O "najgorszych" 30 minutach... i o tym co najlepsze
Notatkę dodano:2010-03-10 20:49:20

Już dawno nie pamiętam dnia, w którym tak spokojnie podszedłem do tak ekscytującej sprawy.

Dzień mijał wyjątkowo powoli, czyli jak zwykle. W końcu inna strefa czasowa w pracy to rzecz absolutnie normalna. Cały dzień potajemnie wypatrywałem kogoś, kto przybiegnie z krzykiem na ustach, powie: "Mam, mam dostałem, dostałem". Wtedy ja go najcięższą z dostępnych mi w pracy książek trach! I już jest moje. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie miał pojęcia, że paredziesiąt metrów od nas znajduje się obiekt pożądania przynajmniej (mam taką nadzieję) kilkudziesięciu osób. Świat powoli, sennie płynął dalej, rubryki formatu Marc powoli zapełniały się literkami i liczbami, rosły stosy książek na załamujących się biurkach. Starałem się nie myśleć o tym. Nigdy nie miało to dobrego skutku. Jeśli za bardzo się czymś ekscytuję to równie dobrze mogę zostać w domu na niepłatnym urlopie, bo wtedy nawet proste hasła do wpisania stanowią rzecz nie do przejścia.

Więc siedzę, pracuję. Zgrzyt krzesła. Kolega wychodzi godzinę przede mną. I zaczęło się. Pierwsze nerwowe tupanie nogą. Mimowolne ściskanie dłoni w pięść. "Chcę już wyjść. Mogę? Mogę prze pani?" Pozostaje godzina. Uprzywilejowani pracownicy powoli opuszczają budynek. Powoli ze spuszczonym głowami powłuczą nogami na przystanek. A moja noga w dziwnym schizofrenicznm tańcu podryguje na podłodze. Powoli na usta wkrada się uśmiech. Ale spokojnie. Tylko spokojnie. Nic nie przyspieszę.

Kolejny zgrzyt krzesła. Szybkie "Do widzenia" kolejnej osoby i zostaje pół godziny. W tym momencie nie ma co się ukrywać przed samym sobą. Szybko przglądam dostępne serwisy. Tu jest, tu nie ma. Nerwowe przygryzanie warg i komiczny taniec nogą. 25, 20, 15, 10 minut. Z pracą definitywnie koniec. Co innego w mojej głowie, co innego przed oczami. Nie ma dzwonka jak w szkole. Nikt syreną nie obwieszcza końca pracy. Punkt 15.30 przekręcam zamek w pokoju. I lecę. Dalej niby spokojnie, kroki są ludzkie, ale myślach mogą stanowić konkurencję nawet dla trzykolorowej Justynki.

Rynek. Krótkie spojrzenie wokół. Jest. Kochana twarz. Kochana osoba. Buziak, buziak, rączka rączka i maszerujemy. Spokojnie, bo przecież nie idę sam. Nerwowym wzrokiem szukam jakiegoś znaku obwieszczjącego: "Już jest. Już dziś". Nic nie widzę. Zaliczam sklep z przecinkiem. Nic nie znalazłem. Lekkie ukłucie. Za długo na to czekam. Za bardzo tego chcę. Jeszcze jeden rzut oka. Nie ma. Po prostu nie ma. A okrutny świat płynie dalej w najlepsze.

Inny sklep. Długa ulica, mnóstwo nieświadomych ludzi. Okienna witryna i JEST! Widzę ją. Czy to aby na pewno to? TAK. Wchodzę i niby łasuch w cukierni sięgam po najlepszy okaz. Napis aż nazbyt znany: STEPHEN KING "POD KOPUŁĄ". Wszystko wręcz w idealnej harmonii. Do tego prezent w postaci zniżki... i to znacznej. Wiem, że mógłbym najeść się tortem, ale szukam czegoś na kształt wiśienki. "Nadchodzi" Łukasz Orbitowski - kochana osoba ciągnie za rękaw wskazując zwracającą uwagę okładkę. Ona mnie zna. chwila zastanowienia. Upewnienie spojrzeniem. Biorę. Podchodzę do kasy. Ruch kartą, migawka na ekranie i już. Jest moja. Kolejne spojrzenie na ukochaną osobę. W tych oczach nie widzę obojętności czy znużenia. Autentyczna radość. Z tego, że ja się cieszę. Z tego, że jest tak, a nie inaczej.

Spoconą z wrażenia dłonią łapię dłoń kochanej osoby. Chwila szczerego uśmiechu. Ona mnie zna:)

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Moi przyjaciele

Moje linki

Licznik

Odsłon: 14113
Osób: 13712
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017