Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

NIE MA MARNOTRAWSTWA
Notatkę dodano:2013-08-23 21:26:19

Powróciliśmy. Parę dni nieobecności stworzyło odskocznię, inne rozplanowania minionego czasu, inaczej on spędzony spowodował jakieś dziwne manko w kalendarzu. Niby niedługa ta nasza nieobecność a zarazem czuję jakby nie było mnie w domu przez wydłużony do granic możliwości czas. Cieszę się z paru spraw, które się zadziały, nie przeleciał ten czas przez palce nic po sobie nie zostawiając. To był dobry czas. Mój urlop już finiszuje, pozostałe dni też jakoś się poukładają, powstanie mozaika która choć niczym szczególnym dla postronnych dla mnie będzie mam nadzieję czasem nie zmarnowanym.

W mieszkaniu unosi się specyficzny zapaszek z nutą octu, mąż walczy ze słoikami, ja swoją walkę przeprowadzę jutro. Na mnie czekają zasypane cukrem śliwki, które zamknięte słodyczą przejdą pauzę w swoim żywocie, aby zakończyć go w jakimś placku pachnącym cynamonem i wanilią w czasie, kiedy żadne inne pocieszenie nie daje radości. Zima będzie najlepszą areną dla tych zaczarowanych teraz przetworów. Specjalnością małżona są wielobarwne pikle, które wychodzą mu jak mało komu. One też dopiero za jakiś czas staną się upragnionym kolorowym akcentem na stole. Kiedy otoczenie będzie w tonacjach biało- szarych ten kolor na talerzach przypomni być może minione sierpniowe dni. Uśmiechnięty sierpniowo talerz w środku zimy. Moje plany przetworowe zakładają jeszcze „parę” akcji zamykania darów lata w dosyć ograniczony asortyment. Powstaną ułatwiające mi na przyszłość gotowce obiadowe, wypraktykowane i sprawdzone, które niezawodnie być na spiżarnianej półce muszą. Pewnie objawią się jakieś warzywa lub owoce, które aby nie zostały zmarnowane będę musiała jakoś przetworzyć. Czas pokaże co „pójdzie na tapetę”. Obsypany w wielkim mrowiu krzak aronii nie zachęca mnie do działania i pewnie jak co roku stanie się stołówką dla ptactwa. Jakoś nie polubiłam tej cierpkości choć w różnych wariantach już próbowałam. Aczkolwiek w dziwności swoich upodobań naprawdę odstaję od wielkiej rzeszy społeczeństwa lubiąc kandyzowaną jarzębinę, przepadając za żurawiną i tym niuansem przełamanego lekką cierpkością smaku, który dla mnie niczym magnes. Lubiąc wspomniane owoce jakoś miłością do aronii nie zapałałam. Niegdysiejsza moda spowodowała zasadzenie dwóch krzaków, które nieodmiennie rok w rok owocowały jak szalone i ja pośród nich nie wiedząca co też mogę z tym robić aby było to konsumowane z jakąś chęcią i ochotą. Nie udawały się ani eksperymenty ani sprawdzone przepisy, jeden krzak wykarczowaliśmy a drugi jakby nic sobie z tego nie robiąc ani nie usechł z tęsknoty ani nie zaprzestał owocowania tylko rozrósł się i obsypany rokrocznie wielką mnogością plonów daje mi dylemat co z tym robić. Wciskam komu się daje, z pełnymi szykanami, sama zrywając, dostarczając w umówione miejsce, i jeszcze nieomal dziękując za chęć przyjęcia. Żeby się tylko nie zmarnowało. Nauczyli kiedyś takiego podejścia, to teraz kluczę, kombinuję, wstępuję na wyżyny przerabiania aby tylko nie wyrzucić. Zamiast lekką rączką machnąć na kompostową pryzmę, cieszyć się czystymi dłońmi, porządkiem w kuchni, zadbanymi paznokciami po urlopowej labie, u mnie jakaś odwrotność następuje. Dłonie przesuszone, jakieś odciski nie wiadomo skąd się wzięły, paznokcie... – to muszę okiełznać zanim wrócę do pracy. Może to i dobrze, że już jestem w domu tu jakoś łatwiej o odnowę biologiczną we własnym zakresie, choć o czym ja mówię, skoro cała ogromna miska wydrylowanych śliwek czeka na jutrzejszy swój sądny dzień. Moje spa poczeka, śliwki ważniejsze, aby tylko nie wyrzucić....

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163524
Osób: 145979