Kim jest idealna dziewczyna? Opinia modelki

Autor: slk
News - Kim jest idealna dziewczyna? Opinia modelki

Cieszę się, że Jennifer Strickland zdecydowała się na napisanie Idealnej dziewczyny. Doskonale rozumiem, o czym pisze. Przez ostatni rok żyłam w podobnym świecie: moda, flesze, konkursy i kontrakty.

Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek młode dziewczyny za najwyższy cel stawiają sobie idealny wygląd. Trudno się dziwić… to nam serwuje świat, media, presja otoczenia. Jednak czy potrafimy postawić sobie mądre granice w tym, jak ważny jest dla nas wygląd? Autorka dość szczegółowo opisuje, jak daleko te granice przekroczyła i jakie były tego efekty.

Świat mody nie jest dobrym miejscem, by poczuć się piękniejszym, lepszym. Trzeba stawić czoła krytyce, czasem poniżeniu. Bez Boga nie uporałabym się z presją, na jaką byłam narażona i nieustannym ocenianiem mojej osoby.

Anna Jamróz, MISS POLSKI 2009


W wieku ośmiu lat Jennifer Strickland weszła w świat mody, który miał ją doprowadzić do wielkiej kariery. Na zewnątrz wszystko wyglądało świetnie – pracowała dla Giorgia Armaniego, reklamowała firmy takie jak: Oil of Olay czy Mercedes Benz, stała się znaną modelką. Jednak szybko odkryła, że nie kariera nie prowadzi do poczucia spełnienia i satysfakcji... 

 

Idealna dziewczyna to przejmująca historia podróży Jennifer w odkrywaniu prawdziwego piękna. Strony tej książki oferują wgląd w rzeczywistość reklamy i mody, znaleźć na nich można również dziewczynę, której zmagania są podobne do zmagań każdej kobiety. Zasady prawdziwego piękna zniszczą iluzję, że zewnętrzne piękno i sukces są w stanie przynieść zaspokojenie. Aby przekonać się, jak zakończyła się historia Jennifer, warto sięgnąć po książkę Jennifer Strickland. Warto też wziąć udział w naszym konkursie, w którym do wygrania jest wspominana książka. Tymczasem zapraszamy do lektury premierowego fragmentu książki: 

 

Kiedy byłam nastolatką, codziennie rano, leżąc jeszcze pod kołdrą, wpatrywałam się w maski wiszące nad oknem naprzeciwko mojego łóżka. Jako dziecko, gdziekolwiek wyjeżdżałam, szukałam nowych masek, aby wzbogacić swoją kolekcję. Kochałam doskonałość ich gładkich, porcelanowych twarzy, łzy namalowane na ich lekko zaróżowionych policzkach, stulone wargi, zastygłe w swym wyrazie na zawsze. Kiedy nocowały u mnie koleżanki, te puste oczy patrzące na nie ze ściany przerażały je: – Te maski są naprawdę straszne – mówiły. Lecz ja kochałam moje maski. Ich nieskazitelny, niezmienny wygląd był dla mnie piękny.


Od wczesnego dzieciństwa, kiedy jako mała dziewczynka biegałam, skakałam i tarzałam się na zielonym trawniku, który był jak ogromny koc na podwórku naszego domu, zawsze pociągała mnie doskonałość. Lubiłam chować się w wygiętych konarach masywnych dębów, bawić w strumieniu płynącym na skraju naszego trawnika i przyglądać odbijającemu się w wodzie słońcu – jakby diamentom błyszczącym na kamieniach. Kładłam się na miękkiej, łaskoczącej trawie i patrzyłam na zarys liści dębu na tle rozżarzonego nieba. I choć wiedziałam, że nie powinnam, zawsze próbowałam przez chwilę patrzeć prosto w słońce, aby zobaczyć światło w całej jego wspaniałości.


Z opowieści mamy wiem, że zawsze chciałam, aby wszystko było uporządkowane – bielizna poskładana w szufladach, buty ustawione równo w szafie. Każdy włos musiał być na miejscu, w przeciwnym razie chodziłam nadąsana. W szkole lubiłam dostawać szóstki, a nie piątki, i wybuchałam płaczem, gdy ocena nie spełniała moich oczekiwań. 


Podobnie jak większość dziewczyn, chciałam, aby wszyscy mnie lubili. Chciałam, aby lubili mnie chłopcy, by dziewczynki były moimi koleżankami, a nauczyciele i rodzice szanowali moje decyzje. W głębi serca pragnęłam tego, czego chce prawie każda dziewczyna na świecie: spokoju, miłości i szczęścia. Razem z najbliższą przyjaciółką rysowałyśmy te symbole na liścikach, na naszych szafkach w szkole, na okładkach książek: znak pokoju, serca i uśmiechnięte buźki. Tego chciałyśmy od życia. Nie miałam pojęcia, że objadę cały glob w poszukiwaniu tych ideałów w świecie, który nie jest w stanie ich dać. Dopiero gdy ten świat mnie wykorzystał i odrzucił, gdy sięgnęłam dna, zrozumiałam, że pokój, miłość i szczęście były w zasięgu ręki przez cały czas – na moim podwórku za domem.


Pod koniec szkoły podstawowej zaczęłam poruszać się bardzo niezgrabnie. Długie ręce i nogi przeszkadzały mi w bieganiu i zabawie. Nosiłam duży, gruby aparat ortodontyczny z dodatkowym umocowaniem na głowie, które wgniatało się w moje kręcone włosy, coraz bardziej przypominające ptasie gniazdo. Na dodatek złamałam oba łokcie, gdy spadłam z dachu naszego samochodu kempingowego, bawiąc się w Aniołki Charliego, i musiałam chodzić do szkoły z podwójnym gipsem i dwoma temblakami. Krótko mówiąc, nikt nie uważał mnie za osobę pełną wdzięku. 


Jako że tak bardzo brakowało mi gracji, mama robiła, co tylko mogła, aby to zmienić – posyłała mnie na lekcje tańca, stepowania, baletu, których nie cierpiałam. Tato próbował nauczyć mnie gry w softball, ale nie potrafiłam uderzyć ani złapać piłki, nawet gdy leciała prosto w moją stronę. To też nie było dla mnie. W końcu mama dowiedziała się o zajęciach dla modelek w lokalnej szkole wdzięku i tam mnie zapisała. Ku naszemu wspólnemu zdziwieniu, spodobało mi się. 


Z czasem zniknął aparat prostujący zęby, włosy odzyskały urodę, a ja urosłam. Szkoła dla modelek była miejscem, do którego pasowałam – tam odkryłam coś, w czym byłam dobra. Ćwiczyłam wyprostowaną postawę, chodząc po wybiegu z książką telefoniczną na głowie. Uczyłam się nakładać makijaż, a nawet udawałam manekin w oknie wystawowym. Przez następne kilka lat, kiedy moje koleżanki chodziły na zajęcia dla cheerleaderek, lekcje tańca i zawody siatkówki, ja brałam udział w zajęciach dla modelek, przesłuchaniach i sesjach zdjęciowych. 


W wieku siedemnastu lat przeżyłam zawód miłosny, który skończył się tym, że poczułam się odrzucona i nielubiana przez większość osób w szkole i chciałam po prostu uciec. Gdy przyszła oferta pracy dla światowej agencji Niny Blanchard, wydawało mi się, że wygrałam bilet do krainy wolności. Otrzymałam też stypendium Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Przyszłość jawiła się w jasnych barwach; byłam przekonana, że pogodzę pracę modelki ze studiami. Tydzień po skończeniu szkoły średniej pojechałam do Europy. Miałam siedemnaście lat i sama radziłam sobie w Hamburgu. Nie chciałam wracać na uniwersytet, chciałam pójść za swoim marzeniem i pojechać z innymi modelkami do Paryża, Mediolanu i Nowego Jorku. 


Po przepłakanych rozmowach telefonicznych z bratem i moim agentem zdecydowałam się jednak wrócić do domu. Następne cztery lata to nieustający wir wydarzeń. Latem pracowałam w Europie, mieszkałam w Niemczech, Paryżu, Grecji, Australii i Mediolanie; a potem wracałam na studia do Los Angeles, do reklam telewizyjnych, kampanii reklamowych i zajęć. Szybko dorosłam. 

Żyłam w świecie, w którym wszystko opierało się na „doskonałości”. Jeśli nie szukałam doskonałej afirmacji ze strony profesjonalistów w świecie modelek i mody, szukałam doskonałej akceptacji u ludzi na studiach. Jeśli nie dążyłam do posiadania idealnego ciała ze względów zawodowych, starałam się o idealne stopnie, napisanie najlepszego eseju i zdobycie najwyższej liczby punktów. 


Nieświadomie spędziłam następne dziesięć lat, szukając nieskazitelności, która pociągała mnie w dzieciństwie – jakby miała mi przynieść spełnienie, którego tak bardzo pragnęłam. Uwierzywszy w kłamstwa o miłości, urodzie i szczęściu, które świat sprzedaje kobietom, ścigałam perfekcję, dopóki to poszukiwanie o mało mnie nie zabiło: doskonały rozmiar, doskonały kształt, doskonały wygląd, doskonała studentka, doskonała córka, doskonała droga, doskonała ucieczka.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy