Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
O ciele
Notatkę dodano:2013-04-11 10:47:55

Jest obok. Na granicy między widzeniem, a niewidzeniem. Czasami, gdy popatrzę kątem oka, odnoszę wrażenie, że rozmazany kształt nabiera konkretów, jakby moja obserwacja karmiła go, ofiarowywała ciało. Po kilku sekundach głowa zaczyna protestować – świat się kręci, obraz zanika, uciekając z piskiem.

Zostają tylko sugestie, delikatne wiadomości pod postacią szeptów, podmuchy wiatru prosto w odsłonięty, przemarznięty, przeciążony kark. Jest też cień, będący jakby przeciwcieniem do cienia-przyjaciela. Zamiast pojawić się w świetle dnia bądź latarnianej nocy, rodzi się w mroku, gęstnieje w pobliżu, połączony stopami i te stopy pochłaniający. Wygląda jak plama na czarnym materiale i potrafi być, tak jak ona, płynny. Poszerza swe terytorium w zależności od aktualnej faktury materiału, temperatury otoczenia, proporcji tlenu względem dwutlenku węgla w powietrzu. Nie lubi fotonów, krzyczy gdy są blisko, znika w anty-blasku, na powrót stając się zbiorem cząstek wirtualnych.

Cień stanowi fizyczną emanację niekoherencji, ma określony czas połowicznego rozpadu, dramatycznie skrócony w pobliżu źródła światła, ale jego mogę bezpośrednio obserwować. Spędzam godziny na patrzeniu, skupiony najpierw na ciemnych kształtach mebli, odległych ścianach, futrynach, które oczom płatają figle, wyginając się, zmieniając linie proste w krzywe, a kąty proste na rozwarte bądź ostre – bezzębne usta, otwarte-zamknięte. W końcu czuję go na sobie, stopy robią się cięższe, zimniejsze, bez względu na to, ile akurat mam skarpet, butów, koców i kołder. To ten rodzaj chłodu, który z wiekiem zaczyna towarzyszyć człowiekowi, tylko jakby zwielokrotniony, zagęszczony do kilku-kilkudziesięciu centymetrów sześciennych zera bezwzględnego. Nie ruszam się, nie mrugam, robię cztery do sześciu oddechów na minutę. B-b-bicie serca zwalnia. Spokój.

Wiem, że powinienem się bać, krzyczeć z przerażenia, wybiec z pokoju, z domu, z bloku, na ulicę, do ludzi, w tłum, gdzie ciepło, gwarno, jasno, bezpiecznie. Gdzie rządzi nieświadomość zbiorowa, a nie podświadomość jednostki, obarczona skazą filogenezy. Strachu jednak nie ma we mnie, jest ciekawości, pogodzenie z losem, akceptacja pasażera na gapę. Cień nie mówi, po prostu tkwi przy mnie. Czasami, gdy patrzę wyjątkowo intensywnie, odnoszę wrażenie, że jego fragmenty latają w powietrzu, wznoszą się do góry, prosto do mojego nosa, skąd trafiają do płuc, do krwi, organów, tkanek i komórek. Wtedy, nawet gdy zapalę światło, cień zostaje przez kilka dni; w każdej myśli, każdym zaniechaniu.

Patrząc, chciałbym poznać tę niekonkretności, która nieustanie mi towarzyszy, a rozpływa się, gdy próbuję zgłębić jej naturę. Cień nic nie mówi, nie tłumaczy, no bo dlaczego miałby, skoro jest początkiem drogi, wrotami, a nie celem wędrówki. Kilka razy widziałem, jak coś się w nim, w jego wnętrzu, poruszyło. Mrok na mroku w mroku. Bardziej sugestia, impresja, niż kształt. Wtedy pośpiesznie opuszczałem powieki, głupio ufając, że właśnie ten rodzaj ciemności mnie uratuje. Nic z tego – zostały anty-powidoki, wiły się, kręciły, zapraszały. Oferowały poznanie. Na tacy przynosiły świat spoza tunelu, pełen elektromagnetycznych pól i chmur prawdopodobieństwa, gdzie tańczyła (i nadal tańczy) jedna-jedyna potencjalność, którą pragnę ziścić, a której nie potrafię określić.

Coraz częściej spoglądamy tak na siebie – ja w otchłań, a otchłań we mnie. Nie ma między nami przyjaźni, ani nienawiści. Czekamy. Jesteśmy sobie obojętni.

Każde, na swój sposób, więźniem.


Komentuj(1)
O androidach
Notatkę dodano:2013-03-14 21:40:46

Prosta fabularnie historia Ricka Deckarda, który musi znaleźć i zlikwidować grupę Replikantów, to wielowarstwowe dzieło, bogate w konteksty, dyskursy, nawiązania filozoficzne i religijne. Jednocześnie to film skupiony na ludzkiej kondycji, który (mimo upływu lat) zadaje wciąż aktualne pytania. Współcześnie, kiedy interakcje społeczne coraz częściej przenoszą się na grunt wirtualny, kiedy większość związków opiera się na wzajemnym, nieszkodliwym konsumpcjonizmie, a ludzie żyją życiem cieni, warto przyjrzeć się uważnie dokąd niniejsze tendencje mogą zaprowadzić.

 

Wyjść należy od relacji protagonista-antagoniści. Deckard z początku filmu zdaję się postacią bierną i nieczułą, jakby zbyt mocno do serca wziął słowa Richarda Rorty’ego o postmodernistycznej ironii. Stara się być obiektywny, przecież niejako na drodze naukowego eksperymentu dowodzi winy przesłuchiwanych, a równocześnie jest (jakby określił Robert Musil) człowiekiem bez właściwości – daje sobą manipulować, zmienia zachowania w zależności od kontekstu, co ciekawie ilustruje scena badania Rachael. Deckard przez większość filmu odrzuca stronę subiektywną, dopiero kontakty z Replikantami (Rachael, Royem, Pris, Leonem, Zhorą), którzy dookoła subiektywności budują obraz świata, pozwalają na unifikację, zyskanie pełnowymiarowej tożsamości postmodernistycznej (w rozumieniu Rorty’ego). Istotne dla procesu przemiany są sceny uratowania deckardowego życia – najpierw przez Rachael, później przez Roya. Wydarzenia te doskonale uwidaczniają pluralizm zgodny z postmodernistyczną filozofią: niepewność świata, niemożność jego poznania za pomocą obiektywizmu lub jednej prawdy-idei. W rozumieniu Jeana-Françoisa Lyotarda następuję w Blade Runnerze negacja megaopowieści spekulatywnych.

 

Konflikt Deckard-Replikanci niesie ze sobą jeszcze jedną implikację. Otóż w społeczeństwach stechnicyzowanych, w których tempo rozwoju przytłacza jednostkę, człowiek dokonuje transformacji na linii podmiot-przedmiot. W Blade Runnerze dzieje się tak do momentu, w którym zdajemy sobie sprawę, że Replikanci są bardziej ludzcy niż osoby z otoczenia Deckarda. Z obiektywnego punktu widzenia wszystko w filmie staje się przedmiotem i aby powrócić do podmiotowości, należy zmienić pryzmat na subiektywny, czyli ten, którym cechują się maszyny stworzone na ludzkie podobieństwo: Roy, Rachael, Pris, Zhora, Leon (Deckard?). Szczególnie relacje Deckard-Rachael i Deckard-Roy uświadamiają widzowi, że bez aspektu moralnego (w rozumieniu Zygmunta Baumana) stajemy się niepełni.

 

Na dodatek okazało się, że Blade Runner, poza głęboką warstwą intertekstualną, wywołał rewolucję innego rzędu – w połączeniu z boomem na cyberpunk zmienił postrzeganie Science Fiction jako gatunku, pośmiertnie nobilitował prozę Philipa K. Dicka, umożliwił przekształcenie fantastyki naukowej w istotny element głównego nurtu, bez którego – jak widać w powyższych przykładach – nie można mówić o współczesnym człowieku, jego naturze i dążeniach. Dick, na kilka miesięcy przed śmiercią, w liście do Jeffa Walkera, pisał że tak się stanie, jak zawsze wyprzedzając rzeczywistość.

 

Blade Runner to dzieło wyjątkowe, jedno z najważniejszych wydarzeń w historii sztuki filmowej, które nadal zadziwia sprawnością realizacji, aktualnością tematów, będąc również przestrogą przed rozmyciem osobowości człowieka w postmodernistycznym koszmarze. Jak zauważa Zygmunt Bauman, ufając technice, wyzbywamy się ważnych części siebie, przez co świat staje się niepewny i niekonkretny. Blade Runner, fundując widzowi piekło sztuczności, ilustruje dokąd może to ludzkość zaprowadzić.

 

Warto zajrzeć:

 

1. Dominika Oramus, Dziwny przypadek Philipa K. Dicka, [w:] O pomieszaniu gatunków. Science Fiction, a postmodernizm, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2010.

 

2. http://film.org.pl/a/artykul/w-piekle-sztucznosci-18562/

 

3. Philip K. Dick, List do Jeffa Walkera, 11.10.1981.

82e662a4274375bffb63331b51fb1960.jpeg

Brak komentarzy
O Polconie i Zajdlach
Notatkę dodano:2012-08-30 14:30:38

 

Z biegiem miesięcy niniejszy blog zmienił formułę oraz tematykę dookoła której się obracał, ze zbioru opinii, fragmentów i recenzji, dokonał metamorfozy w wybór szkiców i impresji raz na jakiś czas wypluwanych przez mózg. Pora na głęboki oddech, powrót do wcześniejszej konwencji, tym bardziej, że znalazł się temat, do którego warto napisać przynajmniej kilka słów komentarza. Mówiąc w skrócie - będę narzekał.

 

W dniach 23-26 sierpnia bawiłem się na tegorocznym Polconie we Wrocławiu. Gdyby nie towarzystwo, w którym spędziłem ten czas, raczej nie zaliczyłbym konwentu do grona udanych. Ciasne, słabo wentylowane sale, gżdacze nie do końca zorientowani w swoich powinnościach bądź z przesadą do nich podchodzący, źle rozplanowane miejsca spotkań (serio, aż tak trudno było przewidzieć, że do Andrzeja Sapkowskiego i Kuby Ćwieka przyjdzie dużo fanów?), no i w końcu – prelegenci traktujący prezentowane przez siebie zagadnienia byle jak. Jedynie uczestnicząc w bloku horrorowym, odnosiłem wrażenie, że w jego organizacje, wybór tematów itp., naprawdę włożono sporo energii i pracy. Niestety, z innych działów nie potrafię wymienić żadnej prelekcji, która by mnie zaabsorbowała, nie uświadczyłem też rozmowy panelowej, która wywołałaby rumieniec podekscytowania na policzkach (np. jak zeszłoroczna o Lemie). Cóż, istnieje prawdopodobieństwo, że po prostu źle trafiałem, ale z drugiej strony – wątpię abym przez cztery dni miał aż takiego pecha. Na szczęście spotkania autorskie wypadły bez zarzutu, nie można też narzekać na dostępność polconowych gości, szczególnie zagranicznych.

 

To nie wszystko. Ostatni i najbardziej bolesny zarazem dotyczy Nagrody im. Janusza Andrzeja Zajdla, a dokładniej systemu głosowania oraz samej ceremonii wręczenia.

 

Na temat nagrodzonych tekstów wypowiadał się nie będę, aczkolwiek przyznam, że nie były one moimi faworytami i nie zatańczyłem radośnie po ogłoszeniu zwycięzców. Znaczny wpływ miała też na to smutna refleksja, która pojawiła się na początku odczytywanego przez Annę Kańtoch raportu – przytoczona przez przewodniczącą statystyka ponownie nie wyglądała dobrze. Spośród ludzi obecnych na Polconie zagłosowało około 320 osób, co (jeśli przyjmiemy że uczestników przewinęło się ok. 2500-3000) jest wynikiem słabym i poddaje w wątpliwość zasadność przyznawania nagrody. W zeszłym roku było gorzej nawet i z tego co pamiętam, swoje głosy oddało ok. 280 polconowiczów. Już wtedy kapituła odpowiedzialna za Zajdla powinna solidnie zweryfikować system typowania zwycięzcy.

 

Jak temu zaradzić? Jeśli wszystko miałoby zostać w niezmienionej formie, należałoby poprawić a) docieralność tekstów nominowanych (pierwszy krok, w postaci wersji elektronicznej, już wykonano), b) zmaksymalizować chęci czytelników obecnych na konwencie do głosowana, c) zwiększyć popularność głosowania zdalnego poprzez wykupienie akredytacji wspierającej (np. obniżeniem ceny). W punkcie b najlepiej, aby skuteczność agitacji wynosiła nie mniej niż 80% konwentowiczów, co można by osiągnąć specjalnym, pamiątkowym bonusem, zniżką w księgarniach na terenie Polconu, obiżeniem ceny akredytacji, intensywną kampanią plakatową, biuletynową, fejsbukową itd. W tym roku szczególnie kwestia reklamy kulała, a już ręce opadały, gdy okazało się, że informacja o ceremonii wręczenia nagród zajęła niewielką krateczkę w tabeli programowej – naprawdę łatwo było ją przeoczyć.

 

Co jeśli zmienilibyśmy formę? Tutaj rozwiązań mamy multum, każde na swój sposób warte rozważenia, jednocześnie niewolne od możliwych nadużyć lub błędów. Można by wszystko zostawić w rękach wyselekcjonowanego jury, tylko że w tym wypadku czytelnicy i autorzy skazani byliby na ich poglądy, uprzedzenia itd. Inna droga to ogólnopolskie głosowanie poprzez odpowiedni, szyfrowany formularz z systemem weryfikacji danych. Tylko czy opiekunowie Nagrody mają na to fundusze? – patrząc po wyglądzie strony internetowej, śmiem w to wątpić. Pewne z tego wszystkiego jest jedno – system trzeba albo usprawnić, albo zmienić, jeśli do tego nie dojdzie, powinno się przemianować Nagrodę im. Janusza Andrzeja Zajdla na coś w rodzaju nagrody publiczności (coś jak na festiwalach filmowych), bo do tego się to aktualnie sprowadza.

 

Sprawa druga – ceremonia. Już w zeszłym roku miałem mieszane odczucia związane z jej formą. We Wrocławiu zostałem tylko utwierdzony w przekonaniu, że jeśli i ten aspekt nie ulegnie poprawie, fantastyka nigdy nie wyjdzie poza getto, do którego została zepchnięta bądź zepchnęła się sama. Doradzam przede wszystkim solidny dobór konferansjera – tegoroczny okazał się niczym więcej, jak strzałem w stopy dla całej imprezy. Przede wszystkim facet czytał z kartki, mylił nazwiska, żarty miał suche jak koryto Jeziora Bonneville, a co najsmutniejsze – nie rozumiał pojęć, popisując się swoją niewiedzą dotyczącą samej istoty konwentu. Aż dziwiłem się, że nie uciekł z płaczem, gdy po raz kolejny na sali rozległy się śmiechy z fragmentu, który w założeniu nie miał taki być.

 

Rada numer dwa – myślę, że ceremonii przydałby się solidny scenariusz, z dobrze zaplanowanymi wstawkami artystycznymi. Tegoroczne były na poziomie żenującym i w mojej ocenie, gdyby oglądał je ktoś spoza grona konwentowych miłośników fantastyki, nic tylko palnąłby się w twarz. Absolutnie nie rozumiem, co miały wnieść Satyry, które bez ładu i składu biegały po Auli i prężyły pomalowane klaty. Biorąc pod uwagę liczbę ciekawych ludzi, których można znaleźć w fandomie, wierzyć mi się nie chcę, że gdyby zaprosić ich na solidną burzę mózgów, nic lepszego nie byliby w stanie wymyślić. Nie wspominając o pisarzach, którym też zdarza się pisać scenariusze.

 

Drodzy Organizatorzy, weźcie sobie to do serca, pokażcie, że siła fantastów tkwi w używaniu… fantazji, a nie w wykorzystywaniu stereotypów, na dodatek bez finezji i polotu. Jeśli nie, po prostu zrezygnujcie z tego elementu – wole nudne odczytanie sponsorów i nazwisk, niż inscenizacje na mizernym poziomie artystycznym.

 

35fed491cbf2c3b15819c22033c28fb0.jpeg

Komentuj(1)
O emocjach
Notatkę dodano:2012-04-29 23:36:08

 

Człowiek, który na każdą okazję ma słów dziesięć, sto, tysiąc, w chwilach dla siebie najważniejszych nie potrafi ich odnaleźć. Znikają. Zostaje po nich pustka, bolesno-swędzące miejsce gdzieś w okolicach śródmózgowia. Swędzenia oczywiście nie da się załagodzić drapaniem, nawet jego wyobrażenie umiera, nim do miejsca podrażnionego dotrze, jakby bariera krew-mózg niespodziewanie rozszerzyła swe królestwo, zawłaszczyła wolę, złudną władzę samoświadomości nad doczesną fizjologią. O łagodzeniu bólu też trzeba zapomnieć. Metody niefarmakologiczne to bzdury na kółkach, stworzone przez pielęgniarki o rozbuchanym ego, które nie pozwala im znieść edukacyjnej porażki. Lecz się ciepłem lub zimnem. Uciskaj meridiany. Jasne. To przecież pomoże nawet wtedy, gdy opiaty zostają w tyle, kiedy morfina to zabawka dla piaskownicowych przedszkolaków, coś jak połamana łopatka i dziurawe wiaderko.

 

Sypie co sypać się nie powinno. A najważniejsze zostaje jako osad – nienaruszony, spokojny i wieczny. Można przejechać po nim językiem, będzie gorzki, jak wszystko co niespełnione, zazdrosne o utlenione cząstki, które wzleciały w powietrze ku wolności. Pozostanie tylko grymas na twarzy, co kiepskim obserwatorom przypomina tłumiony uśmiech. Przecież wszystko dobrze, tylko mówić o tym, o czym mówić się powinno, nie potrafi się. Zamiast tego, lepiej zatracić w słowotoku, w jego nurtach pobocznych, co oddalają od sensu, rozmywają ważność, zabijają emocje.

 


Komentuj(5)
W oddali
Notatkę dodano:2012-02-06 18:17:31

Droga tonęła w strugach deszczu. Samochody pędziły rozmazane w znanym tylko sobie kierunku. Między nimi tańczył gołąb, przeskakując ze strony na stronę, unikając o centymetr, bądź kilka, śmiercionośnych kół. Jedno ze skrzydeł ułożone miał pod nienaturalnym kątem. Nawet nie drgnęło, gdy próbował zerwać się do lotu. Załamała się ptasia symetria i lekkość; wypadek, wszechobecna wilgoć oraz panika odebrały mu wolność.

 

Przez chwilę patrzyłem niczym urzeczony, nie zwracając uwagi na potrącających mnie ludzi, którzy czym prędzej uciec chcieli przed deszczem. Oto na moich oczach, dwa-trzy metry dalej, wyraźny jak nigdy, stał się danse macabre. Gołąb urósł do rangi symbolu mocno zakorzenionego w rzeczywistości, który rozszerzał źrenice zdumienia, rozmazując umysł w wahaniu: ocalić czy zostawić? Potencjalności ziściły się w ułamku sekundy, możliwe przyszłości zatańczyły nade mną, nad parasolem, aż zmył je deszcz i jak wszystko trafiły do ścieków. Nie zabolało nic a nic, bowiem we włóknach motorycznych narodził się ruch, a fizyczność przecież zabija głębszą analizę. Układ limbiczny wyprzedził wzgórze w rozdzielaniu zadań, zadecydował sam, zanim inni nie tylko doszli do głosu, ale nim nawet zdali sobie sprawę z tego, że coś ich opiniowania wymagało. Już byłem na pierwszym z dwóch pasów ruchu, tańczyłem niczym ptak pół minuty wcześniej. Machałem rozłożonym parasolem na boki, starając się ustawić go w taki sposób, abym mógł gołębia podciąć, umieścić w środku, żeby później przenieść na chodnik, gdzie tymczasowe bezpieczeństwo. Samochody były ode mnie daleko, ale zwierzę na drugim pasie nie miało tego szczęścia. Skoczyłem do przodu, parasol zagrzechotał o blachę karoserii. Kierowca popatrzył wrogo ze środka i pojechał dalej, złorzecząc coś pod nosem.

 

Nie zdążyłem. Wiedziałem o tym już w fazie początkowej ruchu. Zatrzymałem się. Parasol wypadł mi z ręki i zamarłem niczym Niobe po zobaczeniu swoich martwych dzieci. Wzrok zatrzymałem na sponiewieranym ciele ptaka, moment wcześniej rannego lecz po stronie żywych – teraz przemoczonego, szaro-krwistego i po stronie entropii rozkładu. Słyszałem piski zatrzymujących się samochodów, jakiś mężczyzna krzyczał coś do mnie zza opuszczonej szyby. Nie wiedziałem co to było, ale sądząc po tonie – nic miłego. Niepomny na wszystkich, tych egoistycznych skurwysynów zatraconych w pędzie, wyrwałem się z otępienia, odnalazłem nabierający wody parasol i powtórzyłem ruch. Zaniosłem gołębia na chodnik, położyłem przy ścianie obskurnej kamienicy. Pojazdy wróciły do brutalnie przerwanej eksploracji miasta. Przecież nic się nie stało.

 

Woda spływała po mnie, ale nie obmywała goryczy, nie tłumiła bezsilnej złości. Z ledwością powstrzymywałem chęć zebrania kamieni, którymi mógłbym obrzucić samochody, zatrzymać je na dobre, aby nic więcej tą drogą nie przejechało, żeby zniknęło zagrożenie dla kruchych istot, którym przyjdzie na niej zatańczyć. Nic takiego nie zrobiłem. Gapiłem się tylko. To człowiek idealnie potrafi.

 

Nie wiem ile czasu tak spędziłem, podejrzewam że niewiele. Nagle poczułem się zmęczony, psychicznie wyschnięty, pusty. Odwróciłem wzrok od ptasiego trupka, którego deszcz zdążył opłukać z krwi, przez co nie wyglądał jak martwy – odnosiłem wrażenie, że zmęczył się po prostu i padł w tym miejscu, aby niezobowiązująco odpocząć. Słodka, głupia ułuda. W wyniku impulsu złożyłem parasol, odrzuciłem go na bok i odszedłem, zostawiając nie-gołębia za sobą, aby to nie-istnienie stało się elementem doczesności kogoś innego.

 

Strugi lejącej z nieba wody w końcu zadziałały kojąco – chyba po to właśnie lato zachmurzyło się i zniknęło gdzieś pod warstwą pseudo-jesieni. Nie przeszkadzało mi, że ciuchy zmieniły się w przemoczony worek, a włosy przykleiły do czaszki. Nie byłem świadomy, czy rozgrzane policzki chłodził wiatr i deszcz, czy moje własne łzy od dawna zapomniane, nieronione. Zresztą, nieważne. Szedłem, bo tak najlepiej, wysiłek zabijał wyrzuty, oddalał niemożności. Refleksje uleciały, chyba na dobre spłukane. Miałem za to świadomość współprzegranej, jaką odniosłem w tańcu ze śmiercią. To wystarczyło. Gołąb przemienił się w nie-gołębia, ratunek dokonał transformacji w anty-ratunek, a życie w przeciw-życie. Czekałem na anihilację tej antymaterii, ale na próżno.

 

Zapewne przyjdzie nocą, kiedy pogoda się poprawi, a wygłodniałe koty, bądź inne miejskie stwory, wyjdą na żer. Wówczas nie-gołąb zniknie, a z nim powiązane ścieżki, uczucia, porażki. Tak będzie dobrze, bowiem z tej ptasiej entropii narodzi się kilkadziesiąt kalorii ciepła, które przyczynić się mogą do wygranej w następnym tańcu, na kolejnej drodze, która w oddali.

7f7027990e8f8df6a01d221f052f1d62.jpeg

Komentuj(4)
O mowie
Notatkę dodano:2012-01-29 21:06:34

 

Od przeszło dwóch lat obserwuję pewną zastanawiającą cechę sporej grupy kobiet po czterdziestce i wzwyż – chodząc na zakupy bardzo często zdarza im się mówić do siebie. Na początku myślałem, że one po prostu o coś pytają, ale na tyle cicho, że moje upośledzone bębenki nie są w stanie w pełni tego zarejestrować. Z biegiem miesięcy potwierdziłem jednak, że narząd słuchu sprawuje swą funkcję prawidłowo (przynajmniej w tym aspekcie). Zatem jak to jest, że grono kobiet, przechadzając się między regałami księgarni itp., wypowiada słowa, których predestynacją jest pustka, a nie interlokutor, który mógłby je przyswoić i odpowiedzieć? Zaznaczyć wypada, że tendencja rośnie z wiekiem – zaraz po czterdziestce to około 1% klientek, po pięćdziesiątce już 4-5%, po sześćdziesiątce 7-8%, a po siedemdziesiątce i osiemdziesiątce blisko 10%.

 

Pierwsze wytłumaczenie, które przeszło mi do głowy, to zaburzenia w obrębie płata czołowego. Później pomyślałem o chorobach psychicznych, które mogą to wywołać (serio, jest w czym wybierać). Następnie, po dłuższych rozważaniach, ułożyłem kilka innych teorii (wrodzona życzliwość kazała mi odrzucić myśli o zamknięciu tych kobiet w psychiatryku) – oczywiście na chwilę obecną niepotwierdzonych przez fizjologów (ciągle rozważam, czy zgłosić pobliskiej uczelni medycznej ten problem). W każdym razie dwa wiodące wytłumaczenia prezentują się w następujący sposób:

 

1. Nazwijmy je hormonalnym. Wiadomo, że regulacja u kobiet jest znacznie bardziej pokręcona niż u mężczyzn. Kto kiedykolwiek uczył się osi przysadka-podwzgórze-jajnik, jej modyfikacji zależnych od dnia cyklu lub przez B-hCG i progesteron w trakcie ciąży, wie co mam na myśli. O hormonalnych zmianach nastroju napisano w prasie naukowej wiele artykułów (wystarczy przejrzeć choćby archiwa Ginekologii Praktycznej lub The New England Journal of Medicine). Nie wspominając o takich jednostkach chorobowych jak Zespół Napięcia Przedmiesiączkowego. Nawet popkultura często korzysta z tego motywu, zarówno w sposób prześmiewczy, jak i poważny. Gdyby nie wpływ hormonów na zdolności interpersonalne i kognitywne, nie byłoby przecież takiej potrzeby. W takim razie, czy przez lata wewnętrznej burzy, mechanizmy blokujące strumień świadomości mogą ulec osłabieniu? Podejrzewam, że na pewnym poziomie jest to możliwe. Jak to się dzieje? Nie miałem okazji przeprowadzić takich badań, ale dajcie mi próbkę, budżet, kilku ludzi, a z chęcią się tym zajmę.

 

2. Nazwijmy emocjonalnym. Sercem uczuć jest układ limbiczny. Zalicza się do niego wiele struktur, przez co ma dobry dostęp do ważnych dla ciała ośrodków, dlatego w trakcie np. podenerwowania ładnie podnosi nam ciśnienie krwi, rytm pracy serca skacze, a oddechy niebezpiecznie przyśpieszają. Filogeneza wykształciła narzędzie jego kontroli/regulacji pod postacią wzgórza (fizjolodzy postulują, że stanowi integralną część tego układu). Przykładowo, jeśli zobaczymy coś przerażającego, impulsacja powinna przebiec od oczu nerwami wzrokowymi do ośrodka wzroku w płacie potylicznym, a stamtąd dopiero do układu limbicznego, co wywołałoby pożądaną reakcję pod postacią np. unieruchomienia ciała, omdlenia lub biegu. Tak się jednak nie dzieje, za długo trwałoby podjęcie decyzji, więc ewolucja musiała w jakiś sposób to obejść, bowiem czasami ułamki sekund potrzebne do wybrania właściwej drogi mogą zadecydować o życiu lub śmierci. Tutaj wchodzi do akcji wzgórze. Sygnał z nerwu wzrokowego przechodzi i przez nie, jeśli więc bodziec okaże się wystarczająco intensywny, zamiast do ośrodka wzroku, zostanie natychmiast przesłany do układu limbicznego. Wzgórze oczywiście działa też w drugą stronę i potrafi blokować impulsacje z limbusa, szczególnie gdy ich oddziaływanie może okazać się szkodliwe. Dobrym przykładem jest wzburzenie. Ludzie często go nie okazują, tłumią w środku, a to dlatego że wzgórze wraz z płatem czołowym (odpowiadającym m.in. za ocenę sytuacji, emocji oraz relacje społeczne) wyhamowują pierwotne reakcje układu limbicznego, zbyt dużą władzę ma nad mózgiem (a bywa przecież nieracjonalny), aby zostawić go bez kontroli. Oczywiście jeśli czerwona gorączka jest przesadnie intensywna, to bariera zostaje złamana, a my robimy z siebie sfrustrowanych idiotów. Przechodząc do meritum – przyjmijmy, że potrzeba rozmowy danej kobiety jest bardzo duża, a nie ma jak jej przez długi czas zrealizować, stałe bodźce (przez pewien czas wyhamowywane) poprzez wzmacnianie sygnału w pewnym momencie pokonają granicę, zawładną płatem czołowym, wyswobodzą ośrodek mowy. Wtedy zacznie się mówienie do siebie (upraszczam celowo). Ten mechanizm potwierdzają kwestie, jakie zasłyszałem w trakcie obserwacji. Nie są to spójne wywody, zazwyczaj można je określić mianem emocjonalnych (stałe powtarzanie, że coś jest fajne, a że to chyba kupię bo będzie miło itp.).

 

Podejrzewam, że obydwie teorie mogą być ze sobą skorelowane. Niemniej, obecnie nie mam możliwości, aby powyższe wywody obalić bądź zanegować. Mogłem za to przeprowadzić pewien eksperyment socjologiczny. Kilka dni temu, kiedy akurat byłem sam, przyszła do księgarni klientka. Lat siedemdziesiąt, ciężki oddech, poruszała się z dużym trudem, a ciężar ciała opierała na kuli. Na pierwszy rzut oka przyczynę takiego stanu rzeczy sugerował udar – przemawiały za tym mocno przekrwione białkówki i pałeczkowate palce, które są niejako wizytówką człowieka z problemami sercowo-naczyniowymi. W każdym razie, kobieta spędziła dużo czasu na wyborze książek i okazała się właśnie typem mówiącym do siebie. Wypowiedzi były naprawdę powalające (np. „Spocę się strasznie szukając tej powieści”) i przez cały czas zastanawiałem się czy winę za to ponosi któreś z powyższych wytłumaczeń bądź przebyty udar, który mógł zostawić po sobie uszkodzenia w obrębie płata czołowego. W końcu, kierowany ciekawością, nawiązałem z nią dialog. Zacząłem dyskretnie od książek, a później płynnie przeszedłem do jej stanu zdrowia. Okazała się bardzo chętna do opowiadania, mniej więcej półgodziny spędziłem na słuchaniu o hospitalizacjach, problemach z ciśnieniem, migotaniu przedsionków etc. W końcu, gdy podeszła do kasy, aby sfinalizować transakcję, zapytałem czy książki kupuje dla siebie (sporo ich zgromadziła), czy dla rodziny lub przyjaciół. Na co usłyszałem: „Proszę pana, u mnie w domu nikt nie czyta. Mąż już nie może bo prawie inwalida z niego i nie widzi, słabo słyszy i mówi niewiele. Dzieci i wnuczkowie nie mają kiedy. A przyjaciele? Zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać, na co dzień czuję się sama, a co dopiero dać komuś taki prezent”.

 

Z trudem odpowiedziałem. To nie było, kurwa, śmieszne. Tak naprawdę każdą z powyższych teorii można sobie wsadzić w buty. Może i mają zastosowanie, może i tłumaczą znaczą część takich przypadków, ale podejrzewam, że sporo tych kobiet po prostu nie ma się do kogo odezwać. Przyzwyczaiły się więc do swojej obecności, obniżyła się przez to kontrola wzgórza i płata czołowego, a normą stało się mówienie do siebie. Przecież zawsze lepiej słyszeć głos, nawet gdy to nasz własny.

 

5171de4eecb458d5b7447c64065578f8.jpeg

Komentuj(3)
O dobroci
Notatkę dodano:2011-11-28 23:40:05

 

Byłem dobry. Rozdawałem siebie każdemu, kto chciał kawałek. Poświęcałem się. Zatracałem w radach ofiarowywanych za darmo, nawet uśmiechu, dziękuję, nie oczekiwałem w zamian. Cieszyłem się będąc przydatnym. Spełniałem się w tym, odnajdowałem sens i spokój. Nie czułem zmęczenia – czasami tylko lęk o to, że nie starczy mi życia, że ominę kogoś ważnego, kto bez mojego wsparcia poniesie klęskę ostateczną. Odnosiłem wrażenie jedności ze światem, dopasowania do jego form widocznych, oddziaływania na zasadzie kosmicznego zwrotnego sprzężenia, które nigdy nie wygasa – zawsze pobudza.

 

W końcu nadszedł rozłam. Rzeczywistość okazałą się posiadać nie tylko namacalną, możliwą do empirycznego zbadania fakturę, ale też rozliczne ukryte wymiary, gdzie mieszkają cienie i nie-byty o długich szponach, ostrych zębach, co czekają zanurzenia w materii, tkance. Okazałem się nieprzygotowany. Rozdarły mnie na strzępy, poćwiartowały kończyny, oderwały uszy, wypreparowały neurony, pożywiły się jelitami, a gałki oczne i małżowiny przeżuły na deser. Nie potrafiłem się odnaleźć, co rusz uciekał mi jakiś fragment siebie. Postanowiłem użyć rozdartej krtani, wyartykułować kilka bełkotliwych słów błagania, licząc na to, że dotrze do tych, dla których byłem dobry, którym pomogłem poskładać się, gdy sami ulegli rozszczepieniu.

 

Odpowiedziała cisza. Zostałem sam z czasem przeciekającym przez palce.

 

Po kilku godzinach, dniach, nocach, tygodniach, miesiącach (któżby to wiedział? któżby liczył?) znalazłem zakurzoną nić. Była doczepiona do półokrągłej igły, trochę pordzewiałej (zakrwawionej?) i brudnej. Zacząłem szyć. Najpierw części dystalne, później proksymalne. Brodziłem w trzewiach, kwasem solnym poparzyłem dłonie, a poszczerbionym nożem wyciąłem ciała jamiste i ciało gąbczaste, po czym wyrzuciłem za okno (usłyszałem krzyk jakiejś pruderyjnej miernoty). Pracowałem dalej. Precyzyjnie łatałem opłucną i oskrzela. Zespoliłem prawy przedsionek z prawą komorą i lewy przedsionek z lewą komorą. Załatałem na nowo foramen ovale, aby nic nie przeciekało; hydraulikę miałem sprawną. Twarz zszyłem na okrętkę, a zamiast oczu wsadziłem sobie do oczodołów zwitki papierów z jakiś książek opowiadających o wysokości duszy, przechodzeniu przez most, wstawaniu z obolałych kolan – przyjmowaniu postawy wyprostowanej. Uszu nie potrzebowałem. Istotę szarą i białą skleiłem klejem na gorąco – neurony z osłoną mielinową szybciej uległy adhezji. Później podniosłem się z podłogi. Wyglądałem jak monstrum. Ale uśmiechnąłem się do swego odbicia, oto bowiem powstało coś z chaosu, udowodniłem że entropię można pokonać… na kilka chwil.

 

Nie miałem ich za wiele, czułem naprężenia w okolicach szwów, był więc kwestią godzin powrót do stanu rozrzuconych fragmentów mięsa. Wypiłem szybko coś gorzkiego, coś naprędce znalezionego w zakamarkach apteczki, aby mieć pewność, że jak już rozlecę się ponownie, to nie tylko w sferze tkanek, ale też subatomowo-duchowej.

 

Wyszedłem z mieszkania. Miasto wzywało mnie do spełnienia swego obowiązku po raz ostatni. Skręcałem bez zastanowienia, mijałem stragany i rozwrzeszczanych handlarzy, uciekałem przed pędzącymi samochodami, pozdrawiałem przechodniów, uśmiechałem się do kobiet (przecież wolą radosnych). Widziałem jak przytłumione światło dnia w metropolii zmienia się w gęstą, bliską zawiesinie noc, nasączoną blaskiem przestraszonych latarni. Dym był wszechobecny, pod nogami

 

strzelały puste butelki,

dookoła kostek zawijały się bletki,

a między palce dostawały

kolorowe tabletki.

 

Miałem na własność całą rozrywkę doczesnego świata. Moment później szwy, zespalające ścięgna Achillesa, puściły. Upadłem. Wiedziałem, że po raz kolejny nie wstanę.

 

Okazało się, że leżałem na środku placu. Zaraz zbiegli się gapie. Nikt nie chciał postawić mnie na nogi. Brzydzili się. Nic nie szkodzi. Ciepło z żołądka emanowało z komórki na komórkę, wywołując reakcję łańcuchową w cyklu Krebsa. Rany na zewnątrz i w środku otwierały się. Ludzie krzyczeli. Ktoś dzwonił na pogotowie, jakby mogło cokolwiek naprawić.

 

Rozrzuciłem się na wiatr. Cząstki subatomowe wydzielały się ze mnie, wirowały coraz wyżej i wyżej nad chodnikiem. Osiadłem na ciuchach, dostałem się do płuc, krwi, mózgu. Byłem epidemią. Zaraziłem wszystkich. Nikt nigdy nie uwolni się ode mnie, nie wyleczy, nie poskromi, nie odrzuci.

 

Gdy z mojego ciała nie pozostało prawie nic (amimiczny sanitariusz zapakował je do czarnego worka), tłum zaczął się rozchodzić. Przedstawione skończone, można iść do domu, na kolację, na serial, na kolejną emisję W stronę morza w TV.

 

Ale to nie był finał. Przestałem żyć, choć to nieprawda. Rozszczepiłem się ostatecznie tamtej nocy, teraz jest mnie wielu i trwam/trwamy we wszech-czasie, we wszech-wydarzeniach. Śledzę/śledzimy wszelkie możliwe summy po historiach, sprawdzam/sprawdzamy każdą potencjalność, widzę/widzimy radości (wymarzony prezent urodzinowy, zaręczyny, miły wieczór we dwoje) i smutki (obiad rozpaćkany na ścianie, płaczące dzieci, uderzania pięściami w piękne kobiece twarze, gwałty, morderstwa, wojny). Jesteśmy. Dziedziczeni z pokolenia na pokolenie, choć nikt już nie pamięta, nie wspomina, chłopca, który poprzez dobroć chciał ofiarować ludziom cząstkę siebie. Jego nie ma – ale my wszech-jesteśmy, skazani na bierne oglądanie i wesołe kiwanie głową, gdy widzimy (a tak jest zazwyczaj) ciemność, gniew i strach.

 


Brak komentarzy
O chłodzie
Notatkę dodano:2011-11-13 22:31:44

Jak złożyć słowa, gdy mętlik, gdy chaos, brak konkretyzacji zakradają się w zdania, myśli, podświadomość? Czy istnieje metoda, aby przeciwdziałać tej entropii, czy można uzyskać samodzielnie tak niskie temperatury, żeby atomy w neuronach przestały się rozpraszać, na zawsze zamknięte w uporządkowaniu, zaprzyjaźnione z ładem? Doświadczenie mówi, że nie. Nauka to potwierdza, a fizjologia z niemym wyrzutem zostaje przy swoim, na czerwono zaznaczając właściwe wartości, krzycząc przeraźliwie, gdy wykres spadnie o kilka zaledwie stopni. Czasami jednak protesty zdają się na nic, czasami po prostu coś dzieje się zwyczajne dlatego, że jakiś niedopuszczalna zazwyczaj potencjalność umknie wszechprawom i rozprzestrzeni się w jednym miejscu bądź kilku, drwiąc sobie przy tym z ofiary i świadków zbrodni.

 

Gdyby zdarzenie jeszcze dotyczyło głowo-umysłu, który domaga się chłodu, spokoju, ciszy odpowiedniej do otulenia, zaizolowania rozterek, ale nie – za łatwo by było, za przyjemnie i w ogóle ach westchnęłoby się z zachwytu. Zawsze musi być z drugiej strony, zawsze na odwrót, żeby podkreślić inność, nowość, potyrać dziwnością i bzdurą. Więc pada na nogi, dotychczas rozgrzane, pełne sił, niewyeksploatowane do końca, zawsze chętne na spacer, na rower, na kopanie piłki bądź splatanie się z delikatnymi, smukłymi nogami kobiety, aby to uszczknąć, to ofiarować odrobinę bliskości, ciepła. A teraz nic tylko by ciepło komuś zabrały, aby poczuć przez chwilę dawną błogość i beztroskę; nie marznąć więcej.

 

Nic z tego. Kolana gorzeją w ogniu, nawiedzane impulsacją z miednicznych czeluści, ale poniżej stała się Arktyka, kości rozpadają się z trzaskiem, zero bezwzględne zdaje się na wyciągnięcie ręki, a ciekły hel przelewa się z jednej komórki w drugą, wyglądając jak istota rozumna z pląsawicą Huntingtona. Nie przydają się już babcine skarpetki w niezliczonych parach (pewnie dlatego, że babcie dawno umarły i nikomu już ciepła nie mogą ofiarować), do wyrzucenia kalesony, spodnie narciarskie, dresy, wata, koce, pierzyny, kołdry, termofory. Aż proszą, aby je spopielić, rozsypać na cztery strony umierającego na zimę świata. Nie pomaga też podkręcenie ogrzewania, bowiem ciało powyżej rzepek nie radzi sobie z jego nadmiarem, a poniżej wyższa temperatura otoczenia nic nie może zmienić. Impas, wyczekiwanie.

 

Na jakimś poziomie byłoby do zniesienia – ból z czasem się oswaja – ale chłód, poprzez nieznany mechanizm, przenosi się dalej, w głąb (przynajmniej takie sprawia wrażenie). Jednakże nie ciała – on wędruje i trafia w uczucia, w pewną do niedawna istotną część emocjonalności, która straciła ciepło, umarła i żaden zabieg reanimacyjny nie przywróci jej do życia. Oczywiście, nie ma pewności, czy winę za zimno ponosi fizyczność. Pewna część głowo-umysłu wątpi, co kilka sekund przywołując godne zapomnienia sceny. Stąd też chaos w słowach, stąd niemożność w odnalezieniu dla nich drogi ujścia. Dlatego, jeśli to działa na zasadzie przeniesienia, istnieje nadzieja (skoro nie da się wychłodzeniu przeciwdziałać), że po kolanach i uczuciach przyjdzie pora na myśli.

ee7e1537eb8ac3b12b0ff37cfb2ee7fd.jpeg

Brak komentarzy
O Kafce
Notatkę dodano:2011-10-05 15:31:15

 

Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano, ogląda przez chwilę świat dookoła i stwierdza, że rzeczywistość nic się nie zmieniła w ciągu kilku godzin sennego niebytu. Z satysfakcją opuszcza łóżko, kręci się po domu, wdycha zapach kawy lub powstającego właśnie śniadania; zwykła, bezpieczna codzienność wyrażana poprzez powtórzenia. Po kilkudziesięciu minutach znika wyczulenie na dysonanse, a wzmożona, podkręcona pobudką świadomość, przestaje być czujna – zapada w letarg. Najczęściej wtedy coś wywraca się do góry nogami, na horyzoncie zaczyna majaczyć jakaś, ukryta dotychczas pośród szumu, konsekwencja lub zaczynają procentować czyny popełnione niedawno bądź te zupełnie już zapomniane. Nagle okazuję się, że otaczający nas świat stał się kafkowski w takim stopniu, że niemal niemożliwa jest jego akceptacja.

 

Piekielnie dziwne doświadczenie. No bo w jaki sposób przejść nad tym do porządku dziennego, zignorować, przespać, zapomnieć poprzez zajęcia i pracę, skoro dotychczas proste konstrukcje wykręcają się nienaturalnie, światło staje się ciemniejsze, jedzenie mniej smaczne, a pocałunki lub dotyk – mniej soczyste. Mało tego, na pierwszy plan wysuwają się osoby, których nie znamy, jakby dziwnie dopasowane do nowej rzeczywistości. Powstaje nowa siła sprawcza, deus ex machina, a z nią/nim zaczynają świstać haki Cenobitów, które rozrywają ciało, obnażają nerwy, gwałtem je polaryzują i depolaryzują, przyprawiając o czerwień zaskoczony mózg, jego przepalające się nocyreceptory.

 

Najlepiej wówczas usiąść, zapalić jeśli się pali, wypić coś, jeśli się pije lub nie. Można też odczekać, spróbować jednak się czymś zająć, licząc na to, że Kafka wróci tam, gdzie jego miejsce i przestanie dręczyć, albo przynajmniej umysł jakoś sobie całość zdarzenia wytłumaczy logicznie. Niestety, są to zazwyczaj płonne nadzieje, bowiem sensu trudno doszukać się w bezsensie, szczególnie, gdy chodzi o ludzkie reakcje podyktowane auto-dopowiadaniem, które rozbuchują ego do rozmiarów solidnego wieżowca. Jedynym wyjściem jest mocny cios w tę konstrukcję, użycie materiałów wybuchowych albo tupolewa, który wbiłby się w ścianę nośną, obracając całość w popiół i kurz. Może wtedy, po oczyszczeniu placu, mogłoby w tym miejscu powstać coś nowego, bez skaz, bez choroby.

 

Może też cień tej budowli przestałby wykręcać rzeczywistość ludzi – tych znajdujących się najbliżej i tych daleko, przechodzących obok, przyglądających się.

 

****

 

Wcześniejszy tekst, „O narodzinach”, będzie kontynuowany, nie zacznie ukazywać się jednak, dopóki nie powstanie do końca i nie przyjmie należytej formy.

 


Komentuj(2)

Licznik

Odsłon: 126725
Osób: 122782
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017