Przeczytaj opowiadanie Mariki Krajniewskiej!

Autor: slk
News - Przeczytaj opowiadanie Mariki Krajniewskiej!

Subtelny, ale świdrujący duszę – taki jest najnowszy tomik opowiadań Mariki Krajniewskiej, zatytułowany Okno. To nacechowane dużą dawką emocji teksty o tym, co się czai za oknem sąsiedniego domu. O duszach jego mieszkańców, których być może znamy. O ludziach, którzy są wśród nas. O jednych myślimy, od innych odwracamy spojrzenia. Każdy z nas ma swoje okno. Na świat, na ludzi, na życie. Zajrzyj przez okno. Otwórz je. Znajdź to, czego inni nie odnajdą. 

 

Krajniewska w swoich opowiadaniach prowadzi nas do okien niezwykłych. Niektóre chce się otworzyć na oścież, aby jej piękny świat za nimi zobaczyć dokładniej, niektóre chciałoby się szczelnie okleić najczarniejszą folią, a przez niektóre chciałoby się natychmiast w desperacji wyskoczyć. O tym przed jakie okno trafiłeś dowiadujesz się zazwyczaj dopiero w ostatnim akapicie, jeśli nie w ostatnim zdaniu. Po drodze do nich czytasz niezwykłe historie... - powiedział Janusz L. Wiśniewski, naukowiec i pisarz, jeden z pierwszych czytelników zbioru. Docenili go również czytelnicy, przyznając Oknu tytuł "Najlepszej książki na zimę" w kategorii "Opowiadania". Warto przekonać się o niezwykłości prozy Mariki Krajniewskiej. Dziś publikujemy jedno z jej opowiadań, pochodzące właśnie ze zbiorku Okno.

 

 

Grzech…

 

Jezus mówi do Apostołów: 

„Weźcie Ducha Świętego. 

Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone. 

Komu zatrzymacie, są im zatrzymane”. 

 

Odebrała po trzecim sygnale. 

- Cześć mamusia – odezwałam się pogodnie.

- Dzień dobry kochanie – wyraźnie ucieszyła się, że dzwonię. 

- Jak się czujesz? – spytałam tak, jak zawsze. Wiedziałam co powie, że dobrze, choć to nie było zgodne z prawdą. Nie chciała mnie martwić, no bo i po co. Nic bym nie zdziałała, będąc za granicą.

- Dobrze, powiedz lepiej jak tam u ciebie? Masz chociaż czas na zwiedzanie Paryża? – spytała.

- Oczywiście. Dziś w biurze poznałam wspaniałą dziewczynę, jutro zabiera mnie na wycieczkę objazdową po okolicznych miasteczkach. Mamo, a ty dajesz sobie radę?

- Oczywiście kochanie.

- Masz jeszcze trochę tych puszek? – spytałam.

- Tak, nie martw się. Zresztą ostatnio jest ładna pogoda, czasem schodzę na dół do sklepiku. 

- Zadzwonię jutro mamo.

- Do widzenia kochanie, całuję.

Wychodzę z budki telefonicznej prosto w strugi deszczu.

Dziś jest pierwszy dzień w tym tygodniu, kiedy ją odwiedzam. Czwartek. To już drugi tydzień z rzędu, kiedy nie zjawiam się w poniedziałek po pracy, pomimo spędzonej razem niedzieli i kiedy nie wbiegam na trzecie piętro starej kamienicy i nie otwieram pomimo chłodów wymienionych przed laty plastykowych okien, by wpuścić do mieszkania odrobinę świeżego powietrza. Kamienica w samym sercu starego miasta, łypiąc tymi oknami, przywodzi na myśl podstarzałą damę z nieudanym liftingiem. Matka oczywiście jest niepocieszona z rzadszych odwiedzin. Przywykła do moich niemal codziennych wizyt i wspólnych partyjek w „tysiąca”. Cieszy się jednak. Ufa mi bezgranicznie. Jej wiara w moje słowa jest na tyle silna, że byłaby w stanie uwierzyć, jakbym ni z tego, ni z owego palnęła, że pod pomnik Kopernika przed ratuszem wjechał czołg. Zapewne nawet przez okno by nie wyjrzała. Skoro mówi to jej córka, to znaczy, że faktycznie ten czołg tam stoi. Otwieram drzwi swoim kluczem. Nie zmieniała zamków od lat. W zasadzie to nie pamiętam, czy kiedykolwiek. Trzeba będzie załatwić dodatkowy, nigdy nic nie wiadomo. Wchodzę i momentalnie czuję zapach pieczonych jabłek. Uwielbiam go. 

- Jesteś – nie mogę nie zauważyć skrywanej goryczy w jej głosie. Dzielnie się trzyma. Udaje, że wcale się nie przejmuje tym, że rzadziej zaczęłam ją odwiedzać. 

- Dzień dobry mamuś – uśmiecham się, stawiając siatki z zakupami. Świeże pomidory, ser, kawałek ulubionego salami. Nie za duży. Lekarz mówi, że musi ograniczyć takie rarytasy. Kilka bułeczek. Cztery puszki tuńczyka, dwie szynki konserwowej z najwyższej półki. 

- Znowu te konserwanty – patrzy na mnie z politowaniem. Czyż to nie ja sama mówiłam, by nie kupowała sobie zapuszkowanej żywności, skoro jest teraz tyle świeżego? 

- Mamuś. – Całuję jej pomarszczoną dłoń, siląc się przy tym na spokój i opanowanie. – Jak wyjadę, a będzie brzydka pogoda, będziesz miała lenia, by zejść do sklepiku, to będzie w sam raz. 

Matka kiwa tylko głową i schyla się do piekarnika. Widzę, jak z trudem sięga po szarlotkę. Kręgosłup ostatnio znów daje coraz mocniej o sobie znać. Nie ruszam się jednak z miejsca. Matka z trudem wydobywa blachę z ciastem. Prostuje się powoli. 

- Jak tam w pracy? Wyjazd coraz bliżej… - wzdycha. – Czy już wiesz, gdzie będziesz mieszkała?

- Tak, tak – i tu zaczynam swą opowieść, która od trzech miesięcy jest coraz barwniejsza, ciekawsza, aż sama chciałabym wierzyć w to, co mówię. Okna wychodzące na wieżę Eiffla.  Dwa przestronne pokoje. Strzeżone osiedle. Samochód do dyspozycji. 

- Tak się cieszę córeczko, zasługujesz na to! – Dumnie podnosi do ust filiżankę z parującą herbatką z hibiskusa. Wtóruję jej wciąż z uśmiechem na ustach, z wymalowaną wręcz satysfakcją. Z dumą, jaką powinien mieć każdy doceniony pracownik, przeżywający chwile tuż przed zasłużonym awansem. Wiem, że kilka lat temu moje kłamstwa zostałyby momentalnie odkryte. Matka przejrzałaby mnie na wylot. Jednak po ciężkim zawale, który przeszła trzy lata temu oprócz serca ucierpiała też psychika. Zdziecinniała, siedemdziesięcioletnia kobieta wpuściła do duszy lęki, niepewność. By nie zwariować, musiała znaleźć coś lub kogoś, kto byłby dla niej zbawcą. Kogoś, kto chroniłby od wszelkiego zła. Kogoś, komu mogłaby ufać bezgranicznie. Kogoś, kto by podtrzymywał na duchu i był zawsze wtedy, kiedy zbolałe serce zwątpi w sens dalszego istnienia. Tym kimś byłam oczywiście ja. Jej oczko w głowie. I faktycznie byłam z nią zawsze wtedy, gdy wysiadały korki. Wtedy, gdy w boku zakłuło jakoś mocniej. Wtedy, gdy trzeba było posprzątać, wyprać firanki, poskarżyć się na Wilkową spod szóstki. Wtedy, gdy doktor Rostkowski nie odbierał telefonu, kiedy światło na Szerokiej nie świeciło ze wszystkich latarni. Kiedy nikt nie posypał piaskiem chodnika, kiedy partyjka pokera była jedynym wybawieniem z jesiennej depresji. Także wtedy, kiedy serce dawało znak. Ostrzegało, że jest w stanie spłatać ostatniego figla. Dogadać się z kim trzeba. Byłam. Byłam chętnie. Byłam z przyjemnością. Byłam pomimo pracy, którą często musiałam mieć gotową na wczoraj. Byłam gotowa. Byłam kochająca. Byłam tak jak w dzieciństwie, kiedy wołała: Anuś to, tamto, siamto.

Dziś szarlotka pachnie. Nie smakuje. Matka się dzi-wi.

- Nie jesz ciasta? To niemożliwe – po czym prędko dodaje – ach to pewnie z tego podekscytowania, no tak – kiwa głową pewna racji wypowiedzianych sądów. – W końcu to twój pierwszy wyjazd za granicę. – Uśmiecha się po matczynemu. – Blada jakaś jesteś – dodaje. A mi się nie wiadomo skąd przypominają słowa łacińskiej sentencji: Initium est salutis notitia peccati*. Skąd ja ją w ogóle znam? Wgryzam się w jeszcze ciepłą kruszonkę. Smakuje wanilią. Czuć trochę margaryny roztartej z cukrem. Zawsze uwielbiałam to połączenie. Sama nie wiem, dlaczego. 

- A masz już bilety? – pyta matka. Kiwam potakująco głową. To zdumiewające, jak łatwo mi to przychodzi. 

- Siedzę koło okna – odkładam ciasto na talerz.

- Czyli za dwa tygodnie?

- Za dwa…

- No to najwyższy czas, by wreszcie zagrać. – Wstaje nieco gwałtownie. Łapie się za kręgosłup, lecz niewzruszenie kieruje się w stronę komody, na której spoczywa talia kart. No to najwyższy czas, myślę sobie…

 

Moja matka nawet nie wie, że codziennie rano chowam się za budkami z kwiatami, ustawionymi dookoła ratusza i wpatruję się w jej okno. Czekam, aż zapali światło. Aż ukaże się jej sylwetka. Aż ją zobaczę, jak odchyla firanki i patrzy na to, co zostało jej po wyjeździe córki: Kopernik z podniesionym palcem wskazującym, latarnie, które nigdy nie działają dobrze, bezpańskie psy. Za jakąś godzinę zacznie się ruch. Sklepikarze otworzą sklepy. Kwiaciarki zajmą się handelkiem. Dziś także wchodzę do budki i wybieram jej numer. Krótka rozmowa. Zdawkowe komunikaty. Że dużo pracy. Że francuski jest piękny. Że żabie udka wcale mi nie smakują. Kiedy obiecuję, że jutro zadzwonię, ponownie wychodzę w strugi deszczu i idę do taksówki. Wsiadam i jadę na podanie płytek krwi. Ile to jeszcze potrwa, nie wiem. Czuję się coraz gorzej. Jeśli znajdą dawcę szpiku, to kto wie, może za kilka miesięcy będę mogła wrócić ze służbowego wyjazdu i odwiedzić matkę. A jeśli nie? Tego nie biorę pod uwagę. Nie mogę jej tego zrobić.

 

*Uświadomienie sobie grzechu jest początkiem zbawienia

 

Marika Krajniewska – urodzona w Leningradzie pisarka. Nagradzana za swoje opowiadania i powieści. Autorka takich książek jak: „Papierowy motyl”, „Zapach malin”, „Za zakrętem” czy „Pięć”. Pisze artykuły, przeprowadza wywiady, pracuje nad scenariuszami, reżyseruje swój pierwszy film. Prowadzi warsztaty kreatywnego pisania. Ubóstwia swoje rodzinne miasto, za którym szalenie tęskni. Duże miejsce w jej życiu i twórczości odgrywa Rosja i stosunki polsko-rosyjskie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy