Wielka przygoda. Wielka miłość. Wielkie emocje

Autor: slk
News - Wielka przygoda. Wielka miłość. Wielkie emocje

Jesienne werble to dalszy ciąg cyklu Obca Diany Gabaldon - opowieści o niezwykłych losach lekarki Claire, żyjącej w dwóch epokach: w drugiej połowie XVIII wieku i dwieście lat później.

 

W kolonizowanej Ameryce, cudem uniknąwszy śmierci z rąk piratów, Claire i jej ukochany Jamie Fraser zakładają nowe siedlisko. Czy zaakceptują ich mieszkający obok Indianie Tuskarora? Tymczasem całkiem współcześnie historyk Roger Wakefield przylatuje do Stanów na konferencję i odnajduje informację, że Fraserowie zginęli w 1776 roku. Czy to prawda? Wielka przygoda, wielka miłość i wielkie emocje. Warto się o tym przekonać. Warto sięgnąć po powieść Jesienne werble. Dziś publikujemy jej fragment: 

 

Charleston, czerwiec 1767

 

Werble było słychać już z daleka. Czułam echa ich uderzeń w żołądku, jakbym sama była pusta w środku. Ostry, marszowy rytm, który przebija się nawet przez kanonadę broni palnej, niósł się ponad tłumem. Ludzie milkli i odwracali głowy w stronę fragmentu East Bay Street, widocznego między wzniesionym do połowy szkieletem nowego urzędu celnego a ogrodami White Point.

 

Dzień był upalny nawet jak na Charleston w czerwcu. Najlepsze miejsca znajdowały się na przybrzeżnym wale, gdzie powietrze odrobinę się porusza-ło. Niżej, tu gdzie my staliśmy, można było upiec się żywcem. Koszulę miałam zupełnie mokrą, bawełniany gorset przyklejał mi się do skóry między piersiami. Po raz dziesiąty w ciągu ostatnich paru minut otarłam twarz i uniosłam ciężki pierścień włosów w płonnej nadziei na chłodniejszy powiew na karku. W takiej chwili nie sposób zapomnieć o istnieniu szyi. Dyskretnie podniosłam rękę i dotknęłam swojej. Krew w tętnicach pulsowała w jednym rytmie z uderzeniami werbli, gorące, wilgotne powietrze dławiło gardło przy każdym oddechu.

 

Szybko opuściłam rękę i głęboko odetchnęłam. To był błąd. Stojący przede mną mężczyzna nie kąpał się co najmniej od miesiąca. Brzeg jego koszuli tuż przy masywnym karku był czarny od brudu, a całe ubranie wydzielało kwaśny, spleśniały odór, który ostro przebijał przez woń spoconego tłumu. Zapachy gorącego chleba i rozgrzanego smalcu, napływające ciężką falą od strony straganów z jedzeniem, mieszały się z wonią gnijących wodorostów z bagien.

 

Lekki powiew słonej bryzy znad zatoki nie pomagał wiele. Widziałam przed sobą kilkoro dzieci. Wyciągały szyje i rozglądały się dookoła, wybiegając spod dębów i karłowatych palm, by wyjrzeć na ulicę, a potem wracały, nawoływane przez niespokojnych rodziców. Szyja dziewczynki znajdującej się najbliżej mnie, smukła i krucha, przypominała wiotkie źdźbło trawy.

 

Przez tłum przebiegło poruszenie. Na odległym końcu ulicy pojawił się orszak ze skazańcami. Werble zabrzmiały głośniej.

 

– Gdzie on jest? – wymamrotał stojący obok mnie Fergus, wyciągając szyję ponad tłumem. – Mówiłem, że trzeba było pójść razem z nim.

– Przyjdzie. – Miałam ochotę wspiąć się na palce, ale wydawało mi się to niewłaściwe. Rozejrzałam się jednak dokoła. Zawsze udawało mi się wypatrzeć Jamiego w tłumie. Przerastał większość ludzi o głowę, a jego włosy w promieniach słońca przypominały złotorudy płomień. Nie było go jednak widać, przed sobą miałam tylko niespokojne morze czepków i trójgraniastych kapeluszy, ochraniających przed upałem tych, którzy przyszli zbyt późno, by znaleźć miejsce w cieniu.

 

Najpierw pojawiły się flagi, powiewające nad głowami podnieconego tłumu: flaga Wielkiej Brytanii, Królewskiej Kolonii Karoliny Południowej i jeszcze jedna, z herbem rodowym lorda gubernatora kolonii. Dalej szli werbliści, dwójkami, w równym rytmie: raz – i dwaa, raz – i dwaa. Był to powolny, ponury marsz. Marsz umarłych, chyba tak nazywał się ten konkretny rytm; bardzo stosownie, zważywszy na okoliczności. Łoskot werbli zagłuszał wszelkie inne dźwięki.

 

Po nich pojawił się pluton żołnierzy w czerwonych mundurach, a pomiędzy nimi więźniowie. Było ich trzech, połączonych łańcuchem przeciągniętym przez pierścienie przymocowane do żelaznych obroży na szyjach, z rękami skrępowanymi z przodu. Pierwszy z nich wyglądał na włóczęgę – drobny, starszy, w łachmanach, zupełna ruina człowieka, garbił się i potykał co krok. Idący obok więźniów kapłan w ciemnym ubraniu co chwilę musiał podtrzymywać go za ramię, chroniąc przed upadkiem.

 

– Czy to Gavin Hayes? Wygląda na chorego – powiedziałam do Fergusa.

– Jest pijany – odezwał się cichy głos za moimi plecami. Odwróciłam się. Jamie, ze wzrokiem utkwionym w żałobną procesję, stał tuż przy moim ramieniu. Chwiejny krok drobnego mężczyzny zakłócał porządek orszaku. Przy każdym jego potknięciu dwaj mężczyźni przykuci do niego łańcuchem musieli gwałtownie zmieniać kierunek, by utrzymać się na nogach. Razem wyglądali jak trzej pijacy, toczący się w stronę domu w drodze z miejscowej tawerny; to wrażenie niedorzecznie kłóciło się z powagą sytuacji. Ponad odgłosem werbli słyszałam śmiechy, a także okrzyki i docinki obserwatorów stojących na balkonach z kutego żelaza, którymi ozdobione były domy przy East Bay Street.

 

– To twoja sprawka? – zapytałam cicho, by nie zwracać na siebie uwagi, choć równie dobrze mogłabym krzyczeć na cały głos i wymachiwać rękami, ponieważ oczy wszystkich skupione były na ulicy.

 

Raczej poczułam, niż zobaczyłam, że Jamie wzruszył ramionami. Przesunął się o krok i znalazł się obok mnie.

 

– Prosił mnie o to – odrzekł. – Nic więcej nie mogłem dla niego zrobić.

– Brandy czy whisky? – zapytał Fergus, wprawnym okiem szacując wygląd Hayesa.

– Fergusie, dajże spokój. Ten człowiek jest Szkotem. – Głos Jamiego był równie spokojny jak twarz, ale zabrzmiała w nim ledwo wyczuwalna nuta napięcia. – Jasne, że whisky.

– Mądry wybór. Przy odrobinie szczęścia nawet nie zauważy, kiedy go powieszą – mruknął Fergus.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy