O szczęściu bez pieniędzy

Autor: slk
News - O szczęściu bez pieniędzy

Od pucybuta do milionera – tę ścieżkę znamy bardzo dobrze. Ewie i Markowi, bohaterom Cudzych jabłek przyszło jednak pokonać drogę o wiele trudniejszą. Żyli dostatnio, nie brakowało im na prywatną szkołę dla córki Poli, zagraniczne wypady w środku roku, ogrodnika, sprzątaczkę. Mieli dwa samochody, dom i basem w ogrodzie. Nigdy nie mieli poczucia, że żyją rozrzutnie, że trwonią pieniądze. A jednak… Gdy długo przygotowywany nowy interes Marka wziął w łeb, zer na koncie zaczęło ubywać, a oczekiwany kredyt nie przychodził, musieli zmienić swoje spojrzenie na życie i… zakasać rękawy. Co za ironia! Jedyną pracą dostępną "od zaraz" dla niedoszłej pani psycholog okazało się… sprzątanie. Markowi nie poszło dużo lepiej. Czy uda im się ocalić związek? Czy potrafią jeszcze patrzeć na siebie bez wyrzutu, jak przed laty, gdy pieniądze nie miały znaczenia? Jak bardzo zmienia się życie, gdy ubywa zer na koncie?

 

Cudze jabłka to mądra, wzruszająca i jednocześnie zabawna książka o tym, że kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy za pieniądze, których nie mamy, aby imponować ludziom, których nie lubimy. Warto sięgnąć po nową powieść Agnieszki Krakowiak-Kondrackiej. Poleca ją Wydawnictwo Literackie, a dziś macie okazję przeczytać premierowy fragment książki. Możecie go także odsłuchać w serwisie Soundcloud - klik! 

 

Patrycja

 

Po kolejnym kursie do Sokoliny, gdzie wypakowała pudła, wróciła do Warszawy i zaskoczona zauważyła, że drzwi jej mieszkania są otwarte. W środku krzątała się sprzątaczka, pani Ania. Ewa zdenerwowała się na własną bezmyślność. Cholera, jak mogła zapomnieć odwołać to sprzątanie?! Pani Ania wyciągała z dużej torby środki do czyszczenia.

 

— Skończyły się płyn do mycia prysznica i płyt do nierdzewki, kupiłam, zwróci mi pani. Od czego zaczynamy? Salon? Może pani iść do fryzjera albo na paznokcie.

 

Ewa najczęściej mijała się z panią Anią w drzwiach. Nie żeby jej unikała. Nie chciała, żeby tamta uważała, że patrzy jej na ręce, no i czuła się bardzo skrępowana, kiedy obca kobieta myła jej łazienkę. Na początku przed każdym generalnym sprzątaniem sama doprowadzała do porządku sedesy i zlewy, żeby nie wzięto jej za brudasa. Mama kazała jej jednakowo szanować i profesora i sprzątaczkę.

 

Ale teraz, patrząc na rachunek za chemikalia, dyskretnie pozostawiony przez panią Anię, przemknęło jej przez myśl, czy ktoś tu nie chce jej jednak oskubać? Osiemdziesiąt złotych?! Za dwa płyny?! 

 

Pani Ania właściwie odczytała przedłużające się milczenie swojej pracodawczyni.

 

— Niemieckie środki, mają duże stężenie chemii, nie to, co nasze. Jak pani nie ma gotówki, to pan Marek zrobi mi jak zwykle przelew. Razem trzysta osiemdziesiąt, bo umyję dziś okna.

 

Ewa w panice podliczała… Prawie cztery stówy? To tyle, ile wystarczy na zatankowanie obu samochodów… Popatrzyła na panią Anię, która już stawiała drabinę przy oknie i szykowała się do walki z brudem. Ewa też postanowiła być waleczna. Przecież walczyła o swoje.

 

— Pani Aniu — czy nie obrazi się pani… — zaczęła, odchrząkując. Pani Ania już ze szczytu drabiny taksowała ją wzrokiem. Ewa odchrząknęła. — Czy nie obrazi się pani, gdybyśmy odwołali dzisiejsze sprzątanie? Przepraszam, powinnam była wcześniej panią zawiadomić, ale… wyprowadzamy się i wypadło mi to z głowy.

 

Pani Ania intensywnie analizowała sytuację.

 

— Szkoda, że pani nie pamiętała. Musiałam wykreślić z grafika profesora Kiciaka, żeby się do pani tu pofatygować.

— Przykro mi. — Ewa znowu odchrząknęła. — Może teraz pani do niego pojedzie…

 

Pani Ania ze szmatą przewieszoną przez ramię schodziła z drabiny niczym ognisty anioł. Wydawała się urażona. Ewa sięgnęła do szufladki, gdzie Marek zostawiał jej pieniądze na bieżące wydatki. Znalazła banknot stuzłotowy.

 

— Niestety, nie mam wydać. — Rozłożyła ręce w bezradnym geście pani Ania, biorąc pieniądze. — Odliczy mi pani przy następnym razie.

 

Po wyjściu sprzątaczki Ewa próbowała samą siebie przekonać, że zachowała się rozsądnie. Lepiej stracić sto złotych niż trzysta osiemdziesiąt. Po chwili oprzytomniała — przecież potrzebowała tych pieniędzy na basen dla Poli.

 

Nagle coś sobie uświadomiła. Skoro sprzątaczka pani Ania jest w stanie zarobić trzysta złotych w jeden dzień, to czemu ona, bezrobotna dotąd pani Dragon, nie miałaby podjąć sensownej pracy. Jak mogła wcześniej się tym nie zainteresować? Praca leży na ulicy, a ona tu zajmuje się biadoleniem i czarnowidztwem, zamiast wziąć sprawy w swoje ręce (…).

 

Rozentuzjazmowana Ewa nie mogła usiedzieć w miejscu. Tak, trzeba nauczyć się żyć inaczej. Choćby to sprzątanie. Jak mogła tyle na nie wydawać?! A co w tym takiego trudnego (…)? 

 

Wyciągnęła z kuchni kilka lnianych ścierek, gąbkę i płyn do mycia szyb. Otworzyła okno — i zaraz pożałowała swojego zapału. Listopadowy powiew zmroził jej ciało (…). Nie… nie podda się tak łatwo. Drabiny nie ma. No tak, sprzątaczka zostawiła ją pewnie w komórce na dole. To nic… Wspięła się na parapet, wyciągając ręce jak najwyżej (…).

 

Trzasnęły drzwi wejściowe. Nie spodziewała się męża. Do tej pory nigdy nie wracał do domu w połowie dnia.

 

— Proszę pani, pani sąsiadko. Przepraszam, dzwoniłam, a drzwi były uchylone.

 

Na progu stała pani z penthouse’u, która wlepiała w nią przerażone oczy.

 

— Widziałam panią z góry, zadzwoniłam już po policję, ale nie mogę przecież bezczynnie czekać, aż przyjadą. Nie darowałabym sobie! Niech pani jeszcze to przemyśli. Ma pani męża, dziecko. Ja rozumiem, że państwo jesteście zrujnowani, widziałam komornika, ale niech pani nie skacze, to nie musi być koniec świata!

 

Ewa patrzyła na nią, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Pani z penthouse’u delikatnie zrobiła krok do przodu.

 

— Podobno samobójcom należy dać na początek chociaż cień nadziei na poprawę. — Wyciągnęła rękę do Ewy, trzymała w niej torebkę. — Ja też byłam na dnie, nie tak dawno. Były mąż przestał mi płacić alimenty, Allanek chodził do luksusowego przedszkola, siedziałam całymi dniami w domu. Ale wymyśliłam sposób na siebie. Odbiłam się od dna. Proszę, to bardzo droga torebka z mojej najnowszej kolekcji, wyszło takich tylko trzydzieści. Niech ją pani długo nosi i żyje!

 

Ewa nadal milczała. Nie wiedziała, czy roześmiać się, czy zapłakać. Zachwiała się na parapecie. Ta sytuacja najwyraźniej skłoniła panią z penthouse’u do użycia argumentu ostatecznego.

 

— Wiem, jak to jest mieć kłopoty z płatnościami. Naprawdę. Nie zawsze byłam tą Patrycją, która jestem teraz. — I dodała, być może żartem — Niech pani pomyśli ile straciliby mieszkańcy na tej tragedii. Ceny metra drastycznie by spadły…

 

Nie widziała, co przeważyło, wychylenie się do przodu, które tamta być może uznała ze gest sięgnięcia po torebkę, nerwowy zamach ścierką, a może to, że zamiast założyć normalne firanki, których ostatecznie można byłoby się złapać, zdecydowali się z Markiem na modne rzymskie rolety.

 

Ewa ześlizgnęła się z parapetu. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że leci daleko, daleko w dół. A potem poczuła ból.

 

Cytowany fragment pochodzi z książki Agnieszki Krakowiak-Kondrackiej Cudze jabłka, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy