Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ŻYCIE JAK DIABELSKI MŁYN
Notatkę dodano:2016-03-30 21:04:26

Wieczny niedobór czasu powoduje, że gdzieś ulatują myśli, które chciałam przekuć w słowo pisane. Zdaję sobie sprawę z ich miałkości czy też błahości dla innych. Były przez moment ważne dla mnie, a jednak gdzieś znikły, nim mogły się zmaterializować. Minęły święta. Nim się obejrzę minie też marzec, którego ostatnie już godziny w jakimś pędzie znikają zbyt szybko. Krótkie chwile wytchnienia w minionym czasie nie miały na tyle siły by przeważyć moje zmęczenie. Ciągnie się za mną ten stan ciągłego odczuwania niepełności formy. Staram się, fizycznie z pozoru daję radę a zarazem wieczorem padam bez czucia w momencie zasypiając. Parę stron książki czasami jest nie do przebycia, urywa się gdzieś wątek, czyniąc ze mnie istotę przybierającą formę bezmyślnego biegacza po napisanych słowach. Niewiele w pamięci zostaje, umykają istotne wątki. Nim te moje życiowe wątki też zupełnie ulecą, chcę choć parę z nich tu zostawić.

W bliskim sąsiedztwie mojej mamy żyło sobie małżeństwo. W czasie, kiedy zasiedlili swój dom, ich status był dosyć wysoki. Wiek ich ówczesny zaliczany do dojrzałości dawał optymistycznej siły do spokojnego życia. Nikt z nas nie wie, co i jak się potoczy. Toczyło się dobrze. Materialnie nawet doskonale. Dzieci nie mieli, żyli dla siebie i swoich zajęć zawodowych. Ona, stomatolog z ugruntowaną pozycją w średnim miasteczku. On, weterynarz na państwowych posadach. Dobrze im się działo. Z uwagi na swoją pozycję zawodową, wykształcenie i status nie zbliżali się do mniejszych od siebie. W gronie tych mniejszych była moja rodzina. Jeślibym napisała, że wysoko nosili głowy nie byłoby to prawdą. Nie zadzierali ich. Kulturalne odpowiedzi na „dzień dobry”, czasami parę słów podbarwionych jakimś żartem. Z uwagi na złotą rękę mojego taty do wszelakich napraw, zdarzały się też sąsiedzkie przysługi. Każdy z nas miał swoje miejsce społeczne, którego się trzymał. Czas mijał, życie toczyło się swoimi ścieżkami, które każdy z nas dopiero przeciera wchodząc coraz bardziej w głąb. Żona zachorowała. Z uwagi na wiek i chorobę zaprzestała praktyki. Silną kobietę choroba przemieniła w nieme ciało, którym musiano się opiekować. Mąż z pomocą opłaconych pielęgniarek troszczył się o żonę. Minęły kolejne lata. Gdzieś znikł wysoki status społeczny. Pustką ziały niedawne znajomości. Nowi stomatolodzy i młodzi weterynarze zasiedlili puste miejsce po emerytach budując swoją pozycję. Nie pamiętano już kim byli ci starzy. Tylko najbliższe otoczenie sąsiadów wiedziało. Niektórzy udawali niewiedzę, inni zajęci swoim życiem z braku czasu nie wnikali w życie starszych państwa. Oni jeszcze mieli siły, zdrowie, lepiej więc cieszyć się nim póki czas, bez wchodzenia w cudze problemy. Po długim czasie choroby zmarła kobieta. Mężczyzna został sam w dużym domu, o którym jako o spadku nagle zaczęli sobie przypominać dalecy krewni. Z dawnego statusu materialnego zostawały coraz mniejsze strzępy. Nie był bez środków do życia, przecież niegdyś czynnie wykonywał weterynaryjne obowiązki za które teraz świadczona była jakaś emerytura. Czasami opłacona pani przychodziła ogarnąć mieszkanie samotnego mężczyzny, coś ugotować, zamienić parę słów. Śmierć żony, własne choroby, sanatoria, diagnozy, dializy, sprawiły, że ten do niedawna sprawny mężczyzna w jakimś zawrotnym tempie przyjął na swoje barki na tyle dużo, że zmienił się w cień tego, którym niegdyś był. Od paru lat, moja mama nie zważając na odmienne niegdyś statusy społeczne, z nawykiem sąsiedzkich zachowań na każde święta zapraszała samotnego sąsiada. On zaproszeń nie przyjmował, więc działaniem z jej strony było dzielenie się przygotowanymi świątecznymi wiktuałami. Przeważnie samodzielnie zanosiła wszystko, jakby to była ugruntowana od lat tradycja. W tym roku z uwagi na niedomaganie mamy ja przejęłam misję dostarczenia świątecznych pokarmów. W pierwszym momencie po otwarciu drzwi skonsternowany sąsiad mnie nie poznał. Widział koszyk, i widział kogoś, kto jednak nie przyszedł prosić a darować. Wyjaśniłam swoje poselstwo obserwując go zarazem. Z tak bliska widziałam zupełnie innego człowieka niż dotychczas. Pergaminowa skóra, przygarbiona postać. Po chwili wyjaśnienia z szarmanckim pocałunkiem w dłoń pan wpuścił mnie do swojego samotnością ziejącego domu, przyjął ofiarowane produkty, podziękował . Już sobie mnie przypomniał, i ze świadomością tej pamięci pożegnał równie dostojnie. Sam spędził te święta, po swojemu. A ja przez całe święta miałam go w głowie.

 

Głębia sensu minionych Świąt polega na mocnym uwierzeniu w fakt zmartwychwstania. To daje nadzieję na wiele spraw, wiele spotkań. Nie zawsze daję radę poddać się ogromowi tego, co nieogarnione. Choć chciałabym, próbuję. W całym człowieczym zadufaniu potrafię się przyznać do niemocy w tej właśnie kwestii. Ten stary sąsiad niczym obraz całej małości człowieka tu i teraz pokazuje kierunek do którego wszyscy zmierzamy. Tylko czy po dojściu do tutejszego celu naprawdę jest coś więcej...?

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163087
Osób: 145542