Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ROCZNICA MATKI
Notatkę dodano:2014-07-15 23:03:07

Dziś mija pogodnie, z dalszą perspektywą oczekiwania na urlop, który z każdym dniem przybliża się skracając każdego dnia o dzień to oczekiwanie. Są jakieś plany, choć w zasadzie tylko nikły ich zarys. Pastelowa akwarelka planów. Co, i czy w ogóle nam się z tych planów uda wprowadzić w życie póki co wydaje się wielką niewiadomą. Zamiast więc martwić się czy też myśleć co w miesięcznym zasięgu wzroku, ciaśniej obejmę to co już za chwilę. A za tą chwilę mam jutro, wraz z którym przybędzie do mnie wolne od pracy. Prawie poustawiałam sobie co mnie spotka i na ile te spotkania będą przyjemnością, a na ile obowiązkami. Oczywiście plany mogą całkowicie spalić na panewce, wziąć w łeb lub rozsypać się w pył rozwiany podmuchem wiatru. Jednak aby choć odrobinę dopomóc scenarzystom na górze poczyniłam kroki, które mogą naprowadzić ich wizje na moje plany. Basenowe rupiecie spakowane z dwukrotnym sprawdzeniem obecności okularów. To dla przyjemności. Żytnia mąka zmieszana z zakwasem, stanowi wizję obowiązku w którego efekcie powstanie przyjemność ze spożywania własnego chleba. Umówienie z kimś, kto ma sfinalizować zniknięcie naszego starego samochodu podporządkowałabym chyba w rubryce „konieczność”. To główne punkty, choć tych o mniejszej wadze całkiem spory natłok. Niektóre odkładane, inne objawią się niczym królik wyciągnięty z kapelusza prestidigitatora pojawią się jakby znikąd. Jednak nie zdarzy się to czego doświadczyłam dwadzieścia cztery lata temu. Nawet godzina prawie ta sama, dzień podobny, tylko minione lata sprawiają, że coś z tamtejszych odczuć zmieniło wartość, zatarło się, odrobinę przeinaczyło. Ale nawet te wszystkie czynniki nie są w stanie zatrzeć tego, co w pamięci pozostało. To były dla mnie chwile szczególne, jedyne, po raz pierwszy przeżywane. Coś przewartościowujące w moim życiu, odcinające czas, kiedy decydowałam tylko o sobie, a także sprawiające, że jeden ze stopni dorosłości był już nie perspektywą tylko całkiem odczuwalnym namacalnym faktem.

Wspomniana rocznica to ostatni dzień mojej pierwszej ciąży. Nie byłam na nią gotowa, wszystko co się działo ze mną było takie pierwsze, był strach i niepewność, wątpliwości i cała gama rozchwianych odczuć. Nie dało się dłużej przetrzymać narastających bóli, które od delikatności początku w porze obiadowej już tym późnym wieczorem osiągnęły poziom mojej na nie nietolerancji. To był pierwszy raz, jednak pomimo tej niegotowości lub też chęci odsunięcia w czasie o jeszcze parę godzin spokoju, musiałam przyjąć do wiadomości, że tej lawiny nie da się już cofnąć. Obudziłam swojego tatę, a on już trzeci raz przechodząc rozwiązanie we własnym domu, z czego dwukrotną uczestniczką byłam we własnej osobie, raz jako rodząca się i po raz drugi jako rodząca mu wnuka lub wnuczkę. Może to własne doświadczenie dało mu pewność i opanowanie, w każdym razie bezproblemowo dotarłam ekskluzywnym samochodem marki „Zaporożec” pod miejski szpital, gdzie miałam przejść pewną inicjację jako kobieta stająca się matką. To była długa noc. Obudzona położna spisała co miała spisać w półmroku pomieszczenia dokonała przebadania oraz przygotowania mnie do mającego nastąpić rozwiązania. Nie istotne było, że to był mój pierwszy raz, że boli, że w tych zaciemnionych pomieszczeniach jestem sama. Przecież nie byłam pierwszą kobietą na świecie która rodzi, byłam tą,która akurat miała fantazję pojawić się z niedzieli na poniedziałek w celu dezorganizacji spokojnego dyżuru. Nikomu nie przyszło do głowy ulżyć, pomóc. Po tych długich korytarzach oświetlonych jakąś namiastką światła, posuwałam się wzdłuż olejnej lamperii co jakiś czas przystając kłuta krzyżowymi bólami które wydawały się nie mieć końca. Tak długich godzin w moim życiu nie było wiele, ale zapamiętane pozostały chyba tylko te jedne spędzone na ciemnym korytarzu a później na twardym łóżku z którego miałam zejść już jako matka. Z ciemnej nocy powoli robiła się lipcowa szarówka a później ranek, personel przyobleczony najgorszą z form rutyny pojawiał się jakby tylko po to, aby sprawdzić czy może jednak się nie rozmyśliłam i w cudowny sposób nie znikłam. A ja w zupełnym milczeniu ciągle tam byłam, oblana zimnym potem, z coraz częstszymi skurczami i największym z pragnień aby to wszystko było już za mną. Najdłuższa noc w moim życiu zakończyła się pięknym słonecznym porankiem, z którego urody niewiele pamiętam. Ten poranek przyniósł mi poczucie ulgi po minionej nocy. Ból każdego mięśnia oraz przeogromne zmęczenie nie dało mi w pełni cieszyć się małym człowieczkiem, który jutro rano skończy dwadzieścia cztery lata.

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163352
Osób: 145807