Publikujemy drugi odcinek powieści Magdaleny Zimniak "Pokój Marty"!

Autor: slk
News - Publikujemy drugi odcinek powieści Magdaleny Zimniak

Intrygująca powieść o zakazanej miłości, podszyta dreszczykiem i trzymająca w napięciu do samego końca, zmuszająca do wiary w podszepty, przeczucia i znaki. W niej nic nie jest takie, jakim się wydaje… Przed tygodniem opublikowaliśmy pierwszy odcinek powieści Magdaleny Zimniak - Pokój Marty. Dziś prezentujemy drugą część, a przez najbliższe tygodnie publikować będziemy kolejne fragmenty książki, do lektury której gorąco zapraszamy. 


2

Cztery lata wcześniej Karol i Marta wspólnie przygotowywali obiad na przyjazd Joasi, która tego dnia wracała z konferencji. Kiedy zadzwonił telefon, on obierał ziemniaki, Marta mieszała warzywa na patelni.

– Odbierz, kochanie – mruknął. – Mam brudne ręce.

– Nie mogę, bo się przypali – odpowiedziała dziewczynka.

Z westchnieniem opłukał dłonie, przetarł je ścierką i przeszedł do dzwoniącego aparatu w salonie.

– Halo? Tak, tak, tak.

To „tak” było jedynym słowem, które wypowiadał. Marta nie zauważyła, kiedy wrócił do kuchni.

– Mama nie żyje. – Jego głos był wyprany z wszelkich emocji.

– Co?

– Był wypadek. Zderzenie czołowe. Zadzwonię do ciotki Aliny i muszę wyjechać.

 

Już nic więcej nie powiedział do Marty tamtego wieczoru. Poczekał na przyjazd szwagierki, a później wyszedł. Ciotka Alina mówiła chyba, że musiał zidentyfikować ciało, czy je odebrać, czy... Marta nie słuchała. Nie zastanawiała się nad niczym, czuła pustkę. Rozpaczy nie było. Ciotka została u nich do pogrzebu. Zdaje się, że tak umówiła się z ojcem. Później musiała wrócić do domu, miała swoje dzieci. Marcie w gruncie rzeczy było wszystko jedno.

Kiedy spuszczano trumnę do grobu, Marta płakała. Łzy przychodziły łatwo i równie łatwo wysychały. Może dlatego, że świeciło piękne słońce? Ojciec płakał, ciotka, jej mąż, dzieci. W zasadzie wszyscy wokół. Tylko tyle zapamiętała z pogrzebu: łzy i słońce. I jeszcze to, że było dużo ludzi. Oprócz rodziny i znajomych mamy przyszła cała klasa Marty, nauczyciele ze szkoły, dyrektorka...

W szkole wszyscy traktowali ją w szczególny sposób, więc ona próbowała w szczególny sposób się zachowywać. Któregoś dnia została do późna, bo pomagała przygotować dekoracje. Wracała podniecona. Tomek patrzył na nią cały czas - i to jak patrzył! Otwierała drzwi, zamierzając opowiedzieć mamie, ale salon i kuchnia były puste. Pomimo późnej pory mama nie wróciła. Wtedy dopiero Marta zrozumiała. Mamy nie było. Nigdy już nie będzie. Nigdy nie spojrzy na nią wszystko  rozumiejącym spojrzeniem, nigdy nie pośmieje się z nią, nigdy jej nie przytuli... Cała zdrętwiała, weszła do sypialni ojca. Porozmawianie z kimś, kto czuł podobnie jak ona, wydawało się ratunkiem. Kiedy tylko otworzyła drzwi, uderzył ją silny zapach alkoholu. Karol siedział nad butelką wódki i patrzył szklanym wzrokiem w ścianę.

– Tato – powiedziała cicho.

Mężczyzna przeniósł spojrzenie na córkę, ale Marcie wydawało się, że równie dobrze mogłaby być przezroczysta.

– Tato – powtórzyła głośniej.

– Martuniu, w lodówce jest chleb i szynka. Zrób sobie kanapkę, dobrze? – powiedział bełkotliwie, po czym chwycił butelkę i pociągnął z gwinta.

– Dobrze – odpowiedziała, ale była niemal pewna, że jej słowa już do niego nie dotarły.

Wyszła, trzaskając drzwiami, lecz reakcji nie było. Wsunęła się do swojego pokoju.

– Mamo – szepnęła.

Żadnej odpowiedzi. Mamy nie było. Nigdy nie będzie.

– Mamo...

Nic. Nigdy.

Poddała się ciężkiej, obezwładniającej rozpaczy. Parę następnych dni spędziła w pokoju, nie licząc przerw na wyjście do łazienki. Nawet nie pomyślała, żeby pójść do szkoły. Mijała się czasem z ojcem, ale z wyrazu jego twarzy wnioskowała, że jej nie dostrzega. Dwa razy zawołał ją na odgrzany w mikrofalówce obiad. Szła, myśląc: „Jeszcze mu jednak na mnie zależy”, ale gdy tylko pojawiała się w kuchni, on mówił: „Zjedz, kochanie” i wychodził. Siadała i tylko grzebała widelcem po talerzu. Chciało jej się krzyczeć, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Bała się, że ojciec usłyszy i ulituje się nad nią. Nie chciała jego litości; chciała, żeby ją kochał jak dawniej, a przede wszystkim chciała porozmawiać z matką. Leżała godzinami na łóżku, powtarzając: „Mamo, mamo, mamo, mamo”, aż w końcu zatracał się sens słowa i zasypiała dręczona przez koszmary.

 

Któregoś dnia zabrzmiał dzwonek. Marta nie miała zamiaru otwierać, ale ktoś był bardzo uparty. W końcu podniosła się tylko po to, żeby przerwać ten metaliczny, świdrujący czaszkę dźwięk. Rzuciła okiem na pokój ojca. Nie dochodziły stamtąd żadne odgłosy. Widocznie jego czaszka była na to brzęczenie niewrażliwa. Otworzyła drzwi frontowe i pożałowała, że nie zatkała uszu i nie poczekała, choćby do północy. W progu stała pani Beata, wychowawczyni.

– Dobry wieczór, Martusiu.

– Dobry wieczór. – Ton Marty zabrzmiał jak wcześniej, jak ton dobrze wychowanej panienki.

– Wpuścisz mnie?

Dziewczynka miała ochotę zapytać: „Po co?”, ale tylko skinęła głową i wpuściła nauczycielkę do przedpokoju.

– Nie przychodzisz do szkoły.

Nie brzmiało to jak pytanie, ale Marta potwierdziła:

– Nie przychodzę.

– Czy mogłabym porozmawiać przez chwilę z twoim tatą?

– Mój tata chyba... – Marta szukała jakiejś wymówki, ale w tym momencie drzwi sypialni ojca otworzyły się.

– Dobry wieczór.

Ojciec był brudny, nieogolony i roztaczał wokół siebie odór alkoholu. Marta zauważyła wyraz niesmaku, jaki odmalował się na twarzy młodej kobiety, ale niespecjalnie ją to obeszło.

– Czy moglibyśmy przez chwilę porozmawiać? – Ton nauczycielki brzmiał przesadnie grzecznie.

– Oczywiście. – Ojciec wskazał drzwi salonu, który wpraw-dzie był mocno zakurzony, ale – ponieważ nikt tam od dawna nie wchodził – jego stan nie wydawał się tak tragiczny jak pozostałych pomieszczeń. Kogo to zresztą mogło obchodzić?

Marta wycofała się do swojej sypialni i momentalnie zapomniała o obecności wychowawczyni.

– Mamo – szepnęła.

Jak zwykle nie było odpowiedzi.

 

Znów powtarzała to słowo w kółko, aż stało się pustym dźwiękiem. Nie miała pojęcia, po jakim czasie usłyszała pukanie do drzwi. Czas wtedy dla niej nie istniał. Gwałtownie usiadła na łóżku.

– Proszę.

Ojciec wszedł, a wraz z nim pojawił się nieodłączny zapach gorzały. Mimo to Marta była pewna, że coś się zmieniło. Usiadł obok niej. Jego twarz nadal była zmęczona, ale oczy przytomne.

– Przepraszam, córeczko – powiedział.

Przylgnęła do niego, szlochając. Smród wódki przestał jej przeszkadzać. Długo rozmawiali, chociaż żadne z nich nie mogło potem przypomnieć sobie szczegółów. O mamie na pewno, ale również o szkole Marty, o pisaniu ojca, o przyszłości.

Od tego czasu Karol nigdy więcej nie wziął do ust alkoholu. Stał się najbliższym przyjacielem Marty, ostoją i powiernikiem. Ona też robiła wszystko, aby jego życie nabrało sensu. Twierdził, że to dzięki niej znowu zaczął pisać. W ciągu trzech lat napisał cztery dobrze przyjęte przez krytykę i nieźle sprzedające się książki. Natomiast ostatnia jego powieść, pisana przez dwa lata, okazała się absolutnym bestsellerem. Posypały się pieniądze, o jakich do tej pory nie śnili. Teraz przeprowadzili się tutaj, do tego pięknego, wielkiego starego domu.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy