Mistrz - Katarzyna Michalak erotycznie

Autor: slk
News - Mistrz - Katarzyna Michalak erotycznie

Bestsellerowa polska pisarka, Katarzyna Michalak, znana z delikatnych powieści dla kobiet, napisała książkę zupełnie nową i bardzo nią zaskoczyła wszystkich swoich fanów… 

 

Mistrz to pierwsza część Serii z tulipanem wydawnictwa Filia, otwierająca cykl: Polskie autorki - zmysłowo i erotycznie. To sensacyjna powieść tylko dla dorosłych, pełna erotyzmu, namiętnych scen, nie przekraczających jednak granic dobrego smaku. Jest w niej wszystko, czego szukają miłośnicy gatunku: zbrodnia, tajemnica, intensywne relacje między bohaterami i bardzo gorąca atmosfera

 

Zapraszamy do lektury prologu i pierwszego rozdziału powieści:

 

Jeden dzień może zmienić wszystko,

ale czasem jedna noc zmienia jeszcze więcej.

 

 

 

PROLOG

 

Dziewczyna była niesamowita! Dokładnie taka, jakiej zleceniodawca potrzebował, taka, jaką zamówił: piękna, młoda, bystra i… chętna. O tak, widać było po sposobie w jaki splata długie, opalone nogi, w jaki oblizuje niby mimochodem pełne usta, pociągnięte odważną pomadką, w jaki przechyla głowę, by kosmyk włosów barwy dojrzałego kasztana spadał zalotnie na czoło i wreszcie… jak przyszła na to spotkanie ubrana – mógłby przysiąc, że pod obcisłą sukienką nie ma majtek, bo stanika nie miała na pewno – po tym wszystkim był pewien, że jest urodzoną uwodzicielką, choć wbrew pozorom nie dziwką. Co do tego również nie miał wątpliwości: pochodziła ze zbyt dobrej rodziny i otrzymała zbyt dobre wykształcenie, by się puszczać za pieniądze.

 

Poprawiła się leniwym ruchem na krześle, założyła noga na nogę dokładnie tak jak Sharon Stone w pewnym znanym filmie i zyskał pewność: nie miała majtek. Mimo że panował nad sobą w stu procentach, teraz musiał przełknąć ślinę i poprawić krawat.

Uśmiechnęła się leciutko. W jej zadziwiających oczach, barwy ni to zielonej ni niebieskiej, okolonych długimi, gęstymi rzęsami, ujrzał politowanie, nie pasujące do tak młodej osoby. Żachnął się w duchu, podniósł jej CV i zagłębił się w lekturze. Czekała, nadal unosząc kącik ust w uśmiechu, w pełni świadoma, że on nie szuka ani sekretarki, ani pomocy domowej.

- Do czego jest pani zdolna się posunąć, by osiągnąć cel? – zapytał, nie podnosząc oczu znad zadrukowanych kartek.

- A czego pan oczekuje? – ten bezczelny uśmieszek i prowokacyjny ton.

- Pozwoli pani, że ja będę zadawał pytania. – Zmarszczył brwi, choć wiedział, że jej tym nie zdeprymuje. – Zadanie jakie chciałbym pani powierzyć jest wyjątkowo delikatne.

- Tak delikatne jak to, co ma pan między nogami?

Wciągnął głośno powietrze. Była… bezczelna i arogancka! Nie takiej dziewczyny poszukiwał zleceniodawca! Ten, którego obrano za cel przejrzy natychmiast zbyt jawną prowokację! Chociaż… obiekt był stuprocentowym mężczyzną, samcem, a ta młoda samica była doprawdy grzechu warta. Obrzucił dziewczynę uważnym spojrzeniem, tym razem oceniając ją nie jako facet, a jako pracodawca - może od początku tak powinien na nią patrzeć - i pokręcił wolno głową.

Uśmieszek znikł.

- Nie, jednak nie mam pani nic do zaproponowania. Dziękuję za poświęcony mi czas.

Wstał i wyciągnął do dziewczyny rękę. Ta wstała również. Poważna i skupiona. I nagle, bez tych uśmieszków i prowokacyjnych spojrzeń wydała się słodka i niewinna. Dokładnie taka, jak trzeba.

- Panie Robercie, ja mam wiele twarzy. Jestem dobrą aktorką. Potrafię wpasować się w każdą rolę, jaką mi pan wyznaczy – powiedziała cichym, ale pewnym głosem.

Długo mierzyli się spojrzeniem, wreszcie on kiwnął głową. Usiedli z powrotem po obu stronach dębowego biurka.

- Obiektem pani działań byłby ten człowiek – przesunął ku dziewczynie zdjęcie.

Ujęła je w dwa palce. Oooch! Mężczyzna na fotografii był piękny, po prostu piękny! Cudne męskie ciacho do schrupania! Odetchnęła w duchu, bo już zaczęła się obawiać, że ma uwieść jakiegoś obleśnego starucha…

- „Raul de Luca” – przeczytała półgłosem podpis z drugiej strony fotografii. – Francuz?

- Jego ojciec był Francuzem.

Andżelika uśmiechnęła się szeroko. Miłość francuska… miodzio, po prostu miodzio!

Ale jej rozmówca był poważny.

- Proszę się tak nie cieszyć. On jest bystry i inteligentny. W sekundę odkryje każdy podstęp. Nie wystarczy wskoczyć mu do łóżka. Musi go pani w sobie rozkochać i zyskać jego zaufanie, a to nie będzie łatwe.

- Myślę, że dam sobie radę – odparła.

- Chciałbym, żeby zdała sobie pani sprawę, jak niebezpieczny jest to człowiek…

- Podejrzewam, że nie zajmuje się hodowlą kotów – brzmiało to żartobliwie, ale przez twarz mężczyzny nie przemknął nawet cień uśmiechu.

- Bez skrupułów zniszczy każdego, kto mu w jakikolwiek sposób zagrozi. Fizycznie zniszczy – nie chciał użyć słowa „zabije”, by jej nie wystraszyć.

Skinęła tylko głową.

- Jeżeli sprosta pani zadaniu, wynagrodzenie będzie co najmniej zadowalające.

- To znaczy?

Na odwrocie zdjęcia napisał liczbę, która rzeczywiście była z a d o w a l a j ą c a. Teraz to dziewczyna musiała wciągnąć powietrze. Ile ciuchów sobie za to kupi! Ile kosmetyków! Wystarczy jej na to forsy do końca życia!

- Biorę to zlecenie. – Zdecydowanym ruchem sięgnęła po zdjęcie i w następnej chwili uczyniła coś, czym mu zaimponowała: wyciągnęła zapalniczkę i podpaliła fotografię wraz z ceną za „usługę”, trzymając za rożek dotąd, aż płomień zaczął parzyć w palce.

Rozparł się na fotelu, patrząc na swą nową podopieczną z prawdziwą satysfakcją. Odpowiedziała swym irytującym, bezczelnym uśmieszkiem.

- Czy może pani, droga Andżeliko, na dobry początek zaprezentować swe umiejętności?

- Oczywiście.

Wstała, obeszła biurko, uklękła między jego kolanami i sięgnęła do rozporka, jednym ruchem smukłej dłoni uwalniając nabrzmiałą, gotową do działania męskość. Uśmiechnęła się, wymruczała z zadowoleniem: - Jak ja to lubię… - i bez zbędnych ceregieli wzięła członek w usta, po czym zaczęła z dużym zaangażowaniem pracować językiem i karminowymi od pomadki wargami.

 

 

RODZIAŁ I

 

Sonia szła szybko pustymi ulicami Warszawy, mając duszę na ramieniu i oczy dookoła głowy. Dochodziła północ i nie była to pora odpowiednia do spacerów po parku. Nawet za dnia był miejscem spotkań podejrzanego towarzystwa, co dopiero w nocy… Ale przecież musiała się jakoś dostać do domu! Taksówka, na którą szarpnęła się w chwili rozpaczy, jak na ironię zepsuła się przecznicę wcześniej. Na przystanku nocować przecież nie będzie!

Przyspieszyła kroku. Teraz najgorsze: biegnące pod skrzyżowaniem przejście podziemne, którego zawsze się obawiała…

Zbiegła pod schodach. Jarzeniówki na suficie dawały mdłe światło, ale jakieś dawały - w zeszłym tygodniu panowały tu egipskie ciemności i Sonia nie odważyła się zejść do podziemi, musiała przez to nadkładać drogi o dobre paręset metrów.

Szła szybko, przyciskając do boku mały plecak. Adidasy nie wydawały dźwięku. Na szczęście nie musiała nakładać dziś szpilek, bo teraz, w tym tunelu, ich stukot przyprawiłby dziewczynę o zawał serca.

Była w połowie drogi, gdy… zwolniła kroku.

Ktoś zbiegał po schodach! Mężczyzna! Facet w pustych podziemiach o północy!

„Idź, jak gdyby nigdy nic. Z jednym dasz sobie radę” – zapewniła w myślach siebie samą.

Tamten na szczęście nie wydawał się nią zainteresowany. Biegł ku drugiemu krańcowi tunelu, nie posławszy dziewczynie ani jednego spojrzenia. Zupełnie, jakby go ktoś gonił.

Nagle stanął.

Sonia stanęła również, czując serce podchodzące do gardła: po schodach naprzeciw niej zbiegało właśnie jeszcze czterech. Czterech drabów w rozpiętych czarnych marynarkach, wyglądających na… Nie miała chęci ani czasu zastanawiać się, czy bardziej wyglądają na tajnych agentów, czy na eleganckich bandytów, bo za jej plecami rozległ się stukot butów. Jeszcze czterech!

I ona, i ten, który im uciekał znaleźli się w potrzasku!

Milion myśli przeleciało dziewczynie przez głowę. Ukryj się! – to była najważniejsza. Tylko gdzie? Rozejrzała się po pustym tunelu z rozpaczą w oczach, natykając się na wzrok uciekającego.  Chciał coś powiedzieć. Otworzył usta, ale nagle zrezygnował i wyszarpnął zza poły marynarki pistolet. Oczy Soni zogromniały.

Mężczyzna spojrzał gdzieś ponad jej ramieniem i rzekł mocnym, zabarwionym sarkazmem głosem:

- Wygrałeś Raul. Ale nie do końca.

Przyłożył lufę do skroni i nacisnął spust.

Sonia krzyknęła dziko, widząc tryskającą na ściany krew i strzępki mózgu.

Uciekać!! – coś zawyło w jej umyśle.

Rzuciła się w tył.

I stanęła.

Nadchodzili niespiesznie, krok za krokiem, z bronią wycelowaną właśnie w nią. Obejrzała się do tyłu. Tamci czterej zmierzali ku niej także. I też trzymali gotowe do strzału pistolety.

Panika kazała jej uciekać mimo to. Obiegła kolumnę, podpierającą strop, oparła się o nią plecami, zacisnęła powieki i osunęła do klęczek, w dziecinnej naiwności sądząc, że gdy zamknie oczy i skuli się niczym embrion - zniknie. Oni jej nie znajdą. Siadła, objęła rękami kolana i opierając na nich głowę załkała bezradnie.

- Bierzcie ją – padł rozkaz.

Bez oporu dała się postawić na nogi. Dwóch trzymało ją za ramiona, trzeci stał przed nią, pozostali gdzieś zniknęli.

Czuła, że za chwilę umrze. Oni zastrzelą ją jak psa, potem zakopią w lesie i nikt się o tym nie dowie. Nikt jej nie znajdzie…

I to – świadomość, że zniknie ot tak, jak zdmuchnięty płomień świecy - sprawiło, że zebrała się w sobie, uniosła głowę i spojrzała śmierci w oczy. Ta miała oczy czarne i bezwzględne.

- Kto cię przysłał? – pytanie dotarło do otępiałego umysłu dopiero po dłuższej chwili.

Zamrugała, zaskoczona tymi słowami.

Kto mnie przysłał? Kto mógł mnie przysłać? – spojrzała w bok, szukając dobrej odpowiedzi, ale szarpnięcie za włosy unieruchomiło jej głowę. Zmusiło, by patrzyła czarnookiemu mężczyźnie prosto w oczy.

- Kto cię przysłał? – powtórzył niskim, dźwięczny, głosem, w którym brzmiała śmiertelna groźba.

W innych okolicznościach i ten głos i pytający wydaliby się Soni niebywale pociągający: mężczyzna był nie tyle przystojny, co wręcz piękny – każda kobieta, bez wyjątku, marzyłaby o paru chwilach w jego towarzystwie - teraz jednak miał w sobie tyle uroku, co atakujący grzechotnik i Sonia pragnęła jednego: znaleźć się jak najdalej od niego.

- Powiesz tu i teraz, czy mam cię zmusić? – Czarne oczy zwęziły się w szparki, uniósł broń i przystawił lufę do czoła dziewczyny. Zachłysnęła się oddechem i zaczęła wyrzucać z siebie potok słów:

- Nikt! Proszę! Wracałam do domu! Z treningu! Zginął mi plecak, szukałam go… I spóźniłam się na autobus. A taksówka zepsuła się, o tam, za skrzyżowaniem. Musiałam… Zbiegłam tutaj. I ten człowiek! I wy! I pan! A potem on! Strzelił sobie w głowę! Nie chciałam uciekać, ale… Proszę mi wierzyć! Nic nikomu nie powiem, tylko puśćcie mnie! Ja…

Puścił ją. Rzeczywiście zrobił to, o co błagała. Uwolnił włosy dziewczyny, trzymane dotąd pełną garścią, i odepchnął jej głowę tak silnie, aż uderzyła o ścianę.

- Przeszukaj ją – rzucił do stojącego obok mężczyzny, posturą i wyrazem twarzy przypominającego goryla.

Ten schował broń do kabury pod marynarką i bezceremonialnie obmacał dziewczynę, szczególnie pilnie szukając tego czegoś między jej nogami. W następnej chwili wyrwał z jej objęć plecak i wysypał całą zawartość na ziemię. Klęknął. Portfel ze skromną zawartością nie wzbudził zbytniego zainteresowania, ale już notes owszem. „Goryl” uniósł brwi, wyciągnął zza skórzanej okładki małą płaską paczuszkę, skoczył na równe nogi i… strzelił dziewczynę na odlew w twarz.

Krzyknęła, łapiąc się za policzek. Z rozciętej wargi popłynęła krew.

- Nic nie wiesz?! Nikt cię nie przysłał?! – wrzasnął, machając jej przed oczami paczuszką. – Patrz, szefie, Złoty Pył. – Rzucił czarnookiemu znaleziony przedmiot i zamierzył się powtórnie, ale tamten chwycił go za nadgarstek.

- Na razie wystarczy.

„Goryl” prychnął niezadowolony – widać lubił bić. Sonia odetchnęła cichutko, unosząc drżącą dłoń do policzka. Czarnooki spojrzał na nią równie zimno, co na tamtego.

- I tak powiesz wszystko, co chcę wiedzieć – stwierdził. – Paweł, ciało do bagażnika, ją… - urwał, zmierzył dziewczynę od stóp do głów lodowatym spojrzeniem. – Z nią pogadam po drodze. Sprzątnijcie tutaj – rzucił do „goryla”, po czym odwrócił się na pięcie i, sięgając po telefon, ruszył w kierunku schodów.

Jeden z mężczyzn, nazwany Pawłem, pochylił się nad zwłokami tego, który nie zdołał uciec, sięgnął do wewnętrznej kieszeni jego marynarki, wyjął portfel a z niego dokumenty. Sonia poczuła jak żółć podchodzi jej do gardła. Jęknęła mimowolnie, odwracając głowę.

- Takaś delikatna? – mruknął. – Było go nam nie wystawiać…

Wstał, zacisnął palce na ramieniu dziewczyny i pociągnął ją za sobą. Nie próbowała stawiać oporu. Nawet przez myśl jej to nie przeszło. Bała się tak strasznie, jak jeszcze nigdy w życiu. Nawet w dniu, gdy dwa lata temu do drzwi zapukało dwóch policjantów, nie była tak przerażona, jak teraz.

Wyprowadził ją na zewnątrz. Zdążyła spojrzeć oczami pełnymi łez w rozgwieżdżone niebo, gdy wepchnął ją do zaparkowanej nieopodal limuzyny. Drzwi trzasnęły cicho. Otarła oczy wierzchem dłoni i zamarła. Naprzeciw siebie znów miała mężczyznę o oczach czarnych jak śmierć. Siedział rozparty wygodnie i patrzył wprost na nią.

Samochód ruszył z piskiem opon. Ostro wzięty zakręt rzucił dziewczyną o drzwi. Szczęknęła automatyczna blokada.

- To dla twojego bezpieczeństwa. Za nic nie chcę, byś wypadła i zrobiła sobie krzywdę – zakpił i ta kpina dobrze na Sonię podziałała. Usiadła wyprostowana i rzuciła mężczyźnie niemal wyzywające spojrzenie.

- O, to już lepiej – uniósł kącik ust w uśmiechu, który jednak nie sięgnął oczu. – Może teraz porozmawiamy spokojnie i bez histerii na interesujący mnie temat. Więc…

- Wiem, wiem – przerwała mu gniewnie. – „Kto mnie przysłał”. Powiem to panu, a przynajmniej będę się starała: ja jestem nikim. Nikim ważnym, przynajmniej dla pana. Studiuję biologię molekularną na uniwersytecie, po zajęciach chodzę na taekwondo. Wracałam właśnie z treningu, gdy…

- Czy wiesz, co my z tobą zrobimy? – wpadł jej w słowo takim tonem, że aż się skuliła.

- Proszę mi wierzyć – wyszeptała drętwiejącymi ustami.

- Kochanie – zaczął ze zwodniczą miękkością – wychodzisz na spotkanie kurierowi, on popełnia spektakularne samobójstwo, po czym ty, jedyny świadek, nie licząc moich ludzi, próbujesz mi wmówić, że nie miałaś z tym nic wspólnego i właśnie tego dnia o północy spieszyłaś po treningu do domu na kolację z rodzicami?

Sonia cofnęła się, jakby ją uderzył.

- Wszystko by się zgadzało, proszę pana – zaczęła cicho, podnosząc na niego pociemniałe z bólu oczy - oprócz tego, że ja nie mam rodziców. Dwa lata temu zginęli w wypadku.

Zapadła cisza, podczas której on lustrował uważnie twarz dziewczyny. Wytrzymała jego spojrzenie.

- Nie znam człowieka, który się zastrzelił. Prawdę mówiąc w tym mieście nie znam nikogo. Miesiąc temu przyjechałam na studia. Mieszkam sama w wynajętej kawalerce. Możecie mnie zabić i nikt po mnie nie zapłacze. – Odwróciła twarz do okna, nagle daleka i obojętna.

- Sprawdzimy to – odezwał się półgłosem i niespodziewanie miękkim gestem ujął ją za ramię. Spojrzała nań zaskoczona w momencie, gdy wbijał poprzez materiał jej bluzki igłę. Nim zdążyła się wyrwać, nacisnął tłok strzykawki i narkotyk pomknął żyłami ku sercu dziewczyny, a potem wprost do mózgu.

Zapadła się w rozkołysaną czerń...

 

Balansowała na czubkach palców, z rękami związanymi czarną jedwabną szarfą wysoko nad głową. Włosy lśniąc jak płynne złoto, spływały po nagich ramionach aż do talii. Powiew wiatru wzburzył cienkie zasłony, spływające z sufitu niczym karminowy deszcz. Zafalowały dookoła niej, muskając różowe sutki, delikatne jak płatki fuksji. Opaska z czarnego jedwabiu, która kneblowała jej usta, stłumiła jęk.

On pojawił się znikąd, ale poczuła jego obecność całą sobą. Włoski na karku i ramionach podniosły się, jakby przemknął jej nerwami elektryczny impuls. Biegł od czubka głowy, po palce stóp, na koniec uderzając w samo źródło. Zacisnęła zęby na opasce, by nie jęknąć powtórnie.

On stanął tuż za nią. Odgarnął palącą dłonią włosy z jej karku i pocałował gładką skórę nad obojczykiem. Drugą dłonią zagarnął jej pierś. Zakwiliła, czując jak nogi uginają się pod nią, a podbrzusze zaczyna płonąć dzikim pożądaniem.

Obszedł brankę niespiesznie, stając przed nią i mierząc uważnym spojrzeniem czarnych oczu. Był kompletnie ubrany. W czerń, od stóp do głów.

Nagle zagarnął ją ramieniem, drugą rękę wsunął między jej uda, zanurzając palce głęboko w śliskie ciepło, a ona… ona wygięła się w łuk, pojękując cicho, błagalnie…

 

- Coś ty jej podał?! – Paweł, który na wezwanie szefa przesiadł się do lincolna, patrzył przez parę chwil na wijące się w udręce ciało dziewczyny.

- Złoty Pył – odparł Raul, przytrzymując ją za ramiona, by nie spadła z siedzenia.

- I to tak działa? – W Pawle przeważyła ciekawość lekarza, którym przecież był.

- Nie wiem. Nie sprawdzałem na sobie – odmruknął Raul.

- Może powinieneś? – zażartował lekarz, ale zaraz spoważniał. – Czego ode mnie oczekujesz? Że ją zaspokoję?

Tym razem przez twarz tamtego przemknął cień uśmiechu.

- Że ją przesłuchasz.

- Tutaj? W samochodzie? Nie mogłeś poczekać aż dojedziemy? – spojrzał z przyganą na Raula. Tylko jemu uchodziło krytykowanie szefa na sucho, bo ten lubił jasnowłosego mężczyznę, cenił i ufał mu bez zastrzeżeń. Teraz jednak zgromił go wzrokiem.

- Nie mogłem.

Rzucił polecenie kierowcy i samochód stanął.

- Słuchaj, Raul, ja nie wiem, jak ten narkotyk łączy się z amytalem – mówił o serum prawdy, które miał podać dziewczynie. – Może jej siąść serce…

- To będzie miała przyjemną śmierć. I tak jest już martwa. Zaczynaj.

Paweł pokręcił głową, ale bez dalszych protestów wyjął z lekarskiej torby stazę i zacisnął na ramieniu nieprzytomnej. Wbił się do żyły i podał ściśle odmierzoną dawkę amytalu sodu. Dziewczyna szarpnęła się jak w agonii i opadła na siedzenie lincolna.

 

Ręce, związane w nadgarstkach zaczęły rwać trudnym do opisania bólem, mimo to, a może właśnie dlatego, czuła narastającą rozkosz. Ciało płonęło. Czarnooki mężczyzna zadawał pytanie za pytaniem, trzymając ją jedną ręką za kark, palce drugiej raz za razem zagłębiając w wilgotną, gorącą płeć. Wiła się, zawieszona na wyciągniętych rękach, jednocześnie próbując się uwolnić, jak nadziać na te śliskie od soków palce jeszcze głębiej. Była blisko, tak blisko spełnienia… Ból narastał. Z zakneblowanych jedwabną szarfą ust wydarł się głęboki, gardłowy jęk pełen błagania i udręki.

Ale  o n  bawił się jej ciałem bez litości.

Rozkosz stawała się torturą, ogień zaczynał parzyć, nie było ucieczki od tego ognia i od jego dłoni…

 

Kwadrans później obaj mężczyźni spojrzeli na siebie skonsternowani.

- Ona rzeczywiście nic nie wie. – Paweł podsumował na głos to, czego się dowiedzieli, czy raczej czego się nie dowiedzieli. – Albo zadaliśmy niewłaściwe pytania. Ktoś mógł wysłać ją na spotkanie pod byle pretekstem, do notesu podrzucić Złoty Pył, by kurier mógł ją zidentyfikować i…

- To od początku było zbyt oczywiste – przerwał mu Raul. – Zaginiony plecak, zepsuta taksówka, kurier i działka narkotyku, którego jeszcze nie ma na rynku. Mnie interesuje jedno: dlaczego nasz przyjaciel Artur od razu tę działkę odnalazł. Nie szukał w portfelu, nie szukał po kieszeniach, tylko zajrzał od razu pod okładkę notesu i jak królika z kapelusza wyciągnął to, co nas zainteresuje.

- Podejrzewasz, że Artur pracuje dla kogo innego?

Raul zmierzył pytającego spojrzeniem.

- Ja nie podejrzewam. Ja mam pewność. Co do niej… - Spojrzał na rzucającą się w narkotycznych majakach dziewczynę. – Jeszcze tej pewności nie mam.

- To co z tym fantem zrobimy?

- Poczekamy… Budź ją. Wyspała się wystarczająco. 

 

Obudził ją własny jęk. Całe ciało drżało z szoku. Zęby szczękały jak w febrze. Próbowała unieść pękającą z bólu głowę, ale opadła bezwładnie na skórzane siedzenie samochodu.

- Leż spokojnie – usłyszała głos mężczyzny ze snu i mimowolnie zacisnęła uda.

Nie! Nie rób mi tego! Odejdź! Błagam, nie rób mi krzywdy! – chciała wykrzyczeć, ale nie mogła wydobyć głosu.

Mężczyzna pochylił się ku niej, dotknął zimnego od potu czoła dziewczyny, zajrzał w przerażone oczy i zacisnął palce na jej nadgarstku, mierząc puls, ale Sonia, nadal w ponarkotykowym szoku, zrozumiała to inaczej.

Po policzku spłynęła łza. On ją teraz… on ją…

- Proszę… - zdobyła się wreszcie na szept. – Proszę nie robić mi krzywdy…

Uniósł brwi i zrozumiawszy, czego ona się obawia, pokręcił głową, po czym cofnął się na swoje siedzenie i zapatrzył w mrok za oknem.

Spróbowała usiąść prosto i po kilku próbach, na które on nie zwrócił uwagi, w końcu jej się to udało. Marna to była pociecha, ale mimo wszystko w pozycji pionowej poczuła się lepiej.

Autem zakołysało. Zjeżdżali z asfaltu w polną drogę, by po chwili zagłębić się w las. Sonia po raz kolejny tej nocy zesztywniała z przerażenia.

- Czy pan mnie… - Pytanie nie chciało przejść przez zaciśnięte gardło. - Czy pan mnie zabije? – wykrztusiła wreszcie.

On spojrzał na nią obojętnie.

- Nie jestem mordercą – odparł, a widząc błysk nadziej w oczach dziewczyny natychmiast tę nadzieję zgasił: - Zazwyczaj nie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy