznej zabawy, gdy doczytałam, że według Z. Freuda, wolne skojarzenia , zwane regułą podstawową, tworzą łańcuch skojarzeniowy.

        Już samo to, że znów była jakaś reguła, odstraszyło mnie od skojarzeń, a jeszcze ten łańcuch (ten mi się z niczym wolnym, tym bardziej żadną wolnością nie kojarzył) spowodował, że usilnie starałam się (co tylko czasami mi się udawało) żyć bez żadnych bezsensownych kojarzeń skojarzeniowych. Niestety, licho mnie podkusiło, żeby doczytać, że wypowiadanie tych myśli, które wpadają mi nie wiadomo skąd i po co do głowy, wiążą się z pewnym wysiłkiem. W dodatku ten wysiłek jest konieczny, bym ja wyzwoliła myśli z wszelakich zapętleń, czyli pokonała stłumienie myślowe i przywróciła do pola świadomości, te myśli, od których moja świadomość uciekała.

        Sparaliżowało mnie ze strachu, że tracę zdolność czytania ze zrozumieniem, ale na szczęście, moja zdolność skojarzeń w nosie miała moje tendencyjne zakazy i śpiewająco wybrnęła: „Hulali po polu i pili kakao……”czyli pomyślała o cudownej trzydniowej majówce, na której byłam już na pewno z moim zjawiskiem. Uspokoiłam się (wtedy nie wrzucało się na luz) i dalej sobie kojarzyłam wszystko, z czym chciałam, odrzucając samokrytykę, że jest to bez związku z tematem, a nawet krępująco bezsensowne.

        Niestety do czasu, gdy jakiś nieproszony przebłysk myślowy zagadał: „Lata niby nie było, a nadmiar urodzaju. Znowu obrodziło genialnymi geniuszami. Na wszystkim się znają, wszystko zrobią najlepiej, czego się dotkną zamienią w złoto i zafundują raj na ziemi dla szarych, biednych, nękanych mas, czyli dla ciebie, i ciebie, i ciebie. W dodatku im samym wystarczy tylko satysfakcja z charytatywnej działalności i zasługi pozaziemskie”.

Wtedy poczułam tak silny ból głowy, że oczekiwałam tylko na udar.

        I doczekałam się udaru „dysocjacyjnego”. Od tej pory, mimo że nie chcę, to stety muszę być w stanie zdysocjonowanym. Bezwpływowe emocje wyrzuciłam za drzwi, żeby nie żyć w symbiozie z dokuczliwie przykrymi pasożytami. Zostawiłam tylko te super delikatnie, za to optymistycznie działające. By samej sobie zafundować momenty szczęścia, czyli nie powiększać grupy desperatów, asocjuję się z najprzyjemniejszymi momentami z przeszłości i teraźniejszości. Pamiętając, że umysł i ciało to powiązany system, siadam sobie wygodnie i powtarzam jak mantrę: „Pamiętaj, że ludzie zdysocjonowani analizują sytuację, myśląc o tym, co się dzieje, ale bez zaangażowania emocjonalnego” i spokojnie, bez żadnych skojarzeń myślę sobie to i owo, ale tylko czasami – i to, co czasami myślę – od czasu do czasu tu wklikuję tu, bym nie zapomniała, że jednak myślę. 

 

 

Uśmiech skojarzeniowy.

 

Sms:  Kocham cię i zawsze będę cię kochać!! Chcę być zawsze przy tobie, nie mogę przestać o tobie myśleć, brakuje mi ciebie...

 

 

 

……Twoja babcia

 

 

 

 

 

 

.

 

.

 

 


Komentuj(8)

-------------------------------------------------------------------


Żeby żyć, unikam wszystkiego, co zdrowe.
Notatkę dodano:2011-09-14 14:08:11

 Tyle lat wmawiano mi na wszystkie możliwe sposoby: „Chcesz długo i zdrowo żyć, to zapamiętaj sobie, że nie wolno palić papierosów, pić procentowych paskudztw, patrzeć godzinami w ekran telewizora i przyjaźnić się z wszelakimi używkami”. To „wszelakich” było workiem bez dna. Mieściło się tam wszystko i nie tylko na literkę p.

            Gdy byłam małolatą, to oceniałam, że długo żyją ci około 30- 35 lat a jednak palą, piją i wiele rzeczy na p robią. Nie do zrozumienia było, że 50 latek też jeszcze żył. W dodatku niektórzy z nich, ci żyjący z wypchanego portfela, uważali, że jeszcze mogą….np. jeździć samochodem i to własnym, ale nie z własną córką. Długo żyjące kobiety, czyli te 50 plus były mądrzejsze, bo i bardziej oczytane w tym, co wypada a co nie, gdy już się prawie nie żyje.

            Gdy byłam świeżo pełnoletnią osiemnastką to nie tylko ja, ale i moi znajomi dziwiliśmy się, że 50-latek czytając nekrolog: „Zmarł w wieku 60 -70 lat”, wydziwiał: „Taki młody, mógł jeszcze pożyć”.

Mogłabym to kontynuować, ale po co. I tak wniosek nasuwa się sam. I ja i większość moich nastoletnich rówieśników „długo żyć” rozumiała jednoznacznie: „Chcesz dożyć do 35 lat, to rób to, co oni. Wszystkie starcze banialuki puszczaj mimo uszu, ale w miarę grzecznie, bo starym, czyli tym od 40-stki należy się szacunek, bo tak babcia i mama uczyły”.

            Dziś bardzo wiele się zmieniło. Co tak naprawdę? Jedno. I wcale nie to, że doszło do mnie, że jednak można dłużej niż tamto długo, żyć. Na sto procent zmieniło się to, że jest XXI wiek. I dalej zewsząd torpedują mnie radami jacyś tam bardzo mądrzy ludzie: „Chcesz długo i zdrowo żyć to nie pal, nie pij i zdrowo się odżywiaj”. W księgarniach stosy książek i książeczek, znanych i tych chwilowo znanych na temat: „Jak jeść, co jeść, kiedy jeść i ile jeść”. Wszelakich diet multum, wystarczy pstryknąć pilotem lub wklikać w google: „Zdrowo żyć”. Deszcz, a nawet gradobicie cudownych suplementów spada ze wszystkich stron w każdej aptece lub i gdzie indziej. Trudno, żebym jako inaczej już młoda (mimo, że nekrologów nie czytam, bo musiałabym „wydziwiać”) - inaczej nie rozumiała słów: „Długo żyć”. Dlatego postanowiłam zbliżyć się jak najbliżej do ideału zdrowego odżywiania. Żeby słowa dotrzymać, czyli nie musieć pozbawić się ulubionej używki, zaczęłam od teorii. Pierwsze, co wyczytałam: „Schab bieszczadzki w majeranku” to w rzeczywistości kurczak. W "pasztecie grzybowym” nie ma ani grama grzybów, a "parówki cielęce” powstały z indyka” było tak wciągające, że zaciągnęłam się, dostępną w zasięgu ręki, nikotyną. Po przeczytaniu: „ Smakuje nam nie to, co jemy, tylko glutaminian sodu (E-621), który jest w tym, co jemy” pobiegłam po kofeinową używkę. Gdy doczytałam: „Chemiczny wzmacniacz smaku i zapachu, który z niczego zrobi coś smakowitego na nie jeden ząbek. Jest i tu, i tu, i tam i dlatego może wywołać tzw. "efekt kuchni chińskiej". Pot leje się, przełyk drapie i boli, skóra swędzi a głowa pęka od bólu” poczułam, że spada mi ciśnienie i muszę poratować się leczniczym koniakiem. Leczniczym, bo przy takich objawach nawet lekarze zalecają lampkę tego drogocennego, bo złocistego trunku. Godzinny efekt czytania zaowocował zwiększeniem objętości moich szarych komórek o: E230 dipfenyl, bifenyl - dodawany do owoców cytrusowych. E211 benzoesan sodu - napoje gazowane, majonezy, ketchupy, ser, marynaty, konserwy warzywne i owocowe, sałatki. E249 azotyn potasu - dodatek do wędlin i mięs.

       Poczułam się cała wypełniona chemią. Od rana już zdążyłam wypić zdrowy, naturalny sok, bo sama go wycisnęłam (przy pomocy sokowirówki). Potem zjadłam kanapkę z serem i majonezem, i o zgrozo, drugą z wędliną i z zaostrzającymi apetyt na zdrowe odżywianie, piklami. Odetchnęłam z ulgą, przypominając sobie, że wypiłam zdrowy jogurt w dodatku dietetyczny. Na krótko, tylko do doczytania: „Dietetyczne jogurty, desery, napoje, na których znajdziemy określenie „sugar free” mają dodany aspartam oraz poliole, kryjące się pod nazwami sorbitol, mannitol, izomalt, laktikon, ksylitom. Ich skumulowany nadmiar może być przyczyna biegunki”. Wstałam, pobiegłam do kuchni, zajrzałam do śmieci i….zamknęłam drzwiczki, bojąc się, że podwójnie doczytana nie zdążę zdrowa doczytać dalszych rewelacyjnie zdrowych informacji. Wymiękłam z ogłupienia, gdy przeczytałam, że w Polsce stosuje się trzy formy oznaczania terminu spożycia produktu spożywczego: „należy spożyć przed”, „najlepiej spożyć przed”, „najlepiej spożyć przed końcem”. Dalej czytałam już bez rozumienia: „Rekordzista produkował masło, używając aż 68,7 proc. roślinnych steroli (zamiast tłuszczu mlecznego)! Niektóre tanie przeciery pomidorowe (na opakowaniach nie ma składu tylko jakaś owiana tajemnicą procentowość) mogą być wyprodukowane z marchewki i składników poprawiających kolor, smak i zapach. Kabanosy (kiełbasa z peklowanej wieprzowiny) udaje się zrobić z kurczaka a z kurczaka parówki z cielęciną”.

                Wyłączyłam komputer. Dolałam sobie koniaku i zapaliłam z ulgą, jaką poczułam, gdy uświadomiłam sobie, że dziś według oceny (niestety nie tylko małolatów) mam niepisane prawo tylko dożywać, a nie żyć. Na szczęście mam swoje własne prawa. I jedno z nich pozwala mi mieć różnorakie oceny tam, gdzie ich miejsce. Zrobię sobie dobrze a nie państwu, młodym pracującym, co to tyrają, bym ja miała, za co dożyć, itp. itd. Będę żyć, nadal jedząc, pijąc, paląc i używając wszystkiego, co się tylko da według dietetycznego przepisu na długie życie mojej babci: „Jedz, pij, pracuj, baw się i używaj życia – tylko zawsze kończ w momencie, gdy masz jeszcze trochę niedosytu”.

Stary, babciny dowcip.

Dziennikarz przyjeżdża do miejsca zamieszkania dwóch stuletnich bliźniaków, żeby spytać ich o receptę na długie, zdrowe życie. Przechodząc obok podejrzanej spelunki, przez okno widzi jednego z nich. Wchodzi. Podchodzi do stolika, pytając:

- To pan jeszcze pije?

- Zawsze piłem.

- I pali pan?

- Zawsze paliłem.

- A pana brat też pił i palił?

- Nie, brat nie brał do ust alkoholu, nie palił, nawet nie dupczył.

- Ooo. – Ucieszył się dziennikarz. – To ja zrobię wywiad z bratem. Jest w domu?

- Spóźnił się pan. Miesiąc temu zdrowy umarł.  


Komentuj(13)

-------------------------------------------------------------------


Lato,lato,lato czeka.....
Notatkę dodano:2011-08-28 11:01:40

    „Ale to już było” – ostatnio zamiast czasami myśleć, śpiewam sobie ten stary-jary przebój. Było. No i cóż z tego? W tym roku – nie jestem pewna - było? Czy może jest?

      „Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka….” śpiewałam w maju (jestem z tych beznadziejnie ufnych stworzeń), gdy tylko media ogłosiły – „Mamy lato”. Z wrodzonej przezorności upewniłam się, patrząc na kalendarz, czy rzeczywiście jest. I by być stuprocentowo pewna, spytałam też swoją drugą połówkę: „Jest już lato?”. Oderwał (bo ta druga to u mnie rodzaj męski) wzrok od telewizora na sekundę i spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie, czyli normalnie, tak jak zawsze, gdy pytam go o bardzo ważne rzeczy i kiwnął głową, czyli potwierdził, że lato jest. I kilka sekund później (u płci męskiej „zakumanie”, chwilę trwa) ucieszył się, bo krzyknął: „Hurra! Jest! Jest!”.

Wyszłam z pokoju już prawie pewna, że lato jest. „Prawie” – pozbyłam się, pijąc piwo. Przypomniałam sobie, że gdy z kilku ust, (czyli w tym przypadku z kilku źródeł), słyszy się: „Nie pij więcej, masz dość” to trzeba grzecznie iść – nawet nie prosto, ale do łóżka.

      Mój „mutualizmatyczny” organizm….- mam pewność, że nie „komensalizmatyczny, chociaż biorąc pod uwagę, że zaistniała księgowość kreatywna, to może bilans zerowy nie jest kreatywny? (pomyślę innym razem) – zdążył tylko obejrzeć pokopanych i „wykopać się” z pokoju, gdy ja już wszystko, co potrzebne, zakopałam do trzech dużych, torbowych, podróżnych dołów i ze słonecznym uśmiechem, wyświergotałam: „Lato, lato, lato czeka”. Widząc, że znów patrzy na mnie normalnie, mimo, że nie pytam, świergoliłam dalej: „Razem z latem czeka rzeka, razem z rzeką czeka las, a tam ciągle nie ma nas”. Mój organiczno-połówkowo- ślubny normalnie, czyli z podniesioną ze zdumienia jedną brwią reagował tylko wtedy, gdy słyszał moje mądre pytania. Teraz zdębiał, czyli zamienił się w dąb, objął mnie swoimi konarami i delikatnie zaszumiał: „Tylko nie zrywaj się ciut świt o dziesiątej. Ja już wszystko przygotuję, spakuję i pojedziemy, o której wstaniesz. Zaraz po tym, gdy umyjesz się, zjesz śniadanie, sprawdzisz pocztę i wypijesz kawę”.

      Kochany jest ten jak zwał tak zwał, ale na pewno – mój. (Kto nie wierzy, niech przeczyta dedykację w „Kodzie emocji”, a jeżeli dalej nie uwierzy, to…..wpisać dowolne słowo). I zwyczajną nadzwyczajnością jest to, że był, jest i będzie. Tego jestem pewna, bo znam go ho, ho i jeszcze trochę. Nie lubi zmian. Czasami ma tylko zmienne nastroje. No, cóż, ja też tylko czasami myślę – czyli dobraliśmy się przysłowiowo, jabłkowo. Ale ad rem, czyli do czekającego lata. I do rzeki, i do lasu też.

            Wierzcie mi, albo nie wierzcie, ale ani tu ani tam, lata nie było. Może dlatego, że nie miałam wielu okazji, by go poszukać. Nie mogłam wyjść, bo drzwi blokowała ściana z deszczu. Przeczekałam przymusowy areszt i w pierwszym sprzyjającym momencie postanowiłam poszukać lata w lesie. Lata nie znalazłam, za ta mało nóg nie pogubiłam, ścigając się między trzeszczącymi gałęziami z coraz natarczywiej atakującymi świetlistymi, zygzakowatymi mieczami. Po kilku minutach, gdy już tchu nie mogłam złapać i ledwo powłóczyłam nogami, świsnęło, grzmotnęło tak, że dostałam takiego przyśpieszenia, że nie wiem jak, ale na pewno dobrowolnie, znalazłam się znów w tymczasowym areszcie. Dopiero po trzech dniach i wielokrotnym oglądaniu w tele na wszystkich dostępnych kanałach sprawdzalnych prognoz pogody (gdy był prąd zwykły, a nie błyskawiczny) i słuchaniu o pogodzie w radio, wróciliśmy do domu – bez lata.

      Zawiedziona, że wróciłam z niczym (a szukać i nie znaleźć, nie tylko ja nie lubię) popijałam swój jesienny koktajl. I jak zwykle zadziałał. Jedna z moich już wdzięcznych mi, bo namoczonych klepek szepnęła: „Kanikuła”. Krzyknęłam: „Eureka. Nie ważne, kto ma jaki "zawód". Ważne, że lato nie sprawia zawodu. Jest. – To tylko kanikuły nie ma”. 

  

 

 

 

 


Komentuj(11)

-------------------------------------------------------------------


Oj, Kurzy się u mnie, kurzy...
Notatkę dodano:2011-08-09 13:51:38

 Kurzy się tak, że wkurzanie czynnie zmusza do klikania i to w paru miejscach na raz..

 

 Czytam i czytam, to tu, to tam i....nie wiem, czy zazdroszczę. I nie wiem, czego. Nic nie wiem, ale to mnie nie dziwi, bo najczęściej tak mam. Gdy nie wiem - to powinnam siedzieć cicho (dlaczego jak "mysz pod miotłą" też nie wiem). Nie mogę nie mówić, już tak mam. To chorobliwe, wystarczy "mały" impulsik - a ja wyskakuje i popiskuję. Impulsem było zdanie: "Nie sztuka napisać książkę, nawet super dobrze, prawdziwa sztuka to gdzieś ten test upchnąć i sprzedawać...". Piszczę: Dziękuję, już wiem, co to jest prawdziwa sztuka. Już wiem, że świetnie pisać - pisać każdy może. Dziękuję, to najbardziej budujące słowa, jakie usłyszałam, bo jak każdy - to i ja.

Jaka ja byłam niedoinformowana (czytaj: głupia). Trzymałam wszystkie swoje "świetnie napisane książki" w szufladzie i pukając się w głowę, recytowałam na głos:"Samochwała w kącie stała i wciąż tak opowiadała. Zdolna jestem niesłychanie...". Na pukanie powinien być odzew, przynajmniej, gdy za drzwiami, do których pukamy, ktoś jest. Trudno, żeby (w mojej) głowie ktoś był. Odpowiadała mi martwa cisza, która świdrowała w uszach. Jednoznacznie, ale używając maksimum pytań, wykrzykników i jedną, jedyną kropkę. I już wiedziałam, co mam zrobić. Zamknąć szufladę na klucz i iść pisać „Kod emocji”. Napisałam. Chowając do szuflady mało nie upadłam, bo „coś tam coś tam” (pewnie „Jesienny Koktajl”) zakręciło mi w głowie. Nie upadłam, ale coraz większe zamroczenie powodowały słyszane „duszne” słowa: „Chciałbym odebrać prawo (tu jakieś rozszerzająco- zawężone określenie) wielu osobom, nie tylko kobietom” i usiadłam, słysząc: „Nie jestem magikiem, nie znam się na cebuli” i po chwili „Gdyby w wodzie były ryby, to by wędkowanie było bez sensu”. Wolno siadałam, szybko się zerwałam i krzycząc na cały głos: „Nie chcem, ale muszem” pobiegłam wprost do komputera. I było mi „Tak dobrze, że aż źle”. Po godzinie pliki z tekstami falowo eterowo, czy jakoś tak, znalazły się tam, gdzie ich miejsce. Dziś już wiem, że dokonałam połowę prawdziwej sztuki. „Sztu” – upchnęłam w poczcie wydawców. Wiem też, że z drugiej połowy narazie tylko „k” dostałam, ale i tak się cieszę, że nie wszyscy wymownie milczeli: „Spierd….”. Nie miałam już wyjścia, musiałam „Rozsypać wspomnienia”, by z końcem roku odkryć „Pułapkę Nowego Roku”. Dziś już nie dam sobie wmówić, że „białe jest bielsze” a dobrym, mniejsze zło. Dlatego popełniłam „Przewrotność dobra”. Przewrotności nikt przewrotnie nie chce. Aż strach się domyślać, dlaczego? Wolę nie wiedzieć. Ale mam prawo wyboru, więc wybrałam sobie „do wiedzenia” te słowa:„Wiedziałem, kiedy przyjść, odejdę w porę, a Wasz problem to to, że nawet jeszcze nie zacząłem” i powtarzam je sobie. I fruwam w marzeniach. I cieszę się wszystkim. I wierzę w to - bo chcę. Gdy chcę – to muszę. Gdy muszę to – nie mam wyjścia. I już.

 

 

 


Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


Krwiożerczy nastrój.
Notatkę dodano:2011-08-07 13:05:53

    Ostatnio wklikałam o moich nastrojowych chwilach. Ostatnio, przy pomocy trąb powietrznych pojawiam się w domu i znikam. Ostatni (bywszy już) numer e-magazynu „Czytam” wydawany przez Granice. pl pachnie wampirycznie. Niestety jest bardzo drogi. Kosztuje całe 2 zł. Ostatnio mam wyjątkowo „krwiożerczy” nastrój. Postanowiłam się wyładować, oddając swoje trzy grosze.                        

 

Nieprzewidziany efekt połączenia trupa z pilotem. 

           

            W domu cisza brzęczy w uszach. Ja sama, a roboty na trzy. Praca biomedyczno- fizyczno-chemiczna. Czyli i skupienie, i wysiłek, i smród. Biomedyczna, bo w moim kuchennym prosektorium leży już na desce sekcyjnej gęsi trup, którego własnoręcznie późną nocą wyjęłam z domowej kostnicy i nie wiedząc, co z nim w godzinie duchów zrobić, zanurzyłam go w formalinie solnowodnej, by odleżał swoje, po czym wyszeptałam kołysankę: „Pomyślę o tym jutro” i poszłam spać. Ale dziś jest właśnie to jutro, więc musiałam go wyjąć i własnymi okami dokonać oceny organoleptycznej i ręcami usunąć zidentyfikowane ciała obce i nieobce, żeby zrobić miejsce na włożenie balsamujących przypraw i ziół. Potem ciężko napracowałam się fizycznie. Okazało się, że depilacja pincetą gęsiowych zwłok wcale nie jest delikatnym zajęciem. Później prosektorium zamieniłam w pracownię chemiczną, niestety niewyposażoną w dobrze działające digestorium. I mam za swoje. Łeb mi pęka od strasznego smrodu zezwłoka przypalanego nad gazem, bo nie wszystkie dudki zanurzone w skórze udało mi się wyciągnąć. Z morderczym błyskiem w oczach krzyknęłam: „Leż ty trupie i nie waż mi się ruszyć z miejsca”. Dźgnęłam go jeszcze parę razy igłą, żeby zaszyć mu nafaszerowany brzuch i padłam omdlała na krzesło.

            Palcem z krwią pod paznokciem nacisnęłam nieżywego pilota, żeby ożywić gadające pudło, które stało, milcząc. Aż wzdrygnęłam się od potwornego wrzasku. Patrzyłam na „pszczołowate stwory”, które machały ludzkimi rękami i nogami, wydając przy tym rozdzierający krzyk. Żądlący ból przeszył moją rękę. Po chwili swędziały dłonie i stopy. Gdy poczułam, że twarz mi puchnie i nie mogą przełknąć śliny, stuknęłam w guzik pilota. Znów do moich uszu wbił się ogłuszający ryk wydobywający się z wielu gardeł i trup za trupem ścielił jakieś łąki, podwyższał pagórki i wypełniał dołki. Jęki, krzyki, wycie. Czując, że coraz płyciej za to coraz szybciej zaczynam oddychać a krew z głowy ucieka mi nie wiadomo gdzie, bo i twarz mi pobladła, i zziębły kończyny górne i dolne, znów stuknęłam w pilotowy guzik. Tym razem było prawie cicho. Prawie, ale za to efektywnie. Jeden, za to niewyobrażalny tonacyjnie okrzyk, trzy machnięcia nogami i pięć ciał z krwi i kości zmieniło się w nieruchome, szmaciane kukły. Grubą szyję następnego puszystego dryblasa ścisnęło pięć delikatnych, męskich paluszków, powodując, że z wielgachnej głowy patrzyły na mnie wybałuszone ślepia. Po chwili mikrus facet podniósł to cielsko do góry a ja widząc drgawki wszystkiego, co miało to dryblasowate ciało, poczułam, że robi mi się zimno. Trwało to moment, bo jednocześnie z zobaczeniem znów podkradającego się, kolejnego olbrzyma, mikrus rzucił ostatnie drgawki na ziemię. Usłyszałam jeden wielki plask i po sekundzie trzask kości kolejnego kręgosłupa szyjnego. Zobaczyłam odrażający widok patrzenia wyłupiastych oczu dryblasa na własną tylną część ciała. Poczułam, że jestem mokra od potu. Stuknęłam w guzik pilota. Zainteresowała mnie sama głowa wystająca z zasuniętych szczelnie szklanych drzwi, ale w momencie, gdy poturlała się po podłodze a krew rozbryzgała się po szybach, tworząc abstrakcyjne szkaradnie makabryczne malowidło, zrobiło mi się słabo i dusząc się, wyłączyłam pilota, trzasnęłam nim o podłogę i zerwałam się z krzesła.

            Ostrym szarpnięciem wyciągnęłam wtyczkę od telewizora wraz z całym kontaktem i zaczęłam kichać od unoszącego się delikatnie ścianowego pyłku. Starając się uspokoić, wolno wciągałam zatrute powietrze wypełniające całą kuchnię, a wydychałam coś śmierdzącego piekielną siarką. Na szyi czułam zaciskającą się pętlę. Przed oczami migały mi krwiste plamy przybierające postać rozczłonkowanych zwłok. W lewe oko wbijał mi się czerwony szpon, w prawym oku czułam łokieć odciętej ręki. Usta zatykał mi spuchnięty, siny jęzor, wystający niewiadomo dlaczego z pustych oczodołów.

„Dość!”. Krzyknęłam i na wszelki wypadek rozjaśniłam ogarniające mnie ciemności: „Dość paraliżującego, odgrzewanego po wielokroć trupiego jadu!” i zebrawszy pogruchotane członki trupiego pilota, pobiegłam do mojej specjalistycznej szuflady. Wrzuciłam te pokiereszowane, poobijane i rozdrobnione pozostałości ukatrupionego niewinnego pilota na dno i na sam koniec, przykrywając wszystkimi zaszufladkowanymi różnościami.

       To jest wyjątkowa szuflada, a w zasadzie jej zawartość. Jest tu wszystko to, co wrzucam, bo może się przydać. To, z czym w danym momencie nie mam, co zrobić, a coś jednak trzeba coś z tym zrobić. Albo to, co jest super ważne i niezbędne, ale ja nie mam czasu pomyśleć gdzie to zakamuflować, potem zawiązać supełek, żeby pamiętać, co to było i drugi – gdzie jest, gdy będzie potrzebne, a przed tym poszukać czegoś, na czym można by te supełki zawiązać. Zatrzaskując szufladę byłam już pewna, że przed wyciągnięciem wtyczki, podjęłam słuszną decyzję. Przestaję płacić abonament za coś, za co już dawno i to wielokrotnie zapłaciłam. Od kiedy – jeszcze nie pomyślałam, bo w międzyczasie podjęłam już następną: przestaję oglądać zmumifikowane starocie a zaoszczędzony czas wykorzystam na czytanie książek. Utwierdziły mnie w decyzji samo wchodzące do moich komórek mózgowych myśli: „Taki natłok molestowania psychicznego odgrzewanymi kotletami może nie poprzestać na bólu i dotychczasowych objawach. Możesz popełnić zbrodnię doskonałą. Zabijesz sama siebie. I to na śmierć. Dwukrotnie, bo po popełnieniu morderstwa, odnajdziesz zwłoki. Inteligentnie, bo z wyjątkową dociekliwością i pedanterią poprowadzisz śledztwo i doprowadzisz do ukarania samej siebie. I nie ważne, że zabijesz swoją, a nie inną osóbkę. Ani to, że usprawiedliwi cię wchłonięcie zwielokrotnionej ilości substancji psychoaktywnych. Nawet nie to, że morderstwo z premedytacją popełnisz w stanie silnego wzburzenia. Ty i tak nie będziesz dla siebie łaskawsza niż sądy, biorące co możliwe i nieprawdopodobne pod uwagę. Sama siebie skażesz na śmierć przez uduszenie, poćwiartowanie, spalenie i utopienie za to, że dokonałaś crimen laese maiestatis. Niegodną rękę podniosłaś przeciw najwyższemu, czyli najważniejszemu majestatowi. Zgładzenie własnej dostojności, okazałości a w dodatku jedynie słusznego autorytetu cechującego się unikatową inteligencją emocjonalną i charyzmą, zasługuje na wieczne potępienie w ogniu piekielnym.

            Stojąc przy zamkniętej szufladzie zrozumiałam, że moją łodzią ratunkową może być tylko szybkie zdiagnozowanie objawowego zamierania. Świadoma jestem (przynajmniej na tyle), że zdawałam sobie sprawę, iż tego nie zapewni mi wykręcenie numeru do pogotowia, podanie wszystkich danych i symptomów, dyskusja czy nie mogę iść do pierwszego kontaktu lub zamówić lekarza z przychodni do domu. Sięgnęłam po znany i w moim przypadku super skuteczny sposobów. Zaczęłam palcem kręcić koła ratunkowe na czole i po kilku już ruchach myślałam z prędkością światła i błyskawicznie się zdiagnozowałam niczym doktor House: „Wszystkie objawy prowadzą do jednego. Wstrząs anafilaktyczny, który przebiega bardzo gwałtownie i może doprowadzić do utraty przytomności”. Od razu wywnioskowałam: „Jedynym skutecznym lekiem, który może wyrwać ze szponów kostuchy jest hormonalne pobudzenie” i zaordynowałam: „Podać maksymalną dawkę adrenaliny”.

            Biegnąc do apteczki, potknęłam się, uderzając zmartwiałym już czołem o kant szafki i po chwili, przez łzy, dostrzegłam plamy opadowe na moim przedramieniu. Na pomoc przyszły świeczki stojące mi przed oczami, oświetlając mi kierunek. Zrobiłam zwrot i biegiem przemieściłam się do regału, gdzie na półkach stoją w papierowych opakowaniach fiolki, tabletki, ampułki z życiodajnym specyfikiem. Kryminał? Horror? Nie, tym razem może się okazać, że mają za mało adrenaliny w adrenalinie. Potrzebuję zwielokrotniej dawki. Złapałam się pierwszego z brzegu thrillera i ledwo żywa padłam na kanapę. Wiedząc, że adrenalina podana dożylnie działa szybko, ale krótko, wchłaniałam całą sobą tę książkową postać leku ratującego mi życie. Z każdą sekundą czułam przyspieszone bicie serca. Moje ściśnięte oskrzela rozszerzały się, ułatwiając i przyspieszając życiodajne oddychanie a ja  cieszyłam się podwójnie. I tym, że żyję i tym, że nie marnuję czasu na mumiaste tele, tylko czytam thriller, o którym piszą w „Czytam”.  

 

 



 

 

 

        


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959601
Osób: 1777756

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl