Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CODZIENNY TOAST
Notatkę dodano:2014-05-07 21:36:33

Dopiero trzeci dzień z dziesięciodniowego maratonu a już czuję znużenie i niechęć do wszystkiego, co choć troszkę idzie nie po mojej myśli. Kleszczyk i jego dzisiejsze marudzenie podkreślone łzami bez jakiegokolwiek powodu wzmaga irytację i złość. Pogoda szykuje jakieś zmiany, które już zaczynają być przez nas odczuwane. Ciśnienie niewidoczne, irracjonalne oddziałuje zarówno na mnie jak i na młodego. Jadąc z pracy, będąc już w pobliżu mojej miejscowości ogarnia mnie senność, tak wielka, że czułam jakbym za chwilę miała odpłynąć w ten specyficzny niebyt. Odczucie kiedy człowiek łapie się na tym stanie, i w jakiejś panice zastanawia się czy zdążył chrapnąć, czy też to były tylko sekundy przez nikogo nie zauważone. Dobrze, że moja droga kończy się po dwudziestu minutach, gdyż jeśliby do przejechania pozostało jeszcze parę kilometrów niechybnie bym poległa w starciu z wygodnym fotelikiem i kołysaniem towarzyszącym jeździe. Chwila otrzeźwienia a nawet jakiejś pełnej aktywności i zwiększonej uwagi, tuż po odebraniu młodego z przedszkola. Jeszcze popołudniowa kawa, coś do jedzenia dla małego, przegląd poczty i ponowne odczucie senności. Chmurny dzień, przez całe swoje trwanie zbierający siły na opady deszczu powoduje, że oboje odczuwamy chęć przytulenia się do miękkiego kocyka. Pół godziny, to norma, na którą bez obaw możemy sobie pozwolić. Nie będzie nam ta krótka drzemka kolidować w wieczornym zaśnięciu, nie rozbije nas. Jednak nie przewidziałam, że odbiór pogody jest dla małego aż tak negatywny. Mija pół godziny, pikanie budzika, wzrost intensywności próbującego budzić dźwięku. Dziecko nie reaguje, twardy sen nie chce odejść, trzyma mocno. „- Pawełku, wstawaj”. Głębsze nakrycie kocem, niechęć do powrotu w rzeczywistość. Kolejne pół godziny mija zanim ponaglane do wstania dziecko z krokodylimi łzami, naburmuszonym obliczem i wielką obrazą na cały świat ze mną na czele, podnosi się bez jakiegokolwiek entuzjazmu. Staje się rozmemłanym małolatem z pretensjami o wszystko i do wszystkich. Bez powodu pojawiają się łzy, których opanowanie jest poza moimi możliwościami. Bezsilne prośby, nie na wiele się zdają, natomiast granica mojej wytrzymałości staje się coraz cieńsza. Zaczynam odliczać chwile do momentu, kiedy młody pójdzie spać. Bywają takie dni jak dziś, kiedy sił na normalność współdziałania z siedmiolatkiem po prostu brakuje. Gdzieś znika cierpliwość, umiejętność dogadania się i dojścia do wspólnego zrównoważonego poziomu staje się niemożliwa. Takie dni nie budują mojego matczynego ego. Czuję się byle jaką rodzicielką, nic wartą i zupełnie nie umiejącą się dogadać z własnym dzieckiem matką. Wiem, że takich dni będzie więcej, co wcale nie znaczy, że je polubię czy też zmienią one mój stosunek do siebie. Doświadczenie nauczyło, że to co mam w naszych koślawych relacjach to jeszcze nic w porównaniu z tym, co może mnie czekać za parę lat. Powinnam się cieszyć, że to nie jest najgorsze, co stanie się moim udziałem. Choć może nie powinnam zakładać, że tak będzie, to jednak wolę być przygotowana na pewne scenariusze i warianty. Niestety przed nami bunty, wojenki, starcia i to wszystko, co wraz z dorastaniem swojego dziecka będę musiała przejść. Te dzisiejsze bezpodstawne łzy to przecież nic w porównaniu do całego wachlarza możliwości. I choć „przerobiony” został już pod kątem swoich zachowań jeden potomek, zdaję sobie sprawę, że życie zapewne nie raz zaskoczy i na nic się zdadzą moje przygotowania. Nie ma gotowych schematów, a i do rozwiązań czasami prowadzą różne drogi tak jak i rozwiązania bywają różne. Ten czas i przyszłe dylematy przede mną, choć chciałoby się ominąć bez własnego udziału, nie da się tak jak na nic zdadzą się prośby o odsunięcie tego kielicha. To co mam w przeznaczeniu będę musiała wypić czy tego chcę czy nie. Każdy z nas ma to swoje metaforyczne naczynko z życiem do wypicia, choćbyśmy się krzywili, z odrazą próbowali odsuwać, lub z cwaniactwem się wymigać, wypijemy do dna. Nie pozostaje nic innego jak codziennie wznosić toast i małymi łyczkami próbować delektować się nawet najbardziej kwaśną życiową polewką. Jutro inny będzie smak, i z większą radością każdy haust przyjmiemy.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163398
Osób: 145853