Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

Ene, due... metan, etan, propan, butan!
Notatkę dodano:2009-10-07 21:56:46

Rzeczy, które mogłabym robić w wolnym czasie, a których akurat wtedy nie doceniam, domagają się uwagi właśnie wtedy, kiedy cennych minut (o godzinach nie wspominając) właśnie zaczyna mi brakować. Sztandarowym tego przykładem jest chociażby ten mój nieszczęsny blog, zaniedbany, obrosły chwastami (czy raczej spalony do gołej ziemi?) przez okres długich, trzymiesięcznych wakacji. Poprzednia notka, jak i ta obecnie się tworząca, dotyczyła ogólnie rzecz biorąc uczelni. Zastanawia mnie to, że mając kawał czasu – lipiec, sierpień i wrzesień – do pisania (oprócz recenzji) jakoś mnie nie ciągnęło, za to obecnie, gdy laboratoria i szeroko pojęta dziedzina zwana chemią, daje o sobie znać, ja Magdalena, odczuwam przemożną chęć uzewnętrznienia się, wyrażenia niezadowolenia i ogólnie pomstowania na cały organiczny i nieorganiczny fundament świata.

Jak się po raz kolejny przekonałam, zaczynamy tęsknic za rzeczami dopiero w momencie, kiedy nie mamy czasu żeby poświęcić im swoją uwagę. Z przykrością muszę stwierdzić, że nastaną teraz dla mnie dni istnej posuchy literackiej, jeśli nie brać pod uwagę publikacji naukowych i skryptów uczelnianych, od których szafka pęka w szwach, a paskudny instynkt użytkownika Biblioteki Politechniki Śląskiej wciąż domaga się większego limitu. Już któryś rok z rzędu będę musiała rozdzielać, reglamentować wolny czas, wydzierać go jak małe kawałki papieru, z grubych ksiąg zatytułowanych „Obowiązki”. I choć myślałam, że w tym roku będzie już jakoś łatwiej (łatwiej w sensie metaforyczno-przystosowawczym), że wniknie się w system uczelni tak sprawnie jak zaskakują trybiki w mózgu gdy usilnie nad czymś główkuję. Trybiki mają się dobrze – solidnie naoliwione przez wakacje – jednak nastrój płata jakieś niezbyt śmieszne figle. Być może to wina października – którego z niewiadomych przyczyn jakoś nie lubię, aczkolwiek nazwa bardzo mi się podoba, a może po prostu brakuje mi witamin.

Tak czy siak wracamy do punktu wyjścia. Dla niewtajemniczonych, oraz wszystkich którzy dwa poprzednie akapity opuścili– zaczęło się od chemii (w ogromnym skrócie myślowym tak naprawdę to od uczelni) i na takowej skończyło. Chyba jestem na nią skazana. To coś w rodzaju pieprzonej predestynacji.

Myśl dnia: na laboratoria z chemii organicznej nie zakładamy soczewek kontaktowych. Podczas tych zajęć, różne substancje często wybuchają studentom w twarz, a trudno jest potem wyciągać z oczu stopione szkła.

Brzmi zachęcająco. Ruszam na łowy!

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 697083
Osób: 681749

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017