Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Zwielokrotnione Ja recenzujące chwilą.
Notatkę dodano:2011-07-16 15:02:04

Moje czytanie, słuchanie, oglądanie - bez „recenzenckich zapędów”, za to z nastrojową chwilą.

 

 

     Jak już kiedyś się przyznałam cierpię na osobowość mnogą. Tę schizofreniczną wieloosobowość zdiagnozowałam u siebie zaraz po uzmysłowieniu mi przez myślowe klepki,  że szkolna nauka: "ja - to zaimek osobowy, liczba pojedyncza” nijak się ma do tego życiowego. Zaraz – u mnie trwało jakiś czas. Jakiś – to logicznie rzecz biorąc (wg mojej pokrętnej logiki) oznaczać może i minutę, i nieskończoność.

     Ja - jest najczęściej liczbą mnogą, czyli rozumnie rozumując i zaimkiem wielokrotnym. Ja, jest wielorakie: Ja, takie dla siebie i Ja, w ocenie innych. I tu mnożą się oceny a wraz nimi przybywa - Ja. Spróbowałam policzyć:

- ocena rodziców – czasami nie do przetrawienia dla naszego Ja, szczególnie, gdy ma się naście lat (całe szczęście, że rodzicieli tylko dwoje).

- dziadków (już czworo) - przeważnie Ja jest naj, naj, naj cacy, rzadko be.

- nauczycieli - wielorakie multum biorąc pod uwagę lata nauki i ilość przedmiotów.

- koleżanek – Ja, rośnie lub kurczy się w sobie, najczęściej w zależności od ciuta. Czy tych ciut brzydszych, czy ciutek ładniejszych.

- kolegów – ocena albo zmienia ja w dno rozpaczy, albo we fruwające olbrzymiaste szczęście zapominające o całym świecie, albo – nie ma Ja, jest tylko wielka kupa ogromniastego nieszczęścia, wiedząca, że na tym okropnym świecie nie ma dla niej miejsca nawet w pojemnikach na zwykłe psie kupki. 

- znajomych - tych, co byli kimś więcej niż koledzy, lub tych co już byli partnerami, ale jeszcze nie na stałe, tego, co już awansował na drugą połówkę (liczony podwójnie tzn. po degradacji jednego awansował drugi, bo za wakatami, w tym przypadku, nie przepadamy).

- teściów, dzieci….

Starczy, bo i tak już się pogubiłam w ilości ocenowych Ja.  

            Wracając do głównego tematu, jasne jest, że te zwielokrotnione Ja mają swoje uszy, oczy i swoją odrębną wrażliwość. Jedno Ja przeczyta recenzję: „Dzieło ponad czasowe”. Drugie patrzy, patrzy i nic nie widzi. Albo słucha, słucha i nie mogąc wyjść (tzn. może ale nie wypada wypaść) wścieka się na siebie, że na wszelki wypadek nie zabrało stoperów (czasami nawet stoperan by się przydał, bo na genialność rzępoleniowych decybelowych dźwięków  reaguje alergią brzuszną). Innym razem jedno ja po przeczytaniu: „Najlepsza komedia polska ostatnich lat” lub „ Świetny kabaret” biegnie galopem tam gdzie tą najlepszą świetnością może poodychać. Po chwili jest zmuszone trzymać mocno za mordę podczas całego seansu drugie Ja. Za wyparzony pysk tego Ja, które ma chorobliwą skłonność reagowania słowem na słowo, szczególnie, gdy to słowo jest jednym z nielicznych słów spadających jak grad wielkości kurzego jaja na uszy siedzące na widowni. Np. słyszy: „k…., k….., k…. i  gdyby nie spacyfikowany pysk odwrzeszczałoby głośno: „k…., co to ma być, k…..”. Wtedy pierwsze Ja musiałoby pchane wstydem wstrzymać oddech, zerwać się i przepychając się miedzy kolanami biec do wyjścia w takt jednak urozmaiconej muzyki aktorskiej słowami: pier…., spiep…..”i przy: „zajebiste” wypuścić powietrze już na zewnątrz.

            Dlatego ja swoje wielorakie Ja traktuję demokratycznie, bo już mogę. A mogę, bo czasy szkolne za mną. To jest jeden z największych plusów tak zwanego starzenia się. Tak zwanego, bo starzeć się nigdy nie miałam zamiaru i nadal nie mam. Czas szkolny i dzisiaj za nic ma demokrację i dalej panuje „zamordyzm” w szablonowym temacie: „Co poeta miał na myśli?”. To już mnie nie dotyczy, czyli Ja swoim zwielokrotnionym ja – daję wybór, nie czytając recenzji. Co oznacza tylko tyle, że czytam je ale bez zrozumienia tego, co recenzent

(czasami „streszczant” lub „bezmyślny papugacz”) miał na myśli. Te liczne Ja wybór mają bardziej niż demokratyczny, bo nie muszą wybierać między mniejszym a większym złem. Mają prawo kierować się tylko własnymi zmysłami, w które właśnie po to wyposażyła je matka natura. Oczom spodobał się „jeleń na rykowisku” to zawiśnie na ścianie. Małżowiny zafalowały miłośnie, słysząc rzewne skomlenie – to portmonetka bez żałosnego westchnienia wysupła parę złotówek. Z kartkowanych stron wysypały się przemawiające akapitki – książka wraz z odpowiednim ja, opuści swoje półkowe miejsce, bez zbędnego brzęczenia za a nawet przeciw przy wyjściu na świeże powietrze.       

            To, co powyżej napisałam mało ma wspólnego z początkowymi słowami: „za to z nastrojową chwilą”. Ta nastrojowa chwila to zupełnie co innego u mnie znaczy. To coś takiego, które właśnie w konkretnym momencie (czarna dziura, otchłań rozpaczy) krzyczy: „Ale szmira, dno, tandeta, kicz….” by za jakiś czas wyśpiewywać: „Cudowne, wspaniałe, szczyt rozkoszy nad rozkoszami i to wieloznaczeniowymi”. Oczywistością jest, że obiekt krzyku i śpiewu jest ten sam.    

            Dlatego już nie sugeruję się żadnymi opiniami czy recenzjami. W przypadku książki: okładką, tytułem czy grubością. Biorę do ręki, bo zmusza mnie do tego „cosiowate ja”

( więcej o moich lub nie cudzych cosikach może wklikam innym razem, a może i nie). Potem spędzam z książką mniej lub więcej czasu w zależności od nastroju (to na pierwszym miejscu) i treści. Są chwile, gdy potrzebuję poczuć się znów w krainie baśni, która kończy się szczęśliwie a mnie pozwala naładować akumulatory. Innym razem potrzebuję odskoczni od niezbyt przyjaznej rzeczywistości i przenoszę się w świat fantazji. Niekiedy nie mogę sobie poradzić z własnymi problemami. Wtedy sięgam po książkę obyczajową, w której szukam podpowiedzi lub czasami zwykłego ułomnego pocieszenia (kto tak się nie pociesza, niech rzuci kamieniem, ale w siebie), że inni, nie ważne czy fikcyjni czy realni, mają dużo gorzej.

W chwilach, gdy mam ochotę zadusić własnymi rękami (nie ważne kogo), sięgam po kryminały. Gdy to nie zadziała, to wcielam się w horrorystyczne wampirzyce i czuję jak z moich krwionośnych naczyń spływa cała nagromadzona żółć a na jej miejsce wpływa krwista, zdrowa, koniecznie czerwona (a nie błękitna) życiodajna ciecz.

            Naklikałam się tak, że aż mnie opuszki palców bolą a wystarczyłoby: „To się lubi, co się lubi i nic nikomu do tego”.


Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


Myślenie „filozoficzno-klepkowe”
Notatkę dodano:2011-06-27 10:30:37

     Dziś chwilę pomyślałam filozoficznie, chcąc sobie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego coraz trudniej mi rozumieć?”. Z wiadomych względów nie może mnie zadowolić oczywiste pokrzepienie: „Ciesz się, że jeszcze widzisz i słyszysz”. Widzę? Może i tak, ale często nie dowierzam, czy to, co widzę, to jest to, co chciałabym zobaczyć. Identycznie ze słyszeniem. Coraz częściej łapię się na tym, że jednym uchem wpuszczam, drugim wypuszczam i w efekcie od przeciągu bolą mnie uszy. I nawet nie mogę ponarzekać, ani wykrzyczeć: „Zgłupiałaś, siedzisz w przeciągu to masz za swoje”. Głupieć, głupieję, ale jeszcze nie na tyle, żeby samej sobie wymyślać. No, proszę, znów skłamałam, a mama uczyła, że to nieładnie. Prawdą jest, że tak głupia, żeby samej sobie „puszczać” wiązanki, to byłam jeszcze dwadzieścia, piętnaście lat temu. Potem zmądrzałam, przynajmniej w sprawie bukietów z czerwonych róż dostarczanych anonimowo kwiaciarniano-gońcową pocztą.  

     Ze szkolnych lat zapamiętałam, że żeby zrozumieć, trzeba myśleć. Żeby myśleć, trzeba wiedzieć, co to znaczy myślenie. Np. to, że myślenie o myśleniu to meta-myślenie, bez którego tylko wydaje się nam, że posiadamy na własność osobistą samoświadomość. Ja wielu rzeczy na własność nie mam i nikogo za to nie obwiniam, nawet siebie. Widocznie tylko mi się wydawało, że solidnie, sumiennie i wydajnie pracowałam a naturalnym jest, że z wydawania nic na koncie nie przybyło. Samoświadomości, w trudzie i znoju, na pewno dorobiłam się, o czy świadczą odgniotki, nagniotki, odciski, odleżyny i (pal sześć, za ważne, żeby ukrywać dowód zamożności) zmarszczki. Z pełną świadomością postanowiłam poświęcić drogocenne chwile na pomyślenie o moim braku rozumienia słów. I tu niespodzianka. Od razu zaświtała mi jedyna trafna odpowiedź. Wiadomo, że dziś modne jest używanie obcych określeń. Na pewno  większość mówców internetowo zajrzała do słownika wyrazów obcych. W pośpiechu przeczytała: „solilokwium to mówić samemu” i dumna z siebie, że w dyskusjach stosuje od dawna solilokwium, wklikała bardziej interesującą stronę. Ja, mając tyle czasu do niezmarnowania, doczytałam: "sceniczna rozmowa z samym sobą" i od dłuższego czasu gadam z jedynym, mądrym człowiekiem, przeważnie przy kawie, czasami (jak ja uwielbiam to „czasami”) przy czymś bardziej rozwiązującym języki. Mój języczek (tej głupszej) i Jej jęzor, tej zawsze mądrej.

     Przypomniałam sobie też, że muszę skierować tok myślenia na podstawowe własności myślenia. „Uogólniać uściślająco uwielbiam” pomyślałam i machnęłam ręką. „Abstrakcyjnie kojarzyć jak najbardziej” – znów ręka w ruch. „Subiektywnie wiązać pojęcia. O tak!!!” – machnęłam i aż się roześmiałam z zadowolenia, że to powiązywanie, zawiązywanie i supłanie tak łatwo udowodnić.

     Siedzi blondynka w kawiarni i co chwila macha ręką, jakby strząsała rtęć w termometrze. Po chwili śmieje się na cały głos. Znów chwila ciszy, machnięcie i perlisty śmiech. Kelner, który obserwował ją od dłuższego czasu nie wytrzymał, podszedł.

         - Przepraszam, dlaczego pani, co chwila macha ręką? Mogę w czymś pomóc?

         - Nie, dziękuję. Po prostu opowiadam sobie bardzo śmieszne dowcipy i dlatego się śmieję.

         - A machanie?

         - No widzi pan. Co opowiem, to od razu przypominam sobie, że ten kawał już słyszałam.

         Właśnie tak było u mnie. O tych podwalinach myśleniowych dawno wiedziałam, ale też brzmiały rozweselająco. Do czasu, gdy zamiast kelnera podeszła do mnie z znienacka wcale niezaproszona, w dodatku udająca zdrowo myślącą, myśl: „Myślenie, to zbyt trudna sprawa, żeby każdy dyletant mógł się tym zajmować. Ale każdy sądzi, że potrafi myśleć i myśli bez żadnych zahamowań”. Tego było za wiele. Aż taką masochistką nie jestem. Czas na myślenie skończył się i już. Bezmyślnie oceniłam: „Należy mi się nagroda

pocieszenia”. A jak już wszyscy moi znajomi wiedzą, dla mnie najlepszym wieńcem laurowym jest uśmiech, to sama go sobie wręczyłam. 

Siedzi baca na przyzbie, podchodzi turysta:

- Co robicie baco?

- A tak sobie siedze i myśle.

- A to wy zawsze tak ?

- Nie, ino jak mam czas.

- A jak nie macie czasu ?

- To sobie ino siedze.

 

 

 

 

 

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Moje minusy przerabiane na plusy.
Notatkę dodano:2011-06-09 11:42:35

    Czwartkowych obiadów u króla Stasia nie pamiętam, ale czwartkową „wywiadową”

(http://pisanyinaczej.blogspot.com/2011/05/czwartkowa-kawa-z-jolanta-kwiatkowska.html)

kawę z Piterem Murphy muszę, co było już dla mnie oczywistością od razu po słowach Pitera: „……wyczuwa się, że masz duży dystans do siebie”. W tym momencie ogłuszył mnie przeraźliwie fałszywy śpiew dochodzący z wnętrza mojej głowy. Przepiłam kawą (bo nic innego nie było) suchy skurcz krtani i wydusiłam z siebie ogrom pretensji: „Dystans do siebie? Piotrze coś ty najlepszego zrobił? Rozmawiam z Tobą, a moje klepki śpiewają: „Dziadek spał, dziadek spał. A babcia nie spała. Bo dziadek nie wiedział, czego babcia chciała” i wystukują „bugi-ugi, dżez!” o wielorakim dystansie. Chcąc nie chcąc, będę musiała znów zmęczyć palce, żeby wklikując myślówki na blog, pozbyć się tego upiornego hałasu”. .

     Od tamtego spotkania dystansowa oczywistość taką mi wywierciła dziurę w głowie, że teraz już prawie pustą bolącą głowinę byle rozklekotana klepeczka doprowadza do szału. Czy ciągle pusta może być prawie pustą? Może, bo co do jednego i drugiego to moja subiektywna dystansowa ocena.

     Kiedyś ktoś tam, gdzieś tam, uczył mnie, że dystans jest (jak wszystko zresztą) wieloraki, bo dotyczy zarówno odległości w metrach, sekundach a nawet w jednostkach przestrzennych. (jakich, tych ostatnio przestrzennych, nie pamiętam, bo to bardzo dawno temu było i już a nie mam siły zasypywać pytaniami prof. Google). Definicja dystansu torowego była prosta jak drut, bo wymierzalna przy użyciu przymiaru liniowego w poziomie, w pionie a nawet w skosie. Dystans czasowy to pikuś nawet bez zegarka. Ale w niedługim czasie dotarło do mnie, że szeroko dystansowo nic nie rozumiem. Taki np. dystans społeczny stał się w ogóle nie do przełknięcia, gdy okazało się, że:

- partnerzy, narzeczeni, mężowie itp. stwory męskie zapewniają sobie od razu z otwarciem drzwi do domu niepodważalne prawo do dystansu społecznego w stosunku do partnerek, narzeczonych, żon itp. stworków (ślicznych, czarujących, kochających itp.) żeńskich. 

- kobieta do kobiety, żeby porozmawiać (najczęściej) podchodzi blisko. Do przyjaciela ciut bliżej (czasami duży, ale to nie w celu rozmowy) niż do zwykłego znajomego a nawet niezwyczajnego kolegi.

- mężczyzna do mężczyzny (najczęściej) zbliża się tak, żeby byli przynajmniej o trzy szpilkowe kroczki kobiece – oddaleni.  

     Po doczytaniu, że rodzice najczęściej rozmawiają z dziećmi właśnie w dystansie społecznym, czyli w takiej odległości jak obcy sobie ludzie, stanęło mi coś w gardle i ani w tą ani w tamtą nie chciało się torowo zdystansować. Brak dostępu świeżego tlenu zaskutkował niedotlenieniem moich szarych komórek (to minus) i już tylko cicho (to plus) myślowo stękały: siła rzutu zdystansowanej zamożności wykształceniowej jest mniejsza od siły wyrzutu zamożności materialnej, pomijając zamożność stosunkową i najwłaściwiej wazelinowo opcjonalną. Chłodny dystans może zablokować oficjalność, ale tylko ostrożny, bez emocjonalny stosunek może pomóc wspiąć się do drabinowego nieba i zaowocować stanowiskowo-karierową gwiazdką z tegoż.

    Niby słuchałam, ale bezdech musiał spowodować zczerwienienie mojej twarzy, bo chyba nie podświadomość szepcząca coś o dystansie „odstępnym”: „ Człowiek myśli, że został wydymany na centymetr, a tymczasem już go wydymali na wiele metrów”. Zdawałam sobie sprawę, że jeszcze kilka sekund dystansu czasowego a doświadczalnie doznam dystansu przestrzennego pozaziemskiego. Rozglądając się w panice za antydystansową pomocą spojrzałam na telefon: „No tak, zadzwoń do przyjaciela (plus)”. Od razu: „Bezsens, słowa nie wyduszę (minus). Potrzebuję innego koła ratunkowego (plus za logiczne myślenie, minus za brak pomysłu)”. Bezmyślnie zamknęłam wytrzeszczone gałki oczne i przed oczyma zobaczyłam czarny tunel, na końcu którego paliły się jasnym światłem żarówki z krwistoczerwonymi napisami: odstęp, oddalenie, przestrzeń, przestworze, dal, wolne miejsce…… Stojąc w miejscu, zmniejszałam torowy dystans do jasności. Moje ręce złapały się tej święcącej na samym końcu. Zaparłam się, uchyliłam powieki i wielki napis LUZ wniknął we mnie, po czym sam wrzucił na luz, przy okazji mnie waląc w plecy tak silnie, że głową uderzyłam o ścianę. Klepki się zaklinowały, krtań była odklinowana a ja…ja  pozbyta dystansowych rozterek, odetchnęłam z ulgą i z radości zaczęłam śpiewać: „Dobrze babci było kiedy dziadka miała, dookoła łóżka z dziadkiem się ganiała. Marysiu, Marysiu już jesteś po ślubie, wpuść ptaszka do gniazdka, niech sobie podziubie” (zespół Dystans)


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Myślenie nie recenzentki
Notatkę dodano:2011-06-02 20:54:16

Myślowe spotkanie z „Muchą”.     

 

 

    Moja definicja kryminału: Trup, dochodzenie (rozjaśnione olśnieniem), kara. Lubiłam kryminały. Nawet wtedy, gdy już się zorientowałam, że ten podany na widelcu to nie ten, a nawet wprost przeciwnie. Nie lubię kryminałów. Od czasu, gdy medialnie rozpanoszyły się wszędzie, ale już z mojej definicji pozostał już tylko zezwłok (lub kilka), dochodzenie (bez rozjaśnionego olśnienia) i bez kary.

    Nie lubiłam, nie lubię i nie polubię much. Pewnie dlatego jedną, w dodatku krwistoczerwoną, udającą dziewiczo białą muszkę przypadkowo pobrudzoną spolszczonym keczupem, panoszącą się na półce z książkami do rychłego przeczytania, obchodziłam z daleka, ironicznie podśpiewując: „Przyjdzie na cię czas, przyjdzie czas…..ale jeszcze nie teraz”. I to wstrętne muszysko zaśmiało się tak konwulsyjnie, że z hukiem spadło na ziemię a wraz z nią padł mój komputer.

Rada nie rada podniosłam. „Muchę” nie komputer. Ze złości zapomniałam o zabezpieczeniu w postaci przynajmniej rękawiczek i poniosłam wszelkie tego konsekwencje. Co prawda, gdy tylko to muszysko do mnie przyfrunęło, poczytałam gdzieś tam i coś tam typu: akcje, strzelaniny, pościgi, zasadzki (to mnie zniechęciło. Patrz wyżej). Po: „Ta mucha Cię użądli” wzrokiem szukałam już swojej cudownej packi na muchy, która z odległości robi z wszelkiego robactwa szary popiołek. Określenie: „Konwencja komedii kryminalnej, lub jak kto woli gangsterskiej” – wywołało lekki uśmieszek, który wykrzywił moje zaciśnięte wargi, ale ich nie rozchylił. Rozdziawienie było po chwili, gdy w innym miejscu kogoś już „Mucha” zainspirowała do morderstwa przez uduszenie gołymi rękoma za „luterskie podejście” (podobno za nic miał fakt, iż był mężem i jeszcze ojcem). Klapnęłam zębami, bo nie wiedziałam, co to, to „luterskie”, ale język się tak szybko zmienia, że nie nadążam. Postanowiłam wrzucić na luz i podejść do „Muchy” po swojsku (u mnie tzn. po luzacku). Ale jak, gdy miałam już świadomość: „kapitalny instruktaż, jak domowym sposobem wykończyć gangstera”.

     Nie wiedziałam, co mam zrobić. Weszłam na fb (wcale nie taka cwana ta „Mucha” jak nie zauważyła dziecka laptopa) i przyglądałam się zamieszczonej fotce, a moja niezbyt szczególna pamięć wydobyła z próżni: „Sprawia, że czuje się jakby wchodził w nasz umysł i robił tam porządki ukazując całą prawdę o nas samych”. Nadwyrężona jakimś tam ząbkiem, powtórzyła te słowa parokrotnie i wolno, a ja czułam, że za chwilę wykipię z wściekłości i poćwiartuję na żywca martwą fotkę, posypię solą i będę się z lubością przyglądać jak ten typek skręca się z niemocy, by wejść w pustkę i robić ład w nieładzie, którego nie ma.

      Emocji nie można siłą tłumić, szczególnie gdy ma się znów okazję zrobić coś po raz pierwszy,  więc z lekkim dreszczykiem oczekiwania zajrzałam do wnętrzności „Muchy”. Fakt, że ktoś też miał ochotę natychmiastowego unicestwienia życia nie życia nie zainteresował mnie z przyczyn (chwilowo) czysto egoistycznych i z tych samych z życzliwością przyjęłam wyznanie:„ Jeśli, ktoś twierdzi inaczej, to zwyczajnie kłamie, oszukuje sam siebie albo ma problemy z pamięcią”. Musiałam przyznać, że pierwszy właściciel „Muchy” (stwórca, twórca, nie ważne) to całkiem niegłupia płeć męska. Wie, że nie lubię kłamać, tym bardziej oszukiwać siebie, a już na pewno nie mam problemów z pamięcią. Gdy z zawodową czarowną gracją buszujący w „Musze” (facet, to też zawód i mowę ciała, i nie tylko – zna. Czasami to jedyna jego umiejętność) wyszeptał scenicznie: Apoloniusz, poczułam, że uginają mi się podgięte na krześle nogi. Gałki oczne latały mi w zawrotnym tempie w prawo i w lewo, kartki same się przewracały i zatrzymały w momencie: „A czy ty wiesz …(imię z przymiotnikiem muszę pominąć z powodów oczywistych) co to znaczy iść razem przez to pieprzone życie……. ?”.

      Doczytałam do końca akapitu i zawołałam: „Kochanie, może….” i ugryzłam się w język, bo przypomniałam sobie, że kochanie właśnie usilnie namawiając „wyrzuciłam” samo na działkę. Szybko się rozgrzeszyłam i od razu dusza mi wypiękniała, na wspomnienie musnięcia dłonią nie jakiegoś i nie pierwszego, ale bardzo kochanego siwego kosmyka, który wraz z głową i torbą wyjeżdżał w siną, ale znaną dal.

       Od tej chwili towarzyszyłam Apoloniuszowi krok w krok jak cień. To, że cień nie musi czuć niczego, to jest zrozumiałe. Dlatego nie straszny był mi smród wydzielający się zarówno z ciał, miejsc czy z czynów. Moich cieniowych uszu nie zatykała żadna łacina. Cieniowa moralność miała wszystko we własnym cieniu. Cieniowe nogi biegały z zawrotną prędkością, a gibkie ciało nadążało za Apoloniuszem w mig, a czasami i szybciej. Od czasu do czasu, wkur…..się tak, że od kurzu i Apoloniusza zatykało, co słusznie mu się należało. Przynajmniej według mojej oceny a ta była jedyna z tych niepodważalnych. Bo przez kogo? Przez bez organowo głosowy cień? Czasami chichotałam, ale najbardziej w chwilach, gdy wczytywałam się w to, co stało biało na białym, między wierszami. Wtedy otwierałam swój umysł tak szeroko, by niewidzialne klepkowe wrota nie pozwoliły na: „wchodził w nasz umysł i robił tam porządki ukazując całą prawdę o nas samych”. Apoloniusza pożegnałam, delikatnie zamykając książkę z dręczącym mnie pytaniem: „Ciekawe, czy on zna jakąś dobrą melinę?”. Nie lubię nie znać odpowiedzi. Zadzwoniłam: „Kochanie, dobrze Ci w naszej melince?”. Uspokojona, pierwszy raz w życiu (znów, pierwszy) pogłaskałam muchę, podpisałam się na jej przodzie z imienia i nazwiska, bo nie lubię, gdy pożyczona książka do mnie nie wraca tylko dlatego, że: „Zapomniałam (-łem) czyja”.

            Aha, ja bym zapomniała. Ojcem i matką „Muchy” jest w jednej osobie Jacek Skowroński.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Ja,jako byłe już dziecko
Notatkę dodano:2011-05-27 11:33:05

Kilka słów wyjaśnienia.

      Dzień Matki, Ojca i Dzień Dziecka – są dla mnie bardzo ważne. Swoim myślowym klepkom powiedziałam stanowcze: „Stop. Tym razem ja myślę. Nie – Wy”.

Dlatego poniższy tekst jest znów mój, ale to już ostatni. Przynajmniej w tym roku. Później znów dam palmę pierwszeństwa moim rozklekotanym klepkom i będę wpisywać, czym mnie czasami zadręczają.

Ja, jako byłe już dziecko.

    Pytałam, według „kto pyta, coś wie” zaprzyjaźnionych i chwilowo poznanych młodych ludzi świadomie decydujących się na potomka, co oznacza według nich być odpowiedzialnymi rodzicami. Odpowiedź, w większości była mniej więcej taka: pielęgnować, wychować, zapewnić odpowiedni start życiowy. W rozmowie poruszałam szerzej temat rozwoju dziecka, jego psychiki, postrzegania i rozumowania. Sama i to nie raz, (bo musiałam odświeżyć pamięć) wiele czytałam na temat wychowywania dzieci z uwzględnieniem etapów ich rozwoju. W mini pigułce, czyli w maksi skrócie to, co najważniejsze.

      Bardzo istotny w rozwoju dziecka jest okres do około dwóch latek. To nie tylko nakarmienie, ubranie, spacerek. W tym właśnie okresie maluch uczy się być szczęśliwym z samego faktu, że jest. Będąc bezpiecznym – przyswaja otoczenie jako przyjazne. W tym czasie kształtuje się bardzo ważna w życiu postawa: chcę – mam. Wystarczy bardzo chcieć. Według psychologii to podstawa do nawiązywania właściwych kontaktów intymnych, relacji z innymi ludźmi.

     Trzeci i czwarty rok życia. W tym okresie rozwoju najważniejsze jest dla dzieci doświadczanie bezwarunkowej miłości: „.Kochamy i chcemy być kochani”. To właśnie wtedy dzieci entuzjastycznie wypowiadają się o świecie i o ludziach. Kocham to bardzo często wypowiadane słowo. W tym czasie kochają rodziców bez żadnych warunków, "mimo wszystko". Dziecko uczy się myślenia, że jest w porządku. Takie, jakie jest. Zawsze jest kochane, bo po prostu jest. Nic nie musi robić, żeby być kochanym.

     W okresie szkolnym integruje się ze środowiskiem. Rozszerza i identyfikuje swoje spostrzeżenia. Poznaje klimat emocjonalny, czyli rodzaj relacji, więzi, sposoby wyrażania swoich pragnień czy własnego niezadowolenia.

     W Dniu Dziecka pozwalam sobie (sobie, wolno) w imieniu tych małych, dużych i tych już nie dzieci a jednak dzieci dedykować rodzicom poniższy cytat.

     „Wasze dzieci nie są waszą własnością - są synami i córkami samej mocy życia. Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami. Mieszkają z wami a mimo wszystko do was nie należą. Możecie im dać swoją miłość, lecz nie wasze idee, ponieważ one mają swoje. Możecie dać dom ich ciałom, ale nie duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości, którego wy nie możecie odwiedzić nawet we własnych snach. Możecie wysilić się, by dotrzymać im kroku, ale nie zadać, by były podobne do was, ponieważ życie się nie cofa ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym”. (Khalil Gibran)

 

 


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Laurka na Dzień Rodziców.
Notatkę dodano:2011-05-18 13:27:30

     Naoglądałam się w tele samych mroczności, straszności, okrutności, bezmyślności, w dodatku nie - wyreżyserowanych, nie - wirtualnych, tylko dziejących się tu i teraz, i wszystkie dotyczyły jednego tematu: „szczęśliwe dzieciństwo”. Tym razem chciałam nie myśleć, bo wystarczająco byłam zdołowana. Niestety dół domagał się swoich praw, bo doły też są za demokracją. Moja chęć bezmyślności zaskutkowała poniższymi przemyśleniami.   

     Żeby począć dziecko, potrzebna jest tylko komórka jajowa i trochę nasienia – (czasami sporo pieniędzy). Państwo przestrzega: „Starzeje się społeczeństwo” i zaleca: „Posiadanie potomstwa (najlepiej licznego) jest jak najbardziej wskazane”, i straszy: „Nie będzie komu pracować na emerytury dla „balastu budżetowego”, co to nie chce zgodnie z historycznym (czyżby?) hasłem „Poprzeć partii czynem, umrzeć przed terminem”. Kościół uprzytamnia świadomym i nieświadomym: „Życie poczęte musi żyć” i nakazuje: „Rodzić”.

       A w wychowawczo uświadamiającym realu nadal króluje przekonanie, że w przygotowaniu do życia, do bycia rodzicem – wystarczy kalendarzyk małżeński i ewentualnie znajomość: twierdzenia Pitagorasa, interpretacja, zgodnie z szablonem, dzieła literackiego, wykucie na pamięć dat powstań. Dzieciom od małego narzucamy: trawa musi być zielona, niebo niebieskie, poeta myślał to – a nie tamto, wnioskować masz tak, a nie inaczej. To, co ja mówię, że jest piękne – jest piękne, a nie to, co tobie się podoba. Zakładamy od małego klapki na oczy – tak postrzegaj, tak myśl, tak mów, tak oceniaj – bo my, nauczyciele, rodzice, dorośli – nieomylni, doskonali, tak uważamy. Dziecko w swej naturze jest szczere, nie umie kłamać. Jest też bardzo dobrym obserwatorem, ma wyostrzony słuch i wzrok. Bacznie obserwuje i wyciąga swoje wnioski. Uczy się, że uczciwość ma wiele odmian, w zależności, kto mówi i w jakiej sytuacji. Szczerość – trzeba wielorako rozumieć. Broń Boże, być szczerym do pani w przedszkolu, czy w szkole. Tam tylko pani może mieć rację. Autorytet z wczoraj – jest opluwany dziś. A tak mało czasu minęło, tak niewiele się zmieniło. Prawdą jest to, co mówiący o prawdzie ma na myśli, jego interpretacja faktów.

            Jako dorośli wykonujemy swój zawód mając mniejsze lub większe „nauki” w tym zakresie. Rodzicami w pewnym dniu – stajemy się. Wiemy, że musimy nakarmić, ubrać, wyprowadzić na spacer, pobawić się, poczytać, porozmawiać. Potem szkoła, lekcje. Ewentualnie, w zależności od możliwości finansowych i aspiracji rodziców, zajęcia dodatkowe i rozrywki. Wychowując dzieci, kierujemy się tym, co podpowiada nam nasze dzieciństwo, własny rozum i intuicja.

            Większość z nas zapyta o przepis na sałatkę. Przeczyta instrukcję nowo zakupionego sprzętu. Nie umiejąc szyć, skorzysta z usług krawcowej. Chcąc urządzić mieszkanie – poradzi się, lub zatrudni projektanta.

            Umiejętność wychowania człowieka – mamy mieć wrodzoną. Stąd oburzenie na nieodpowiedzialne matki, złych ojców, rodziców – godnych potępienia. Winią ich dzieci, potępia społeczeństwo. Powinni wiedzieć – a nie wiedzieli. Przewidzieć, a nie przewidzieli. Urodziła, począł – to ich naturalnym obowiązkiem jest wychować na „szóstkę” dla dobra społeczeństwa. Na jakich podstawach powinien być oparty i na czym polega proces wychowawczy – nadal według państwa – mają sami z siebie wiedzieć, bez względu na wykształcenie, wzory z dzieciństwa, wiek. Dla kościoła, ważne jest, żeby kobieta urodziła, ochrzciła, nauczyła pacierza i przyprowadzała w niedzielę do kościoła.

            Natura zaprogramowała nas tylko do tego – by stać się biologiczną matką i ojcem. Nikt z nas nie jest do roli rodzica, tym bardziej odpowiedzialnego, naturalnie przygotowany. Nic nie wiemy o psychice małego dziecka. Wystarczy pooglądać program z nianią, jako ratunkiem na problemy z dziećmi. W zasadzie z tymi, które mają rodzice sami z sobą. Próbujemy w mniej lub bardziej skuteczny sposób zapanować nad naszym „żywym srebrem”, żyjąc od rana do wieczora w napięciu, co przyniesie dzień i kładąc się spać ze strachem, co będzie jutro. Najczęściej mamy pretensje do dzieła, które stworzyliśmy, a nie do siebie – twórców. My też mamy usprawiedliwienie – kierowaliśmy się instynktem, dobrą wolą, nie wiedząc, nie zdając sobie w większości sprawy ze skutków naszego działania.         

            A może w szkole przydałby się przedmiot, którego celem byłoby „uczenie się słuchania ze zrozumieniem mówiącego, patrzenia na drugiego człowieka z widzeniem nie tylko jego rysów, postaci, ale i odbioru jego emocji. Rozumienia zależności przyczyna – skutek. Jako obowiązkowe, priorytetowe powinny być spotkania w czasie godzin szkolnych /nie lekcje, odpowiedzi, nie na stopnie/ młodzieży z psychologami, seksuologami,

autorytetami, odpowiednio wykształconą kadrą – podczas których w rozmowie, dyskusjach, poznawaliby podstawy psychologii, socjologii, filozofii. Oczywiście nie mam na myśli „naukowych, nudnych wykładów” – a żywą wymianę poglądów. Uświadomienie, iż od tego – co, jak, w jaki sposób, kiedy, jaki przykład – oni, przyszłościowi rodzice przekażą, nauczą, dadzą – zależeć będzie całe życie ich dziecka.

           

            W kalendarzowych świętach nie ma wspólnoty rodzicielskiej (???). Jest majowy Dzień Matki i czerwcowy Dzień Ojca. Bardzo dawno temu stworzyłam sobie sama Dzień Rodziców – w dniu swoich urodzin dziękowałam mamie i tacie za to, że stworzyli „mnie” a najbardziej za to, że dali mi siebie.     

 

            Dziś na mojej laurce dla wszystkich rodziców – tych, co już nimi są i tych, co zamierzają być - wykaligrafowałam poniższe słowa (Ronald Russell) i laurkę oprawioną w ramki stawiam na najbardziej widocznym miejscu. 

                       

Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to - z którego wczoraj się śmialiśmy.

Dzisiejsze okrutne dziecko, to to - które wczoraj biliśmy.

Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to - w które wczoraj nie wierzyliśmy.

Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to - nad którym się wczoraj znęcaliśmy.

Dzisiejsze zakochane dziecko, to to - które wczoraj pieściliśmy.

Dzisiejsze roztropne dziecko, to to - któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.

Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to - któremu wczoraj okazywaliśmy miłość.

Dzisiejsze mądre dziecko, to to - które wczoraj wychowaliśmy.

Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to - któremu wczoraj przebaczyliśmy.

 


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Myślenie czasowo zaimkowe.
Notatkę dodano:2011-05-04 14:11:01

 

     Od dawna zamierzałam napisać jutro o Ja, ale gdy siadałam do klawiatury to nie było jutra, tylko było już - dziś. Było? Czyli dziś nie ma dziś? Chyba jednak jest, bo wczoraj już było a jutro podobno będzie? Według moich zasad gramatycznych (czyli jedynie słusznych) logicznie prawdziwsze będzie stwierdzenie: część dziś już było, sekunda jest a parę godzin będzie. Jednego jestem 100% pewna. W sekundę to pomyśleć, przemyśleć, wyciągnąć wnioski i jeszcze je wyklikać, to może tylko pojedynczy TurboDymoMan, a nie ja, zaimkowo wieloraka. Ale zaimkowemu myśleniu na razie mówię: „A kysz!”, bo za chwilę zapomnę o czasie i znów zrobi się nieistniejące jutro.

         To, że dziś jest w czasie przeszłym, teraźniejszym i przyszłym to nie rozumiejąc, wiedziałam już od dziecka. Dziś już było w maminym: „Córeczko, trzeba było powiedzieć wcześniej…..”. W czasie teraźniejszym dziś istniało dla taty, ale nie dla mnie: „Tak, mówiłem, że dziś, ale nie teraz”. W babci: „Wnusiu, później” dziś dopiero miało dla mnie przyjść, nie nadejść. Nadejść to może tylko wiekopomna chwila, a ją już dawno umiejscowiłam w iluzorycznym jutro i to na najdalszym, zaszczytnym miejscu. Bo pierwsze i ostatnie miejsce to też pojęcie względne, o czym wielu nie wie. Ja też nie wiedziałam i olśniło mnie w najmniej oczekiwanym momencie. W kościele, na mszy żałobnej. W jakich okolicznościach i w którym momencie, nie będę wspominać, bo ani one (te okoliczności) ani chwile (ten moment) nie pomagają mi myśleć o jutrze, którego przecież według mnie, nie ma, ale chcę żeby było i to w zwielokrotnionej liczbie. 

Kiedyś bardzo się tym, że nie mogę „złapać” tego jutra, zadręczałam. Mama i  tata mówili: „Jutro, córeczko, jutro”. Babcia zapewniała: „Wnusiu, odłóżmy to na jutro”. W późniejszych latach jutro, potrafiło być tak odległe jak najdalej położony punkt wszechświata. Wtedy, gdy moje kochanie mówiło: „Jutro się spotkamy” a ja odkrywałam, że to nie kochanie tylko najzwyklejszy głupiec, co to nie zna najprostszej definicji względności A. Einsteina: „Jeżeli mężczyzna siedzi z ładną dziewczyną przez godzinę, wydaje mu się to tylko minutą. Ale każcie mu siedzieć na gorącym piecu przez minutę, a wyda mu się to dłuższe niż godzina. I to właśnie jest względność". W czasach, gdy już urodzin się nie obchodzi jutro było studnią bez dna. Cudownym miejscem do upchnięcia tego wszystkiego, co nie mieściło się w dziś, a nawet we wczoraj i przedwczoraj.

         Przed chwilą, która już była, wpadła mi do oka, przepraszam, do głowy taka myśl, że jutro jest w czasie tak samo nieokreślone jak wielorakie jest - Ja. To, że szkolna nauka: "ja - to zaimek osobowy, liczba pojedyncza” nijak się ma do życiowego Ja – to już dawno nawet dla mnie było zrozumiałe. Dziś tylko połączyłam siebie z jutrzejszym czasem i wyszło mi, że jedynie oczywista oczywistość jest jednoznaczna.

         Ja - w moim życiu (i nie tylko moim) jest najczęściej liczbą mnogą, czyli logicznie rozumując i zaimkiem wielokrotnym. Moje Ja jest wielorakie: ja, taka dla siebie i ja w ocenie innych. I jeszcze bardzo dużo tych osobowych – ja – ale nie o tym teraz myślę. Dziś, gdy czekam na tę niezapomnianą chwilę, gdy w rękach trzymać będę już barwnego ptaka „Rozsypane wspomnienia”, który wykluł się już dawno, tylko siedział zamknięty w szufladzie, interesują mnie myślowo tylko dwie ja. Ja – marzycielka i Ja - ta realnie oceniająca swoje możliwości i szanse: „Nie znam nikogo z tego „świata” to nie mam żadnych, albo tylko marne szanse”. Przymiotnik "marne" na pewno nie zachęca do spróbowania. Na szczęście do samego pisania wystarczał tylko długopis i kartki. Później zakup maszyny do pisania, jeszcze później klawiatury. I przyszedł taki moment, gdy do mównicy przepchało się to drugie Ja, bujające w obłokach. Zagrzmiało: „Nie wyłączaj mikrofonu, bo i tak to nic nie da". I krzyczało strasznie groźnym tonem: „Marzenia się same nie spełnią. Jak nie teraz, to kiedy? W nieistniejącym jutro?” Tak się wystraszyłam tym, że czas ucieka a ja tylko przebieram nogami, stojąc w miejscu, że wydrukowałam, zapakowałam w teczki z gumką lub pliki i wysłałam czym prędzej.

         I dziś mówię tym, co chcą mnie słuchać i tym, co nie chcom, ale muszom: „O spełnienie marzeń trzeba walczyć bez względu na okoliczności i wiek".


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


Jak ja nie lubię namolnych pytajników!
Notatkę dodano:2011-04-27 10:45:08

     Dawno temu (chyba dawno, nie pamiętam, dopiero teraz sobie o tym przypomniałam, przy okazji pomyłkowego pukania do drzwi) do mojej głowy pukały aż do bólu niespodziewanie głupie pytania migrenowe: Co ten facet, (facetka), typ (typowa? czy typkowa?- te ….parytety!), jednostka ludzka, osoba, całość niepodzielna czyli osobnik (osobniczka) robią tu….i tam…i jeszcze gdzie indziej? Skąd się wzięli na tych ławach, szczeblach, stołkach lub krzesłach? Jakie wiatry ich przywiały, jaka teczka przyniosła, jakie mają plecy i po czyjej drabinie wdrapali się tu gdzie są?

         Ja wiem (bo nie tylko czasami myślę, ale też niekiedy słucham i od czasu do czasu czytam), że bez względu na to gdzie, wysoko, równo, czy nisko – robiom co mogom w zakresie tego co muszom. I wiem, że tu gdzie są, wzięli się z miejsca, w którym poprzednio byli. Wiem też, że: „Gdy jesteś zaciekawy, to wsadź nos do kawy”, co oznacza tylko tyle, że przeciętny człowiek powinien mieć podstawową wiedzę. To, że teczkę noszą urzędnicy to już przedszkolaki wiedziały. Rodzaje wiatrów z podziałem na wianie było omawiane na lekcjach geografii. Wiem, bo tylko czasami wagarowałam. A tego, że bardzo nieładnie jest dociekać, kto i jakie ma części ciała, uczyli mnie rodzice od małego. No a szczytem wścibstwa jest pytanie o czyjąś drabinę czy wdrapywanie się na nią tego czy owego.

         Co z tego, że ja wiedziałam, gdy te uparte jak osły liczne pytajniki nauczone były jednego: bezosobowo pytać i pytać, a upodobały sobie moją, w dodatku jednosobową głowę. Myśląc, aż do bólu, przypomniałam sobie, że  moje migreny są już wiekowe (dokładna w liczbach być nie muszę, to nie jestem), ale najczęściej zaczynały się od tych idiotycznych pukań, traktujących moje odpowiedzi jak powietrze. Tym razem wściekłam się z bezsilności i wykrzyczałam: „Wy durne ciemnoty, nie wiecie, że mamy demokrację i wszystko jest demokratycznie, więc i wybór na miejsca stojące, siedzące i leżące oczywiście też. I to od dyrektorki (-ra) przedszkola, przez dyrektora

(-rkę) wszelakich szkół) do rektorów (-rki), nie mówiąc już o sołtysach

(-skach) i wyżej! Nie wiecie, że zamiast zadawać retoryczne pytania macie wszechobecny wybór! Że jak dwa autorytety naukowe mówią, to macie niezaprzeczalne prawo wybrać sobie, który wam się bardziej podoba (rozumieć nie wszyscy musicie, bo natura też ma prawo wyboru i niektórym daje za krótkie nóżki na wysokie progi). Nie dotarło do was, że gdy się nie podoba to, co widzicie lub słyszycie, to po to macie wybieralnego pilota w ręku. Nie trawicie pseudonaukowego bełkotu, albo palca wskazującego, że nie jesteście po tej stronie, po której powinniście być, może „inteligentnego chamstwa” - jednocześnie (co niektórzy) tylko czyhając, by wskoczyć o szczebel wyżej – to wyłączcie to, co możecie. Na przykład telewizor”.       

         I o dziwo, mój wrzask pomógł. Tak mnie od tego krzyku rozbolało gardło, że zapomniałam o bólu głowy. W dodatku zachrypłam, a tyle jeszcze miałam im do wygarnięcia. Nie mogąc szeptać, zaczęłam wsłuchiwać się w siebie, czy aby na pewno nic nie puka. Niestety, ciągle pukały, ale jakby dławiąc się.  Widocznie zachłysnęły się kęsami ostatnich wykrzyczanych argumentów.  Nadmiar wolności wyboru trudno im było przełknąć. Żal mi się ich zrobiło, widząc jak zszarzały przeze mnie. Nie ich wina, że oślepione zajadłością pukały do głowy niekumatej, szarej obywatelki, która ani w ząb nie rozumiała niczego z rozmów, dyskusji i debat światłych umysłów, które deliberowały „O wyższości Świąt Wielkanocnych nad Bożym Narodzeniem” w jednym jedynym celu.   Uświadomienia mi bez zrozumienia, żebym świadomie czyniła to, co czynię, nawet jak nie czynię i w dodatku wybierała wśród nadal gnębiących mnie pytań prawidłowe odpowiedzi.

         Musiałam, a jak to już nie raz powtarzałam: „mus to mus i nie ma wyjścia”, spróbować w miarę przystępnie odpowiedzieć na świdrujące moje klepki pytania. Szare komórki jeszcze bardziej zszarzały już po minucie. Nie było wyjścia, rozjaśnić umysł mogło tylko wlanie oleju do głowy. Skąd wziąć lejek i olej? - to dziś nawet dla mnie jest pytaniem retorycznym. W skrócie, ale tym charakteryzującym moją chorobę (morbus loquendi) doczytałam się poniższego.

- Całość niepodzielna – osobnik - to pojedyncza jednostka zdolna do zdobywania wszystkiego (stało jak wół czarno na białym – pożywienia, ale ja nie żyję żeby jeść tylko jem, żeby żyć, więc rozszerzyłam, bo demokratycznie wolno mi mieć swoje zdanie).

- Osobnik zazwyczaj wchodzi w interakcje z innymi organizmami i środowiskiem, stając się tym samym niejako najbardziej podstawowym elementem biosfery (trudno mi było przełknąć ten „element”, ale popiłam i poszło).

- Osobnikiem można uznać organizm będący na takim etapie rozwojowym, który umożliwia oddziaływanie na inne osobniki. (Ooo, to mnie zaintrygowało). Zgodnie z prawem natury słabsze osobniki podlegają selekcji negatywnej.

         W tym momencie zobaczyłam światło na końcu tunelu. Z prawami natury żadne ludzkie prawa nie wygrają. Przyśpieszyłam czytający krok, by za długo nie iść w ciemnościach.

- Osobnik Alfa (ten najważniejszy) – to przywódca, któremu podporządkowują się inni.

- Osobnik Beta - drugi najbardziej poważany osobnik, który „w razie, co” wskakuje na miejsce Alfy.

- Osobnik Omega – najzwyklejszy z licznych tych, którzy muszą być podporządkowani.

 

         I tak bardzo sflaczałam na myśl, że ja, to najzwyklejsza Omega, że musiałam zrobić przerwę na koło ratunkowe. Nie miałam pod ręką narkotycznej (fuj) extasy, ale czekolada była. A ja, jako ta najzwyklejsza, ale w swoim przekonaniu jednak alfa i omega wiem, że i tu, i tu jest to samo. Fenyloamina znakomicie poprawiająca nastrój, w dodatku bez strachu przed potrójnym zaobrączkowaniem (jedną mam, chwatit). Magnez (musiałam wzmocnić kości) też jest. Niby teraz ci znający się mówią, że nie wchłanialny, ale kiedyś zapewniali: „Cukier krzepi” albo powszechnie dostępną pyralginę zamieniali na recepturową (strach, brać bez lekarza), żeby po niedługim czasie (bo co to jest parę lat wobec wieczności) śmiać się: „Strach ma wielkie oczy, zażywaj do woli”.

         Wiedząc, że wypicie kubka gorącej czekolady to tylko 150 kcal a zmniejszę ryzyko zawału serca, musiałam ją wypić, żeby już bez obaw śmiało kroczyć do celu. I po chwili podskakując z radości mało się nie wywróciłam z krzesła. Pytajniczki moje kochane, nie pukajcie tylko słuchajcie, bo to naprawdę rewelacyjna wiadomość.  

         Osobnik Alfa wcale nie musi uciekać się do „przemocy”, musi tylko:

- mieć, to wielorakie coś, co inni zobaczą, usłyszą i odbiorą jednoznacznie: „On, zasługuje na niekwestionowaną i respektowaną władzę i pozycję”.

- pamiętać, że jego pierwszeństwo, nie jest mu przypisane we wszystkim, w każdym momencie i na zawsze.

- być świadomym, że nie wolno mu zapomnieć o tym, że bez poszanowania i wsparcia innych, długo nie utrzyma się na podium.

- i nigdy nie lekceważyć osobników Beta, którzy są chętni, zwarci i gotowi do do poprawienia swojej pozycji.

- a już na pewno powinien zawsze doceniać osobniki Omega. Co prawda biegną w tyle, (nawet ci niepodporządkowani. Dla nich nie liczy się bycie żadnym pierwszym, tylko sam fakt brania udziału w biegowym życiu) ale to tylko dzięki wszystkim osobnikom omegowych ma kim przewodzić.

 

          Wśród osobników są ci, którzy wcale nie marzą o wdrapywaniu się na drabinę, by móc (nawet życzliwym okiem) patrzeć na innych z góry i pilnować, by przestrzegali wszystkiego, co mieszczą liczne kodeksy w temacie: „Dobry patriotyczno-obywatelsko-rodzicielsko osobnik”. I nie ma im się co dziwić, bo to oni często najlepiej rozumieją, że każde, nawet najmniejsze berło władzy, to ogromny ciężar i barki same uchylają się pod obciążeniem odpowiedzialności za innych. 

Są wśród nich też ci, którzy mając wybór, uznali za priorytet sprawy osobiste i rodzinne. Dlatego wolą pracować tyle ile trzeba, a resztę czasu poświęcić sobie, swoim znajomym i bliskim.

         I całe szczęście polega na tym, że tak się osobniczo osobniki różnią.

 

         Ale, tak to już jest (siła wyższa), że jak jest szczęście to musi być też i nieszczęście. Na przykład pod postacią agresywnego Alfy (lub Bety, a nawet czasami Omegi).

         Pytajniczki, już nie ma potrzeby pytać. Bierzcie się do myślenia i same sobie odpowiedzcie, czy nie macie do czynienia z podróbą. Taki zakamuflowany osobnik wcale nie czuje się przywódcą i dlatego wymusza posłuszeństwo, zakrzykując swoją wewnętrzną słabość. Wie, że mówiąc: „Stój” nic nie uzyska, więc krzyczy: „Stój, bo strzelam”. Zdarzają się wśród nich tacy, dla których liczy się tylko władza i dla nich często robienie tego, co chcą i narzucanie to innym osobnikom, staje się obsesją. Bywa też, że niektóre osobniki tak pokochały karnawałowe szaleństwa, że na co dzień zakładają maski  uległości. Jamę ustną mają wypełnionioną (śmiesznie wyglądają, jak chomiki): „Słusznie, dobrze mówi, ma rację”, z pełną buzią krzyczą: „Tyś Alfa nad Alfami” i płaszcząc się, bijąc czołem pokłony, podają pierwszemu płaszcz i przepuszczają w drzwiach. W środku chichoczą zadowoleni ze swojej prawdziwej wyższości nad uzurpowaną wyższością obecnego Alfy: „Jeszcze tylko małe zawirowanie, a wyfruniesz tam, gdzie od dawna powinieneś być. W hierarchiczny niebyt i na szary koniec szarej omegowej masy”.

         Oni doskonale wiedzą, że cel uświęca środki. W tym przypadku wystarczy tylko udać malutkiego, niegroźnego, merdającego ogonem i poddańczo patrzącego w oczy i… i cierpliwie poczekać na odpowiednią chwilę. Ci niecierpliwi, wiedzą że właściwy czas można przyśpieszyć, działając po cichu, ale właściwie.    

        

         Moje pytajniki zamilkły, a ja bardzo ukontentowana udałam się na zasłużony odpoczynek, na który sobie zasłużyłam jako osobnicze indywiduum trzy w jednym: „Alfa, beta i omega”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Siła sprawcza „Rozsypanych wspomnień”.
Notatkę dodano:2011-04-13 11:17:08

     Wiadomość o tym, że interpretacyjnie rozwinięto pojęcie dyskryminacji bardzo mnie zdziwiła. W prawie polskim (i nie tylko) stoi napisane, że zabroniona jest dyskryminacja z jakiegokolwiek powodu. Średnio myślący, czyli ja, rozumie to jednoznacznie: nikt nie ma prawa nikogo wyśmiewać, obrażać, czy stosować jakiejkolwiek przemocy – nigdy, w żadnych okolicznościach i co najważniejsze – nikogo. Nic dodać, nic ująć.

         Wkurzona od dławiącego kurzu, nie widząc i dusząc się, przeczytałam: „Rozszerzono pojęcie molestowania. Obecnie obejmuje ono nie tylko zachowanie, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności, poniżenie lub upokorzenie pracownika, lecz również stworzenie w miejscu pracy zastraszającej, wrogiej lub uwłaczającej atmosfery”. Tak mnie to wkurzyło, że dostałam napadu alergicznego kataru, kaszlu i duszności jednocześnie.

         Wiadomość, że moją kolejną książką, która rozsypie się na półkach będzie ta pt. „Rozsypane wspomnienia” podziałała na mnie mobilizująco, czyli prościej mówiąc, „natchła” mnie do zaprzęgnięcia myśli do powozu z własnymi wspomnieniami. Ciągnąc i szarpiąc za lejce pogalopowałam zgodnie z końcowym kierunkowskazem: „Donos”.

         I niniejszym donoszę, że w imieniu wszystkich, czyli moim własnym piszę donos, który zatytułowałam: „Ja i Oni”. Opisuję dokładnie, nic nie zatajając: „Wszechobecne molestowanie psychiczne i fizyczne przez wszystkich, bez względu na płeć i pokrewieństwo od pierwszej chwili zaistnienia na tym ziemskim padole - wszystkich, których molestować się dało. Od lat przed szkolnych, w zasadzie regularnie i z codzienną skrupulatnością i prawie, co godzinę”. Doniosę w nim, że zamaskowani prześladowcy o kosmicznych zapędach sadystyczno-masochistycznych tylko czasami pozwalają pooddychać powietrzem bez ich nachalnej współobecności, ale tylko po to, żeby samemu nabrać sił do dalszego dręczenia każdej godności osobistej, stosując wszystko, co mają pod ręką: groźby, szantaż emocjonalny itp. I te pe nie ma, co wymieniać, bo wystarczy jedno słowo powtórzone trzy razy: naciski, naciski, naciski.

         Galopując wśród kurzu wspomnieniowego dostałam alergicznego kaszlu i kataru. Oczy mi łzawiły wspominając, że temu wszystkiemu, jak to zwał i rozszerzał, poddawana byłam z siłą cyberprzemocy. I nie ważne, że nie było Internetu, czy komórek (te były, daję słowo) liczy się, że przemoc była i już, a co niektórzy w stosunku do innych (na szczęście, nie mnie) stosowali narzędzia elektroniczne typu kabel elektryczny. I wierzcie mi, że nękał, straszył i porażał nie mniej niż smsy, e-maile itp. a sprawcy byli bardziej bezkarni, niż współcześni dręczyciele komunikatorowo-sieciowi. 

         W załączniku do donosu opiszę wszystko szczegółowo z detalami od pierwszych wspomnień związanych z okrucieństwem tych „władzowych” prześladowców. Od biologicznych, przez przedszkolnych, szkolnych, do tych, co molestują, uważając się za przedstawicieli tych, co mają jakąkolwiek, nawet najmniejszą  władzę.  

          Z góry przewidując, że mój anonimy donos podpisany imieniem i nazwiskiem zostanie przyjęty, jako bezdyskusyjny dowód na popełnienie przeze mnie przestępstwa w postaci zdradzenia tajemnicy tajne przez poufne specjalnego znaczenia – sama się w post scriptum przyznam, że zasługuję na banicję do Norwegii i dożywocie w więzieniu w Halden (dostęp do studia dźwiękowego, wydzielonych ścieżek do uprawiania joggingu, nie mówiąc o takich przyziemnych drobiazgach jak telewizory, lodówki, biblioteka, wygodne sofy, stoliki na kawę, czy oczywistościach w postaci osobnego pomieszczenia z dwoma łóżkami, w którym można przyjmować członków rodziny na całą noc).

 

         Potem pogłówkuję, do kogo ten ponad 300 stronowy donos (tyle stron to minimum dla udowodnionego donosu) wysłać. Musi być to organ niezależny i mający dużą siłę przebicia, w postaci asów w rękawie.

         Obiecują, że dam znać, czy ujrzy on światło dzienne, czy od razu pójdzie na przemiał a ja będę mogła dalej żyć, ciesząc się wolnością, bo przecież ta jest najważniejsza a nie żadne bytowe fiu bździu w głowie.  

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Pomożecie???
Notatkę dodano:2011-04-06 14:45:24

Pomożecie???   

 

         Ostatnio zwrócił się do mnie o pomoc biedny, przez mniejszą/większą większość zapomniany – On. Opowiedział o swoim ciężkim życiu na tym ziemskim padole łez. O staniu godzinami na wycieraczkach przed zamkniętymi drzwiami i bezskutecznym pukaniu, waleniu, grzmoceniu z całej siły – bez żadnego efektu. „Trudno być zadowolonym, gdy jesteś, pukasz a nikt cię nie chce wpuścić do środka” – mazał się, mimo drgających kącików ust wcale nie gotowych do płaczu, tylko do szerokiego rozciągnięcia się od ucha do ucha. Narzekał, że tak często jest niezauważalny, niewidoczny i niedoceniany, jednak stojąc na zdrętwiałych nogach, ciągle ma nadzieję, że wreszcie go zaproszą do środka. Dziwił się, że wszyscy lubią być obdarowywani, a tak mało chce przyjąć od niego podarunek, mimo, że on ma ich tak wiele i chętnie, bez żadnych dziękczynnych zobowiązań dałby każdemu. I temu, ze skrzywioną miną, co wypatruje przez okno następnego smutku, z ręką gotową na przywołanie go. I temu, który powodu do zamartwiania się nie widzi, ale na wszelki wypadek uchyla drzwi i nadsłuchuje z wyczekiwaniem smętnych kroków. I tym, co umilają sobie czas oczekiwania (żeby wreszcie móc się dręczyć, gnębić, trapić czy w końcu gryźć) - narzekaniem na globalne ocieplenie i zadręczaniem się zbliżającym końcem świata.

         Wysłuchałam go, zachwyciłam się jego darami. Na przykład –

podarunek z nici: porozumienia, sympatii, pocieszenia lub rozbawienia. Upominek poprawiający nastrój, dodający energii i zwiększający poczucie pewności nie tylko obdarowanego, ale i jego bliskim lub znajomym. Czarodziejski prezent zamieniający szarość w promienną, słoneczną jasność.

         Nie wiedząc, jak mu pomóc, zrobiłam to, co leżało w moich możliwościach. Zaprosiłam go do swoich książek. Dałam mu honorowe miejsce, żeby z góry spozierał na mniejsze smuteczki i przygnębiające „gorzkie żale”, jakie być muszą, bo w naturze wszystko być musi, czy chcemy czy nie.

         Jednak to wszystko za mało. Dlatego zwracam się z prośbą do wszystkich: „Pomóżcie Mu”. To nic, czasami mało, niekiedy prawie nic nie kosztuje. Wpuście go do swojego azylu. Gwarantuję (no, może nie głową), że On – Uśmiech, jako Doktor honoris causa zasiądzie na zaszczytnym miejscu i zwielokrotniony, zamieni się w śmiech i udowodni, że zasłużył na tytuł najlepszego uzdrowiciela wszechczasów.

          

 

 

 

 


Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1959645
Osób: 1777800

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl