Czas na "Ukojenie" - przedpremierowe fragmenty nowej powieści Maggie Stiefvater!

Autor: slk
News - Czas na

Już 2. kwietnia 2012 ukaże się Ukojenie - kolejna część cyklu powieści Maggie Stiefvater, którego pierwszy tom - Drżenie - otrzymał tytuł Książki Roku 2011! To wWspółczesna powieść o wilkołakach. A w niej nie tylko wielka miłość, ale także pożegnania i śmierć, ból niezrozumienia i niemożność bycia razem.

Grace i Sam spotykają się w Drżeniu. W Niepokoju walczą o to, by być razem. W Ukojeniu ich życiu zagraża prawdziwe niebezpieczeństwo. Stawka staje się coraz wyższa. Zaczyna się polowanie na wilki...

Sam zrobi dla Grace wszystko. Ale czy jeden człowiek i jedna miłość mogą naprawdę zmienić wrogi świat? Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zderzają się ze sobą w jednej chwili - chwili śmierci lub powrotu do życia. Czy bohaterowie naszej sagi wreszcie odnajdą ukojenie?

 

Dziś - przedpremierowo - prezentujemy obszerne fragmenty Ukojenia - najnowszej powieści z serii.

 

Rozdział sześćdziesiąty trzeci
SAM


Na jeden ułamek sekundy, jeden ułamek oddechu ból odebrał mi myśli. Czułem się tak, jakby topiły mi się żyły. Moje ciało zmieniało swą mapę, obierało nowy kurs, planowało nowe kości, jednocześnie mieląc moje na pył. Nie było ani jednej części mnie, którą mógłbym zachować.

Zapomniałem, jak wielkie męczarnie towarzyszą temu procesowi. To było bezlitosne. Po raz pierwszy przemieniłem się, gdy miałem siedem lat. Moja matka zobaczyła mnie w tym stanie jako pierwsza. Nie mogłem sobie przypomnieć jej imienia.

Pękł mi kręgosłup.

Cole rzucił strzykawkę na schodki.

Lasy śpiewały w języku, który znałem tylko jako wilk.

Ostatnim razem, kiedy przez to przechodziłem, widziałem przed sobą twarz Grace. Ostatnim razem, gdy przez to przechodziłem, to było pożegnanie.

Nigdy więcej. Nigdy więcej pożegnań.

„Jestem Sam Roth. Muszę znaleźć Grace”.


Rozdział sześćdziesiąty czwarty

ISABEL

Po tym, jak Cole się rozłączył, potrzebowałam pięciu minut, żeby dojść do wniosku, że jego słowa nie były tak okrutne, jak sądziłam. Zajęło mi dziesięć minut, zanim uznałam, że powinnam natychmiast do niego oddzwonić. Po piętnastu wiedziałam już, że nie odbiera telefonu. Po dwudziestu zrozumiałam, że nie powinnam drwić z jego skłonności samobójczych. Dwadzieścia pięć minut później uświadomiłam sobie, że to mogła być ostatnia rzecz, jaką miałam szansę mu powiedzieć.

Dlaczego to zrobiłam? Może Rachel miała rację, wypominając mi wredność. Żałowałam, że nie wiem, jak się zmienić.

Dopiero po pół godzinie od rozmowy z Cole’em zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie będę mogła spojrzeć sobie w oczy, jeśli nie spróbuję czegoś zrobić w związku z polowaniem.

Po raz ostatni wybrałam domowy numer Becka, a potem numer Sama – nic z tego – po czym ruszyłam na dół. W myślach powtarzałam, co powiem ojcu. Najpierw argumenty, potem błagania, a na koniec uzasadnienie dla moich obaw, które nie będzie miało nic wspólnego z Samem i Beckiem, bo wiedziałam, że to by do niczego nie doprowadziło, jeśli chodzi o mojego ojca. I tak nic z tego nie wyjdzie.

Ale przynajmniej będę mogła powiedzieć Cole’owi, że próbowałam. I może nie będzie mi po tym tak strasznie na duszy.

Nienawidziłam tego. Nienawidziłam tego, że czuję się tak źle z powodu kogoś innego. Zabłąkana łza zapiekła mnie pod powieką.

Dom był pogrążony w ciemnościach. Gdy schodziłam po schodach, po kolei zapalałam światła. Nie było nikogo w kuchni ani w salonie. W bibliotece znalazłam moją matkę, rozpartą na skórzanej sofie z kieliszkiem białego wina w dłoni. Oglądała reality show, którego akcja działa się w szpitalu. Jako że sama była lekarką, w normalnych okolicznościach rozbawiłoby mnie to, ale w tej chwili potrafiłam myśleć tylko o ostatniej rzeczy, którą powiedziałam Cole’owi.

– Mamo – zaczęłam, próbując brzmieć beztrosko. – Gdzie jest tata?

– Hm? – coś w tym jej „hm” sprawiło, że wyostrzyła mi się uwaga.

Świat się jeszcze nie kończył. Moja mama wciąż mówiła „hm”, kiedy zadawałam jej pytanie.

– Mój ojciec. Stworzenie, które spółkowało z tobą, żeby mnie spłodzić. Gdzie jest?

– Wolałabym, żebyś nie mówiła takich rzeczy – oświadczyła moja matka. – Pojechał, żeby załapać się na pokład helikoptera.

– Helikoptera – powtórzyłam głucho.

Moja matka ledwie oderwała wzrok od ekranu. W moim tonie nie wyczuła niczego, co mogłoby ją zaalarmować.

– Marshall załatwił mu miejscówkę. Powiedział, że ojciec jest tak dobrym strzelcem, że aż żal, żeby się marnował.  Boże, będę zadowolona, kiedy to wszystko już się skończy.

– Tata będzie na pokładzie helikoptera, z którego przeprowadzą odstrzał wilków? – powiedziałam powoli.

Czułam się jak idiotka. Oczywiście, że mój ojciec będzie chciał się znaleźć na linii frontu ze strzelbą na słonie. Oczywiście, że Marshall mu to umożliwi.

– Wylatują o jakiejś niemożliwej godzinie – dodała mama. – Więc już wyjechał, żeby jeszcze zdążyć spotkać się z Marshallem na kawę. W końcu mam telewizor tylko dla siebie.

Spóźniłam się. Poświęciłam za dużo czasu na debatowanie z samą sobą, a teraz było już za późno.

Nie mogłam nic zrobić.

„Jesteś mi to winna. Przynajmniej spróbuj” – powiedział Cole.

Nadal nie uważałam, że jestem mu coś winna. Ale dbając o to, żeby matka nie zauważyła, w jakim jestem stanie, wyszłam z biblioteki. Wzięłam białą kurtkę, kluczyki od samochodu i komórkę i wymknęłam się tylnym wejściem.

Nie tak dawno temu Cole stał tu jako wilk, mierząc mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu. Powiedziałam mu wtedy, że mój brat nie żyje. I że nie jestem zbyt miłą osobą. A on mnie tylko obserwował, w całkowitym bezruchu, uwięziony w tym ciele, które dla siebie wybrał.

Wszystko się zmieniło.

Kiedy wyjeżdżałam, docisnęłam gaz do dechy tak mocno, że koła aż zabuksowały w żwirze.



Rozdział sześćdziesiąty piąty
SAM


„Jestem Sam Roth. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je do jeziora. Jestem Sam Roth. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je do jeziora”.

Pędem wbiegłem do lasu. Moje łapy uderzały o skały, skokami pokonywałem odcinek za odcinkiem. Każdy nerw wewnątrz mnie płonął. Utrzymywałem ludzkie myśli jak naręcze papierowych żurawi. Wystarczająco mocno, by ich nie zgubić. Na tyle łagodnie, żeby ich nie zgnieść.

„Jestem Sam Roth. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je do jeziora. Jestem Sam Roth. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je do jeziora”.

W lesie słychać było tysiąc dźwięków. Czuć było dziesięć tysięcy zapachów. Milion wskazówek pozostawionych przez niezliczone formy życia. Ale ja potrzebowałem tylko jednej.

Grace opierała się o mnie, wdychając zapach sklepu ze słodyczami. Każdy kolor, którego teraz nie widziałem, był odmalowany na ścianach i etykietkach wokół nas.

„Jestem Sam. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je do jeziora”.

Noc była jasna w blasku księżyca. Światło rozpraszały nisko zawieszone chmury i poszarpane pasma mgły. Widziałem wszystko wyraźnie. Ale to nie zmysł wzroku mi pomagał. Od czasu do czasu zwalniałem i nasłuchiwałem. Wyła dla mnie. Byłem tego pewien.

Wilki zawodziły. Stałem przy jej oknie i wyglądałem na zewnątrz. Dawno temu byliśmy sobie obcy, a jednocześnie znaliśmy siebie jak ścieżkę, którą chadza się każdego dnia. „Nie śpij na podłodze” – powiedziała.

„Jestem Sam. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki. Zaprowadzić je”.

Na jej wołanie zaczęli odpowiadać inni członkowie sfory. Łatwo było odróżnić ich głosy. Trudniej było pamiętać, d l a c z e g o musiałem to zrobić.

Jej oczy, brązowe i ludzkie w wilczej głowie.

„Jestem Sam. Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki”.

Zachwiałem się, gdy moje łapy poślizgnęły się na mokrej glinie. Usłyszałem, jak w pobliżu coś wpadło do wody.

Jakiś głos z tyłu głowy syknął na mnie. Dźwięk kojarzył się z niebezpieczeństwem. Zwolniłem ostrożnie i wtedy zobaczyłem ogromny dół wypełniony wodą, w której można by się utopić. Dreptałem wokół niego, nasłuchując. W lasach zapadła cisza. Mój umysł potykał się i zataczał, pragnąc czegoś… Odrzuciłem głowę do tyłu i zawyłem. Był to długi, drżący skowyt, który ukoił wewnętrzną tęsknotę. Kilka chwil później usłyszałem jej głos i podjąłem wędrówkę.

„Muszę znaleźć Grace. Znaleźć wilki”.

Stado ptaków uciekło przede mną. Wzbiły się w powietrze, gdy moje nadejście wypłoszyło je z kryjówki, jasne punkty na tle czarnego nieba. Wielość ich form, identyczne rozciągnięcie skrzydeł, sposób, w jaki zawisły nade mną, trzepocząc na wietrze, podczas gdy daleko za nimi świeciły gwiazdy, przypomniały mi o czymś.

Walczyłem, żeby uchwycić tę myśl, ale cały czas mi się wymykała. Utrata jej wydawała mi się druzgocąca, choć nie wiedziałem, co tracę.

„Muszę znaleźć Grace”.

Tego nie utracę. Tego nie utracę.

„… znaleźć Grace”.

Są myśli, których nie można mi odebrać. Są myśli, których utraty po prostu bym nie zniósł.

„Grace…”.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy