Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

MANUALNY DEMON
Notatkę dodano:2013-04-16 19:38:37

Dziś wyskoczę z typowo babską zagrywką – pochwalę się, nowym zakupem, który zaprocentuje moim, jeszcze większym nasyceniem czasu wolnego dodatkowym zajęciem. Jednak ten zakup, to nie tylko zwiększenie stanu posiadania, bo i wartość jego mizerna a i śmiech u niektórych może wywołać. Dla mnie ten przedmiot to swoisty demon z dzieciństwa. Nie dokonałam zakupu samodzielnie, moja połówka wysłuchawszy argumentów za i ciszy przeciw postanowiła zrobić mi niespodziankę i zaskoczyć. Nie jest to w zasadzie nic wartego uwagi jednak dla mnie to rzecz, z której zakupem nosiłam się od wielu lat przy okazji przypomnienia, wykonania pewnych znienawidzonych czynności pochłaniających przy manualnym wykonaniu sporo czasu.

Maszyna do szycia...

Śmieszne, nie prawda?

Dla mnie ten przedmiot to coś, dotychczas okryte pewną aurą niedostępności. W ramach wyjaśnienia rozpiszę się troszkę, co zresztą przy każdej okazji czynię, jednak może pozwoli to zrozumieć moje podejście i pewne obawy zakorzenione w dawnym dzieciństwie.

W moim rodzinnym domu maszyna do szycia była przedmiotem stanowiącym niejako wyłączną własność mojej mamy. Krawiectwo to jej pierwszy wyuczony zawód i żaden jego niuans nie jest jej obcy. Nie wiem, czy ta pierwsza maszyna była samodzielnie kupiona czy stanowiła coś na wzór rodzinnego majątku z początkowych lat małżeństwa moich rodziców. Był to stary „Łucznik” obudowany sporych rozmiarów szafką, stanowiło to swoisty mebel, do którego dostęp był mi i mojej siostrze zakazany. Z racji umiejętności mamy, niejakiej oszczędności oraz braków handlowych w latach mojego dzieciństwa, wiele części naszej garderoby było przez nią własnoręcznie oraz przy użyciu wspomnianego sprzętu wykonanych. Nie powiem, że nie kusiła mnie ta maszyna. Kusiła bardziej niż jabłko w raju pewną moją pramatkę. Zaglądałam do niej pod nieobecność mamy, dbając o to aby moja ciekawość nie została zauważona, odkładałam wszystko tak jak było w pierwotnym stanie. Każda szpulka na miejscu , dokładnie niczym przestępca zacierający ślady bytności. Może ta moja ciekawość spowodowana była też tym, że natura w swoim łaskawym rozdawnictwie obdarzyła mnie wieloma umiejętnościami do robót ręcznych. Byłam samoukiem z żyłką, z iskrą Bożą, która dawała posiąść umiejętności bez mentorów i nauczycieli. Wystarczyło, że dorwałam w ręce podręcznik do nauki haftu, szydełkowania, makramy, robótek na drutach i sama bez pomocy w cichości i samotności potrafiłam wszystko w krótszym lub dłuższym czasie pojąć.

Jedna, jedyna sprawa była poza moim zasięgiem – szycie na maszynie. Mama ze strachu o zepsucie drogocennego urządzenia, irracjonalnych obaw, nigdy nie dała możliwości skorzystania i nauki. Tak mijały lata, w ostatnich klasach szkoły podstawowej na zajęciach technicznych dziewczyny uczyły się obsługi maszyny do szycia. Cóż skoro w pracowni były tylko dwie, nas około piętnastu a lekcja tylko 45 minut. Dla mnie czasu nie starczyło, w szkole umiejętności nie posiadłam, w naiwności swojej sądząc, że dom i mama nadrobią. Myliłam się bardzo. Mama wolała sama uszyć mi tą zadaną bluzkę, niż dać zasiąść do ukochanej maszyny. Moje próby namówienia rodzicielki aby dała mi możliwość spróbowania, nauczenia rozbijały się z wielkim łoskotem o mur wymówek. A to czasu brakowało, a to inne przeszkody stawały na drodze. Czas mijał, moje chęci w kierunku użycia maszyny rozmywały się wraz ze znajdowaniem innych, nowych robótek, których mogłam się nauczyć we wspomniany samodzielny sposób. Wraz z zamążpójściem, maszyna stanęła w oddalonej perspektywie, przypominając się tylko czasami, na jakichś sklepowych ekspozycjach, lub koniecznością wykonania prac, które z jej użyciem byłyby małym pstryknięciem palcami, wykonywane zaś ręcznie od podstaw do samego końca okazywały się mordęgą. Zawsze coś ważniejszego było do kupienia, a i presja nie do końca naginała mnie do zakupu, skoro umiejętności biegłego szycia nie było.

Teraz dzięki małej niespodziance, usłyszeniu paru moich słów, posiadłam przedmiot zadawnionych pragnień. I niech się dzieje co chce będę korzystać z pełną radością, bo wiem, że iskierka, którą Ktoś mnie obdarzył ciągle we mnie tkwi. Samodzielnie nawinęłam szpulkę, wymieniłam bębenek i z pełnym sukcesem skróciłam sobie dwie pary spodni w ekspresowym tempie. Szkoda, że czas zakupu upragnionego sprzętu nie był tak ekspresowy i czekał na mnie parę dziesiątek lat .

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163685
Osób: 146140