Przedpremierowo publikujemy rady księdza Bonieckiego dla kierowców, szefów i pokutników!

Autor: slk
News - Przedpremierowo publikujemy rady księdza Bonieckiego dla kierowców, szefów i pokutników!

Już podczas Targów Książki Katolickiej, które trwać będą w dniach 20-22 kwietnia 2012, będzie miała miejsce premiera książki ks. Adama Bonieckiego Vademecum. Jej wydawca - wydawnictwo Promic - zaprasza również na spotkania z autorem na stoisku 58 w Arkadach Kubickiego. Jakich rad były redaktor naczelny Tygodnika Powszechnegoudziela kierowcom, pokutnikom oraz ludziom sprawującym władzę? Przekonajcie się sami - publikujemy przedpremierowe fragmenty książki!

 

Vademecum pokutnika

Ten, kto przychodzi, przychodzi po znak przebaczenia a nie po dobre rady księdza (bywają one naiwne lub oderwane od życia). Przypomnienie to odnosi się zarówno do pokutników, jak do ich spowiedników.

Spowiednik nie jest od podejmowania życiowych decyzji. Podejmuje je ten, kto poniesie ich konsekwencje. Spowiednik może pomóc w dochodzeniu do ich podjęcia.

Przedstawianie siebie, mówienie o sobie… Księdzu? Panu Bogu? Księdza może to nudzić, nie zawsze zrozumie. Pan Bóg i tak wie wszystko. W wyznawaniu grzechów chodzi przede wszystkim o mnie, żebym nazwał rzecz po imieniu. Wobec świadka-spowiednika, kogoś krytycznego i związanego tajemnicą spowiedzi… Zupełnie inna jest świadomość, kiedy się mówi: „Wszyscy jesteśmy słabi i grzeszni”, a inna, gdy się dotyka swoich ran, w konkretnym miejscu duszy.

 

Vademecum kierowcy

Nad drogą kamera. Zwalniam. Mijam kamerę. Przyspieszam. O co tu chodzi? O zabawę w kotka i myszkę z kamerami, policją drogową, przepisami, czy o coś innego? No i skąd ta wściekłość na siebie, kiedy policja przyłapuje mnie na przekroczeniu dozwolonej prędkości? Wściekłość, że postępowałem niemoralnie, czy dlatego, że zostałem przyłapany? A skąd to ciche zadowolenie, kiedy przekraczałem i nie złapali. To się kiedyś nazywało delectatio morosa („uporczywe upodobanie”). Z racji moralnych nie zainstalowałem antyradaru. Ale kiedy jadące z przeciwka samochody mrugają światłami, zadowolony z ostrzeżenia zwalniam. Gra? Zabawa? Czy hipokryzja? Jestem w porządku, bo… nie przyłapali…

Czy znaki ograniczenia szybkości mają walor moralny, czy tylko policyjny? Podejrzewam, że dla większości z nas ten drugi. Bo – panuje taka opinia – większość ograniczeń jest bez sensu. Niby uznajemy za uzasadnione te przy wyjeździe z bocznej drogi, ale ponieważ zakładamy, że w tych bocznych dróg nikt nagle nie wyjedzie, nie zwalniamy. Inne ograniczenia, np. te między Częstochową a Piotrkowem na E75, albo na drodze szybkiego ruchu po wyjeździe z Radomia w kierunku Jedlińska? Nie wiem. Może kiepska nawierzchnia? Może niewłaściwy kąt nachylenia na zakrętach? Czy ktoś ich ustawienie przemyślał, czy jest to dzieło jakiegoś imbecyla? Rozstrzygam, naciskając pedał gazu.

Przez 33 lata jeżdżenia obserwuję, jak się zmienia Polak za kierownicą. Kiedyś nade wszystko cechowało go poczucie mocy. Polak w syrence, trabancie, fiacie 126p, nie mówiąc o fiacie 125 czy wozie zagranicznym, np. garbusie, to był ktoś. Mały fiat przypominał o tym pieszemu, duży fiat – małemu itd. Należało zamanifestować swą przewagę, słabszemu dać odczuć jego nicość wyprzedzając, wymuszając, trąbiąc, wygrażając i wymyślając przez uchyloną szybę. Teraz już nie. Ale i tak Polak za kierownicą jest nieznośnie zasadniczy, serio. W zapchanym do niemożliwości Rzymie miałem poczucie uczestniczenia w zbiorowej zabawie, w mistrzowskich zawodach zręczności i refleksu. Dla policji drogowej w Wiecznym Mieście ważniejsza, jak mi się wydaje, jest płynność ruchu, aniżeli skrupulatne przestrzeganie przepisów. Dlatego najłatwiej tam o mandat za nieprawidłowe parkowanie (blokowanie). W ciągu siedemnastu lat codziennego jeżdżenia po Rzymie innego mandatu nie miałem. Jest tam jeszcze coś, czego w Polsce nie ma: poczucie wspólnoty użytkowników jezdni. Na przykład, przy zmianie świateł kolumna czekających samochodów rusza jednocześnie. U nas każdy rusza osobno, na własny rachunek, dopiero kiedy już ruszy ten przed nim. No i trwa to dwa razy dłużej.



Vademecum generała
Co robić i czego nie robić, kiedy władza wpadnie Ci w ręce?

Nie obrażaj się. Nigdy się nie obrażaj (chyba, że taktycznie).

Na aktualne sprawy patrz tak, jak będziesz na nie patrzył u końca kadencji, a jeszcze lepiej tak, jak będziesz na nie patrzył u końca życia. (Rada, jakiej udzielił autorowi biskup – obecnie kardynał – Francesco Coccopalmerio.)

Musisz mieć dobrego sekretarza osobistego. Sekretarz jednak niech będzie sekretarzem, a nie powiernikiem twoich frustracji.

Wchodząc do jakiegoś pomieszczenia, nie szukaj swojej podobizny. Przywiązywanie wagi do tych spraw da ci się we znaki, kiedy twoja podobizna powędruje za szafę, a na jej miejsce pojawi się nowa. Z tej samej racji nie sprawdzaj czy w klasztornej lub prywatnej bibliotece znajdują się napisane przez ciebie książki. Nigdy też naiwnie nie zakładaj, że ktoś przeczyta napisany przez ciebie artykuł.

Słuchaj radnych i doradców, ale decyzje podejmuj na własną odpowiedzialność i potem z godnością ponoś ich konsekwencje. I tak konsekwencje poniesiesz, więc rób to z godnością.

Obracanie się w proch twoich genialnych pomysłów znoś spokojnie. Nie ciągnij na siłę żadnego programu jedynie z tej racji, że jesteś jego autorem.

Odnoś się sceptycznie do pochwał twoich kazań, przemówień, pism itp. Uprzejmie ich słuchaj, nie zaprzeczaj, lecz nie bierz ich zbyt serio. Pochlebców obserwuj, są oni rodzajem szczególnie niebezpiecznym. Jeżeli poprzez pochlebstwa można zdobyć twoją sympatię, jako przełożony jesteś skończony. Im więcej słyszysz pochwał, tym mniej ufaj własnej genialności i tym pilniej przygotowuj każdą decyzję i każde wystąpienie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy