Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Skojarezniowo: droga
Notatkę dodano:2012-05-14 13:41:42

Ostatnio z tele dociera do mnie słowo droga i kilka stale powtarzających się przymiotników np częsciowo przejezdna. Nie lubię nic częściowo, dlatego uporczywie powtarzałam słowo droga, by zagłuszyć - "częściowo". Efekt zagłuszania poniżej. 

Droga? Droga! Droga.

            Dawno, dawno temu, kiedyś, gdzieś, jakiś przystojny On siedział z pewną, chociaż niepewną siebie Oną w niezbyt intymnym miejscu, ale na tyle ustronnym, że mógł i gdy mógł, to przemógł się i cichutko zaśpiewał: „Moja droga ja cię kocham, tak kocham, że ho, ho. Moja droga ja cię kocham…..”. Ona też mogła, bo chociaż był półmrok to na tyle jasny, że dała radę dostrzec w jego spojrzeniu i lekkim uśmieszku wyraźną kpinę. Upewniła się, słysząc w pierwszym „ho, ho” drwinę (On widocznie znał tylko te słowa, więc i „ho, ho” powtarzał kilka razy), w drugim szyderstwo a w trzecim to już sarkazm i dla niej wcale nie były to synonimy. Raptownie wstała, mówiąc: „Muszę już iść i nie chcę cię znać”, odwróciła się na pięcie, zrobiła krok i znów się odwróciła, by patrząc w te śliczne, wyłupiaste ze zdumienia oczy przeważyć szalę dwuosobowej wagi, na swoją stronę: „Nieodwołalnie, ty zadufany w sobie dupku”” i poszła. On został. Zdziwiony, z ustami otwartymi jajowato, bo właśnie wyśpiewywały „moo….”, odprowadził ją wzrokiem aż do drzwi. Piosenki nie dokończył, za to Ona wyszła na gminną brukowaną drogę, którą już od miesiąca kilku robotników bezskutecznie próbowało zmienić na drogę asfaltową. Brzmiące w uszach dwa słowa: „moja droga” powodowały mętlik w głowie, który skutecznie plątał jej nogi i czubkiem bardzo drogich butów (zakładanych na wyjątkowe okazje, a ta przecież była super wyjątkowa) zahaczyła o wystający kamień. W ostatniej chwili złapała równowagę i nie chcąc iść drogą na skróty, zeszła na skraj drogi. Idąc, wyrzucała z siebie całą nagromadzoną złość na tego o cud urodzie bufonowatego głupka: „Jaka droga? Czyżbym ja według niego była czymś lub kimś kosztownym, pustoszącym portfele, na co lub na kogo trzeba wydać sporo pieniędzy? Postawił mi dziś wino, ale jedną lampkę. Wcześniej dwa razy zapłacił rachunek w kawiarni, ale piliśmy tylko kawę. Raz fundnął mi kino, ale wykosztował się na jeden bilet. Swój i tak musiałby kupić, bo to on chciał obejrzeć ten idiotyczny film, na który szkoda było czasu. Fakt, dał mi trzy razy kwiatka. Ale po jednym. Zrujnowałam go? A niech go kaczka kopnie. I jeszcze tym „moja” śmiał podkreślić, że już zapłacił za prawo własności. Niedoczekanie. Niech spada na drzewo to zarozumiałe, pewne siebie szympasisko”.     Dochodząc do skrzyżowania dróg, roześmiała się na myśl, że to znak. Ma wybrać swoją drogę. Ale, którą? Tę oczywistą, prosto w kierunku domu? I przypomniała sobie słowa: „Prosto przed siebie nie można zajść bardzo daleko... (Antoine de Saint-Exupéry. Mały Książę) i już wiedziała, że musi mieć czas na pomyślenie i znalezienie światełka w tej ciemności, która ją otoczyła, tuż po wysłaniu najprzystojniejszego, z całej bliższej i dalszej okolicy, szympansa na drzewo. Skręciła w polną drogą prowadzącą nad rzekę. Lubiła słuchać podpowiedzi, patrząc, w migającą światełkami przeglądających się promieni słonecznych, wodę. Usiadła w tym miejscu, w którym pierwszy raz on ją pocałował. Całował nie raz, ale tylko całował. I wcale nie dlatego, że nie wiedział, czy ona ma na coś więcej ochotę, bo wiedział. Widziała to w jego oczach, tak samo jak i to, że i on miał chęć, ale nie chciał. To znaczy chciał, ale widocznie nie lubił gasić pragnienia na łonie. Natury, oczywiście. Objęła się ramionami i wpatrując w mikro błyski, błysnęła wrodzoną inteligencją: „Droga, to przecież może być i szosa, i aleja, i nawet ścieżka, najmniejszy dukt leśny albo przecinka. A może dla niego, ja miałam być drogą życia? Przynajmniej dróżką lub ścieżką, po której chciałby: „Iść, ciągle iść w stronę słońca. W stronę słońca aż po horyzontu kres”? (Zespół „Dwa plus jeden”). Nawet jeżeli, to znamy się tak krótko, że skąd mam już wiedzieć, czy byłaby to droga przez mękę, czy droga usłana różami? I dokąd? Do nikąd?”. Wpatrując się w wodę, zapomniała o upływającym czasie. Wzdrygnęła się od chłodniejszego podmuchu powietrza i by się rozgrzać, wstała i podskakując, głośno ironizowała z dużą dawką kalorycznej złości, zawsze podnoszącej temperaturę ciała, gdy drwiła z samej siebie: „Ty pierwsza z pierwszych naiwnych marzycielek. Ty bezkrytyczna, tępa głupoto”. Jeszcze było jej chłodno, więc świadomie dorzuciła do paleniska sprawdzony wyrzutnik skutkujący erupcją lawy rozlewającej się po całym ciele: „Ty głupia, ruda, farbowana małpo”.

            To zawsze działało, bo swoje prawie czerwone włosy, od kiedy tylko pamięta, farbowała, czym się dało i kiedy się dało. Efekt kolorystyczny był nieprzewidywalny, ale reakcja mamy, tak. Najpierw na suchym, domowym nieboskłonie rozbłyskały błyskawiczne efekty maminego wyładowania, potem słychać było tylko piorunowe grzmoty, ale tylko do chwili, gdy do pokoju wchodziła babcia. Po jej słowach: „O, znowu?” i trzymaniu się za brzuch ze śmiechu – z jej i mamy oczu wypływały strugi deszczowych łez. Później się uspokajało i po maminych słowach: „To jutro nie pójdziesz do szkoły, a ja zadzwonię do pani Krysi (znajoma fryzjerka) może znów coś zaradzi” pokazywało się słońce.

            Tym razem też nie zawiodło. Wiedziała, że powinna już wracać. Ale jak, gdy ciągle słyszała tylko te słowa: „I chciałabym i boję się” (M. Hemar/M. Modzelewska). Znów usiadła, tym razem bliżej drzewa, by móc oprzeć głowę tak, by patrzeć w niebo i czekać na gwiazdy. Powróciło pytanie: „A jeżeli skojarzył mnie z jeszcze inną drogą?”. Po chwili roześmiała się na myśl: „Może z gościńcem? I pewnie to jego „moja i ho, ho” to już tylko droga oddechowa. Wdech, wydech, wdech, wydech i było fanie, żegnaj mała”. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej a ona coraz więcej światła widziała we własnej głowie (bo i trudno nawet przy super lampach, dostrzec w cudzej, gdy się nie jest neurochirurgiem): „Swoją drogą to ja chyba zwariowałam. Jestem gorszą idiotką niż myślałam. Babcia miała rację, że zamiast dziwaczyć i doszukiwać się we wszystkim wieloznaczności, to powinnam umyć uszy, przetrzeć szkła od okularów i od razu usłyszę, i zobaczę to, co jest, a jak nie to spytać wprost i wyjaśnić znaczenie nie jednoznacznych słów”.

            I patrząc w jedną ze świecących już gwiazdek, zobaczyła uśmiechniętą twarz babci, która szeptała to, co zawsze w takich chwilach: „Wnusiu, droga na skróty często bywa najdłuższa”. Ona przerwała pytaniem, jak w dzieciństwie: „Babciu, skąd mam wiedzieć, stojąc na rozstaju dróg, która jest tą dobrą drogą?”. I babcia powtórzyła to, co zawsze: „Czasami, znając już cel, trzeba zapytać o drogę, by nie przeoczyć tej właściwej drogi”. Ona przekomarzała się: „A skąd mam wiedzieć, czy ta droga do celu, jest tą, gdy nie mam pewności, czy sam cel jest tym celem?”. I sama sobie odpowiedziała myślą E.Canetti, którą znała od babci: „Nie zawsze należy się przedzierać aż do samego końca. Przecież można tak wiele napotkać po drodze”.

            Po chwili zaczęła już pytać samą siebie: „I co, tego chciałaś? Jesteś zadowolona?”.  Mówiła głośno, żeby się lepiej słyszeć przez łzy. Od dawna wiedziała, że łzy, mimo że wypływają z oczu i spływają po policzkach to jakimś cudacznym sposobem przytępiają słuch. „No tak, mleko się nie rozlało, tylko sama go wylałam. Na pewno się obraził na śmierć i życie” – westchnęła. W beznadziejnym nastroju błądziła wzrokiem po bezchmurnym, rozgwieżdżonym niebie. Aż usiadła, gdy dostrzegła jasną smugę przecinającą sklepienie niebieskie. Ucieszyła się: „To musi być znak, on uwielbia mleko i to pod każdą postacią”. Po chwili jeszcze głośniej, ale tym razem prosiła: „Drogo Mleczna, podobno powstałaś z kropli rozlanego mleka a on tak lub mleko. Proszę cię, spraw, żeby nie było za późno” i zaśpiewała parę razy: „Moja droga Drogo Mleczna, ja ciebie kocham, że ho, ho……”.  I w pewnym  momencie poczuła, że obejmują je czyjeś ramiona. Zaskoczona, nie zdążyła ani się przestraszyć ani krzyknąć. Z otwartymi jajowato ustami na „mooo” znieruchomiała. I tak już została, słuchając jego słów: „Moja droga wiodła mnie do ciebie. Moja droga, wierna tak jak nikt. Moknie w deszcz, od słońca lśni. Wiodła tam, gdzie byłaś Ty”. (Czerwone gitary).

 

PS  Minęło wiele lat, ale ona już wiedziała, że najważniejsze w życiu synonimy droga – to     kochana, luba, miła, najdroższa, ukochana, ulubiona, umiłowana.

 

PPS. „Ach, gdyby tak od razu, każdy zrozumieć mógł, że lepsza droga bez drogowskazów, niż drogowskazy bez dróg”. Stanisław Jerzy Lec

 

 

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)
10_freeUwielbiam Panią czytać. I wyszło tak, jak powinno. Cała ta znojna droga, to peregrinatio vitae. Kłaniam się

Autor:Czytelnik59


jolaKwiatkowska:
Miło mi, gdy jest "echo" a jeszcze gdybym wiedziała, kto kryje się pod Czytelnikiem59 - to już byłoby mi bardzo miło. :)
jolaKwiatkowska:
Dziękuję Marylin :)

Licznik

Odsłon: 1958516
Osób: 1776672

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl