Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

KAŻDEGO ROKU O TEJ PORZE
Notatkę dodano:2013-11-04 20:30:24

Wstawanie do pracy po czterech wolnych dniach stanowi nie lada wyzwanie dla mojego zegara biologicznego. Jakaś podświadomość powoduje wzrost czujności, wnętrze przepełnione irracjonalnym strachem aby nie zaspać. Czujność, tak najprościej mogłabym określić sen dzisiejszej nocy. Otwieram oczy, w ciemności pokoju szukam wyświetlacza z jaskrawo pomarańczową godziną. Jeszcze nie czas. Schemat się powtarza wielokrotnie. Może prościej byłoby po prostu wstać i nie patrząc na godzinę ukryć się w jawie jakiegoś ustronnego miejsca, niż co dziesięć minut sprawdzać powolne przepływanie minut. Jednak ja z nadzieją po raz kolejny zamykam oczy i licząc na dłuższy skrawek snu, za kolejne parę minut sprawdzam czy aby na pewno nie minęło za wiele czasu. Zabieram szansę budzikowi na wykonanie swojego jedynego wobec mnie zadania. Odliczam ile jeszcze zostało czasu, który powinien być przeznaczony na wypoczynek, kolejne przymknięcie oczu, lekkie oderwanie od świadomości.... Męczarnia nie sen. Po takiej nocy moje funkcjonowanie nie do końca na wysokich obrotach. Popołudnie daje odczuć pewne znużenie.

Jestem w domu sama z Kleszczykiem, im głębiej w wieczór tym odczuwanie zmęczenia mijającym dniem wyraźniejsze i mocniejsze. I nawet nie chodzi o samą moją znużoną fizyczność, bo tu jakoś można zaradzić temu niechciejstwu. Motywacja, działanie i jakoś się można podźwignąć. Pewnie działanie napiętnowane zrywami, chaotycznie w jakiejś amplitudzie, na maksa lub całkiem nic. Tylko najbardziej dają się odczuć te ciemne dni, wyjątkowo krótkie, i długie, stanowczo za długie wieczory. Telewizor wyłączony, bo jakoś nie pragnę jego ogłupiania, a ile można piec ciasta czy ciastka, gotować czy brudzić kuchnię inną działalnością. Fakt, od pieczenia robi się w mieszkaniu cieplej, przytulniej jakoś bardziej po domowemu, i czas zabity pracą. Tylko komu potrzeba wypieków w ilościach ponad normę kaloryczną i ilościową? Co prawda dzisiejszy dzień to święto mojego męża, kolejne urodziny, i jakieś słodkie co nieco byłoby nawet wskazane. Nie obchodzimy z pompą swoich świąt, parę ciepłych słów wyszeptanych tuż po przebudzeniu, czasami jakiś drobiazg, pamięć i to nam wystarcza. Generalnie to od zapamiętywania wszystkich dat imieninowo- urodzinowo- rocznicowych, jestem ja. I pamiętam, nawet bez zbytniego wysiłku. Pamiętam daty, które powinnam i te, w których już nigdy życzenia przeze mnie nie będą wypowiadane. Choć kiedy przychodzi konkretny dzień, gdzieś w zakamarkach pamięci kołacze się świadomość, że kiedyś w tym dniu życzenia do kogoś ode mnie szły. Pamiętam i staję się pewnego rodzaju chronologiczną skarbnicą w mojej rodzinie. Synkom przypominam o święcie babci lub taty, tacie o babci, o jakichś rocznicach. Trzymam w pamięci pełno kart kalendarzowych świąt, naszych, rodzinnych. Kiedy przychodzi ich pora włączam przypomnienie każdemu z domowników. I możemy nie obchodzić hucznie, nie spraszać gości, ale w domowym zaciszu jest tego naszego święta świadomość. Wczesnym rankiem Kleszczyk złoży życzenia bez kolejnego przypominania, wręczy laurkę, i wie, że dziś jest święto taty, za czas jakiś mama będzie świętować, a później i na niego przyjdzie kolej. Jak co roku i na każdego.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 162962
Osób: 145417