Lisa Niemi: Walczyłam o Patricka

Autor: slk
News - Lisa Niemi: Walczyłam o Patricka

Lisa Niemi i Patrick Swayze byli małżeństwem przez trzydzieści cztery lata. Poznali się w szkole tańca prowadzonej przez matkę Patricka; mieli wtedy po kilkanaście lat. On nieco starszy, trochę próżny i zarozumiały, ona - śliczna, zamknięta w sobie i jakby zdystansowana, nie zamierzała - wzorem koleżanek - czcić go niczym nieziemskie bóstwo.

 

W słowach małżeńskiej przysięgi, Lisa przyrzekła swemu mężowi, że go "nie opuści aż do śmierci". Ile młodych par wypowiada je z pełną świadomością?

 

Książka Walczyłam o Patricka to bardzo osobista opowieść o wspólnym życiu, o zmaganiach z chorobą, walce z własną słabością żeby przetrwać kolejny dzień, nie pogrążając się w rozpaczy, o uzdrawiającej sile czasu, który z każdym dniem łagodzi ból po stracie.

 

Lisa Niemi-Swayze ukończyła szkołę baletową i w początkach kariery zawodowej występowała w spektaklach tanecznych. W późniejszych latach jako tancerka i aktorka zagrała w wielu filmach kinowych i telewizyjnych. W 2004 roku wyreżyserowała film Ostatni taniec (była też jego producentką), w którym razem z Patrickiem zagrali główne role. Jest współautorką książki The Time of My Life, napisanej z mężem w czasie jego choroby i wydanej niedługo przed śmiercią Patricka. Za działalność w organizacjach wspierających badania nad nowotworem trzustki została uhonorowana Królewskim Orderem Franciszka I i tytułem szlacheckim. Obecnie mieszka w Los Angeles i w Nowym Meksyku.

 

Książka Walczyłam o Patricka ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Świat Książki. Zapraszamy do lektury, publikując jej premierowe fragmenty: 

 

Sięgnęłam po notebooka, żeby zacząć pracę nad książką. W jednej chwili ogarnęło mnie ogromne wzruszenie, któremu przez jakiś czas starałam się nie poddawać. Teraz nadeszło falą emocji, nieustającym strumieniem łez, przypominając mi, że jeszcze stanowczo za mało płakałam. Ta fala mnie zalewa, porywa i w mgnieniu oka przenosi odległą przeszłość w czas obecny. Jakieś drobiazgi, okruchy zdarzeń krzyczą w mojej głowie i sercu, wydobywając z zakamarków pamięci wszystkie sytuacje, kiedy trzymałam emocje na wodzy, kiedy uśmiechałam się promiennie, choć mój świat walił się w gruzy, kiedy na złą wiadomość reagowałam optymizmem, śmiejąc się z udawaną zuchowatością, choć powinnam była tonąć we łzach. Za przywilej pielęgnowania ukochanej osoby, która odchodzi z tego świata, trzeba zapłacić wysoką cenę, ale mnie ona nie odstraszyła; tego przywileju nie oddałabym za żadną cenę. Powtarzałam sobie, że na płacz zostanie mi mnóstwo czasu – później. Gdy Patrickowi postawiono diagnozę, wydawało się, że zostały mu ledwie tygodnie życia. Miesiące płynęły, a on żył. Potem, szczęśliwie, minął nam rok. I to jeszcze nie był koniec... Dwadzieścia jeden miesięcy to bardzo długo, jeśli toczy się bitwę o ukochaną osobę z wrogiem takim jak nowotwór. To bardzo długo, kiedy trzeba wciąż trzymać fason, nie upaść na duchu. Teraz stoję po drugiej stronie tej bitwy, wypluta przez los, sama, szukając odpowiedzi na pytanie: jak ja mam dalej żyć? Żar i chłód. W tym momencie żyję między żarem i chłodem. Piszę te słowa w maju 2010 roku, sześć miesięcy po śmierci Patricka, i właśnie teraz, w tym szczególnym momencie, czuję albo pogardę na wspomnienie złych chwil w naszym związku, albo uwielbienie i wdzięczność za chwile dobre. Żar i chłód. Jakby pomiędzy nimi nie było niczego. Dlatego właśnie w tej chwili martwię się, czy moja opowieść o nas, o nim, będzie dostatecznie obiektywna. Chociaż tu i ówdzie, chcąc nie chcąc, na pewno dam się ponieść emocjom, chciał abym opowiedzieć w miarę dokładnie o tym, co się naprawdę stało, jaki naprawdę był Patrick, jaka byłam ja i kim teraz jestem. Bo, wierzcie mi, jestem dziś innym człowiekiem. Zahartowanym przez ogień, do którego mnie wrzucono. Pozbawionym tych wszystkich przyjemnych rzeczy, które chroniły mnie przed światem i przed samą sobą. Czuję się opuszczona i trudno mi z tym żyć. Rozglądam się wszędzie za tratwą ratunkową, ale nigdzie jej nie znajduję. Nie mam kotwicy, trzymającej mnie w jednym miejscu. Ani żadnych złudzeń, poprawiających samopoczucie. Mimo to jestem człowiekiem z krwi i kości, prawdziwym, obolałym wprawdzie od zmagania się z coraz bardziej rwącym strumieniem, który muszę pokonywać sama, bez męża... ale wciąż człowiekiem prawdziwym. A skoro tak, nie jestem jeszcze całkiem bez szans. Oj, niedobrze; nie tak powinna zaczynać się książka, cóż... chyba akurat mam dziś dzień gniewu, jeden z tych, które mnie co jakiś czas nachodzą, odkąd straciłam Buddy’ego – mojego Kumpla („Buddy” to od niepamiętnych czasów przydomek Patricka). A poza tym... chyba jest mi bardzo smutno. Miałam nadzieję, tak sądzę, że moje życie z Patrickiem pięknie zapakuję i ozdobię uroczą kokardką. Że tak je zapamiętam. Patrząc z dystansu. Jeśli zatem wydam się tutaj nieco zgryźliwa, proszę to potraktować tylko jako próbę spojrzenia z dystansu na zdarzenia, które będę opisywać. Jakkolwiek niefortunnie to zabrzmi, zdaję sobie również sprawę z tego, że moja uszczypliwość jest też próbą znieczulenia się na stratę ukochanej osoby. Ponieważ... kiedy mówię o Patricku (tak jak teraz to robię)... bardzo za nim tęsknię. Okropnie. Ogarnia mnie tęsknota tak bezbrzeżna, że nie wiem, czy przeżyję następną sekundę. Przepraszam na chwilę... 

 

... już dobrze.

 

Ta sekunda minęła, przetrwałam, wchodzę w następną. W taki oto sposób udaje się nam przejść przez kolejne chwile załamania w naszym żalu i smutku. Tę i następną, po jednej. Tylko tak. Teraz chcę mówić o nim. O Patricku takim, jaki był tu, na tej ziemi. O moim cudownym mężczyźnie. Chcę o nim opowiedzieć, zanim za bardzo się oddalę od naszej historii, zanim zapomnę, jak naprawdę wyglądały dwa ostatnie lata naszego wspólnego życia. Bo przecież w końcu zapominamy. Rzeczywiste jest tylko to, czego doświadczamy tu i teraz. Później, w miarę upływu czasu, staje się jedynie wspomnieniem, opowieścią o tym, co kiedyś się wydarzyło.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy