Dokąd uciekniesz, aby zacząć od nowa?

Autor: slk
News - Dokąd uciekniesz, aby zacząć od nowa?

Zwycięstwa i porażki, marzenia i złudzenia oraz przeszłość i teraźniejszość splatają się w subtelną opowieść o uczuciach i ważnych decyzjach. Izabela Sowa w swojej nowej powieści Azyl pokazuje, że zawsze warto stanąć do walki o szczęście, nawet jeśli nasz świat legł w gruzach.

 

Gdzie uciekniesz, aby zacząć od nowa?

 

Pewne decyzje wymagają czasu. Wiktoria bez słowa wyjaśnienia zostawiła męża, spakowała walizkę i pojechała w miejsce, które miało jej pomóc poskładać wszystko na nowo.

 

Idealne byłyby pewnie Indie lub Toskania. Ona wybrała Chorwację.

 

Czy podróż do Dubrownika, który zapamiętała dzięki szczęśliwym wakacjom sprzed lat, może być czymś więcej, niż tylko pogonią za wspomnieniami?

 

Pod gorącym chorwackim słońcem przecinają się losy trzech niezwykłych kobiet – Wiktorii, Jasnej i Sandry. Wszystkie szukają swojej drogi, azylu, który pozwoli poczuć im się bezpiecznie. Lekcja, jaką wspólnie przerabiają nie jest prosta – nie da się wziąć czyjegoś przepisu na życie. 

 

- Opowieść o tym, że to, co nas spotyka, ma  głęboki sens, nawet jeśli boli. Polecam! - powiedziała o tej książce Marzena Rogalska. Zapraszamy do lektury nowej powieści Izabeli Sowy Azyl. Zapraszamy również do przeczytania jej premierowego fragmentu:

 

 

Wydał jej się mniejszy niż na zdjęciach. 

 

– I bordowy jak fiut morsa. 

 

Tak opisałaby go znajomym z fitness clubu. Ale tu, z dala od wszystkich, nie musi się wysilać. Po prostu bordowy, oceniła, podchodząc bliżej. Dom stał blisko morza, w niewielkiej zatoczce okolonej od lewej strony wzgórzami. Dla tej zatoczki oraz plaży, łagodnie schodzącej do wody, rodzina Paliczków wracała tu każdego lata. Właśnie w Srebreno Wiktoria nauczyła się pływać dyrektorską żabką i jeść ze smakiem zielone oliwki. Tu doświadczyła uroków poparzenia słonecznego, na które nie pomógł nawet kefir przykładany do jej spieczonych łopatek. Tu byli szczęśliwi. Bez żadnych „ale”. 

 

Po osiemdziesiątym dziewiątym zaczęli jeździć nad Solinę, a wspomnienia z Dalmacji przyszarzały niczym fotografie robione starym zenitem jej ojca. Ale dzięki fotografiom nie wyblakły zupełnie. Kiedy po latach Wiktoria stanęła nad brzegiem morza, rozpoznała tylko obiekty ze zdjęć: półksiężycowatą plażę pokrytą okrągłymi kamyczkami, betonowy falochron wcinający się w morze, bordową willę otoczoną kwitnącą pospornicą. I pustą. Nagle z nerki Wiktorii rozległo się radosne kląskanie. Szybko rozpięła suwak i wydobyła komórkę. 

 

– Mama? – zaczęła podniesionym głosem. Stary nawyk wyrobiony przez lata korzystania z budek telefonicznych. – Jestem w Dalmacji, więc krótko, bo roaming… 

 

– Wakacje o tej porze roku? Pewnie nie wzięłaś szalika? 

 

Noż kurwa, znowu to samo, westchnęła. Choć w gruncie rzeczy tego właśnie oczekiwała. Nieśmiertelnych pytań o szalik. Albo czapkę. 

 

– Spakowałam, w ostatniej chwili – skłamała. Tłumaczenie, że jest tu upalnie jak latem w Polsce, nie miało sensu. – Minuta kosztuje pięć zeta, więc… 

 

– Powinnam chyba mówić to, co ważne – domyśliła się mama. – Tylko że czasami trudno wybrać… A gdzie właściwie jesteś? 

 

– Na plaży w Srebreno. 

 

– Na naszej plaży?

 

Naszej? Chorwaccy patrioci nie byliby zachwyceni. 

 

– Srebreno – powtórzyła mama roztkliwionym głosem. – Pamiętasz, jak tatuś przechadzał się w swoich kąpielówkach w kolorze toffi? 

 

Pewnie, że pamięta; Wiktoria nigdy nie była tak zażenowana własnym ojcem. 

 

– A kiedy się opalił… – Mama zachichotała. – Oglądali się za nim wszyscy. Wszyscy! Inna sprawa, że miał piękne pośladki. Takich teraz nie uświadczysz. Nawet w telewizji. 

 

Jakby rozprawiała o przedwojennych wypiekach, przyszło do głowy Wiktorii. 

 

– Szkoda, że nie był gejem – wtrąciła. – Miałby branie, że ho, ho. 

 

– A jak tam teraz jest? – mama zręcznie zmieniła temat. – W Srebreno? 

 

– Pusto. 

 

– Pewnie dlatego, że przed sezonem.

 

Raczej dawno po sezonie, zaśmiała się smutno Wiktoria, omiatając wzrokiem obrośnięte bluszczem mury dawnej kafejki. 

 

– A taka willa o pięknym bordowym… 

 

– Stoi nadal. – Tyle że w wersji kabrio, dodała cicho. 

 

– Marzyłam, żeby spędzić w niej choć parę dni. Ale była zarezerwowana dla wybrańców. 

 

– Teraz jest otwarta dla wszystkich: ludzi, roślin – zdradziła Wiktoria zerknąwszy na gałęzie akacji wychodzące przez dziury po oknach. 

 

– A błękitna kapliczka? 

 

– Bladożółta. I zupełnie pusta. – Podobnie jak wille stojące obok. Wszystkie. 

 

– Ludzie odchodzą od wiary – westchnęła mama. – A na plaży jak? 

 

Oprócz smętnego pracownika stoiska z pamiątkami na plaży nie było nikogo. Wiktoria nigdy nie przepadała za tłumem. Unikała publicznych spędów pod hasłem „teraz wianki”, zatłoczonych plaż i Bulwarów Wiślanych w niedzielne popołudnia. Ale ten rodzaj pustki kojarzył jej się z Wielkim pluskiem Hockneya. Budził podobny niepokój. 

 

– Czysto – odparła wreszcie. – Całkiem czysto.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy