Nieistniejący blog
O potędze pióra i myśli spisanych
O chciwości
Notatkę dodano:2012-03-01 12:00:44

Sens życia odnajduję w spacerach, szczególnie wczesną wiosną i późną jesienią. Z jednej strony wchłaniam esencje wszechobecnego rozrostu, soczystej zieleni, woni kwiatów nabierających kolorów, a z drugiej – raczę się zwiastunami śmierci: postępującą szarością, dobiegająca kresu apoptozą. Wrażenie bliskie boskości, całkowitej transcendencji, w której misterium uczestniczę tylko ja. Przemierzając wówczas kolejne kilometry, spoglądam w okna mijanych domów, obserwując cienie poruszających się w środku ludzi. W myślach kpię z tych kształtów, napawając się ignorancją, lenistwem, ich złudnym poczuciem bezpieczeństwa. W trakcie jednego z wczesno-wiosennych spacerów, zobaczyłem za szybą coś więcej, coś bliskiego piękna natury, budzonej ze snu przez natarczywe promienie słońca.

 

Okno, w które zajrzałem, prowadziło do niewielkiej kuchni, obnażonej przed wzrokiem ciekawskich, gdyż pozbawionej zasłon, firan bądź innego skrawka materiału. Tuż obok musiał znajdować się stół, ponieważ siedziała przy nim piękna, młoda kobieta. Widziałem ją z profilu: czarne włosy opadały jej poniżej ramion, kształtny nos komponował się z delikatnie uwypuklonymi policzkami, a górna część piersi prężyła się niepocieszona ze sweterkowej niewoli. Z wrażenia zatrzymałem się, dech mi zaparło, a serce zagrało skoczne trele. Odwróciłem się w jej stronę, upajając spojrzenie delikatnymi rysami i czystą, nieskrępowaną niewinnością.

 

Kobieta musiała odczuć psychiczny ciężar mojej fascynacji, bowiem przekręciła głowę i popatrzyła mi w oczy. Dzielił nas niewysoki płot, kilka metrów zieleni, beton i szkło domu, ale odniosłem wrażenie, że odległość się powiększyła, a między nami pojawił się krater bez dna, w który wpadłem. Z trudem panowałem nad żołądkiem i niespokojnym tętnem – szalały tym bardziej, im wyraźniejsza stawała się imaginacja możliwej przyszłości, w której te niesamowicie brązowe tęczówki, codziennie przekazywały mi odrobinę ciepła, a wąsko-różowe usta pieściły pocałunkami.

 

***

 

Gdy wyszła z domu, nadal stałem jak zamurowany. Podziwiałem jej chód – spokojny i lekko-kołyszący. Uśmiechała się, najwyraźniej zadowolona z wywołanego efektu. Pamiętam, że podeszła bez oporów, jakby szósty zmysł podpowiadał jej, że tak powinna zrobić, że to właśnie jest najlepsza droga dla ewolucji. Odezwała się pierwsza, chyba świadoma mojej niemożności, totalnego zbaranienia wobec jej bezdyskusyjnego piękna. Miała na imię Anna, niedawno skończyła dwadzieścia dwa lata i kilka dni wcześniej się tutaj wprowadziła. Cieszyła się z naszego spotkania. Ja również, choć z trudem o tym mówiłem. Nie radziłem sobie dobrze z kobietami.

 

Po paru zamienionych zdaniach poszła ze mną. Spacerowaliśmy przez dwie godziny, w trakcie których pozbyłem się tremy i z równą otwartością co ona, streszczałem swoje dotychczasowe życie. Byłem jednocześnie świadomy, że wszystko to są rzeczy i wydarzenia przebrzmiałe, zupełnie nieważne wobec nadchodzących chwil.

 

Pożegnaliśmy się lekkim uściskiem, umawiając się na następny spacer za dwa dni.

 

Oczekiwanie mnie wykańczało, nie mogłem spać, byłem rozkojarzony, myślami odległy od zwyczajowych, codziennych zajęć. Za to zbliżałem się do Anny – każda sekunda świadomości przepadała mi na marzeniach, planach, cichych nadziejach. Gdy nadszedł umówiony dzień, od wczesnych godzin porannych kręciłem się po domu, niczym zaczarowany, ogłupiały słodką magią. Czas płynął zbyt wolno, a ciało wypełniało go dziwnymi dolegliwościami – raz podnosiło ciśnienie, aby za moment je obniżyć, później odzywało się bólem w skroniach, łzawieniem bądź świstem w gardle. Czułem się niemal jak człowiek orkiestra pod władaniem szalonego dyrygenta.

 

Po tym, jak domowy zegar zaakcentował biciem godzinę wyjścia, przez dwie-trzy minuty nie byłem w stanie uwierzyć, że to już, że niedługo Ania przywita mnie uśmiechem, może weźmie za rękę i razem ruszymy wąskimi uliczkami na poszukiwanie wytchnienia, odnajdując wraz z nim upragnioną więź.

 

Stanąwszy przed bramką do jej podwórka zawahałem się, przez ułamek sekundy zbliżyłem się nawet do myśli o ucieczce, ale na szczęście Anna dostrzegła mnie przez okno i nim głębiej się zastanowiłem, ona już witała się ze mną, brała za rękę, szczebiotała o tym jak nie mogła się doczekać, jak tęskniła, jak marzyła, jak pragnęła ponownie mnie zobaczyć. Serce omal nie pękło mi ze wzruszenia, a  gdzieś w zakamarkach świadomości puściła blokada, która do tej pory uniemożliwiała wyrażanie uczuć, szczerą rozmowę z drugim człowiekiem. Drżącym głosem opowiedziałem Ani o ostatnich dniach spędzonych na wyczekiwaniu, o drganiu ciała na samo wspomnienie jej obecności, a ona uśmiechnęła się do mnie, ścisnęła mocniej za dłoń i popatrzyła w oczy spojrzeniem pełnym aprobaty oraz czymś jeszcze, czymś ciepłym, pięknym, absorbującym.

 

Nie pamiętam już ile czasu wędrowaliśmy tego dnia. Wiem za to, że wycisnęliśmy z tego spotkania wszystko, co najlepsze – długie rozmowy, przeciągłe salwy śmiechu, chwile zaczerwienienia. Jeśli istnieje coś takiego jak duchowa osmoza, to właśnie wtedy poznaliśmy ją w pełni, chłonąc siebie, nasze słowa, gesty, dotyk i pocałunki. Gdy rozstawaliśmy się wieczorem, czułem fizyczny ból odrywania.

 

Nie trwał jednak długo. Od tamtego wydarzenia widywaliśmy się codziennie, kontynuowaliśmy wspólne spacery, ale też zaczęliśmy razem wychodzić do kina, teatru, restauracji. Byliśmy nierozłączni, dlatego też nikogo specjalnie nie zdziwiło jak Anna wprowadziła się do mnie, a w pół roku później zaplanowaliśmy nasz ślub. Żyło nam się wspaniale, kochaliśmy się, szanowaliśmy nasze przekonania, potrafiliśmy pójść na kompromis, a nasz seks z biegiem miesięcy niósł coraz więcej obopólnej satysfakcji. Przed nami malowało się szczęśliwe życie, którego kresu chcieliśmy doczekać razem, z roześmianą gromadką dzieci u boku…

 

***

 

Przerwałem te rojenia z cichym jękiem, uspokoiłem żołądek, wyrównałem tętno. Omal się nie porzygałem od nadmiaru słodyczy. Chyba bym zdechł z nudów, decydując się na taki los. Kurwa, momentami naprawdę trudno jest panować nad własną podświadomością i jej wiosennymi projekcjami. Otrząsnąłem się jakoś po tym doświadczeniu, po czym po raz ostatni spojrzałem w okno na piękną, czarnowłosą kobietę. Uśmiechała się, więc odpowiedziałem w ten sam sposób. Widziałem jak zaczyna wstawać od stołu, ale wtedy pomachałem jej i odwróciłem się. Odszedłem. Nie byłem zainteresowany bliższą znajomością. Przynajmniej nie w klasycznym rozumieniu tego słowa.

 

Wracając do domu słabiej interesowałem się rozkwitającą przyrodą, ponieważ w głowie obracałem pewną idee, którą z zakamarków uwolnił ten kontakt z niewinnością; ta niespodziewana erupcja zachwytu nad płcią przeciwną. Do tej pory nie zaprzątało to mojej głowy, bardziej fascynowałem się zwierzętami, których poszukiwałem w trakcie spacerów, a gdy już jakieś znalazłem (nieważne kota czy psa, królika bądź kurę, lista lub jeża), zakradałem się, pozowałem na przyjaciela, a później łapałem i skręcałem im karki (czasami też kopałem dopóki nie zdechły), zabierałem ze sobą, aby spokojne je oprawić, wypatroszyć i wypchać. Najlepszym czasem do polowań był właśnie początek wiosny, kiedy budziły się do życia oraz schyłek jesieni, gdy poddawały się znużeniu nadchodzącej zimy. Uwielbiałem czuć pod palcami ich przerażone serca, raczyłem się zapachem drżących futer, zlizywałem gorącą jeszcze krew. A później, już po ustawieniu ich wypełnionych watą ciał w sypialni, przechadzałem się między trofeami, rozkoszując się uległością, całkowitym podporządkowaniem, które wymogłem na naturze.

 

Tamtego dnia zrozumiałem, że to był tylko etap, coś na kształt szkolenia przed moim powołaniem, przed prawdziwym celem życia. Kobieta zza szyby, jej delikatność i wyczekiwanie, uświadomiły mi, iż pora rozkwitnąć, nabrać wiatru w żagle, zapolować na coś piękniejszego, aby następnie odpowiednio uchronić to przed resztą świata – przed zniszczeniem, rozkładem, dezintegracją, entropią.

 

Następnego dnia miałem już wszystko gotowe i przemyślane. Zacząłem nocami zakradać się pod dom nieznajomej. Ubrany w czerń z kominiarką na głowie, siedziałem z lornetką w krzakach po przeciwnej stronie ulicy, gdzie rósł niewielki las. Obserwowałem podwórko i okna, wsłuchiwałem się w szum liści, dawałem się pieścić podmuchom wiatru, a jednocześnie uczyłem się jej rytuałów, podziwiałem krzywizny ciała, grymasy twarzy, ruchy ust w trakcie rozmów. Miałem wrażenie, że rozpuszczam się w otoczeniu, iż staję się czymś tak odwiecznym, jak żywioły i równie niczym one niebezpieczny.

 

Pewnego wieczora kobieta wyszła z domu. Widziałem, że jest czymś wzburzona. Początkowo ruszyła w przeciwną do mnie stronę, ale po kilku krokach nagle zawróciła i skierowała się do pogrążonego w mroku lasu. Gdy tylko krzaki wraz z drzewami wchłonęły czarnowłosą w siebie, przywitałem ją, szybko owinąłem się dookoła jej ciała i silnym ciosem w potylice odebrałem przytomność, której już nigdy nie miała odzyskać.

 

W domu rozebrałem ją. Obejrzałem każdy skrawek jej pięknego ciała. Zapach niemal odbierał zmysły, pobudzał dawno uśpioną seksualność, która wyrwała się spod kontroli i dała upust swym żądzom, naruszając nieskazitelny róż kobiecego sromu. Później ją zabiłem. Wystarczyło głębokie nacięcie od wewnętrznej strony uda, aby krew (na zawsze uwolniona­) spłynęła do ścieków. Następnie ją umyłem i odciąłem powieki, żeby już zawsze mogła patrzeć na to, jak przechadzam się w pobliżu. Ostatecznie umieściłem ciało w szklanym pojemniku zalanym formaldehydem, w którym spoczęła wyprostowana, piękniejsza niż mogła sobie to kiedykolwiek wyobrazić – na zawsze zachowana w rozkwicie.

 

Od tamtego wydarzenia wytropiłem wiele okazów. Zawsze, jakby w wyniku sentymentu, towarzyszy temu moment marzeń, rojeń o wspólnej, szczęśliwej przyszłości. Dzięki temu mam świadomość przeżycia wielu szans, najróżniejszych wcieleń. Dlatego nieustannie poluję na kobiety. Robię to wczesną wiosną, gdy ich uroda i niewinność budzą się do życia oraz jesienią, aby uchronić je przed morderczą zimą, zatrzymać ich piękno dla siebie i nie dzielić się z nikim.

 

Szczecin, 10 i 17 kwietnia 2011

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)
1974ed2c41d53880d94d5d203a7d8649Nie istotny sposób, najważniejsze jest, by zdobyć...to mi pachnie Macchiavellim. Ujęła mnie subtelność ostatniego akapitu (a raczej pozorna subtelność), odniesienie do sentymentów, niewinności, troski o pożądane "Obiekty", estetyki wyrażanej we wrażliwości tegoż bohatera na piękno kobiecych ciał.Ostry kontrast formy z treścią. Nie przestawaj pisać!

Autor:Chia


1974ed2c41d53880d94d5d203a7d8649i oczywiście Machiavellim, przez jedno "c" .

Autor:Chia


sGHrpTAzqhMxEgQQpTE:
Słuchaj Ja Ci nic niedoradze Zrf3b pspoortu tak jak czujesz Ty niewiem jak tam jest miedzy wami do Konca to musi byc twoja decyzja Zgoda z tym jak czujesz Hmm czy ja czesto pisze Hmm np jak juz zadzwonie wieczorkiem ale nie za czesto Sms hmm nie dla mnie rozmowa lepsza 10 min i zawsze kancze pierwszy jak widze ze jest napalona na rozmowe zawsze daje mniej jak ona oczekuje zeby była głoda dalszej rozmowy i mojej osoby spotkania koncze pierwszy pspoortu mf3wie otwarcie ze musze juz isc bo mam to i tamto do zrobienia Dostaje buzi i ide nie ogladajac sie uwierz tez miałem w cholere problemf3w laska do ktf3rej podbijam jest przesliczna i przecudowna powiedziałem sobie dosc:) ustaliłem zasady powiedziałem jej o nich i albo sie zgadza albo ja odchodze w pizdu Oczywiscie czasem walne jakis kkaplemet ale nie zaduzo jak np mi mf3wi ze dzis okropnie wyglad nie słodze jej jak widze ze zeczywiscie nie najlepiej wyglada pspoortu Jestem Szczery nie stawiam jej na piedestale i nie latam za nia i to jak narazie działa
A:
Lol jaki koment na dole
660d4db35f6f9e4a73c4eb09bfc72e98Taki urok granicowych botów ;-)

Autor:Gyero-Saski


Licznik

Odsłon: 126857
Osób: 122914
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017