Nasiona zła kiełkują w ciemności i chłodzie...

Autor: slk
News - Nasiona zła kiełkują w ciemności i chłodzie...

Na farmie w odludnej okolicy na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych zostaje zamordowana rodzina, a nastoletni syn znika. Emily Kenyon - samotna matka i policjantka - staje na czele poszukiwań zabójcy. Ale jej nastoletnia córka Jenna jest o krok przed nią...

 

Jenna zna chłopaka podejrzewanego o wymordowanie rodziny i pragnie mu pomóc - może wręcz za bardzo. Potem ginie inna rodzina, tym razem w stanie Iowa. A tuż po tamtym brutalnym zabójstwie dochodzi do kolejnego w Salt Lake City. Między miejscami tych zbrodni występują dziwne podobieństwam, zaś stojąca za nimi mroczna siła zagraża życiu kolejnych ofiar...

 

Kiedy Emily dopasowuje elementy układanki, zdaje sobie sprawę, że zagrożenie, w jakim znalazła się jej córka, jest znacznie większe, niż sobie wyobrażała. Teraz w rozpaczliwym pościgu, by ocalić Jennę, Emily musi zmierzyć się z najbardziej przebiegłym mordercą, z jakim się dotychczas spotkała - z mordercą, który właśnie wpisał ją i jej córkę na swoją listę...

 

Zgliszcza to niesamowity thriller - z mrocznym, brutalnym tematem i wciągającą, misternie skonstruowaną fabułą - napisała o tej powieści Alex Kava. Warto sięgnąć po książkę Gregga Olsena, którą ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i Spółka. Warto przeczytać jej premierowy fragment, który publikujemy poniżej. Warto też wziąć udział w konkursie, który jest jej poświęcony. 

 

Prolog

Godzina 16.00, dziewiętnaście lat temu 

 

Kobiety z przezroczystymi winylowymi torebkami, z których wyzierały podarte papierki po rulonach bilonu, stały w kolejce. Wzdychały głęboko, gdy umundurowana strażniczka więzienna o lodowatych dłoniach szykowała się do przeszukania. Co chwila rozlegał się trzask obsypanych talkiem lateksowych rękawiczek. Było to poniżające w każdym tego słowa znaczeniu. Strażniczka, kobieta o ziemistej cerze i wargach cienkich jak ołówek, z okularami na tanim srebrnym łańcuszku na szyi, zdawała sobie sprawę, że te, które opuszczają mury placówki, czują jej władzę, władzę najwyższą, i przyjmowała to z uśmiechem. Kobiety ustawiły się w kolejce do wyjścia po długim dniu łez i wymówek w przypominającej szkolną stołówkę sali widzeń – w przytłaczającej ogromem przestrzeni z przytwierdzonymi do posadzki stołami i niewygodnymi krzesłami. Strażniczka recytowała chrapliwym głosem, żeby „dały sobie na wstrzymanie” i czekały na swoją kolej „albo się nimi zajmę”. 

 

Tak więc czekały, każda z poczuciem upokorzenia i krzywdy. Fakt, że ich mężów, narzeczonych czy braci zamknięto za zwieńczonymi drutem kolczastym murami Zakładu Karnego o Podwyższonym Rygorze w Bonne­­ville, było dostatecznie złe. A jeszcze wysłuchiwanie wypowiadanych z nieskrywaną pogardą rozkazów, by czekały na swoją kolej do rewizji osobistej, było jak polanie wiórowatego kotleta skisłym sosem. I wszystkie musiały to przełknąć. Każdy cholerny kęs. 

 

– Jesteś moim problemem? – spytała strażniczka, a wzrok jej szarych niczym gwoździe oczu wbił się w młodą kobietę o smutnym spojrzeniu. Ofiara wydała stłumione westchnienie. Spędziła cały dzień, próbując wytłumaczyć mężowi, niedoszłemu baronowi narkotykowemu, że zastanawia się nad przeprowadzką z powrotem na wschód, do Indiany. Chciała być wolna. Wszystkie chciały. 

 

– Ja? – odpowiedziała kobieta. Miała zaledwie dwadzieścia lat i kasztanowe włosy, które wciąż upinała w kucyk, lecz jej twarz była naznaczona rodzajem zmęczenia, który wskazywał, że wiele w życiu przeszła. Uśmiechnęła się do strażniczki niby to z uznaniem. Potrafiła rozpoznać, kiedy ktoś się na nią uwziął. Tak ułożyło się jej życie, odkąd opuściła dom. Uciekła. Poznała niewłaściwego faceta. Spieprzyła sobie przyszłość. Teraz pobrzmiewały jej w głowie słowa matki: Odrzuciłaś wszystko, o czym twój ojciec i ja marzyliśmy dla ciebie. Zawaliłaś, Bonita. Naprawdę zmarnowałaś sobie życie. 

 

– Tak, ty, Kucyku – potwierdziła strażniczka, kiwając głową w jej stronę. Reszta kobiet odetchnęła z ulgą. Dobrze, suka znalazła sobie kogoś innego, na kim będzie się wyżywać. Strażniczka skinęła ręką, żeby ofiara podeszła bliżej. – Rozłóż nogi. Na pewno już to wcześniej robiłaś. Szerzej. 

 

W młodej kobiecie zawrzało, ale spełniła polecenie. Nie miała wyboru. 

 

– Wiesz, jeżeli nie uda mi się wsadzić łap między twoje uda, będziesz musiała przejść na dietę albo poćwiczyć szpagat w pokoiku na zapleczu. Nie podobasz mi się, nie ufam ci i myślę, że coś próbujesz przeszmuglować. Po prostu to czuję. 

 

W pokoiku na zapleczu, słabo oświetlonym, urządzonym niczym gabinet lekarski kobiety musiały znosić upokorzenia związane ze swoją fizjologią. Na plecach, z rozchylonymi nogami i stopami wetkniętymi w metalowe strzemiona. 

 

– Poprawię się – powiedziała młoda kobieta, cały czas zastanawiając się, jak zostałaby potraktowana, gdyby była tu więźniem, a nie osobą odwiedzającą. 

 

Utarczka zwróciła uwagę stojącej na końcu kolejki kobiety o pulchnej twarzy. Jej kręcone blond włosy z rudawym połyskiem skleiły się i przylgnęły nieładnie do czoła. Serce zabiło jej szybciej, ale zachowała obojętną minę. Nie chciała rzucać się w oczy, a tym bardziej trafić do pokoiku na zapleczu. Niosła coś tak cennego, tak ważnego, a jednocześnie delikatnego. 

 

Spokojnie. Strażniczka skupi się na Kucyku. Bogu niech będą dzięki. 

 

Ukryła swój skarb w miejscu, w którym – miała nadzieję – nikt nie ośmieli się szukać. Wewnątrz. Miejscu intymnym. Prywatnym. Poza tym wiedziała, że strażniczka obmacuje tylko dlatego, że ją to podnieca. Nikt w gruncie rzeczy nie spodziewał się, by ktokolwiek mógł stąd cokolwiek wynieść... Przede wszystkim pilnowano, by nie szmuglowano niczego do sali widzeń. 

 

Strażniczka utkwiła wzrok w blondynce – kobiecie z tajemnicą. Wpatrywała się w nią długo, aż w końcu powiedziała: 

– Możesz przejść. 

 

Kobieta z tajemnicą skinęła głową i ruszyła w stronę szafek, gdzie zostawiła płaszcz i kluczyki od samochodu, zanim pod zwojami drutu kolczastego przeszła przez bramę, do sali widzeń. 

 

– Chwileczkę! – odezwała się strażniczka. 

Poczuła się, jakby stanęło jej serce. Miała wrażenie, że umiera. Złapią ją na gorącym uczynku. Adrenalina rozruszała jej serce na nowo. Weźmie mnie do pokoiku na zapleczu. I wszystko zepsuje. 

 

– Słyszałaś? 

 

Odwróciła się powoli. 

– Mówi pani do mnie? 

– Nie, do faceta na księżycu. 

 

Kobieta popatrzyła okrągłymi oczami. Serce waliło jej młotem. Łup. Łup. Łup. 

– Podejdź tutaj. 

 

Cofnęła się do strażniczki. 

– Zapomniałaś torebki. 

 

Bała się, że zapinana na suwak winylowa torebka wyślizgnie się jej z palców, tak bardzo spociły się jej dłonie. Sięgnęła po nią. 

– Och, dziękuję. 

 

Podobnie jak pozostałe, które miały do czynienia ze strażniczką, zmusiła się do nieszczerego uśmiechu. 

Strażniczka też się uśmiechnęła, tym razem zadziwiająco szczerze. 

 

– Proszę. I życzę miłego dnia. 

Blondynka pospiesznie oddaliła się do szatni. Wkrótce wróci do domu, a z czasem wypełni się przeznaczenie.

 

 

 

Księga I

Oko cyklonu

 

 

Rozdział 1

Poniedziałek, godzina 17.36, Cherrystone, stan Waszyngton 

 

Emily Kenyon była wykończona i tak też wyglądała. Wygramoliła się ze swojej złotej hondy accord, wzięła torebkę i ruszyła w stronę frontowych drzwi. Odwróciła się i obrzuciła spojrzeniem Orchard Avenue. Dzielnica starych domków była bezpieczna. Nietknięta. Ani jeden z podobnych do rybich łusek kamyków nie odpadł z fasady dwupiętrowej wiktoriańskiej willi po drugiej stronie ulicy. Nic się nawet nie ukruszyło ani nie pękło. Emily słyszała, jak parę domów dalej bawią się dzieci. Wszystko wyglądało tak jak przedtem. Jedyną oznaką tego, że świat przewrócił się do góry nogami, był lekki swąd gryzącego dymu unoszący się w powietrzu. Ledwo wyczuwalny, ale na tyle wyraźny, by przypominać o tym, że w mieście spłonęło wiele domów i samochodów. 

 

Dwa dni temu tornado uderzyło w część osiedla Briar Falls Estates trzy kilometry dalej. Nadeszło prawie bez ostrzeżenia i pozostawiło nierówny pas gruzów, w ciągu dziesięciu minut ograbiwszy właścicieli domów i ogrodów z owoców ich ciężkiej pracy. Zerwało dachy. Place zabaw i rowery wylądowały w koronach drzew. Nie sposób było doszukać się reguły w tym, czyje domy zostały oszczędzone, a czyje nie. W zachodniej części Hawes Avenue panoszyło się zniszczenie, podczas gdy część wschodnia przetrwała nietknięta. Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko domu, który tornado niemal rozdarło na pół, stało poidełko dla ptaków, z jego ukruszonej kamiennej misy nie przelała się nawet kropla. 

 

Nikt nie zginął. To prawda, że pewna starsza pani, która ukryła się we własnej łazience, trafiła w kiepskim stanie do szpitala. Emily spodziewała się, że kobieta, dobrze po osiemdziesiątce, przeżyje pomimo traumy. Była emerytowaną nauczycielką WOS-u w gimnazjum i miała doświadczenie zawodowe, które wskazywało, że twarda z niej sztuka. W końcu, jeśli przetrwała nastolatków z lat sześćdziesiątych, przeżyje także tornado. 

 

Emily weszła do przedpokoju. Kiedy odkładała torebkę na zabytkowy stolik z drewna orzechowego, ze środka wypadło etui z odznaką detektywa policji i różowa szminka, którą wolałaby już zużyć i wyrzucić. Była jednak oszczędna i mimo że kolor nie pasował do jej piwnych oczu i kasztanowych włosów, zamierzała wymalować pomadkę do końca. Zgarnęła odznakę i szminkę z powrotem do torby i zawołała córkę. 

 

– Jenna? Wróciłam. 

Zapach tostów cynamonowych i stojąca na blacie pusta szklanka po mleku wskazywały, że Jenna jest w domu. Emily nie zaczekała na odpowiedź. 

 

– Idę pod prysznic. A potem może wyskoczymy coś zjeść? 

 

– Dobra, mamo! – dobiegł wreszcie głos z korytarza. – Rozmawiam przez telefon. Pogadam za chwilę. Umieram z głodu, więc pospiesz się z tym prysznicem! 

 

Emily się uśmiechnęła. Jenna miała siedemnaście lat, lecz wciąż była jej małą dziewczynką. Teraz zostały tylko we dwie. David wyjechał do Seattle i odkąd rozwód się uprawomocnił, stał się postacią dość mglistą. Emily miała kilka randek z nowymi facetami – a nawet dosyć poważny romans z miejscowym adwokatem. Cary McConnell okazał się jednak zbyt zaborczy i władczy, czego akurat doświadczyła w nadmiarze w swoim pierwszym – i jedynym – małżeństwie. Cary wciąż dzwonił, ale unikała go, jak mogła. Co wcale nie było łatwe. Miasteczko Cherrystone w stanie Waszyngton liczyło sobie piętnaście tysięcy mieszkańców, a ona zjawiała się w sądzie dwa, trzy razy w tygodniu. Cary też. 

 

Zakołysała biodrami, zrzucając czarną spódnicę, odpięła bluzkę i upuściła ją na podłogę. Była szczupła, obdarzona długimi nogami i figurą, dzięki której wyglądała bardziej na dwudziestolatkę niż czterdziestolatkę, którą się stanie już za rok. Odkręciła do oporu kurek z gorącą wodą. Ten z zimną nastawiła na jedną czwartą. Zadzwoniły stare rury, w kabinie zawirowały kłęby pary. Emily uwielbiała gorącą wodę. 

 

– Do Pietra? – zawołała przed wejściem do wyłożonego białymi i czarnymi kafelkami wnętrza. – Myślę o pizzy. 

 

Oczywiście nie myślała o pizzy, tylko o trąbie powietrznej i jej skutkach. Tornada zdarzały się w stanie Waszyngton bardzo rzadko. W kronikach zanotowano tylko kilka niszczących wichur na tym terenie; najgorszą w 1952 roku, kiedy zginęło jedenaście osób w pobliżu Walla Walla. Trąba powietrzna, która w sobotę nawiedziła Cherrystone, wyła w ciemnościach i porywała wszystko na swej drodze. Domy i samochody zostały rozszarpane na strzępy przez gigantyczny blender o ostrych stalowych zębach. Sklep z nabiałem przy skrzyżowaniu Wayne Road i U.S. 91 przestał istnieć. Aby stwierdzić, jaki kolor miała fasada budynku, należało użyć szkła powiększającego. Spichlerz Cherrystone został zgnieciony, co oznaczało, że miejsc pracy, o które i tak było trudno, zrobiło się jeszcze mniej. Pięć starannie zaparkowanych w równym rzędzie ciężarówek tornado rzuciło o ziemię i rozbiło na miazgę. Przewody wysokiego napięcia rwały się niczym wystrzępiona juta. Jeden z tirów wicher poderwał na wysokość ponad stu metrów i cisnął na zbocze wzgórza. 

 

Emily odchyliła głowę; gorąca woda powyżej temperatury, jaką zaledwie nieliczni potrafili znieść, obmywała jej ciało, spłukując stres związany z tornadem i troski długiego dnia pracy do ścieków. Emily wyszła spod prysznica i owinęła się grubym bawełnianym ręcznikiem. Pochyliła się, obwiązała głowę drugim ręcznikiem, a potem odrzuciła włosy do tyłu. Znowu zawołała do Jenny. 

 

– Nie odpowiedziałaś, kochanie! Czy U Pietra ci pasuje? 

 

Znowu cisza. 

W łazience kłębiła się para wodna, więc Emily włączyła wentylator. Chwilę później zarzuciła na siebie szlafrok frotté i podreptała korytarzem do pokoju Jenny – przed wielu laty także jej sypialni. Prostokąt pożółkłego kleju na drzwiach wciąż znaczył miejsce, gdzie przylepiła napis Chłopcom wstęp wzbroniony, żeby uwolnić się od młodszego brata, Kevina. Co krok to wspomnienie. Przez szparę światła w niedomkniętych drzwiach zobaczyła, jak Jenna pisze na swoim srebrnym iBooku. Dziewczyna była drobna jak na swój wiek. Niski wzrost nie był jednak wadą, tylko sprawiał, że rzucała się w oczy. Długie włosy, takie jak u matki, okalały owalną buzię o delikatnych rysach. Stukała w klawisze różowymi paznokciami z ukruszonym lakierem, czekającymi na kolejną wspólną sesję manikiuru przy odcinku Prawa i porządku. 

 

Emily pchnęła drzwi, otwierając je szerzej, i zaskoczyła Jennę, która podniosła wzrok z uśmiechem przyklejonym do twarzy. 

 

– O, mamo, nie słyszałam cię. – Zamknęła okienko czata i odwróciła się do matki. 

 

– Robisz coś niegrzecznego? – spytała z udawaną beztroską Emily. W głębi serca na samą myśl, że córka z kimś czatuje, robiło jej się słabo. Wiedziała, jak zboczeńcy za pomocą komputerów tropią, a potem nękają swoje ofiary – niepodejrzewające niczego dzieci w pozornie bezpiecznych i przytulnych domach w całej Ameryce. 

 

– Rozmawiam tylko z Shali – odpowiedziała dziewczyna. – I rzeczywiście, robiłyśmy coś niegrzecznego. Odezwał się do nas fajny facet i zaproponował spotkanie w galerii handlowej w Spokane Valley w przyszły weekend. Twierdzi, że wygląda jak Justin Timberlake i Jude Law. Razem wzięci. 

 

Emily usiadła na brzegu łóżka i wygładziła dłonią satynową narzutę. 

– Tak? Doprawdy? – Wiedziała, że córka ją nabiera, i postanowiła pociągnąć temat. – Może też się z nim spotkam? 

 

Jenna pokręciła głową. 

– Sorry, mamo, jesteś dla niego za stara. Shali i ja prawdopodobnie też. Kiedy napisałyśmy, że jesteśmy na tyle dorosłe, żeby wyrobić sobie prawo jazdy, chyba stracił zainteresowanie. 

 

– To nie jest zabawne. 

 

– Chore, wiem. 

 

– Wiesz, jak się przejmuję. 

 

– A ty wiesz, że nie musisz się o mnie martwić. Wiem, co jest grane. Nie popełniam błędów. Moja mama jest gliną, wiesz? 

 

– Coś mi się obiło o uszy. – Emily zdjęła ręcznik z głowy i potrząsnęła włosami. – Nie zamierzam suszyć tego czupiradła. Wyjdźmy po prostu coś zjeść. Jestem skonana. 

 

Jenna uśmiechnęła się szeroko. 

 

– Dobra. Justin Timberlake może poczekać. 

 

Potem Emily wróciła do swojego pokoju, gdzie włożyła parę spranych dżinsów i kremowy sweterek z trójkątnym dekoltem. Spojrzała w lustro i obrzuciła wzrokiem swoją sylwetkę. 

 

– Nieźle jak na babkę pod czterdziestkę – powiedziała na tyle głośno, że Jenna mogła usłyszeć... i oczywiście usłyszała. – Może sobowtór Jude’a Lawa od Jenny zainteresuje się taką starą laską jak ja. 

 

Dziewczyna stanęła w drzwiach i ujęła się pod boki. 

 

– Ależ jesteś wredna – stwierdziła i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – Shali i ja wyczaiłyśmy go pierwsze. 

 

Poniedziałek, godzina 19.16

 

Dwadzieścia minut później siedziały w boksie obitym śliwkowo-czarnym winylem w restauracji U Pietra, jedynym lokalu w Cherrystone, gdzie pizza nie smakowała jak zrobiona z kupnej mrożonki. Emily cieszyła się, że mają już za sobą czasy, gdy młodsza wersja Jenny domagała się pizzy z samą mozzarellą, i teraz zgodziła się na wersję nieco bardziej odważną: pepperoni i czarne oliwki. Emily zamówiła piwo, a dziewczyna ściskała w garści szklankę napoju gazowanego. 

 

– Wiesz, nie musisz pić dietetycznej coli, kochanie. 

Jenna zamieszała kruszony lód parą cienkich niczym trzcina plastikowych słomek. 

 

– Chodzi ci o to, że nie jestem gruba? Tak, wiem. Ale chucham na zimne. Widziałam przyszłość. Spójrz na babcię Annę. 

 

– Jenno! To nie było miłe. – Emily próbowała okazać oburzenie, ale babcia Anna, czyli jej teściowa, rzeczywiście miała grube uda. – Zresztą figurę odziedziczyłaś po mojej rodzinie. 

 

Jenna pociągnęła colę przez słomkę i pokiwała głową. 

– Bogu dzięki.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy