Nowa powieść Grzegorza Kozery

Autor: slk
News - Nowa powieść Grzegorza Kozery

Króliki Pana Boga to poruszająca opowieść o przyjaźni, miłości, cierpieniu i potrzebie bliskości. 

 

Maj 1945. Adam, Halina i Honza – rozbitkowie, którzy ocaleli z wojennej hekatomby – próbują wrócić do Polski. Niemcy skapitulowały, lecz wojna tak naprawdę się nie skończyła, a świat poukładanych wartości dawno runął. Bohaterowie niejednokrotnie przekonają się o tym podczas swojej wędrówki. 

 

Króliki Pana Boga są nawiązaniem do cenionej powieści Grzegorza Kozery Berlin, późne lato, która ukazała się w 2013 r. Warto ją poznać. Warto wziąć udział w specjalnym konkursie, który poświęcony jest właśnie powieści Króliki Pana Boga. Dzś publikujemy jej premierowe fragmenty: 

 

Rozdział I

 

Światło jest ciszą.

 

Adam otworzył oczy. Było już widno, słońce odbijało się od wiszącej na ścianie fotografii w szklonej ramce. Obudził się i tak właśnie pomyślał: światło jest ciszą. Aż sam się zdziwił, że akurat to przyszło mu do głowy. Żadnych krzyków, wystrzałów, warkotu samochodowych silników. Nawet ptaki nie śpiewały o brzasku. Jakby wszystkie żywe istoty wymarły. Tylko wschodzące słońce było oznaką życia.

 

Spojrzał na Honzę. Chłopak leżał zwinięty w kłębek niczym wychudzony bezdomny pies. Teraz spał spokojnie, lecz w poprzednie noce Adama budziły jego krzyki. Ein, zwei, drei! Ein, zwei, drei!, wołał Honza przez sen i głośno płakał. Adam zrywał się na równe nogi, próbował go uciszyć. Po czym ponownie zasypiali, ale po godzinie czy dwóch chłopak znowu wyrzucał z siebie dramatyczne: Aufstehen! Raus, raus! I jeszcze: Ne, ne, ne!

 

* * *

 

Znalazł Honzę dwa tygodnie temu pomiędzy trupami w pasiakach. Kilkanaście ciał, niemal szkieletów, leżało przy drodze. Więźniowie zostali zastrzeleni, krew jeszcze nie zdążyła zaschnąć na zniszczonych drelichach. Chciał szybko wyminąć zwłoki, ale zauważył, że jeden człowiek się porusza. Przyjrzał się dokładniej. Chłopiec. Niemal dziecko. Nie miał na sobie więziennego ubrania, tylko zwykłe ciuchy. Podarty sweter, przewiązane sznurkiem spodnie, stopy owinięte szmatami. To był właśnie Honza. Prawdopodobnie dwaj więźniowie, upadając, osłonili chłopaka przed kulami. Nie został nawet ranny, ale był tak wycieńczony, że nie miał siły iść. Chwiał się i upadał. Adam dał mu się napić mleka z manierki, którą zabrał z domu Stolza, i wziął go na plecy.

 

Pierwszą noc spędzili w lesie. Było wilgotno i zimno. Mały kasłał i majaczył, więc Adam zdjął marynarkę i go okrył. Rankiem podzielił się z nim chlebem i znów napoił mlekiem. Potem, z Honzą na plecach, ruszył w dalszą drogę. Pytał samego siebie, po co to robi, po co dźwiga, dosłownie przecież, ten ciężar, i nie znajdował odpowiedzi. Nic o nim wtedy nie wiedział: ani jak ma na imię, ani skąd pochodzi i ile ma lat, ani dlaczego był pośród więźniów obozu. Początkowo chłopak w ogóle się nie odzywał. Kiedy Adam o coś go pytał po polsku lub niemiecku, milczał. Tylko nocą, przez sen, krzyczał.

 

Następnego dnia Adam starał się trzymać z dala od głównej drogi. Co kilkadziesiąt metrów przystawał, żeby odpocząć. W porównaniu z Honzą był silny, ale nie na tyle, by nie robić częstych przerw w marszu. Siedem godzin później dostrzegł zabudowania. Był już bardzo zmęczony. Ostrożnie podszedł bliżej. Drewniany parterowy budynek wyglądał na niezamieszkały. Ułożył chłopaka na ławce przed domem i zastukał do drzwi.

 

– Jest tam kto? – zawołał i ponowił pukanie.

Dopiero po dłuższej chwili otworzył mu stary mężczyzna. Miał siwe włosy i twarz pooraną zmarszczkami. Siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt lat. Patrzył na Adama nieufnie. Wrogo.

– Jestem głodny – powiedział Adam po niemiecku. – On też. – Pokazał na chłopaka.

Stary nawet nie wychylił się zza framugi, żeby spojrzeć na Honzę.

– Nic nie ma, wynoście się stąd.

– Jesteśmy głodni – powtórzył Adam.

– Mówiłem, nic nie ma.

 

Mężczyzna usiłował zamknąć drzwi, ale Adam mu na to nie pozwolił. Odepchnął starego tak mocno, że ten uderzył o ścianę, i wszedł do domu. W środku było czysto, jakby ktoś przed chwilą posprzątał. Zajrzał do kuchni, potem do pokoju i jeszcze do następnego. Na szerokiej kanapie siedziała stara kobieta, zapewne żona gospodarza. Była przestraszona. Nie odezwał się do niej. Wrócił do starego, który trzymał się za krwawiącą głowę. 

– Potrzebujemy trochę jedzenia. Weźmiemy je i sobie pójdziemy.

Stary wzruszył ramionami.

– Ogłuchłeś? – zapytał. – Nic nie mam. Kim ty jesteś? Polaczkiem? Myślisz, że się ciebie przestraszę, brudna świnio?

 

Adam zmełł w ustach przekleństwo. Podszedł do kobiety, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Zaczęła krzyczeć. Nie zwracał na to uwagi. Kiedy stanęli przed starym, wyciągnął pistolet. Parabellum pamiętające chyba poprzednią wojnę, które znalazł w domu Stolza. Przyłożył broń do skroni kobiety.

– Dawaj żarcie, Szwabie. (…)

 

© Grzegorz Kozera

© Wydawnictwo Dobra Literatura

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy