Czym naprawdę zajmowali się rycerze Okrągłego Stołu i jak wsiąść na konia w pełnej zbroi — oto czego dowie się Amerykanin przeniesiony wprost z czasów pary i elektryczności w mityczne nieomal czasy średniowiecza.
Wydawnictwo: Iskry
Data wydania: 1995 (data przybliżona)
Kategoria: Fantasy/SF
Kategoria wiekowa: 15-18 lat
ISBN:
Liczba stron: 298
Tytuł oryginału: A Connecticut Yankee in King Arthur's Court
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Agnieszka Kreczmar
Nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie się wielka przygoda - przekonali się o tym Tomek, Huck i Jim, gdy zupełnie nieoczekiwanie i wbrew swej woli stali się...
Pośmiertnie wydany satyryczny zbiór opowiadań Marka Twaina. SPIS TREŚCI - Przedmowa - Groteskowa autobiografia - Interwiew - Jak redagowałem dziennik...
Przeczytane:2026-08-22, Ocena: 4, Przeczytałem, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2026, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2026 roku,
Wyobraźmy sobie mieszankę lekkiego stylu i błyskotliwej gawędy Marka Twaina z „Podróżami Guliwera”, ale w czasie do czasów z Legend Arturiańskich. A to wszystko z bohaterem wyjętym wprost z kart Wielkiej Amerykańskiej Powieści (np. Steinbecka), który realizuje fantazje podróżników w czasie we wczesnośredniowiecznej Brytanii. Tak krótko można podsumować „Yankesa na dworze króla Artura”.
Nasz tytułowy Yankes trafia po śmierci lub w jakiś inny niewytłumaczony sposób do Camelotu (jak w jakimś isekaiu). W swym pozytywistycznym (z naciskiem na scjentyzm) i modernistycznym światopoglądzie decyduje się ucywilizować VI wieczną Anglię. A pierwszym z kim się konfrontuje, to oczywiście Merlin, którego uważa za szarlatana.
W ramach swojej drogi i technicznym zacietrzewieniu nasz yankes nie zna legendarium Arturiańskiego ani ówczesnej kultury. Wszystkie dziwne elementy stara się wykorzystać lub zmienić na XIX wieczną modłę. Np. choć sam uważa noszenie cylindrów za głupie, to zmusi rycerzy do ich noszenia, by się z nich naigrywać.
Tę chęć zmiany można interpretować w bardzo różnych rejestrach. Z jednej strony można dojrzeć tu krytykę Brzemienia Białego Człowieka i patrzenia na kultury różnicująco ze względu na czas i na miejsce. Czasem jednak widać nieco serca i docenienie osiągnięć cywilizacyjnych. Mark Twain potrafi wchodzić też na poważniejsze tony i pokazać niszczycielską moc techniki. To nie współczesna powieść, gdzie śmierć jest wyjątkiem.
Śmierć jest tu mrocznym ostrzeżeniem, którego pewnie nawet M. Twain nie jest świadomy. Gdy pisze o niszczycielskiej broni zabijającej dziesiątkami lub setkami myśli pewnie o ofiarach jako o Indianach bądź Afrykańskich ludach. Nie spodziewa się raczej, że ze swojej perspektywy 1889 roku, za dziesięć lat w czarnym tygodniu (wojna burska) kwiat angielskiego wojska spotka taki sam los, a za trzydzieści całe europejskie armie.
M. Twain w swojej pomysłowości przedstawia naukę i technikę jako siłę, która zmienia powierzchowność, ale nie naturę ludzką. Tą ostatnią ubiera w średniowieczne szaty, które raz są przyjemnie zgodne z historią (odpowiedzialność władcy za zbawienie), a raz krzywdząco stereotypowe (wiara w płaską Ziemię i niemycie się). Jednak jak to bywa, by zmienić ludzi, nie wystarcza sama edukacja w myśl Platońskiej absolutnej moralności, w którą wierzyli wszelcy późniejsi oświeceni. A jak napisała Katarzyna II do Diderota: „Papier wszystko przyjmie, ale skóra jest wielce łaskotliwa”.
Historycy tak samo wierzą, że natura ludzka jest stała, a tylko objawianie jej zmienia się w czasie i miejscu. M. Twain wykorzystuje ten pogląd, by pod płaszczykiem średniowiecza pokazać pewne prawidłowości swoich współczesnych, niczym z „Podróży Guliwera” Jonathana Swifta. Czy czynione dobro usprawiedliwia potem czynienie potem zła? Albo czy też uszczęśliwianie kogoś na siłę nie jest też najlepszym pomysłem? Burżuazja i arystokracja nie różnią się tak bardzo.
W samej powieści zabawne i nie bez winy są obie strony – yankes równie mocno jak postacie z legend. Jednak M. Twain przedstawia mocno satyryczny humor, który operuje językiem, absurdem i różnymi subtelnościami. Słuchając jednym uchem lub czytając nieuważnie, ten delikatny humor może przejść nam koło nosa. Nie jest to w żadnym razie Terry Pratchett. Na szczęście błędy w synchronizacji audio pozwoliły przesłuchać mi pewne fragmenty jeszcze raz i docenić bardziej „Yankesa na dworze króla Artura”.
Choć może nie jest to najlepsze dzieło spod ręki M. Twaina, to nadal jest porządną historią, która zręcznie nawiązuje do najróżniejszych legend i opowieści. Jego w sumie lekka forma sprawia, że słucha się go jak gawędy Bohumil Hrabala, pomimo niekiedy mroczniejszych momentów. Pozwala to płynąć słowom i nawet jeśli się słucha jednym uchem, to „Yankes na dworze króla Artura” wciąż może być przyjemną opowieścią.