Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIE DO KOŃCA O ŚWIĘCIE
Notatkę dodano:2015-06-23 21:59:45

Minął czarnowidzący strach, powróciła normalność tylko po to, by za chwilę otrzeć się o ostatni wyczekiwany piątek czerwca. Pozostał ostatni tydzień tego miesiąca, za którym czają się wakacje. Pierwsze pełnoprawne wakacje Kleszczyka. Jeszcze bez samodzielnych wyjazdów, bez rozłąki. Na to przyjdzie czas. Jeszcze odkładam myślenie o zabudowywaniu wolnych dni, choć wiem, że konieczne będzie kukułcze podrzucenie młodego babci. Odsuwam jeszcze ten problem, bo i tak nie mam możliwości nieporadzenia sobie z tą sytuacją. Muszę, powinnam i zrobię tak, by o ile to możliwe przejść te wakacje. Jeszcze nie dziś. Pomyślę o tym jutro, przecież nigdy nie ma tak, żeby jakoś nie było.

Dziś święto ojców. Bez hucznego obchodzenia, codzienność z podbarwieniem szczególności tego dnia. Liczy się pamięć. Pamięć dla tego, który jest ojcem moich dzieci, jakaś forma uhonorowania na tu i teraz. Oraz pamięć własnego taty, którego nie ma z nami już od dziesięciu lat. Po tym minionym czasie, który pozacierał wiele, pozostała jakaś część wspomnień, których kolejne mijające lata nie będą w stanie wydrzeć. Cieszę się, że choć odrobinę to wszystko straciło na ostrości, jest we mnie wiele zapamiętane i ciągle żywe. Po tylu latach znieczulił się ból, znikła bezgraniczna tęsknota, toleruję już stan nieobecności, a jednak odczuwam brak. Takie dni jak dzisiejszy przypominają. Może za sprawą tej cząstki, która we mnie jest w wiecznym dziedzictwie po nieobecnym tacie. Czas stanął w miejscu z chwilą jego odejścia, już nic nowego nie miało się wydarzyć w czym miałby swój udział a jednak dzieje się tak, że czasami wiem, że robię właśnie tak jak on by zrobił. Moje ruchy są odzwierciedleniem jego ruchów, gestykulacja jak kalka, powielająca kogoś, kto we mnie zostawił swój kawałek. Patrząc na swojego syna widzę jak on naśladuje całkiem niezamierzenie nasze zachowania, więc i w nim coś pozostanie po nieznanym dziadku. Choć on o tym wiedzy mieć nie będzie, ja wyłapię cień nieobecnego.

 

Być może dzisiejsze święto jest powodem jakiegoś stanu mojej melancholii, ogólnego rozbicia. W jakimś rozkojarzeniu, bez pełnej koncentracji przymuszam się do normalności. To co jest przyjemnością, co daje zadowolenie dziś z jakimś oporem i brakiem apetytu przeszło. Gdzieś upłynniły się siły i chęci. Rozbicie, jakaś rozsypka mnie ogarnęła. Za oknami stalowe chmury przeganiane z jednej strony świata na drugą, nieusychające kałuże, i wyczekiwanie kolejnej serii deszczowych minut. Od paru dni niezmiennie właśnie tak wygląda mój kawałek świata. Możliwe, że właśnie taka aura ma związek z obniżeniem nastroju. Staram się nie poddawać, robić to co dotychczas i dawać z siebie jak najwięcej, tylko moje ciało jakby wbrew mnie buntuje się w komitywie z duszą. Sama nie wiem, czego tak prawdziwie mi potrzeba, gdzie tkwi przyczyna. Niby wszystko jest na swoim miejscu, nie trapią zmartwienia, a coś nie daje pełni odczuwań, ani pełni zaangażowania. Poszukiwanie przyczyny niewiele daje, może po prostu trzeba przejść ten dziwaczny czas starając się zbytnio nie rozleniwić. Pokonać niewiadome babskie fantasmagorie, w końcu w spadku po tacie mam pewien potencjał siły, która pozwala podnosić się z upadku, nawet jeśli nie jest to upadek fizyczny.  

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163144
Osób: 145599