Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI....
Notatkę dodano:2014-09-19 22:49:20

Zbieram po drodze doświadczenia, jak każdy z nas, jakieś ślady po nich zostają, niczym rysy. Coraz ich więcej, coraz bardziej powierzchnia pokryta siateczką przybywających zarysowań. Moje życie już nie jest nieskazitelną taflą szkła. Jedne na drugie się nakładają, zachodzą na siebie, tworzą pajęczą siatkę i matowią początkową przejrzystość. Nazbierało się dużo, a jednak ciągle jakieś nowe są jeszcze przede mną. Takie, których mogę się domyślać, przewidywać, spodziewać się i te zupełnie nieoczekiwane. Minione cztery dni zmusiły mnie do odnalezienia się w zupełnie dla mnie nieznanej rzeczywistości, badania małego we Wrocławiu. Na szczęście przypadłość okazała się na tyle niegroźna, że farmakologicznie i z zachowaniem pewnych działań uda się ją pokonać. Z tego cieszę się, jak i z faktu, że wreszcie wiem co w przysłowiowej trawie piszczy. Niepewność nie dawała spokoju, a teraz jest łatwiej dzięki świadomości zarówno nieobecności zagrożenia jak i błahości zachorowania. Z tym sobie poradzimy. Minione cztery dni stały się przyczyną do kolejnych obserwacji, do ocen, porównań. Nie wchodzę w szczegóły, może kiedyś niejako przy okazji jakieś ślady bardziej dokładne znajdą się w tych notatkach. Niektóre sprawy muszą się poukładać, uleżeć, dojrzeć, aby ujrzeć światło dzienne, już mniej emocjonalnie, co nie wyklucza wysnuwania wniosków, czy też głębszej analizy z mojego punktu widzenia. Nie chcę oceniać spraw na których się nie znam, jednak są takie, które dostrzegam jako coś, co mogłoby ulec zmianie. Nie trzeba wielkich pieniędzy, kolosalnych zmian, które dezorganizowałyby pracę. Dobra wola. Niby niewiele, zresztą o ile mnie pamięć nie myli już kiedyś pisałam o tym. Zapewne wtedy inne przykłady były na tapecie, coś innego mnie zastanowiło, co nie wyklucza, mojego zauważenia problemu. Nie trzeba dużo, a jak się okazuje niektóre sprawy nie są możliwe do zmiany, bo jesteśmy tylko ludźmi. Jedni mają aspiracje, inni zgorzkniali ich nadmiarem w połączeniu z niespełnieniem. Są ci co potrafią zaakceptować i ci, którym akceptacja sprawia jakiś prawie cielesny ból. Ten ból przelewają na wszystko wokół, ich twarze zacięte, gdzieś pod skórą chęć do uprzykrzenia innym choć odrobinę normalności, chęć do podkreślenia swojej ważności, nawet wobec słabszych od siebie. Skoro nie da się z mocniejszymi, choć na tym nierównym gruncie trzeba ukazać swoją siłę. Smutni ludzie, którzy za wszelką cenę muszą ukazać swoją ważność.

 

Cztery dni spędzone w szpitalu dziecięcym, uśmiech lekarzy, dobrze wykonywana robota diagnostyczna, pełna informacja z odpowiedziami na każde pytanie. Nie czuje skrępowania pytając nawet o drobiazgi, jakoś nie ma tej przeważnie odczuwanej rezerwy wobec pacjentów. I dużo uśmiechu, takiego nie przymuszonego, nie z politowania. Po ludzku. Nie mówię ideał, mówię jakiś poziom normalności. Pielęgniarki z różnym podejściem, służbistki, fachowcy, dusza człowiek. Jak wszędzie. Nie wdrażam się w szczegóły lokalowe, sprzętowe, na to przyjdzie może kiedyś czas, teraz zmierzam do najważniejszych osób tej opowiastki. Salowe. Ich praca niedoceniona, często niewdzięczna, jednak jedno małe ale.... Szanuję pracę każdego człowieka, staram się aby moja osoba nie tworzyła dodatkowego zajęcia, jeśli jest szansa nie pozostawiam po sobie i swojej bytności śladu. Pani myje podłogę, przeczekam, niech wyschnie, okruszki ze stołu sama potrafię zgarnąć. Dyscyplinuję dzieciaki z sali mojego syna, jakoś zwracam uwagę, lub sama staram się ogarnąć otoczenie na tyle, na ile się da. Jedna pani uśmiechnięta, zamieni ze mną słowo, poczęstuje tym co zostało z kolacji po dzieciakach, bo i tak rano to wyrzucą skoro nie zostanie zjedzone. Do pracy podchodzi sumiennie, nie słychać komentarzy za to widać efekty. Nawet pod koniec swojej zmiany potrafi się uśmiechnąć i do łobuzujących dzieciaków i do rodziców. Jej pracy nie przytłacza niechęć. Nadchodzi nowy dzień i pojawia się księżna wśród salowych. Marsowa mina, nie wróży nic dobrego. Słychać narzekania, łajania dzieciaków, które same bez rodziców nie zawsze potrafią się obronić. A to na stoliku wedle księżnej za wiele, a to na szafce nie to co ona by widziała. Starożytna Sparta byłaby niczym w porównaniu z rygorem i dyscypliną wprowadzoną przez naszą księżną. Uśmiech nie kala jej lica, mamrocze pod nosem, mamrocze na głos, mamrocze z powodem i mamrocze bez powodu. Gdzie się nie pojawi, następuje jakaś konsternacja, praca niczym najgorszy kierat. Leżę z dzieckiem na jednym łóżku. Kroplówka próbuje przywrócić go do normalności po „głupim Jasiu”. Mały szarpie się i nie w pełni świadomy wykrzykuje co jakiś czas swoje dziecięce groźby. Leżę, obok bo tak mi łatwiej go okiełznać, moje papcie karnie stoją z boku, jeden tuż obok drugiego. Księżna wpada do naszej sali. Już zdążyła być w innych siejąc swoje gromy. Przeciera z mamrotaniem podłogę. Za mało u niej odwagi aby mi jako dorosłej zwracać uwagę, i przy okazji omija to dzieciaki z sali syna. Jestem niczym tarcza dla nich. Kroplówka kapie, mijają minuty, mija godzina. Normalność powoli wraca, mogę iść po pielęgniarkę aby odłączyła kroplówkę. Szukam swoich papci....Księżna z niemocy otwartego starcia szurnęła je na tyle daleko pod łóżko, że muszę na czworaka wejść cała pod ten mebel aby móc ich sięgnąć. Czy one jej przeszkadzały, czy ja jej przeszkadzałam, czy może wszystko na jej drodze jest czymś co po prostu przeszkadza jej żyć. Nie potrafi zmienić grymasu twarzy choćby na namiastkę uśmiechu, każdy ją omija niczym coś, co może skwasić normalność, choćby tę w szpitalu. Nie wymagam od niej hurraoptymizmu do wykonywanej pracy, nie wymagam kabaretowej radości jednak o ile łatwiej byłoby i dla niej i dla otoczenia gdyby zapomniała o strzelaniu jadem w każdą stronę, o tych niepotrzebnych złośliwościach, a pamiętała o jednym maleńkim drobiazgu. Że jest tylko człowiekiem jak każdy z nas. Że nie istotne jest co się robi, ale jak. Że uśmiech wysłany potrafi wrócić, a z nim staje się odrobinę łatwiej i jaśniej. Stałoby się przyjemniej i dla niej, i dla otoczenia. Cóż nie dana ta mądrość królowej, widocznie słabych ma doradców na dworze.   

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163188
Osób: 145643