Nowa powieść Anny Klejzerowicz

Autor: slk
News - Nowa powieść Anny Klejzerowicz

Współczesny Gdańsk. Podczas remontu domu po babce Ewa znajduje ukrytą kopertę, a w niej stary naszyjnik z bursztynem oraz… tajemniczy list. Nagle jej świat całkowicie się zmienia. Kobieta musi odnaleźć swoje korzenie, nie wiedząc, kim tak naprawdę jest ona sama, jej zamknięta w sobie matka, ich przodkowie. Nie wie jeszcze, że nie tylko o rodzinną przeszłość tu chodzi, lecz także o zbrodnię, a zagrożenie jest wciąż realne… Prywatne śledztwo, prowadzone wraz ze znajomym dziennikarzem, odsłania coraz więcej zagadek, niebezpieczeństwo narasta. Ktoś depcze im po piętach.

 

Dwie bliskie sobie kobiety, które od lat nie potrafią się ze sobą porozumieć. Teraźniejszość, która wciąż nie otrząsnęła się jeszcze z mrocznej przeszłości. Miasto naznaczone piętnem historii. Zbrodnia oraz jej konsekwencje. Pułapki uprzedzeń. Rozwiązanie zagadki jest trudne i niebezpieczne, lecz możliwe. Czy jednak możliwe jest naprawienie zła, zadośćuczynienie krzywdom?... Medalion z bursztynem to fascynująca powieść kryminalna z wątkiem historycznym, rodzinnym oraz obyczajowym. To opowieść o przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć. Warto sięgnąć po nową powieść Anny Klejzerowicz. Dziś publikujemy jej premierowe fragmenty: 

 

– Tej staroci chyba trzeba by się pozbyć. – Andrzej wzruszył ramionami, przyglądając się niewielkiej starej komodzie w rogu pokoju, zaśniedziałej i pokrytej kurzem. – Do niczego się już raczej nie nada, a piękna nie jest. Żaden antyk. Co myślisz? 

 

Ewa rzuciła okiem i też wzruszyła ramionami. 

– To może wystaw ją koło śmietnika? Może ktoś się skusi. Zawsze mi szkoda starych mebli. 

– Mnie też, ale nie możemy zatrzymać tej całej graciarni. Ta szafka to naprawdę szmelc. Okej, wystawię ją. Komuś się pewnie przyda, choćby na opał.

– Dobra, ale najpierw trzeba ją przejrzeć i opróżnić. Weźmiesz się za to? Ja bym dokończyła z tym kredensem… 

 

Przeciągnęła się i westchnęła. Już od dwóch godzin kucała przy szufladach i selekcjonowała komplety sztućców. Chryste, ileż można było tego nagromadzić! Ale co niektóre warte były grzechu. Znalazła nawet ozdobne srebrne zastawy, co prawda w fatalnym stanie, ale da się to odnowić. 

– Jasne – odparł jej mąż. – Rób swoje, dam sobie radę. A ten kredens zostawiamy? 

– Kredens tak! Kocham go od dziecka. Zresztą zobacz, może to żaden cud, ale to przedwojenny gdański mebel. Spójrz na te rzeźbienia. Są piękne. 

– Ale straszny z niego grzmot… 

– To duże mieszkanie. Pasuje tu. 

– Przecież i tak zamierzamy je sprzedać?

 

Zawahała się. 

– Jeszcze nie jestem zdecydowana. – Przysunęła sobie karton. – Nie wiem. Mam sentyment. Może warto je trzymać dla Kacpra? Wynająć? Jest w świetnym punkcie. 

– No właśnie. Jest sporo warte. A nam się nie przelewa – upierał się. – Kacper ma dopiero czternaście lat. 

– Aż czternaście! – Roześmiała się. – Prawie piętnaście. Zastanowimy się jeszcze. Nie decydujmy pochopnie, okej? 

 

Zajęli się każde swoją robotą. 

 

Ewa odziedziczyła to mieszkanie po babci prawie rok temu i dopiero teraz zebrali się w sobie, by się nim zająć. Wcześniej jakoś nie było okazji, czasu, pieniędzy… Poza tym oboje z Andrzejem czuli się głupio, bo w zasadzie scheda po babce należała się Halinie, matce Ewy, obecnie emerytowanej nauczycielce. Matka jednak odmówiła przyjęcia spadku i uparła się, by przepisać mieszkanie na córkę. Córkę, z którą i tak od lat prawie nie utrzymywała kontaktów. Nie dlatego, że coś je poróżniło. Nic z tych rzeczy. Halina po prostu taka była: zimna, milcząca, nieczuła, wyobcowana. Cała rodzina od zawsze uważała ją za dziwaczkę. Dawniej Ewa – szczególnie gdy była nastolatką – próbowała usilnie zbliżyć się do matki. Potem jednak zaakceptowała stan rzeczy i poniechała tych prób. Wychowywała ją babka. To ona była dla niej matką, ojcem, najbliższą osobą. Od wczesnego dzieciństwa. Halina nie miała bliższych więzi z nikim. Nawet z własną matką, czyli babką Ewy. Żyła samotnie na uboczu, bez rodziny, przyjaciół. Bez partnera. Ojca Ewa nigdy nie poznała. Nigdy się nią nie interesował, choć niby formalnie uznał ojcostwo i płacił na nią symboliczne alimenty aż do czasu, gdy dziewczyna ukończyła studia w wyższej szkole plastycznej. Ona także nigdy nie próbowała go poznać. Taka była umowa – jak poinformowała ją matka, gdy Ewa miała sześć lat. Dziewczynka zaakceptowała ten fakt i tak już zostało. Wkrótce po tym, gdy skończyła studia, ojciec – o ile w ogóle można go tak nazwać – zmarł, o czym dowiedziały się po dwóch latach. Przyczyną śmierci była podobno nagła choroba. Jaka? Ewa nie dociekała. Matka wypowiadała te słowa z cynicznym uśmieszkiem na ustach. 

 

Więc gdy w końcu zdecydowała się przejąć odziedziczone mieszkanie przy Jaśkowej Dolinie we Wrzeszczu – tylko dlatego, że w nim się wychowała, choć nie było to może najradośniejsze dzieciństwo – upłynął niemal rok. Był to czas bicia się z myślami. 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy