Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

LEŚNA PRZYJACIÓŁKA
Notatkę dodano:2014-03-30 18:46:01

              Już w domu, krótkie dobrowolne wygnanie, powrót z radością. Wielki suchy andrut przesmarowany jagodowym dżemem, bez zwracania uwagi na to, kiedy ten domowy dżem powstał. W domu mogę jeść co chcę, nie patrzeć na termin przydatności, na unijne wytyczne. Dżem odnaleziony gdzieś, na zakurzonej piwnicznej półce. Powstał dwa lata temu, z własnoręcznie zbieranych przeze mnie jagód. I moja wola, co sobie z nim zrobię, czy wyrzucę, czy zjem. Nie po to byłam w tym lesie dwa lata temu gryziona przez chmary komarów, moczona jakimiś ulewnymi nagłymi deszczami, abym teraz miała się przejmować, tym, że ktoś wymyślił normy i paragrafy, wytyczne i nakazy, według których mój domowy przetwór powinien zostać wyrzucony, kompostowany lub zutylizowany. Mam to gdzieś i po prostu zjadam to, na co mam ochotę. Jeśli takowa mi przyjdzie to sobie inne słoiki przetrzymam jeszcze dziesięć lat i dopiero wtedy pochłonę, dalej będąc zdrowa i niczym w geście protestu przeciw bzdurom i biurokratycznym wymysłom z pełną premedytacją zrobię i zjem to na co przyjdzie mi chęć.  Otwierając ten słoik, niczym za potarciem czarodziejskiej lampy jakiś Dżin przywołał falę wspomnień z tamtego początku lata, kiedy ogarnęła mnie wena zbierania tych drobnych owoców rosnących w lasach otaczających moją miejscowość. Nikomu z moich bliskich nie dana jest ta chęć i samozaparcie do zbieractwa runa leśnego, przynajmniej w takim natężeniu jak ofiarowana jest ona mi. W dobrych latach staję się dostarczycielem w ilościach za wielkich do bieżącej konsumpcji i za ogromnych dla jednej rodziny. Las mnie wycisza, daje czas na przemyślenia i pewną dozę równowagi i energii. Takie moje feng shui. Pamiętam tamtego lata, ciepły czerwiec, wewnętrzny głos nakazujący wizytę w lesie, a ja nie mogłam tego wołania zignorować. I udało się trafić na moment, który stał się wstępem do parotygodniowego sezonu. Jeszcze przed tłumem zarobkujących i na własne potrzeby zbierających udało się dokonać rekonesansu, znaleźć dobre miejsca i niejako zainicjować sezon. Z każdym dniem coraz więcej osób spotykałam na swojej drodze, aż w którymś momencie powiedziałam : pas, wystarczy i dziękuję za te dary na ten rok. W tym lesie zdarzało mi się spotykać, podobnych do siebie lubiących ciszę, pewne oddalenie od sąsiadów, nie wchodzących sobie w paradę, ale też miała miejsce sytuacja, kiedy mój rewir sąsiadował z pewnym jegomościem dziwnie do mnie lgnącym. Miejscowy pijaczek, którego mijając w lesie pozdrowiłam zdawkowym :„Dzień dobry!” . Dla mnie niezobowiązująca forma przywitania dla niego... Przywitałam, jadę dalej, nie chcąc nikogo mieć za sąsiada. To były moje pragnienia. Przywitany mężczyzna, widocznie śledził kierunek w którym się udałam i nie minął kwadrans już niczym mój cień pojawił się tuż obok mnie ze słowami:

- Ale mnie pani przestraszyła.

Nie miałam zamiaru ani go przestraszyć ani tym bardziej mieć za towarzysza w przeciągu paru godzin, które planowałam w lesie spędzić. Od słowa do słowa, dowiedziałam się, że chwilę przed moim przywitaniem, jakiś zaskroniec obrał sobie za cel swojej wędrówki jego spodnie, lub może ich wnętrze, a samym celem było nie wiadomo które miejsce na ciele mojego rozmówcy. On sam, jako właściciel spodni zafrapowany pozbywaniem się niechcianego gościa, nawet mnie jadącej na rowerze nie zauważył. Mężczyzna złożył mi relację z pielgrzymki i samego faktu pozbycia się intruza. Moja naiwność kazała mi wierzyć, że to będzie koniec kontaktów z tym panem, każde zajmie się swoim jagodowym rewirem. Jak bardzo się myliłam miało się okazać po następnym kwadransie, kiedy pan ponownie się pojawił w zasięgu nie tylko wzroku, ale też można rzec na wyciągnięcie ręki.... . Takie pojawienia, monolog i odejście parę metrów dalej, zdarzały się z częstotliwością prawie idealnej pół godziny. Bez użycia zegarka, pan się pojawiał, odkrywał kolejną odsłonę swojego życia i znikał. Antrakt, kolejna scena monologu, ja jako widz, dwa zdania wtrącone przeze mnie, antrakt i dalej, dalej, dalej. W trakcie mojego oddechu od jego towarzystwa, on zapełniał kolejny słoiczek owocami, a czynił to sprzętem iście profesjonalnym dla zbieracza jagód, można rzec jagodowym kombajnem, wypijał piwo, i ponownie się pojawiał. Następowała scena, i coraz większe moje zmęczenie a zarazem jakiś brak asertywności lub niechęć do sprawienia mu przykrości swoim odwrotem. W pewnym momencie doszłam do milczącego wniosku: wystarczy na dziś i jagód, i tym bardziej niechcianego towarzystwa. Zbieram się do odjazdu, i szczęście moje wprost nie ma granic, panu podobna myśl przyszła do głowy. Powrót do domu w dalszym ciągu w niechcianym duecie. Dam radę, wytrzymam te parę chwil i następnym razem szerokim łukiem będę omijać charakterystyczną osobę. W lesie jest to możliwe, przy odrobinie spostrzegawczości i szybkiej reakcji. Do końca sezonu udawało się, czasami przez odgórny scenariusz, czasami dzięki własnemu refleksowi. Las był mój w całej ciszy i pełni spokoju. Mijały dni, zaprzestałam leśnych wizyt, nasyciłam się, zapełniłam spiżarnię. Inne rozrywki zajęły mój czas, o panu zapomniałam. Moja niepamięć trwała aż do pewnego dnia, kiedy idąc z synem do sklepu napotkałam pana w częstym dla niego stanie mało trzeźwym. Mężczyzna szeroko rozwarł ramiona w geście, którym zwykło się witać dawno niewidzianego znajomego i słowami wyszukanymi ze mną się przywitał : „-Witaj moja leśna przyjaciółko....” . Towarzysze pijackiej niedoli mojego „znajomego” otaksowali mnie wzrokiem w całej skali od zdziwienia do podziwu, ja oblałam się pąsem, gdzieś w środku, jakiś szelmowski śmiech mnie ogarnął.

Moja znajoma mówi : „ ty jakoś przyciągasz takie dziwne indywidua...” . Może coś w tym jest. A może ja po prostu ich czasami cierpliwie, choć z pewnym nerwem, wysłuchuję.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 162835
Osób: 145290