Beigbeder o powieści Jeana Echenoza

Autor: madak
News - Beigbeder o powieści Jeana Echenoza

E-booki, audiobooki, teksty w Wordzie i pdf-y... Czy książka papierowa przetrwa? A może koszmarny świat przyszłości opisany w powieści Raya Bradbury'ego 451° Fahrenheita z wolna zaczyna się urzeczywistniać? Frédéric Beigbeder uważa, że w tych niebezpiecznych czasach powinien bronić swoich kolegów po piórze, twórców - jak nazywa tradycyjne książki - ,,papierowych tygrysów".

 

Najpierw, w 2002 roku, w tomie Dernier inventaire avant liquidation (Ostatni inwentarz przed likwidacją) ustosunkował się do wyników przeprowadzonego przez ,,Le Monde" i Fnac plebiscytu, w którym francuscy czytelnicy wybrali pięćdziesiąt najważniejszych, ich zdaniem, dzieł literackich XX wieku. Obecnie postanowił stworzyć własny wykaz. I tak otrzymaliśmy listę jego stu ulubionych książek, które trzeba przeczytać na papierze, zanim będzie za późno. Listę, która złożyła się na Pierwszy bilans po apokalipsie.

 

Czytelnicy znający twórczość Beigbedera z pewnością się domyślają, że tak niespokojny duch jak on nie mógł nam zaserwować przykładnego, tradycyjnego katalogu szacownych klasyków. Kryteria, jakimi się posłużył przy porządkowaniu swojego spisu, obejmującego książki powstałe w XX i na początku XXI wieku, mogą wzbudzić ironiczne uśmieszki - jeśli nie wręcz dreszcz grozy - u literackich ortodoksów. Żeby nie psuć czytelnikom przyjemności, możemy jedynie zdradzić, że pierwszym warunkiem był... wygląd autora. W efekcie otrzymaliśmy frapujący miszmasz, w którym niemal pomnikowi pisarze w rodzaju Hemingwaya, Fitzgeralda, Apollinaire'a czy Gide'a sąsiadują z twórcami, o których wielu z nas być może nigdy nawet nie słyszało. Dowcipną i erudycyjną książkę Beigbedera można potraktować jako nieco zwariowany przewodnik po zaskakującym i przebogatym świecie. Warto po Pierwszy bilans po apokalipsie sięgnąć. A przy okazji chcemy zaprosić Was do udziału w specjalnym konkursie. Zabierzcie głos w specjalnej dyskusji na naszym forum. Zaprezentujcie własne propozycje książek, które trzeba przeczytać na papierze, zanim będzie za późno. Koniecznie uzasadnijcie swój wybór, możecie także komentować inne propozycje. Najbardziej interesujące propozycje nagrodzimy. Jako inspirację możecie potraktować lekturę książki Beigbedera Pierwszy bilans po apokalipsie. Dziś publikujemy jej trzeci fragment, poświęcony Odchodzę Jeacha Echenoza.

 

Przeczytaj też fragment o tegorocznym nobliście, Patricku Modiano - KLIK!

Przeczytaj fragment o kryteriach wyboru ulubionych książek - KLIK!

 

Dlaczego jedną książkę lubimy bardziej niż inną? Przypadek. Może akurat w dniu, w którym ją czytamy, mamy dobry nastrój, jest ładna pogoda, żona właśnie urodziła, naprawdę  wystarczy niewiele. Natykamy się na czarujący akapit, po którym następuje jakaś celna uwaga, a potem mądra obserwacja. Gdy czytałem Odchodzę Jeana Echenoza, najpierw spodobał mi się początek, a potem, znacznie później, spodobało mi się też zakończenie Pomiędzy jednym a drugim doceniałem wspaniałe detale: na przykład postać faceta, który zabij a drugiego faceta, zamykając go w furgonetce chłodni. Ofiara protestuje: „(…) to takie banalne (…). We wszystkich filmach telewizyjnych tak się zabij a ludzi”, a zabójca odpowiada: „Masz rację (…). Film telewizyjny jest taką samą sztuką jak inne”, z iście Tarantinowską niefrasobliwością. 

 

W pasjonującej debacie, która rozpala parter piwiarni Lipp w porze baraniny na zimno z fasolką („autofikcja kontra wyobraźnia, ja czy nie ja?” — oto jest pytanie), Echenoz godzi wszystkie strony sporu. Choć powieść została napisana w pierwszej osobie, mamy spore wątpliwości co do jej autobiograficznego charakteru. W historii roi się od wymyślonych sytuacji, ale nie damy sobie ręki uciąć, że jest w stu procentach fikcyjna. Echenoz wychodzi poza przestarzałe kontrowersje (które istniały już w czasach Jeana-Jacques’a Rousseau), śni o rzeczywistości, wątpi w świat wyobrażony: niejasny i ironiczny ton przypomina dzieła Patricka Modiano, ale jest to Modiano pozbawiony nostalgii, Modiano bardziej aktualny, Modiano… postmodernistyczny…

 

Pewnej styczniowej niedzieli paryżanin Felix Ferrer rzuca żonę Suzanne i idzie do kochanki Laurence, postawnej brunetki („postawne blondynki” Echenoz wyeksploatował już w 1995 roku). Poł roku później leci samolotem do Montrealu, jedzie autobusem do Quebecu, płynie statkiem na biegun północny. Ucieka od życia właściciela paryskiej galerii, by wyruszyć na poszukiwanie skarbu, który utkwił w lodzie w 1957 roku. Znajdzie go, zostanie okradziony, dostanie zawału — muszę uważać, bo jeszcze chwila, a opowiem zakończenie.

 

Kluczowym słowem, którym można opisać tę powieść, jest „elipsa”. Doceniam w równym stopniu to, co jest w książce, jak i to, czego w niej nie ma. Echenoz posuwa się naprzod za pomocą krótkich, zmyślnych i zabawnych rozdziałów: musiał  napisać dziewięć powieści, żeby osiągnąć szczyt kunsztu. Pisarz musi się nauczyć swojego rzemiosła, podobnie jak szewc czy hydraulik. Echenoz ukazuje naprzemiennie paryskie flashbacki i przygodę w Arktyce, przeskakuje od lodowatego postmodernizmu do polarnej wełny, od czarnego humoru do konwencji Białego Kła. Ironiczny antybohater wszystkich jego książek stał się biednym, absurdalnym uwodzicielem, którego nic nie wzrusza, lecz wszystko mu przeszkadza, który wbrew sobie utknął w handlu polarnymi antykami. Echenoz używa bardzo precyzyjnego języka, żeby opisać niemożliwą do skontrolowania egzystencję. Znajduje celne słowo, by uchwycić to co nieuchwytne. Narrator pojechał szukać góry lodowej? To była ta Hemingwayowska.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy