Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

KONSTRUKCJA
Notatkę dodano:2015-06-17 19:38:08

Otwarte okno nie stanowi bariery dla dochodzących z zewnątrz wrzasków. Dzieciarnia nie jest na nie wyczulona, w jakiejś niezrozumiałej dla mnie fantazji jednego delikwenta ze swojej paczki w jakiś sposób motywują do ciągłego wrzasku. Nic mu fizycznie nie robią, co naocznie parokrotnie sprawdzałam, a ten biega od jednego punktu do kolejnego z tak przeraźliwym krzykiem jakby co najmniej ktoś lał go wrzątkiem. Podbiegnie, do kolejnego celu, przystanie i odbywa się budzący grozę koncert, chwila ciszy, kolejny cel i ponowienie nadmiaru decybeli. Sprawdzam, reszta dzieciaków nieporuszona zajęta w swoich grajdołkach, krzakach, zupełnie nie zwraca uwagi na małego szaleńca. Po kolejnej serii wrzasków wołam Kleszczyka z zapytaniem, co zrobili temu chłopcu, że tak krzyczy. - „ A nic, on tak się bawi”. -„To zróbcie coś bo on tak krzyczy jakby go ktoś ze skóry odzierał...”. Nie wiem jakich argumentów użyto, dzieciak już nie krzyczy. A ja zastanawiam się jak to możliwe, żeby nikt z dorosłych mających pod opieką, lub pilnujących tej dzieciarni nie słyszał tej kakofonii sugerującej wielkie nieszczęście małego człowieczka. A może tylko mi ta moc hałasu przeszkadzała, rodzice przywykli do podobnych scen z radością przyjmują fakt, że cały występ odbywa się poza czterema ścianami małego mieszkania. Może wychodzą z założenia, że na świeżym powietrzu dzieciak tak dosadnie operujący całym mechanizmem oddechowym po prostu dokładnie się dotleni. A może w całej tej najzupełniej normalnej sytuacji tylko jedno ogniwo jest przewrażliwione – ja i moje chore podejście. Bo skoro dzieciak się tak przeraźliwie drze to w moim przekonaniu coś złego się dzieje. Nie istotne jest, że to nie moje dziecko, jakoś nie daję rady usiedzieć, bo jeśli coś niepokojącego się wydarzyło to może trzeba zainterweniować. I robię coś zupełnie innego od całej reszty spokojnych rodziców, bawiących się na podwórku dzieciaków – sprawdzam. Pomijając fakt, że niektóre hałasy mnie irytują w swoim zbyt wielkim natężeniu, zdarza się też, że budzą niepokój a to już jest wystarczający powód do sprawdzania lub w dalszym działaniu do lekkiego wyciszenia samego dźwięku. Dziwaczne są moje odbiory podobnych sytuacji. Nie pojmuję tego zobojętnienia, a może na tym polegają standardy obecnego wychowania - zupełne nieingerowanie w sprawy małych ludzi. Wydawało mi się dotychczas, że potrafiłam się powstrzymywać od zbytniego włażenia w relacje pomiędzy dziećmi, w ich sprawki, choć alarmujące krzyki nie pozostawiają mnie w stanie obojętności i choćby zza firanki sprawdzę co w trawie piszczy. Jak się okazuje moje podejście zgoła błędne i nieprzystające do współczesnego sposobu wychowywania, za wiele mojego zainteresowania. Dzieciaki mają biegać samopas, mają osiągać umiejętności w sposób najbardziej samodzielny a funkcje rodzica powinny ograniczać się do zaspokajania potrzeb podstawowych a nie jakiejś fantasmagorii współudziału w życiu potomków. Cóż widać starej daty jestem, współczesne metody mi obce, zobojętnienia też w pakiecie na życie nie dostałam. I w całym mankamencie jego braku wtrącam się gdzie nie powinnam, widzę coś, czego tak naprawdę nie ma, słyszę alarm tam, gdzie nikt nie woła. A najgorsze dla całego świata jest chyba nawet nie sam fakt zaistnienia w mojej konstrukcji akurat takiej budowy, tylko to, że z całą premedytacją nie mam zamiaru tego zmieniać pozostawiając wszystko w stanie pierwotnym. Będę się interesować, będę interweniować, będę stawać w obronie słabszego i postaram się widzieć nawet z tym ciągle pogarszającym się wzrokiem, bo chyba nie zawsze widzi się tylko oczyma. Aż chciałoby się rzec na koniec : „Amen”...   

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163397
Osób: 145852