Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

Nocne Polaków rozmowy...
Notatkę dodano:2006-09-17 11:56:43

Godzina 22:45. Radosna melodyjka z "Lonny Toons" przerywa moją drzemkę. 'Aha, sms...' doszłam w końcu do wniosku. Przeczytałam wiadomość i od razu postanowiłam odpisać. W tym momencie do pokoju weszła moja mama, twierdząc, że chce tylko posmarować dłonie. Rozsiadła się wygodnie na łóżku i zaczęła kontemplować pojemniczek z kremem.
- A od kogo dostałaś esemesaaaa? - ożywiła się, choć nie zdążyła ukryć dość znacznego ziewnięcia.
- A jak myślisz?
- Od S.
Przytaknęłam.
- Tak myślałam. Kto inny mógłby do ciebie napisać...? - odstawiła krem z powrotem na półkę - Magda...?
- Co?
- A on do ciebie mówi jakoś tak ładniej?
- ?! - zastrzeliła mnie tym pytaniem.
- No wiesz, tak jakoś zdrobniale...
- Normalnie do mnie mówi...
- Powiedz mi, proszę. Jestem ciekawa.
- Ale co ja mam ci powiedzieć?
- No jak do ciebie mówi... Nie pójdę, dopóki mi nie powiesz - zagroziła.
- Ale tu nie ma nic do gadania. Zresztą, jakie to ma znaczenie?
- Ano ma znaczenie. Ja chcę wiedzieć. To w takim razie będę zgadywać.
- Mamo, jest jedenasta godzina. Nie chcesz iść spać?
- Słonik!
- Co słonik?
- Mówi do ciebie słonik!
- Nie, nie mówi do mnie słonik...
- Skoro nie słonik, to znajdźmy coś przeciwstawnego... Okruszek!
- Nie.
- Kruszynka!
- Nie.
- No to sama mi powiedz. Przeciez to chyba nie jest aż takie prywatne?
- No nie jest...
- Więc?
- Mówi do mnie Magda.
- Magda?! - zdegustowanym i nieco zawiedzionym tonem rzekła mama.
- A jak ma mówić, skoro się tak nazywam?
- Ech, widzę że nie chcesz mi powiedzieć...
- Dobranic.
- Wiesz co mi się dziś przytrafiło? - nie miała najmniejszej ochoty opuścić mojego pokoju.
- Nie mam pojęcia...
- Babcia zrzuciła mi dzisiaj łopatę na nogę! I wiesz jak mnie teraz boli?
- Wyobrażam sobie. To może idź się połóż?
- Wyrzucasz mnie. Nigdy nie chcesz ze mną porozmawiać...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Medycznie
Notatkę dodano:2006-09-12 20:24:35

Kolacja. Ojciec jest dziś na popołudniu w pracy, więc przy stole siedzi mój brat, mama i ja. Smaruję swojego tosta masłem, kładę plaster żółtego sera i zabieram się do jedzenia. Dominik pochłania Nutellę z rogalikiem.
- Porozmawiajmy. Bo bliżej siebie, to dalej od narkotyków - rzekła mama, grzebiąc czubkiem noża w margarynie - Ty wiesz co to są otręby pszenne?
- Czy będę jeść co? - odpowiadam dość niegrzecznie, bo z pełną buzią.
- Nie czy będziesz jeść, tylko czy wiesz co to jest?
- No wiem. Te takie ziarenka...
- Nie do końca. To wygląda jak trociny.
- Aha, to mogę to wsadzić zamiast siana do klatki do koszatniczek?
- Nie słuchasz mnie. To służy do jedzenia - zniecierpliwiła się i zdecydowanym ruchem posmarowała kromkę - Bo ojciec ma problemy z tym, no wiesz...
- Wiem, wiem - powiedziałam z politowaniem.
- Kiedy rozmawiałam z nim, to mówił mi, że jak zje słone orzeszki, to wtedy mu łatwiej...
- Usiąść na tronie! - dodał Dominik.
- No właśnie. I ja tak sobie pomyślałam, że te otręby to zdrowsze są niż słone orzeszki. A przy jego kłopotach...
- To węgiel powinien jeść! - Dominik doskonale się bawił.
- Ale węgiel to chyba na inne przypadłości jest dobry - wyjaśniłam.
- ...i czytałam też, że to usprawnia pracę jelit - kontynuowała mama.
- E tam. Powinien sobie do makaronu żwirku dosypać. Nie dośc, że mu pomoże, to jeszcze będzie miał wielorazowego użytku - fantazjował Dominik.
- Dlaczego nikt mnie nie słucha? - zdenerwowanym tonem skończyła swój wykład.
- Słuchamy cię.
- Wiesz co mamo? To nie lepiej zrobić ojcu lewatywę? - wsadziłam do ust resztkę tosta - Tościka? - zaproponowałam.
- Ja chcę - ożywiła się mama.
- Dobra, ale dostaniesz dupkę.
- Może być - odpowiedziała ochoczo - Ty słyszałaś, że dziadek będzie testował leki?
- Na co? Na serce?
- Tak. Ale najlepsze jest to, że po ostatnich badaniach okazało się, że ma super wyniki. Nawet cholesterol ma poniżej normy.
- To po tych lekach?
- Nie, jeszcze nie zaczął.
- To po co ma je brać?
- Żeby przetestować. Przed wprowadzeniem na rynek. I to chyba lepiej kiedy pacjent ma bardzo dobre wyniki, bo można łatwo stwierdzić, czy te leki tego stanu nie pogorszają.
- Masz rację - zgodziłam się - O tosty. Proszę.
- Ale jest jeden problem. Dziadka boli noga.
- Po tych lekach?
- Nie, jeszcze ich nie brał. Już od dawna go boli. Kiedy się zapisał do ortopedy, to musiał czekać dwa miesiące. A jak się zbliżał termin wizyty, to go ta noga przestała boleć i w końcu nie poszedł.
- Aha. Ale go teraz znowu boli?
- Tak. Dlatego ja mu tak poradziłam: słuchaj, pójdziesz do tego lekarza po tych testach i powiesz mu, że cię noga boli, to przynajmniej bez kolejki do ortopedy cię przyjmą...
- I przez ciebie nie wprowadzą jakiegoś cudownego leku na polski rynek!
- Co tam ten lek, jeśli sprawa rozbija się o nogę mojego ojca! - żywo zaprotestowała.
- No, i dziadek będzie V.I.P! - dodał Domimik - very important przyjaciel premiera i jego rodziny...
- Chyba V.I.G. - poprawiłam - very important grandfather.
- Jeszcze może być V.I.O. - tworzył Dominik - very important opa!
- ...a wczoraj odpinali mu holtera. Poza tym ten test to też jest taki specyficzny. Bo część  pacjentów dostaje ten właściwy lek, a część placebo. I nikt nie wie co właściwie bierze. Ale za to każdy ma przy sobie karteczkę, że podczas jakiegoś wypadku czy zasłabnięcia, należy kontaktować się tylko i wyłącznie z tym jednym lekarzem - mama rozgadała się na dobre.
- Tak, tak. Dzwonią do tego lekarza, proszą o pomoc, a on na to: przepraszam, chory jestem -  skwitował mój błyskotliwy braciszek.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Obiadkowo
Notatkę dodano:2006-09-10 13:49:00

Niedzielny obiad. W kuchni unosi się jeszcze zapach smażonego kotleta schabowego. Widelce i noże zabawnie stukają o talerze. Czasami jakaś zwęglona pieczarka spada na czysty obrus.
- Magdalena cholera jasna to mnie wkurza! - jednym tchem krzyknął ojciec.
- Nie wrzeszcz tak, bo okno jest otwarte - wtrąciła się mama.
- Co tam okno... Ona mnie ciągnie za włosy u tego...
- U czego?! - w głosie mamy wyczuło się niemałe przerażenie.
- U nogi - dokończył - a co ty myślałaś?!


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Kulinarnie
Notatkę dodano:2006-09-08 21:13:59

Po skończonych lekcjach wróciłam do domu, usiadłam do stołu i 'poprosiłam' o obiad. Ojciec, rzuciwszy na mnie pełne politowania spojrzenie, ziewnął, bo był po nocce i wsadził talerz pełen zupy do mikrofalówki. Po charakterystycznym dźwięku, oznaczającym koniec podgrzewania, miseczka rosołu znalazła się tuż przed moim nosem. Głodna jak wilk, natychmiast zabrałam się do jedzenia.
- Ekhrmm - zakrztusiłam się, oparzywszy sobie przy okazji język - na ile ty to włączyłeś?!
- No jak to na ile? Na półtorej minuty...
- Widać, że cię w domu nie ma. Nawet zupy nie potrafisz porządnie podgrzać.
- To zjedz sobie najpierw ziemniaki z rybą, a potem zupę, kiedy już ostygnie - zaproponowała mama, szorując patelnię.
- Tę rybę, którą mi ojciec palcami na talerz nakładał?!
- Jakimi palcami? Widelec miałem w ręce.
- Tymi palcami z drugiej ręki. Najpierw grzebiesz sobie nimi nie powiem gdzie, potem dotykasz klamek w sklepach, a na koniec robisz mi obiad - powiedziałam, pełna wyrzutu - Co to w ogóle ma być? Człowiek wraca po ośmiu godzinach nauki zmęczony, wyczerpany psychicznie, głodny i co dostaje? TO dostaje! - wskazałam palcem na zwisający z talerza kawałek pangi - ja nie spałam do południa jak niektórzy spośród nas tutaj - wymownie spojrzałam na tatę - ja faszerowałam swój umysł wiedzą!
- Spałem do południa, bo wróciłem po nocnej zmianie z pracy! Zarabiałem pieniądze na twoje fanaberie, kiedy ty się wylegiwałaś w swoim łóżeczku.
- To nie moja wina, że masz zaburzony dobowy rytm...
- A tak ściśle między nami mówiąc, to spałem nie do południa, ale zaledwie cztery godziny.
- Ja spałam 8. To się dużo nie urwie.
- A ja osiem godzin śpę na dwie doby. Poza tym, ty to w tej swojej szkole idziesz sobie posiedzieć i podłubać w nosie.
- Tak. Ale chyba na przerwach.
- A wiesz co ja robię w przerwach, kiedy nie pracuję ciężko?
- No co?
- Słucham twojego głupiego gadania...
 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Rodzinnie
Notatkę dodano:2006-09-06 23:00:16

Godzina 20:45. Pakuję torbę, poprawiam włosy, uśmiecham się do swojego odbicia w lustrze. Gwałtownie pukam do drzwi łazienki, gdzie tato przebiera się do pracy. Po kilku minutach wychodzi, również przegląda się w lustrze, po czym spogląda na mnie.
- Ech. Też bym wolała pójść sobie do pracy, a nie zaliczać nocnych jazd z biało-niebieskim 'L' na dachu. - zagadnęłam.
- Tak, tak. Już cię widzę na noc do pracy. - odpowiedział rozbawiony - Godzina 1:00, 2:00, 3:00, wiesz jak to wolno mija? A o 4:00 to pewnie byś już gdzieś spała...
Do rozmowy włączyła się mama, przechodząca ukradkiem przez przedpokój.
- Wiesz, ja czasem się tak obudzę w nocy, tak koło pół do piątej. Siadam sobie wtedy na łóżku i myślę: ojej, on jeszcze zarabia na chleb i bułeczki...
Dyskusja wydała mi się coraz ciekawsza, więc postanowiłam ją kontynuować.
- Z pewnością jest tak, jak mówisz tato. Zwłaszcza, że musiałabym sobie tam gdzieś posiedzieć...
- Posiedzieć?!
- Przepraszam - prędko się poprawiłam - Pospacerować...
- Dziewczyno! Ja tam jadę ciężko pracować! I nie spacerować, tylko obejść kilka razy całą fabrykę, wydając przy tym mnóstwo poleceń i podejmując szereg poważnych decyzji.
- Ach tak. I pewnie wszyscy cię tam słuchają?
- Tak. Słuchają i szanują.
- I odpowiednio się zwracają.
- Normalnie się zwracają... - zastanwił się przez chwilę.
- W czwartej osobie liczby mnogiej - podpowiedziałam.
- ?
- Nie wiesz? My, wy, oni, Bronek...


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


O tym, jak zostałam hakerką
Notatkę dodano:2006-09-03 07:36:43

Obiektywnie rzecz biorąc, mogę ustawić się w gronie ludzi uzdolnionych. Raz coś narysuję, innym razem zagram, czasem zdarzy mi sie popełnić jakiś wiersz. I w tym miejscu zakończyłabym zachwycanie się nad własną istotą rzeczy, kiedy jeden mały wypadek nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Po krótkim kursie obsługi panelu administracyjnego, pełna wiary we własne siły, zasiadłam wieczorem do PC z zamiarem stworzenia własnego bloga. Z wielką satysfakcją, po kilku minutach mozolnej pracy nad pierwszą notką udało mi się tego dokonać. Dłuższą chwilę wpatrywałam się w ekran, jak w jeden z moich obrazów, po czym z ciekawością otworzyłam blog xxx. Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam na nim swoją własną notkę. W pierwszej chwili pomyślałam, że złośliwość ludzka nie zna 'granic', gdyż świeżo dodany tekst natychmiast jest kopiowany dalej. Trochę zawiedziona odwiedziłam inny blog. Okazało się, że sytuacja jest dziwnym trafem identyczna. Duma i pewnośc siebie spłynęły wraz ze mną po krześle. Po dramatycznym smsie i uspokajającej na niego odpowiedzi powoli doszłam do siebie.  W tej grze nie ma reguł. Chcą nie chcąc, prędzej czy później i tak zostaniesz hakerem.

 

Popołudnie spędziłam u babci. Dwa tygodnie temu wprowadziła się do nowego domu, w którym cały czas jest coś do roboty. Kiedy dzień zaczął chylić się ku wieczorowi, razem z babcią przygotowywałyśmy w kuchni kolację. Rozkładając żółty ser na talerzu wsłuchiwałam się w znajome 'buczenie' lodówki. Na blacie leżał przed chwilą skrojony, świeży, pachnący chleb. I  pamiętam tę właśnie babcię jak przed laty mieszkała w starym mieszkaniu na Powstańców Warszawskich. Jak w fartuchu, z szeroko rozpostartymi ramionami witała mnie i mojego brata, gestem zapraszając do wielkiej kuchni. Tam w szafce z rozsuwanymi drzwiczkami stały tylko dwie rzeczy: czekoladowe desery z białą, puszystą pianką...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Tytułem wstępu
Notatkę dodano:2006-08-31 21:56:06

Wyrwana z głębokiego snu, lekko zakurzona i wielce zdziwiona gitara, ziewnęła przeciągle wydając raczej fałszywe tony. Odzwyczajone od kontaktu ze strunami palce, wolno i niedokładnie zmieniały akordy. Czas i muzyka płyną tę samą rzeką, na zmianę się wyprzedzając. 'Jeszcze rok temu, schodami do nieba wchodziłam do mojego małego, bezpiecznego świata' - pomyślałam, odstawiając instrument między szafkę z pamiątkami a sztalugę. Wzięłam do ręki ołówek i dopisałam ostatnie nuty niedokończonych wariacji. 'Jutro skoczę do sklepu po zeszyt w pięciolinię'. Rozpocznę symfonię. Prawdziwą symfonię.  


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 696766
Osób: 681432

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017