Mroczna kolekcja - premiera i fragment

Autor: slk
News - Mroczna kolekcja - premiera i fragment

Aby odbył się kolejny ślub, trzeba zabić następną pannę młodą. 

 

Agent specjalny Brad Raines musi poradzić sobie z najtrudniejszą sprawą w swojej karierze. W Dover grasuje seryjny morderca, który zaplanował makabryczny orszak weselny i wybrał już swoje ofiary. Czy korzystając z pomocy swojej przyjaciółki, psycholog sądowej Nikki Holden, i Paradise, pacjentki ośrodka dla chorych psychicznie, Raines znajdzie go, zanim będzie za późno? Wciąż jest krok za mordercą, który ma nad nim wielką przewagę - wierzy, że działa z polecenia samego Boga. Kiedy jednak kolejną ofiarą psychopaty staje się ktoś bliski Rainesowi, ten zrobi wszystko, by dopaść mordercę. 

 

Mroczna kolekcja to jedna z najnowszych powieści Teda Dekkera - mistrza thillerów psychologicznych, bestsellerowego autora "New York Times'a". Zapraszamy do udziału w konkursie, który poświęcony jest tej właśnie powieści, zapraszamy też do lektury jej wciągającego fragmentu:  

 

Dziękuję, detektywie. Zajmiemy się sprawą. Agent specjalny FBI, Brad Raines, stał w przestronnym przejściu niewielkiej stodoły i przyglądał się spowitemu w mroku pomieszczeniu. Zachodzące słońce padało na starą drewnianą podłogę, pokrytą warstwą kurzu z licznymi śladami butów. Promienie światła przenikały przez pęknięcia w zapadającym się dachu. To miejsce było od dawna opuszczone. Typowy wybór mordercy.

– Nie chcę się narzucać, agencie Raines, ale moi ludzie są na miejscu – odpowiedział detektyw. – Mogą zebrać materiał dowodowy.

– Ale tego nie zrobią, detektywie Lambert. Raines powoli obrócił głowę, chłonął wszystkie szczegóły. Jedno prostokątne pomieszczenie o wielkości mniej więcej

pięć na dwanaście metrów, pokryte blaszanym dachem. Ściany wewnętrzne sklecone z poszarzałych drewnianych desek o szerokości około piętnastu centymetrów. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści, trzydzieści dwie po węższej stronie. Niecałe pięć metrów,

tak jak się spodziewał. Dwie łopaty i widły na podłodze po prawej. Jedno okno z brudnymi, zaplamionymi szybami, porośnięte pustymi pajęczynami.

W rogu stało zakurzone drewniane wiadro. Jego zardzewiały uchwyt pokryty był warstwą brudu. Kilka starych, poplamionych rdzą blaszanych puszek leżało rozrzuconych po podłodze – groszek marki Giant, z prawie całkowicie zdartą etykietą, parówki Heinza.

Pewnie zostawił je tu jakiś turysta. Obok sąsiedniej ściany leżał stary pług. Jeszcze starszy stół roboczy stał po lewej, niedaleko przeciwnej

ściany. Właściwie nic szczególnego. Gdyby nie to, co sprowadziło tutaj Brada.

 

Ciało kobiety było przytwierdzone do ściany po lewej, ramiona miała rozpostarte, nadgarstki zwisały luźno. Tak jak u trzech poprzednich ofiar.

– …komisarza Lorenzo o zezwolenie. – Głos detektywa wdarł się w jego myśli. Lambert ciągle tu był. Brad spojrzał przez lewe ramię na Nikki Holden, świetną psycholog sądową, która przyglądała się ciału kobiety ogromnymi błękitnymi oczami. Uchwyciła jego spojrzenie, mówiące „pozbądź się gliny” i zwróciła się do detektywa Lamberta. Brad wrócił do oględzin.

– Przykro mi, detektywie – powiedziała rzeczowo – ale na pewno pan rozumie naszą sytuację. Proszę dać mojej ekipie parę godzin. Jeżeli to nie nasz podejrzany, dowie się pan o tym pierwszy. Policja bardzo nam pomogła.

Brad spojrzał w górę, żeby ukryć pojawiający się na jego twarzy uśmiech. Jedna z krokwi była pęknięta, a spod szarawego wierzchu przezierało jaśniejsze, brązowe drewno. Świeże złamanie.

– Nie podoba mi się to – powiedział Lambert. – Żebyście wiedzieli.

Brad oderwał na chwilę wzrok od miejsca zbrodni i uśmiechnął się do policjanta.

– Dziękuję, detektywie. W tej robocie jest wiele spraw, które mogą nam się nie podobać. Gdyby pana ludzie mogli zabezpieczyć teren, bylibyśmy wdzięczni. Nasza ekipa kryminalna niedługo tu dotrze. Lambert przez chwilę patrzył mu w oczy, a następnie odwrócił się i odezwał do stojącego za nim mężczyzny:

– Okej, Larry, odwołaj śledczych, sprawa należy teraz do FBI. Powiedz Billowi, żeby zabezpieczył i obstawił teren. Larry zdusił przekleństwo i wyrzucił źdźbło słomy, które wyjął spomiędzy sterty starego drewna. Biały, nieoznakowany van przejechał przez żółtą taśmę odgradzającą i powoli, skrzypiąc, toczył się po żwirowym podjeździe. Dotarcie na miejsce

zbrodni, nieco na południe od West Dillon Road, zajęło ekipie kryminalnej godzinę. Jechali z lokalnego biura przy Stout Street w centrum Denver. Na tym pustym polu w Louisville musiała być kiedyś farma, usytuowana ponad trzydzieści kilometrów od Denver wzdłuż autostrady Denver Boulder Turnpike. Brad spojrzał na Nikki.

– Powiedz, żeby zaczęli na zewnątrz – rzucił kategorycznym tonem. – Niech nam dadzą chwilę. Jak przyjedzie Kim, to przyprowadź ją tutaj. Kim Peterson, patolog sądowa, miała ocenić obrażenie ciała ofiary. Nikki bez słowa ruszyła w kierunku vana. Brad znów skupił się na niewielkiej szopie. Na budzie. Na gnieździe mordercy. Te ściany przypatrywały się zabójcy, gdy metodycznie pozbawiał kobietę życia. Stół przysłuchiwał się jego słowom, gdy wyznawał pasje i lęki w świecie odwróconym do góry nogami przez chore obsesje. Stał się świadkiem błagań o litość. Jęków umierającej ofiary.

 

Uważając, żeby nie nadepnąć na ślady pozostawione w kurzu, Brad wszedł do pomieszczenia i zbliżył się do ściany, do której przymocowane było ciało. Stał, izolując się od gwaru rozmów na zewnątrz. Główna droga była oddalona od wjazdu na farmę o jakieś dwieście metrów. Szum gumy sunącej po asfalcie mieszał się ze szmerem jego oddechu. Wkrótce oba odgłosy zanikły

– Brad całkowicie skupił swoje zmysły na scenie, która rozgrywała się przed jego oczami.

Jej nagi tułów wznosił się, blady, oświetlony pojedynczym promieniem słońca. Wydawało się, że jej ciało jest w magiczny sposób złączone z drewnianą ścianą. Ramiona miała rozciągnięte na boki. Dwie okrągłe belki, które podtrzymywały większą część jej ciężaru, wystawały ze ściany tuż pod jej pachami. Pięty miała złączone, a stopy rozsunięte tak, by tworzyły kształt litery V. Pieczołowicie udrapowany biały, koronkowy welon zakrywał

jej twarz niczym woal panny młodej. Rozciągnięte ciało wywołało w jego umyśle skojarzenia z dziełami sztuki – Wenus z Milo, tysiące różnych interpretacji sceny Ukrzyżowania, rzeźba Nike z Samotraki w Luwrze z marmurową piersią wyprężoną do przodu, jak galion starożytnej łodzi przecinającej Morze Śródziemne. Ale to nie było muzeum. To było miejsce zbrodni, a połączenie okrucieństwa i teatralności bijące z tej sceny wywołało u niego mdłości.

Powoli odzyskiwał zdolność analitycznego myślenia. Była naga, miała jedynie cienkie, bawełniane majtki i welon. Blondynka. Biała. Całą kompozycję stworzono z zachowaniem zasad symetrii. Obie dłonie miały takie samo ułożenie – kciuk stykał się z palcem wskazującym; ramiona i biodra zostały ułożone w pozie doskonałej harmonii.

 

Głowę miała łagodnie przechyloną w lewą stronę, tak że długie, jasne włosy spływały na ramię i podwijały się pod pachami. Przez welon zauważył, że ma zamknięte oczy. Żadnej skazy, żadnej oznaki bólu czy cierpienia, żadnej krwi. Tylko błogosławiony spokój i piękno. Z powodzeniem mogłaby być aniołem na obrazie Da Vinciego lub Michała Anioła. Idealna panna młoda. Brian Jacobs, lat siedemnaście, przyprowadził tu swoją dziewczynę

po szkole i razem znaleźli czwartą ofiarę Kolekcjonera Panien Młodych. W myślach Brad wolał nazywać je aniołami. Przyjrzał się ciału bliżej i poczuł, jak empatia wypełnia jego

duszę. Płaczę razem z tobą, Aniele. Opłakuję cię. Opłakuję każdy kosmyk włosów, który już nigdy nie będzie powiewał na wietrze, każdy uśmiech, którym już nie rozjaśnisz czyjegoś dnia, każde spojrzenie pełne pożądania, które już nigdy nie przyspieszy pulsu żadnego

mężczyzny. Tak bardzo mi przykro.

– Jest piękna – powiedziała Nikki, stając za nim. Przez chwilę poczuł ukłucie żalu, że oderwała go od tej chwili, która połączyła go z kobietą na ścianie. Nikki minęła go ze wzrokiem skupionym na martwej kobiecie, palcami przelotnie dotykając jego ramienia. Oddychała miarowo, choć nieco ciężej niż zazwyczaj. Wiedział, co było przyczyną: w myślach badała ciemne zakamarki umysłu mordercy, przyglądając się jego dziełu.

Bradem targały sprzeczne emocje. Przez moment usiłował przeanalizować całą swą znajomość z Nikki, ale jego myśli się rozpierzchły, gdy ona stanęła obok ofiary mordercy. 

 

Dwie kobiety. Blond anioł unoszący się w powietrzu nad brunetką. Jedna z ramionami rozpostartymi na boki w geście całkowitej rezygnacji, druga z ramionami skrzyżowanymi na piersiach. Jedna prawie zupełnie naga, druga ubrana w błękitną jedwabną

bluzkę, czarny żakiet i spódnicę. „Piękna”, pomyślał.

– Szkoda dziewczyny. – W pokoju rozległ się cichy, lecz wyraźny głos Kim Peterson. Patolog sądowa podeszła do Rainesa, wyjęła z torby parę białych rękawiczek i spytała: – Co

wiemy? Brad wolałby zostać sam na sam z ofiarą. Żałował, że nie miał na to więcej czasu, a teraz szanse na to już minęły.

– Żadnych dokumentów – powiedział. – Godzinę temu znalazło ją tu dwoje nastolatków.

Przez chwilę w ciszy przyglądali się martwej kobiecie.

– Piękna – powiedziała Kim.

– Tak.

– Razem z nią mamy już cztery.

– Na to wygląda.

Patolog stanęła obok Nikki, która w milczeniu przyglądała się ofierze. Kim przyklękła i delikatnie uniosła palce martwej kobiety, by przyjrzeć się podeszwie jej stopy.

– Zanim zacznę wstępne oględziny powiedz nam, co twoim zdaniem tu się stało?

Brad nie był jeszcze gotów. Nie zdążył przeanalizować zebranych informacji. Właściwie nie zdążył nawet niczego zebrać. Niemniej, przypisywano mu niemal nadludzką zdolność do

wyciągania trafnych wniosków na podstawie nawet najbardziej poszlakowych dowodów. Od chwili, kiedy rok wcześniej przeniósł się z Miami do Denver, zdążył rozwikłać trzy poważne

sprawy w regionie Four Corners. Jak na trzydziestodwulatka zdumiewająco szybko piął się po szczeblach kariery. Przełożeni wróżyli mu w niedalekiej przyszłości jakąś dobrą federalną posadę na wysokim stanowisku. W przeciwieństwie do nich jednak, dla niego awans na drabinie zawodowej nie był celem samym w sobie. Kierowała nim zupełnie inna motywacja.

– Mężczyzna. Sądząc po śladach, rozmiar buta jedenaście.

Spędzili tu trochę czasu. Około doby…

– Jak to? – spytała Nikki.

Gdzieś z oddali dobiegły go odgłosy rozmowy między funkcjonariuszem policji a ciekawskim kierowcą. Policjant kazał zmotoryzowanemu gapiowi wrócić na główną drogę. Nagrzany dach stodoły zaczął powoli stygnąć, trzeszcząc przy tym cicho.

– Pachnie tu odgrzewaną fasolą. Był głodny, musiał coś zjeść.

Ale nie znajdziecie puszki. Morderca nie zostawiłby po sobie śladów DNA.

– Żyła jeszcze, kiedy ją tu przywiózł?

– Tak. Zabił ją tak, jak poprzednie. Wykrwawiła się z ran na piętach. Nie walczyła. Większość śladów biologicznych przepadła. Pod tamtym stołem rozłożył płachtę impregnowanego brezentu. Włosy, naskórek, krew, wszystko to zebrał i sprzątnął. Używał minimalnej siły. Podporządkował ją sobie, zastraszył albo otumanił. Leżała bezwładnie, nafaszerowana środkami uspokajającymi, ale jeszcze w pełni świadoma, kiedy znieczulał jej pięty i się w nie wwiercał. Musiał zetrzeć krew ze stołu i podłogi tam, gdzie spłynęła z płachty. Potem zakleił jej rany, podniósł ją i trzymał przypartą do ściany, dopóki klej na jej łopatkach

nie zastygł i nie zawisła nad podłogą. Potem ponownie otworzył rany na piętach i czekał, aż reszta jej krwi spłynie do dziesięciolitrowego wiadra. Wszystko to Brad wywnioskował, analizując ślady na stole i podłodze, okrągłe odbarwienie w kurzu poniżej stóp ofiary,

w miejscu, w którym stało wiadro oraz z faktu, że na ciele kobiety nie było widać siniaków. Dowody stworzyły w jego wyobraźni obraz tak wyraźny, że był w stanie przyjrzeć mu się równie uważnie, co płótnom Rembrandta w galerii.

– Zrobił to z szacunku, nie ze złości.

– Z miłości – dodała Nikki.

Brad skinął głową.

– Z miłości – powtórzył.

– Rany na piętach zakleił taką samą masą, jak rany trzech poprzednich ofiar – powiedziała Kim, wstając. – Z miłości? Co to za miłość?

– Miłość pana młodego – odparł Brad, delektując się brzmieniem tych słów.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy