Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

KOLEJNY RAZ STANIE SIĘ „KIEDYŚ”
Notatkę dodano:2016-02-11 19:53:19

Zamilkłam z pewną premedytacją. Początkowo moje milczenie spowodowane było głupim, zabobonnym „żeby nie zapeszyć”. Później nie było jak. A obecnie, kiedy już ani nie zapeszę ani nie wywołam pecha, czas przeleciał, wydarzenia pozostawiły ledwie odczuwalny po sobie posmak. Jakimś spontanicznym, pozaplanowym działaniem urodził się pomysł na spędzenie paru dni całkiem inaczej. Małżonek pod wielką tajemnicą załatwił sobie tydzień urlopu. Być może bym nie pławiła się w samotnym luksusie wolnych dni. Kiedy powstawała moja ostatnia notatka, ten luksus był prawdziwy i w pełni dający doznanie komfortu. Jednak jak się okazało, młodemu towarzystwo babci nie wystarczało, tak przeogromnie stęsknił się za rodzicami, że trzeba go było od seniorki rodu zabrać w trybie dosyć nagłym. Stęsknione dziecię niczym pijawka przylgnęło najpierw do ojca a w następnej kolejności do mnie. Luksus spokoju, normalność okiełznanego porządku i upragniona cisza prysła niczym bańka mydlana. Powrócił chaos z dziewięciolatkiem w tle. Młody w sobotę przestąpił pełnoprawność bycia jednocyfrowym dziewięcioletnim solenizantem. Był mały tort, symboliczne prezenty. A w naszych dorosłych głowach już powoli precyzowały się plany żywiołowo podjętych decyzji. Wahanie co do kierunku eskapady, pragnienie paru godzin nad morzem, zostaje przeze mnie stłamszone na tyle skutecznie, że już nie północ staje się wybranym azymutem. Już nie pojedyncze wrzaski mew ani uspokajający szum zimnego morza będą w naszym zasięgu, a zupełnie inne dźwięki. Moim pomysłem na po weekendowe parę godzin stał się Kraków. Byłam w tym mieście prawie dwadzieścia dziewięć lat temu. Ja byłam inna, czasy inne, otaczający mnie wtedy ludzie inni. Ot sentymentalne wspominki i takie pragnienie by może kiedyś, jeszcze raz przez chwilę tu ponownie być. „Kiedyś” zupełnie nieoczekiwanie stało się w poniedziałek, przeszło przez wtorek by w środę ulec zakończeniu. I już „kiedyś” z czasu przyszłego stało się przeszłym. Nie odżegnuję się od następnego „kiedyś”. Czuję wielki niedosyt, a zarazem mam świadomość, że na odczucie przesytu potrzebowałabym pewnie tyle czasu, ile nigdy nie będę na to miasto miała. W sferze przygotowywania się do wyjazdu dokonaliśmy rezerwacji w jednym z tańszych hostelowych miejsc Wawel zostawiając po drugiej stronie Wisły. Najlepsze połączenia zazębiające się i skracające podróż do niezbędnego minimum. Niewielki bagaż, i pragnienie by już tam być. Zupełnie nie zaplanowany wyjazd musiał być w jakiś zdroworozsądkowy finansowo sposób rozegrany. Kiedy załapałam, że nasz hostel znajduje się na ulicy Kalwaryjskiej w jednym momencie skojarzenie przylepiło nam łatkę „dziadów kalwaryjskich”. Ta łatka jeszcze bardziej do nas przylgnęła kiedy w poszukiwaniu taniej jadłodajni trafiliśmy na niedaleki bar mleczny. Jeśli ktoś chce łyknąć oprócz ruskich pierogów odrobinę klimatu minionej epoki polecam. Nie myślałam, że takie miejsca jeszcze istnieją. „Komuno wróciłaś” zdawało się tam wszystko krzyczeć. No, może kasa fiskalna i plastikowe sztućce były zaprzeczeniem minionej epoki. Ale reszta... Bar mleczny to tylko przerywnik do wielogodzinnych marszrut dających się nam wszystkim we znaki. Moje wojskowe buty okazały się nietrafionym pomysłem na tę wyprawę, jednak nie poddawałam się pokonując kolejne kilometry, by wieczorem z wielkim odczuciem ulgi móc je zdjąć z pewnością braku pragnienia do kolejnego nałożenia. Wbrew pragnieniom, przemagając się i czując jakby moje łydki stały się częścią żelaznego posągu kolejnego ranka ponownie stawałam na wysokości bycia twardzielem w oczach młodego. - Bo tylko mamie nic się nie dzieje z nogami.... I ta mama niczym skowronek o poranku leci do spożywczaka po karton mleka. Złe skojarzenie, bo żaden skowronek tak o trotuar nie tupie nawet w Krakowie, ale to już drobiazg. Czas tak strasznie goni, a chciałoby się jeszcze tu i tam. Zabrakło nam czasu na wiele. Nasza wyprawa nie do końca mnie usatysfakcjonowała. Inaczej patrzę na pewne sprawy, moje oczy szerzej otwarte minionymi latami życia. Zresztą mam też świadomość, że dla mnie Kraków to zupełnie coś innego niż dla wielu zagranicznych turystów. Oni patrzą na to miasto z innego kąta niż pada tu moje spojrzenie. Dla mnie inne znaczenie ma każda tablica wzmiankująca o historycznych postaciach czy wydarzeniach na budynkach. Przynależę do tego miejsca, z niego się wywodzę, znaczy dla mnie coś więcej niż tylko moment na teraz. Tutejsze kiedyś to także moje źródło z którego czerpię coś więcej niż estetyczne doznania czy coś czego nie ma w rodzinnej miejscowości. Klimat tego miasta, maleńkie sklepiki nie dające do końca przystępu nowym czasom z ich wielkopowierzchniowym handlowym molochom. Wiem, że to nie do końca zgodne z rzeczywistością odczucie, ale takie odnosi się wrażenie zapuszczając się w uliczki tych starych dzielnic. A przecież jeszcze tyle nie dałam rady zobaczyć, tyle bym chciała, tyle dawnych wydarzeń zdaje się wołać. Może „kiedyś”....  

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163122
Osób: 145577