Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

Safety the first
Notatkę dodano:2006-10-16 18:27:57

Wróciłam do domu i z zadowoloną miną oznajmiłam wszem i wobec, że na jazdach szło mi rewelacyjnie.
- Nikogo nie potrąciłam, ani nie wjechałam na chodnik! - krzyknęłam rozradowana.
- To świetnie. - powiedział z trudem tata.
Zdziwiłam się, czemu przyjął to bez wyraźnego entuzjazmu i kiedy już miałam mu zrobić z tego powodu wyrzuty, przypadkowo spuściłam wzrok na jego lewą dłoń. Patrząc przez pryzmat izby przyjęć, nie powinnam była się dziwić, jednak, że sytuacja miała miejsce w kuchni, troszkę się przeraziłam. Moim oczom ukazał się wielki kawał bandażu, z prześwitującą gdzie niegdzie ludzką skórą.
- Co ci się stało w rekę?
- A, wypadek miałem. Rozcinałem nożem folię izolującą kable i trach - zademonstrował zdecydowanym ruchem ręki przesunięcie noża po wewnętrznej stronie dłoni.
- Ała - wymamrotałam - Może powinieneś pojechać na pogotowie?
- Nie, to nie jest aż taka głęboka rana.
Dwadzieścia minut później, gnana głodem, ugotowałam sobie budyń. A że nie potrafiłam poradzić sobie z przelaniem go z garnka do miseczki, poprosiłam o pomoc tatę. Niestety, jak łatwo się domyślić, obolałą ręka dotknął gorącego garnka.
- No fajnie. I jeszcze się oparzyłem.
W pewnej chwili, kątem oka zobaczyłam, że zaczyna kroić chleb.
- Wiesz, lepiej uważaj, bo sobie jeszcze palec dzisiaj obetniesz. I wtedy to już napewno będziemy musieli jechać cię zszywać.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Retorycznie?
Notatkę dodano:2006-10-15 19:23:23

Czy jestem odważna? 

 

We czwartek tj. 12 października, dowiedziałam się, że nastepnego dnia biorę czynny udział w akademii. Zdziwiłam się wielce, bo cóz ja mogłabym zaprezentować? Śpiewać nie umiem, grać specjalnie dobrze na niczym też nie... Jednak ktoś wywęszył, że w zeszłym roku wygrałam Konkurs Jednego Wiersza. I tym oto jednym wierszem miałam uraczyć grono pedagogiczne podczas części artystycznej szkolnej akademii. Do ostatniej chwili walczyłam o skreślenie mnie z listy uczestników. Bezowocnie.  Po skończonej piosence, jako drugiej w sztafecie, przekazano mi pałeczkę w postaci nader skomplikowanego urządzenia jakim jest mikrofon. Już na schodach prowadzących na scenę włączyłam przycisk 'ON'. Stanęłam na środku i rozpoczęłam od tytułu:
"Okres po...".
Mikrofon milczał. Sprytnie przycisnęłam jeszcze raz.
"Okres poło...".
Dalej nic. Na scenę wbiegł pan dyrektor i kilka osób odpowiedzialnych za nagłośnienie. W zamęcie jaki mnie ogarnął poczułam nagle, że trzymam w ręce nowy, sprawny mikrofon. Pomyślałam, że warto rozładować atmosferę, i w przypływie odwagi przemówiłam do publiczności:
"No tak. Do trzech razy sztuka", po czym wreszcie zabrałam się za wiersz.
"Okres połowicznego rozpadu".
Klasy biol-chemiczne od razu zrozumiały o co chodzi, a na twarzy prof. uczącej chemii pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Wtedy, pierwszy raz zaczęto mi bić brawo, zanim cokolwiek powiedziałam. Kiedy rozentuzjazmowany tłum wreszcie się uciszył, skończyłam swój występ, ukłoniłam się i zeszłam ze sceny.

 

To w końcu jestem, czy nie jestem odważna? Bywam.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Duchowo
Notatkę dodano:2006-10-11 19:23:07

Jedna z wielu przerw międzylekcyjnych. Tak się złożyło, że ta akurat, była 15-sto minutowa. Siedzę obrócona plecami do tablicy, rozmawiam z koleżankami siedzącymi ławkę za mną. Na blatach stolików leżą pootwierane plastikowe pojemniki na drugie śniadanie, tzw. zestawy małego żarłoka. Chwilkę wcześniej skończyła się katecheza, na której brat opowiadał o nadzwyczajnych darach Ducha Świętego. Te co ciekawsze i dość nieprawdopodobne, to dar języków i spoczynek w Panu...
- I jeszcze zadanie z religii trzeba napisać - mówi N. z prawie pełną buzią.
- E tam. Co się przejmujesz? Napisze się jakieś krótkie wypracowanko. Przecież temat nie jest wcale taki zły... - zaczęłam ją pocieszać.
- W sumie prawda. "Plan Boga w moim życiu", można trochę pozmyślać. - dodała po chwili.
- Właśnie. I nawiązesz do dzisiejszej lekcji. Powiesz, że oglądasz 'Modę na sukces' po niemiecku i wszystko rozumiesz - skwitowałam.
- Tak. I przy okazji przy niej mdleję...
- Dziewczyny, co wy tam możecie wiedzieć... - odezwała się A. - 'Moda na sukces' jest jak Biblia...
- ???
- ...przetłumaczona na wszystkie języki.


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Złych wpływów kilka
Notatkę dodano:2006-10-09 20:31:59

Świadomość zbliżającej sie matury, a wcześniej próbnego do niej podejścia, jest czynnikiem niezwykle stresogennym. Jestem tego najlepszym przykładem. I nie patrzę na to przez pryzmat ogromu nauki, jaka czeka przyszłą studentkę Politechniki Śląskiej, tylko zagłębiam się w sferę - jakby to rzec? - dużo głębszą. Pominę oczywiście fakt, że sypiam coraz gorzej. Ale być może bardziej się do tego przyczynia przerażający chłód, jaki panuje wieczorem w moim domu. Jest tak zimno, że już zdążyłam się przeziębić będąc w drodze z salonu, który znajduje się na pierwszym piętrze, do swojego pokoju piętro wyżej. Jednak, nie w tym rzecz. Zauważyłam u siebie jak negatywne skutki wywiera na młodej psychice, bijący rekordy oglądalności, czwartkowy (dwuodcinkowy) serial w TVP1. Zmieszany ze stresem dnia codziennego, tworzy niebezpieczną mieszankę. Podam przykład. Rodem z (prawie)Freudowskiej 'Psychoanalizy'. Siedzę sama w domu. W kuchni panoszy się mafia. Ukradkiem zbiegam ze schodów, na ramieniu zawieszam ulubioną zieloną torbę. Ubieram czarne adidasy. Trzaskam drzwiami, chcę uciekać, bo jak się domyślam, mafia zaraz wyśle mnie na tamten świat. Robię szybki zwrot w lewo i dzwonię do drzwi sąsiada. Ten, wychyla swą siwą głowę, głuchy na me błagania by ocalić mi życie, wyraża swoją wielką do mnie niechęć oraz śmie twierdzić, że owa mafia rezydująca w mojej kuchni, odpowiedzialna jest za porwanie jego żony i dziecka. W chwili, gdy mam już się wpychać do jego domu, czuję na ramieniu silny uścisk ręki brodatego mężczyzny i kątem oka widzę, jak ten, wkłada sąsiadowi pistolet w usta i pociąga za spust.

 

Sen? Naszczęście...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Mal du siècle
Notatkę dodano:2006-10-05 20:17:08

No i wykrakałam. Chociaż prawdopodobnie nie jest to do końca wina mojej pełnoletności, to już powoli odczuwam jej skutki (czytaj obowiązki). Pierwszym z nich jest fakt, że od dnia dzisiejszego, mniej lub bardziej honorowe miejsce zajmuje w moim portfelu dowód osobisty. Nie omieszkałam pochwalić się nim dziś w szkole. D. stwierdziła, że w takim wypadku, do pełni szczęścia brakuje mi tylko jeszcze jednej plastikowej plakietki, tak w obecnych czasach (zwłaszcza w naszym kraju) pożądanej, a mianowicie prawa jazdy. Z sarkastycznym uśmiechem odpowiedziałam jej, że to może jeszcze potrwać i nie wykluczone, że będę ten egzamin zdawała równocześnie z moim trzy lata młodszym bratem, który z pewnością zdobędzie ten upragniony dokument szybciej niż ja.

Obowiązków, jakże paskudnie nieprzyjemnych namnożyło się więcej niż grzybów w tym roku. Jadalnych i trujących razem wziętych, żeby było jasne. Także w pionie trzyma mnie tylko wiara S. w moje siły. No i muzyka M.Knopflera.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Podwodnie
Notatkę dodano:2006-10-01 20:30:58

Impreza urodzinowa. Przy stole siedzą: obie babcie, dziadek, chrzestny, ciocia, dwie kuzynki, brat, mama i oczywiście tata. W pokoju panuje dość spore ożywienie, gwar i ogólnie rzecz biorąc, spore zamieszanie. W pewnej chwili na pierwszy plan wybija się głos cioci Ani.
- Ty tam w Gliwicach fajnie będziesz miała - mówi do mnie - Dwa pokoje tylko dla siebie. Salon i sypialnia.
- No tak - odpowiadam - Jakiś komfort po osiemnastu latach w końcu mi się należy...
- Ja też będę miał salon - wtrąca Dominik.
Tato musiał chyba czytać w moich myślach, gdyż natychmiast skomentował oburzenie w moich oczach.
- Przecież on nie mówi o twoim salonie, tylko o tym piętro niżej.
- No ja mam nadzieję - odpowiadam z wyraźną ulgą - Mi by to się w ogóle pancerne drzwi przydały. A najlepiej to już taki właz jak na U-Boota. I przykleiłabym sobie ten znak 'radioaktywne'.
- Wystarczy, że własne zdjęcie przykleisz... To nikt ci tam nie wejdzie. - skomentował tata.
- Tak? Ale koniecznie z tobą...


Komentuj(8)

-------------------------------------------------------------------


Proza przeżycia
Notatkę dodano:2006-09-27 21:38:40

- Nosz jasny gwint! - warknął Bonnie - Czy musicie właśnie teraz organizować sobie próbę? A może ktoś zwróciłby uwagę na to, że mam prawo być, że tak powiem zmęczony po wczorajszym...
Bonnie wsparł sie na prawym łokciu i przetarł podkrążone oczy. Zdaje się, że nie tylko "wczorajsze" było tego powodem. Zastygł w takiej pozycji na parę minut, po czym znów się położył.
- Ała! - wrzasnął, wyciągając spod pleców przyrząd, a raczej instrument muzyczny, przypominający krzyżówkę gitary z cymbałkami - Kto rozrzuca swoje rzeczy po całej Antonimie? To zdaje się chyba twoje, Tereso?
Teresa z miną wyższości i pogardy wyszarpnęła Bonniemu z ręki cymgit. Obejrzała go dokładnie z każdej strony, czy aby nie jest uszkodzony. Wyciągnęła z kieszeni chustkę w pomidory i przetarła pudło.
- Właściwie, to powinnam ci podziękować, że znalazłeś mój cymgit - stwierdziła - Zgubiłam go cztery tygodnie temu i chyba cały czas tutaj leżał. To cud, że wreszcie poczułeś, że coś cię uwiera w twoje kościste ciało...
Bonnie zerwał się na równe nogi. Rzeczywiście był chudy i do tego niesamowicie - jak na ludzi -  wysoki. Miał długie, sięgające pleców, ciemne włosy, które z przodu tworzyły nieregularne, postrzępione pasma. Niebieskie, głeboko osadzone oczy z ciemną oprawą rzęs, były wiecznie zamyślone. Nos był lekko zadarty i nakrapiany 37 piegami, które jak mawiał, były wynikiem działania promieni UV. Usta miał wąskie, co z biegiem czasu przystosowało się do jego ciągłego narzekania. Dalej jego fizjognomia (nie biorąc pod uwagę jego 2,98 m wzrostu) była niesamowicie pospolita. Długie, patykowate ręce zwisały mu aż do kolan, a od kolan ciągnęły się jeszcze chudsze nogi, których stopy zawsze miały na sobie dwie różne skarpetki. Cała postać sprawiała wrażenie dość pokraczne.
- A ja się zastanawiałem, skąd mam tyle siniaków na plecach! - wybuchnął Bonnie - To wszystko przez twoje graty, których nie potrafisz uporządkować! Masz przecież szafę, w której możesz to trzymać. Ja, moja droga, tutaj śpię, a raczej staram się wykonywać tę prostą czynność fizjologiczną, ale zdaje mi się, że nie mogę. Powinnaś zostać usunieta z Antonimy!
Teresa już podwinęła rękawy swojej tuniki i zaczęła zacierać pięści, gdy do akcji włączył się Patryk.
- Daj spokój Tereso. On jest niewyspany. - rzekł z pogardą - Jeszcze mu zrobisz krzywdę... Wróćmy lepiej do naszej próby.
- Ty chyba żartujesz! Wy wszyscy jesteście...
I tu urwał, gdyż Patryk, Teresa i reszta grupy zaczęła swoje muzykowanie, które całkowicie i skutecznie zagłuszyło nie tylko jego słowa, ale i myśli. Zwinął swój koc, wsadził do worka, razem z butelką soku z zielonej (samodzielnie wyhodowanej) dyni. Zarzucił worek na plecy i wsadził pod pachę sporych rozmiarów słoik, z warstwą ziemi na dnie, malutką roślinką w środku i czymś, co się na liściu ruszało.
- Wychodzę - rzekł, nie słysząc co mówi.
Znalazł się w długim korytarzu, z którego odchodziło w każdą stronę kilka mniejszych. W ścianach znajdowały się drzwi. Bonnie obrócił się, by zobaczyć te, przez które wyszedł. Jakie było jego zdziwienie, kiedy ujrzał przed sobą brudną ścianę z brakującymi kafelkami. Położył ostrożnie na ziemi słoik, a potem worek. Wyciągnął przed siebie długie i chude palce z brudnymi paznokciami. Zrobił krok do przodu i poczuł opuszkami chłodną ścianę. Z boku wyglądał jak lunatyk, któremu przed nosem wyrósł kawał betonu. W końcu ocknął się z letargu. Powoli zaczął przesuwać dłońmi po śliskich, niczym oblodzony chodnik, kafelkach. Czuł się jak ślepiec szukający nie wiadomo czego po omacku. 'Przecież tu były drzwi' - myślał gorączkowo - 'Jeszcze 4 minuty temu dotykałem tytanowej klamki. Nie mogło sie to po prostu rozpłynąć...'
Bonnie gwałtownie odwrócił się od ściany. Oparł się i zsunął po niej w dół. 'O co właściwie tutaj chodzi?. To fakt, że pierwszy raz wyszedłem poza Strefę. Ale czemu miałbym tego nie robić? Nikt nigdy mi tego nie zabraniał. Nikt nigdy o tym nie mówił. A może to po prostu kolejna głupia sztuczka Teresy? Ona zawsze mi robi na złość. Pamiętam, jak kiedyś zmieniła słoik w jedną ze swoich okropnych chustek w pomidory. A potem się w nią wysmarkała. Jak goodzyskałem, to przez tydzień musiałem polerować szybę. Teraz pewnie siedzi z Patrykiem i pęka ze śmiechu. Ona jest nieznośna! Zresztą, i tak jej nie potrzebuję. Sam dam sobie radę.'
Chciał wstać, ale żcierpło mu kolano, więc musiał je chwilę potrzeć. W końcu podniósł się z ziemi razem z workiem i słoikiem. Nie zastanawiając się długo, ruszył przed siebie i skręcił w najbliższy, ciemny korytarz. 'Ciekawe, gdzie mnie zaprowaaa... - urwał, gdyż coś zaplątało się o jego nogę. Runął jak kłoda na ziemię - ...dzi...' - dokończył, energicznie masując sobie kolano - 'No masz ci los. Ledwie wyszedłem poza Strefę, a już dzieje mi się krzywda' - dodał markotniejąc.
- Hihihi - z podłogi doszedł do jego uszu śmiech. Był to śmiech niezwykły. Jednak nie z powodu barwy, tonu czy uroku, ale ze względu na częstotliwość, przekraczającą 20 kHz. Bonnie zatkał sobie jedną reką ucho, gdyż w drugiej trzymał słoik. Śmiech był nie do zniesienia. I kiedy Bonnie pomyślał, że za chwilę z uszu wypłyną mu strugi krwi, głos umilkł. Bonnie niepewnie opuścił rękę, która i tak na niewiele się zdała. Rozejrzał się najpierw na swoim poziomie wzroku. Jak się spodziewał, niczego nie ujrzał. Stopniowo się schylał, w końcu uklęknął i dopiero wtedy dostrzegł parę jasnych, wpatrzonych w niego oczu. Wymamrotał pod nosem kilka słów i nagle z sufitu wydobył się blask jarzeniówki. W prawdzie nie oświetlił całego korytarza, ale wystarczył aby ukazać przyczynę upadku Bonniego.
- Jeee, ale ty jestes wysoki! - odezwała się Istota - Kiedy się potknąłeś, myślałam, że już nigdy nie uderzysz rękami o podłogę. Twój upadek trwał dokładnie 0,763 sekundy. Inni tak długo nie upadają. Czyli mamy nowy rekord! - istota aż podskoczyła z radości - Rekord! Rekord! Rekord! - zaczęła swoim piskliwym głosem.
- Przestań! Nie mogę tego słuchać! - wrzasnłą Bonnie. Istota ucichła. - O jakich innych ty mówisz? I kim ty właściwie jesteś? Też wyszłaś ze Strefy i nie wiesz jak wrócić?
Istota utkwiła w Bonniem swoje wielkie, zielone oczy. Wykrzywiła usta w złośliwym uśmiechu i pokazała język. Potem wstała, obeszła Bonniego trzy razy, przy czym kilkanaście razy wybuchała swoim nieznośnym śmiechem.
- A co masz w tym słoiku? - odezwała się po długiej chwili milczenia.
Już miała dotknąć szkła, kiedy Bonnie sprawnym ruchem podniósł go z ziemi i wsadził pod pachę...


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Sprawy bieżące
Notatkę dodano:2006-09-25 19:29:37

Matura próbna zaplanowana jest na 30-tego listopada. Nauka idzie pełną parą - chemia aż wiruje od odczynników, ewolucja raźno stąpa na przód w biologii. Nie ma się czym martwić - wszystko w najlepszym porządku. Zaraz, zaraz czy ja już wypełniłam deklarację?

 

Na tegoroczny wystrój auli na studniówkę zaplanowano kasyno. Wraz z moim wrodzonym i odziedziczonym instynktem 'wkręcania się' we wszelkiego rodzaju inicjatywy, stałam się członkinią komitetu studniówkowego. A więc nożyczki i młotek w garść i do roboty!

 

Kurs prawa jazdy tymczasowo w zawieszeniu. Intensywne jazdy zaczną się w połowie października. Tegoż samego miesiąca czeka mnie chwila prawdy - sam na sam z nieposkromioną bestią oraz wciąż wielką mechaniczną tajemnicą i egzaminatorem.

 

Cztery dni bycia dorosłą nie zmieniły mojego życia. Właściwie nawet się tego spodziewałam.

 

Pies bardzo się zestarzał. Więcej śpi (choc to raczej nic dziwnego) niż je. A może na odwrót?

 

Wrzesień wyjątkowo mi się udał w tym roku. Jak widać, nie wiosna, ale czmychające z kalendarza lato i pewna siebie jesień czynią człowieka/kobietę (niepotrzebne skreślić) szczęśliwym.

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Grzybobranie
Notatkę dodano:2006-09-24 19:46:43

Wracałam z rodzinką autem z wyprawy do lasu. Na moich kolanach spoczywał koszyk pełen grzybów. 'Niezły sobie zrobiliśmy spacerek' - pomyślałam - 'Pogoda była idealna na tego typu wypady - ciepło, od czasu do czasu powiał orzeźwiający wiatr. Między drzewami promienie słońca radośnie mrugały do siebie. Gdybyśmy wybrali się wcześniej (a nie o 15:00), to zapewne nasze zbiory były by okazalsze. W każdym bądź razie, pół kilograma leśnych smakołyków w sam raz starczy na jajecznicę'. Z zamyślenia wyrwał mnie niecodzienny widok, który ukazał się moim oczom przez okno samochodu.
- Patrz mamo, bidet! - krzyknęłam na całe auto.
- Magdusiu, to nie bidet... To tandem. - odpowiedziała mama i zaczęła się śmiać.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Chemicznie
Notatkę dodano:2006-09-18 19:16:40

Rodzina zgromadziła się w salonie. Mama zszywa skończony przed chwilą, zrobiony na drutach sweter. Tata leży na kanapie, z kartką w ręce i zaczyna mnie przepytywać. Dominik przegląda gazetę.
- Lapis?
- AgNO3
- Kamień siarczany?
- K2SO4
- Soda oczyszczona?
- NaHCO3
- Sól gorzka?
- MgSO4*7H2O
- Wiesz co, Dominik? - odzywa się mama - Ona to musi umieć na piątek. Dziś jest niedziela...
Dominik podniósł głowę z nad gazety. Przyjrzał mi się uważnie i rzekł:
- Cichy zabójca!
- Co proszę? - zbił mnie z tropu.
- Nooo, cichy zabójca. Nie wiesz? CO! Tlenek węgla (II)! I kto tu chce chemię studiować?
- A tam. Takie głupoty w gimnazjum były...
- Ale to się uczyć trzeba! Haha! A ty tato, też się nie śmiej, bo sam nie wiedziałeś!


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 696729
Osób: 681395

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017