Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Zwielokrotnione Ja recenzujące chwilą.
Notatkę dodano:2011-07-16 15:02:04

Moje czytanie, słuchanie, oglądanie - bez „recenzenckich zapędów”, za to z nastrojową chwilą.

 

 

     Jak już kiedyś się przyznałam cierpię na osobowość mnogą. Tę schizofreniczną wieloosobowość zdiagnozowałam u siebie zaraz po uzmysłowieniu mi przez myślowe klepki,  że szkolna nauka: "ja - to zaimek osobowy, liczba pojedyncza” nijak się ma do tego życiowego. Zaraz – u mnie trwało jakiś czas. Jakiś – to logicznie rzecz biorąc (wg mojej pokrętnej logiki) oznaczać może i minutę, i nieskończoność.

     Ja - jest najczęściej liczbą mnogą, czyli rozumnie rozumując i zaimkiem wielokrotnym. Ja, jest wielorakie: Ja, takie dla siebie i Ja, w ocenie innych. I tu mnożą się oceny a wraz nimi przybywa - Ja. Spróbowałam policzyć:

- ocena rodziców – czasami nie do przetrawienia dla naszego Ja, szczególnie, gdy ma się naście lat (całe szczęście, że rodzicieli tylko dwoje).

- dziadków (już czworo) - przeważnie Ja jest naj, naj, naj cacy, rzadko be.

- nauczycieli - wielorakie multum biorąc pod uwagę lata nauki i ilość przedmiotów.

- koleżanek – Ja, rośnie lub kurczy się w sobie, najczęściej w zależności od ciuta. Czy tych ciut brzydszych, czy ciutek ładniejszych.

- kolegów – ocena albo zmienia ja w dno rozpaczy, albo we fruwające olbrzymiaste szczęście zapominające o całym świecie, albo – nie ma Ja, jest tylko wielka kupa ogromniastego nieszczęścia, wiedząca, że na tym okropnym świecie nie ma dla niej miejsca nawet w pojemnikach na zwykłe psie kupki. 

- znajomych - tych, co byli kimś więcej niż koledzy, lub tych co już byli partnerami, ale jeszcze nie na stałe, tego, co już awansował na drugą połówkę (liczony podwójnie tzn. po degradacji jednego awansował drugi, bo za wakatami, w tym przypadku, nie przepadamy).

- teściów, dzieci….

Starczy, bo i tak już się pogubiłam w ilości ocenowych Ja.  

            Wracając do głównego tematu, jasne jest, że te zwielokrotnione Ja mają swoje uszy, oczy i swoją odrębną wrażliwość. Jedno Ja przeczyta recenzję: „Dzieło ponad czasowe”. Drugie patrzy, patrzy i nic nie widzi. Albo słucha, słucha i nie mogąc wyjść (tzn. może ale nie wypada wypaść) wścieka się na siebie, że na wszelki wypadek nie zabrało stoperów (czasami nawet stoperan by się przydał, bo na genialność rzępoleniowych decybelowych dźwięków  reaguje alergią brzuszną). Innym razem jedno ja po przeczytaniu: „Najlepsza komedia polska ostatnich lat” lub „ Świetny kabaret” biegnie galopem tam gdzie tą najlepszą świetnością może poodychać. Po chwili jest zmuszone trzymać mocno za mordę podczas całego seansu drugie Ja. Za wyparzony pysk tego Ja, które ma chorobliwą skłonność reagowania słowem na słowo, szczególnie, gdy to słowo jest jednym z nielicznych słów spadających jak grad wielkości kurzego jaja na uszy siedzące na widowni. Np. słyszy: „k…., k….., k…. i  gdyby nie spacyfikowany pysk odwrzeszczałoby głośno: „k…., co to ma być, k…..”. Wtedy pierwsze Ja musiałoby pchane wstydem wstrzymać oddech, zerwać się i przepychając się miedzy kolanami biec do wyjścia w takt jednak urozmaiconej muzyki aktorskiej słowami: pier…., spiep…..”i przy: „zajebiste” wypuścić powietrze już na zewnątrz.

            Dlatego ja swoje wielorakie Ja traktuję demokratycznie, bo już mogę. A mogę, bo czasy szkolne za mną. To jest jeden z największych plusów tak zwanego starzenia się. Tak zwanego, bo starzeć się nigdy nie miałam zamiaru i nadal nie mam. Czas szkolny i dzisiaj za nic ma demokrację i dalej panuje „zamordyzm” w szablonowym temacie: „Co poeta miał na myśli?”. To już mnie nie dotyczy, czyli Ja swoim zwielokrotnionym ja – daję wybór, nie czytając recenzji. Co oznacza tylko tyle, że czytam je ale bez zrozumienia tego, co recenzent

(czasami „streszczant” lub „bezmyślny papugacz”) miał na myśli. Te liczne Ja wybór mają bardziej niż demokratyczny, bo nie muszą wybierać między mniejszym a większym złem. Mają prawo kierować się tylko własnymi zmysłami, w które właśnie po to wyposażyła je matka natura. Oczom spodobał się „jeleń na rykowisku” to zawiśnie na ścianie. Małżowiny zafalowały miłośnie, słysząc rzewne skomlenie – to portmonetka bez żałosnego westchnienia wysupła parę złotówek. Z kartkowanych stron wysypały się przemawiające akapitki – książka wraz z odpowiednim ja, opuści swoje półkowe miejsce, bez zbędnego brzęczenia za a nawet przeciw przy wyjściu na świeże powietrze.       

            To, co powyżej napisałam mało ma wspólnego z początkowymi słowami: „za to z nastrojową chwilą”. Ta nastrojowa chwila to zupełnie co innego u mnie znaczy. To coś takiego, które właśnie w konkretnym momencie (czarna dziura, otchłań rozpaczy) krzyczy: „Ale szmira, dno, tandeta, kicz….” by za jakiś czas wyśpiewywać: „Cudowne, wspaniałe, szczyt rozkoszy nad rozkoszami i to wieloznaczeniowymi”. Oczywistością jest, że obiekt krzyku i śpiewu jest ten sam.    

            Dlatego już nie sugeruję się żadnymi opiniami czy recenzjami. W przypadku książki: okładką, tytułem czy grubością. Biorę do ręki, bo zmusza mnie do tego „cosiowate ja”

( więcej o moich lub nie cudzych cosikach może wklikam innym razem, a może i nie). Potem spędzam z książką mniej lub więcej czasu w zależności od nastroju (to na pierwszym miejscu) i treści. Są chwile, gdy potrzebuję poczuć się znów w krainie baśni, która kończy się szczęśliwie a mnie pozwala naładować akumulatory. Innym razem potrzebuję odskoczni od niezbyt przyjaznej rzeczywistości i przenoszę się w świat fantazji. Niekiedy nie mogę sobie poradzić z własnymi problemami. Wtedy sięgam po książkę obyczajową, w której szukam podpowiedzi lub czasami zwykłego ułomnego pocieszenia (kto tak się nie pociesza, niech rzuci kamieniem, ale w siebie), że inni, nie ważne czy fikcyjni czy realni, mają dużo gorzej.

W chwilach, gdy mam ochotę zadusić własnymi rękami (nie ważne kogo), sięgam po kryminały. Gdy to nie zadziała, to wcielam się w horrorystyczne wampirzyce i czuję jak z moich krwionośnych naczyń spływa cała nagromadzona żółć a na jej miejsce wpływa krwista, zdrowa, koniecznie czerwona (a nie błękitna) życiodajna ciecz.

            Naklikałam się tak, że aż mnie opuszki palców bolą a wystarczyłoby: „To się lubi, co się lubi i nic nikomu do tego”.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)
SykWlrrJevPmf:
I was looking eevrywhree and this popped up like nothing!
tGlZrPAaUkRt:
My problem was a wall until I read this, then I smshaed it.
iHHEsIGls:
Do you have more great aricltes like this one?
vajKonyDDcrjw:
Most help articles on the web are inacucatre or incoherent. Not this!
cUnyzlMCxSmJcujL:
Now we know who the snseible one is here. Great post!
EcRDbySpcWnDtKNt:
Nie będę szukał w niemieckich gtezaach, ale chyba Pani nie ma racji pisząc:"A okazuje się, ze w Niemczech nie można znaleźć ani jednej notce w gtezaach w takim stylu, a w Polsce owszem. Czy to nie jest zaskakujące?"Co więcej - z takich wypowiedzi i po niemieckiej i po polskiej stronie nie robiłbym problemu: od wiekf3w tak było, to akurat nie dowodzi ksenofobii i nacjonalizmu.Upraszczając:Zdanie typu - "Hiszpanie są leniwi i wszystko przekładają na następny dzień" to stereotyp społeczny, ktf3ry NIE MUSI MIEĆ ŻADNEGO ZWIĄZKU Z EMOCJAMI ORAZ ZACHOWANIEM WZGLĘDEM HISZPANd3W.Uczestniczyłem kiedyś (ja jestem od cyferek ;)w badaniach odbioru Niemcf3w przez młodych Polakf3w i poziomy stereotypizacji myślenia nie mają - jak się okazuje - większego związku z komponentem afektywnym postawy, a juz żadnego z behawioralnym.Ale są w tej dziedzinie lepsi - polecam np. badania prof. Renatę Suchocką. W statystyce bez zarzutu :)Wątek osobisty: mf3j dziadek był Niemcem i zawsze nie lubiłem antyniemieckich uprzedzeń.Co nie przeszkadza mi na zimno widzieć niemieckie działania sprzeczne z interesem Polski oraz niemieckie zagrożenie.Polska rf3wnież zagraża Niemcom - w sferze gospodarczej za 20-30 lat będzie to szczegf3lnie widoczne. Dlatego ważne jest dla Polski aby Niemcy nie miały zbyt dużych wpływf3w w polskich elitach. A Niemcy bronią się "rurą" i zbliżeniem z Rosją - i ... mają do tego prawo!Co oczywiście obnaża słabość idei zjednoczonej Europy.Sytuacja międzynarodowa i gospodarcza niestety wytwarza realny konlikt interesf3w pomiędzy Polską a Niemcami (konlikt z Rosją to raczej "psychologia narodowa", aniżeli realne interesy, ale znam to słabiej).Pozdrawiam dziękując za poważne podejście do moich żartf3w ;)Krzesimir
zPgUjpSDLDuT:
"Proszę mi zatem powiedzieć, od jikaego stopnia zła wolno go używać odwet jako usprawiedliwienia, a kiedy jeszcze nie. O ile Pana zrozumiałam, to to, co Ukraińcy zrobili, nie można tak nazwać, ponieważ Polacy mniej złego zrobili na nich, niż Niemcy na Polakach?" Przyznam szczerze, że nie do końca rozumiem, o co Pani chodzi. Prf3buję tylko powiedzieć, że mieszanie polityki narodowościowej III Rzeczy (o ile można użyć takiego określenia) i polityki narodowościowej II RP nie ma podstaw. Proszę tego nie porf3wnywać, bo ma się to do siebie nijak. Ciężko mi natomiast nazwać działania ukraińskie odwetem, bo nie wiem za co miał by być odwetem. Zwłaszcza, że akcje zbrojne przeciwko Polskiej ludności cywilnej trwały co najmniej od 1918 roku i były wykonywane w ramach głębszego planu ustanowienia niezawisłej Ukrainy (najpierw jako państwa wasalnego wobec Niemcf3w, czemu służyła polityka atamana Skoropadskiego z URL, ale też jego rywali z ZURL), a potem prf3b utworzenia własnej władzy na tych terenach. Hasła "Lachy za San" nie rzucono w 1945 roku. Nie rzucono go w czasie rzezi na Wołyniu, ale stanowiło ono jedną z podstaw rządu Petruszewicza. Przez cały okres II RP Ukraińcy stanowili element zmierzający działaniami legalnymi i nielegalnymi do realizacji tego hasła. Czym innym natomiast jest działalność III Rzeszy, ktf3ra świadomie i planowo dążyła do eksterminacji ludności nieniemieckiej na podbitych terenach. Wreszcie zastanawiam się dlaczego w dyskusji o wypędzeniach nie zastanawia się Pani nad niemiecką definicją tego terminu w niemieckiej ustawie jest nim także osoba narodowości niemieckiej (lub obywatel niemiecki), zamieszkała poza granicami Rzeszy z 1937 roku, ktf3ra utraciła swoje miejsce zamieszkania na skutek II wojny. W tym można zmieścić wszystkich, ktf3rzy przyjeżdżali za Wermachtem, by osiedlić się na terenach podbitych, a potem zostali z nich wyrzuceni (vide: p. Steinbach). Widziałbym w tym olbrzymią niesprawiedliwość, by osoby, ktf3re chciały skorzystać na wojnie napastniczej, teraz miano traktować rf3wnorzędnie z jej ofiarami. Wreszcie pisze Pani, że Niemcy padli ofiarami zła, jakim są wypędzenia. Powiem w ten sposf3b. Kara jest złem, np. pozbawienie wolności jest co zasady prawnie zabronione. Ale godzimy się na nie w przypadku przestępcf3w. Niemcy popierając Hitlera, zapełniając jego armie, dając mu tłumy bezmyślnych i bezrefleksyjnych wykonawcf3w jego rozkazf3w popełniły zbrodnie. Wypędzenia były złem. Ale były karą wymierzoną przez wszystkie podbite narody za to, co spotkało je w czasie wojny. Wreszcie proszę nie zapomnieć, że nie była to kara wzięta znikąd, ale usankcjonowana przez mocarstwa w Poczdamie. Jest to znamienne, że dzisiaj w dobie wkraczania na ścieżkę "neowilhelmińskiej" polityki Niemcy nie chcą myśleć o tym jako o karze za swe zbrodnie, ale jako o zbrodni na nich. Pozdrawiam

Licznik

Odsłon: 1959316
Osób: 1777472

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl