Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ANYŻ I LUKRECJA
Notatkę dodano:2016-05-08 07:41:50

Rozpoczynam tę notatkę z zupełnym chaosem w głowie. Całkowicie pozbawiona jestem wiedzy o kierunku w którym ona się rozwinie. Zaczęłam ją tytułem, który wpadł mi do głowy, a zarazem może się okazać, że nie ma żadnego związku z treścią. Może jednak by powiązać choć odrobinę i skonsolidować te dwie rzeczy, jakoś pokrótce naszkicuję sens mojego skojarzenia. Na gorąco, jeszcze nie odparowawszy z wrażeń po minionej już pielgrzymce postaram się choć w kawałku dać wyraz tego co mi się kotłuje w głowie. Anyż i lukrecja. Ci, którzy nie lubią tych dwóch smaków wiedzą dlaczego tak się dzieje, podobnie jak ci, których one zachwycają. Ja jestem w drugiej grupie. Od kiedy jako dziecko zajadałam się anyżowymi dropsami, chyba mającymi w pod nazwie przymiotnik przeciwkaszlowe, które jakoś nigdy mi się nie znudziły bez względu czy była konieczność ułagodzenia gardła, czy spożywane całkiem poza jakąkolwiek przypadłością laryngologiczną. Ten specyficzny smak ukochałam miłością po grobową deskę i po minięciu czasów przystępności pozostał mi sentyment i tęsknota za czymś nieosiągalnym tu i teraz. Drugi smak zamknięty w zrolowanym, czarnym, dwużyłowym kształcie poznałam w najgłębszym kryzysie jako wczesna nastolatka. Poznałam, zaskoczyłam odmiennością i nie znając nazwy polubiłam. Te dwa smaki odmienne, specyficzne stanowią pewien dla mnie ulubiony kanon, choć przeważnie są przez innych odrzucane jako coś nie do zjedzenia, a tym bardziej nie do polubienia. Zapewne mniejszość entuzjastów jest przyczyną pewnego braku na naszym rynku tych słodyczy. Jestem jaka jestem i lubię to co lubię, a że czasami odbiega to od sztywnych standardów, cóż, może właśnie na tym polega mój urok. I podobnie mnie się toleruje jak te dwa smaki. Jednak by powiązać tytuł z dalszą treścią muszę odejść od siebie, bo nie o mnie idzie, a o minioną pielgrzymkę do Włoch. Pomijając fakt, że na tej odległej ziemi słodycze o wymienionych smakach występują, dając tym samym możliwość normalnego zakupu i sprawienia sobie przyjemności lubianymi niuansami, powiązanie z nimi wyprawy jeszcze nie jest wystarczające. W pierwszej kolejności słodycz mamiąca i uzależniająca niczym te minione widoki, których było tak wiele, że zanim zabrałabym się za chronologiczne opisanie całości, musiałabym dobrze się nad ich kolejnością zastanowić. Wrażenia ogromu zarówno przyrody jak i monumentalne dzieła rąk ludzkich to wszystko sprawia, że chciałoby się więcej i więcej. Chwilę po skończeniu chce się już więcej jakby człowiek był wciąż spragniony nie chcąc pozwolić na minięcie dobrego dla siebie smaku.

Jest jednak prócz słodyczy i ta druga nuta, która może odrzucić i zniechęcić, lub przynajmniej sprawić chęć chwilowego odsapnięcia czy przerwy w konsumpcji. Szczypiący posmak sprawiający zniechęcenie, którego nie chciałoby się mieć w doświadczeniach. Czym dla mnie był spowodowany taki odbiór w minionej wyprawie. Zapewne dla niektórych nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Ten odrzucający smak to moi rodacy. Nie wszyscy i nie w każdym momencie. Jednak pośród prawie pięćdziesięciu osób znalazło się parę okazów, za które momentami odczuwałam odstręczające poczucie wstydu. Kto na wyprawach z grupą rodaków bywał, zrozumie co mam na myśli stosując ich zestawienie ze: śniadaniowym szwedzkim stołem, opłatami za przewodniki w kościołach czy ciągłe niezadowolenie na wiele z tego, co zastali na obcej ziemi. Z pielgrzymów przeistaczają się w istoty, z którymi nie chciałoby się mieć nic wspólnego. Może ich zachowania stanowią jakąś moralną pokutę dla pozostałych. Kto wie, może też stanowią o fakcie, że wielu wybiera prywatne wojaże, byle tylko nie być identyfikowanymi z grupką rodzimej swołoczy. Z racji tego, że ja jednak wciąż zarówno anyż, jak i lukrecję lubię, zapominam o tej szczypiącej pikantności i nieokreśloności smaku i jeśli kiedyś nadarzy się okazja ponownie wykorzystam możliwość wyjazdu.

 

Odstępując jednak od analogii smakowych, oraz by dać wyraz swoim jeszcze nie ostygłym emocjom parę słów o samej wyprawie. Zrobiliśmy autokarem cztery i pół tysiąca kilometrów, kilometrów na własnych nogach nie liczyłam. Mrugnięć migawką powiek utrwalających dostrzegane piękno tym bardziej nie jestem w stanie zinwentaryzować. Było ich wiele, podobnie jak zachowanych w głowie obrazów, czasami bez przypisanej nazwy wyrażających niejako anonimowe piękno. Wiedeń, Alpy, Wenecja, San Giovani Rotondo, Loreto, Monte San Angelo, Manopello, Mentorelle, Nettuno, Rzym, Chianciano, Asyż... niby wiele, a jednak z poczuciem, że jednak za mało, podobnie jak smaku anyżu i lukrecji...  

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 162907
Osób: 145362