Już wkrótce "Kadisz dla Ruth"!

Autor: slk
News - Już wkrótce

Kadisz dla Ruth to poruszająca opowieść o dziecięcej przyjaźni między małym chłopcem i mieszkającą po sąsiedzku żydowską dziewczynką. We wspomnieniach barwne obrazy i mroczne cienie splatają się w historię, która zostaje opowiedziana przez autora w prosty sposób, a przy tym tak, że porusza do głębi. Obok Dziennika Anne Frank i Krótkiego życia Sophie Scholl to wspaniała książka o przyjaźni w ciężkich czasach i o odwadze oraz o stosunku do własnej i obcej wiary wraz z jej tradycjami i świętami.

 

Publikacja ukaże się nakładem wydawnictwa Promic 29 września 2012, a już dziś publikujemy premierowy fragment publikacji: 

 

Mój wujek, brat mojej mamy, nie był żonaty. Zawsze spędzał wakacje u nas. Jedną z jego wielkich pasji był ciężki motocykl. Kilka razy mogłem z nim pojechać na wycieczkę motocyklową jako pasażer. Mama i babcia bardzo się wtedy o mnie bały. Przecież wszystko mogło się zdarzyć! 

Nie był to żaden nazista! Choć jako nauczyciel nie mógł sobie pozwolić na to, żeby nie należeć do partii. Tak więc dość wcześnie do niej wstąpił. Jednocześnie został funkcjonariuszem SA. Führera jednak niezbyt poważał. Powodowało to niekiedy kłótnię z moim pradziadkiem.

Od kiedy wujek podarował nam odbiornik ludowy, mój pradziadek przychodził do nas na górę, aby posłuchać przemówień Führera. Wtedy w całym mieszkaniu nie wolno było powiedzieć ani słowa. Kiedy był tu też mój wujek, regularnie wybuchały sprzeczki wynikające z różnicy poglądów między pradziadkiem a wujkiem.

Byłem jeszcze za mały, by zrozumieć argumenty mojego wujka. Jednak kilka jego zdań, które wciąż powtarzał podczas tych kłótni, głęboko zapadło mi w pamięć: „Hitler chce wojny”; „To niedobrze, że Hitler nie zostawi Żydów w spokoju”.

To pierwsze zdanie niewiele mi mówiło. Drugie jednak potrafiłem dobrze zrozumieć. Przeżywałem to codziennie, że żydowscy sąsiedzi coraz rzadziej byli widoczni na ulicy, a w sklepach, w których kupowaliśmy, wciąż kierowano do nich nienawistne słowa.

Metody wychowawcze wujka, które także na mnie wypróbowywał, nie były aprobowane przez moją mamę i babcię. Na przykład pewnego dnia przyniósł własnoręcznie namalowany plakat, który musiałem powiesić nad swoim łóżkiem. Było na nim napisane: 

 

Niemiecki chłopiec

Niemiecki chłopiec nie płacze! 

Musi być smukły i giętki,

zwinny jak chart

odporny jak skóra 

i twardy jak od Kruppa stal. 

Babcia uważała to za kompletną bzdurę. Jednak wujek usłyszał te zdania Hitlera w mowie na otwarcie Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku w Berlinie i stwierdził, że to najwyższy cel, do którego należy dążyć w wychowaniu chłopca. Na odwrocie plakatu przykleiłem kartkę kalendarza z domem ze Szwarcwaldu. Zawsze kiedy wujek wracał do swojej szkoły w Elsass, odwracałem plakat i cieszyłem się ładnym obrazkiem.

Wujek palił znaną markę papierosów Attika. Znajdujące się w paczkach kolekcjonerskie obrazki przynosił mi od dnia, kiedy najpiękniejszym pismem odpisałem pewien wiersz z mojego elementarza, namalowałem do niego obrazek i podarowałem mu to na urodziny. Nauczyłem się też tego wiersza na pamięć, tak żeby móc go wyrecytować z okazji urodzin mojego wujka.

 

 

Jungvolk

Spokojnym, pewnym krokiem 

idziemy przez ulice. 

Nad nami zaś chorągiew 

wesoło nam łopoce. 

Dong dong dong dong 

diri diri dong dong. 

Dong dong dong dong 

diri diri dong dong. 

diri diri dong 

Heil Hitler! 

 

Tym sposobem zyskałem w oczach mojego wujka! Pewnego wieczoru nawet usłyszałem, jak mówił do babci:

– Uważam, że moje wychowanie już odniosło skutek!

Babcia jednak w ogóle nie chciała o tym słyszeć. I to ona krótko i zwięźle wyjaśniła mi, jak głupi jest tekst nad moim łóżkiem i że w przyszłości spokojnie mogę zostawiać ten plakat na stałe odwrócony.

Kilka metrów od naszego domu znajdował się sklepik z tytoniem. Stamtąd zawsze przynosiłem papierosy dla wujka. Kiedy pewnego dnia znowu mnie tam wysłał, wziąłem ze sobą Ruth. Chciałem pokazać jej coś, co już dawno temu zrobiło na mnie kolosalne wrażenie. Kiedy wchodziło się do sklepu, w oczy rzucała się olbrzymia stojąca na ladzie lalka. Była prawie tak wielka jak ja i miała na sobie mundur SA, i to ze wszystkim, co do niego należało: bryczesami i butami do jazdy konnej, pasem połączonym z rzemieniem przekładanym przez ramię, czapką. Najlepsze było jednak to, że mundur od góry do dołu pokrywały odznaki i plakietki, które rozdawano podczas ulicznych akcji Winterhilfswerku jako podziękowanie za datki: były to nie tylko zwykłe znaczki przypinane do odzieży, ale też minisztandary, miniśpiewniki, figurki drewniane, porcelanowe i ceramiczne – niektóre przedstawiały na przykład bajkowe postaci. Ruth również była pod sporym wrażeniem. Oczywiście najbardziej spodobały się jej te liczne znaczki. Mundur nie wzbudzał u niej wielkiego zachwytu. 

Niestety, skończyło się na tej jednej jedynej wizycie Ruth w sklepiku tytoniowym. Sprzedawczyni bowiem spojrzała surowo na Ruth i zapytała: 

– Powiedz, czy ty jesteś Ruth Rosenberg? 

Ruth przytaknęła ruchem głowy. 

Wówczas sprzedawczyni powiedziała do mnie całkiem spokojnie: 

– Nie wolno ci więcej przyprowadzać tutaj Ruth! Ty oczywiście możesz przyjść o każdej porze.

Zabolało mnie to. Co złego zrobiła Ruth? A jej rodzice? Chciałem już coś powiedzieć, kiedy Ruth skrycie szturchnęła mnie w bok. 

– Wiesz przecież! Bądź, proszę, cicho! – szepnęła do mnie. 

Opuściliśmy sklep z tytoniem. Ja byłem wściekły, zaś Ruth smutna.

 
* * *
 
 
W Nowy Rok było lodowato. 

Nasz placyk pokrywały zwały śniegu i warstwa lodu. Wzdłuż chodników ciągnęły się długie, wysokie zaspy. Mieszkańcy musieli z trudem uwalniać ulice od lodu własnymi rękami. Także my, dzieci, musieliśmy brać w tym udział. Z toporkiem i motyką wzięliśmy się do dzieła. Pilnował nas pradziadek. Od czasu do czasu widziałem, jak wyglądał zza zasłony naszego dużego pokoju. Kiedy jego zdaniem nie szło nam wystarczająco żwawo, pukał w szybę i machał ręką. Był to jednak zdecydowanie wieloznaczny gest, ponieważ niekiedy wydawało się nam, jakby w ten sposób obdarzał nas uznaniem za naszą harówkę. 
Dziarsko zatem rąbałem toporkiem lód przed naszym domem, a Ruth szuflą odwalała na bok zmarznięte bryły. Podobało mi się to. Bo byłem razem z Ruth. A po kilku dniach dostaliśmy nawet wolne w szkole.
– Teraz mamy rok 5698 – w pewnym momencie oznajmiła Ruth. 
Dla mnie taka data jednak była kompletnie niezrozumiała. Choćby dlatego, że do tylu nie nauczyliśmy się jeszcze liczyć w naszej szkole. A poza tym na naszych kalendarzach widniała zupełnie inna data. Ruth jednak upierała się przy tym, że dla Żydów jest już 5698 rok. 
Po tym jak pracowaliśmy ponad godzinę, moja babcia zawołała nas do domu. Mogliśmy usiąść w pokoju pradziadka. Był to naprawdę rzadki dowód uprzejmości! Dostaliśmy miętową herbatę i bożonarodzeniowe bułeczki. A pradziadek dzielnie nam towarzyszył. 
Dla mnie zawsze fascynujące było obserwowanie go przy jedzeniu. Od kiedy go znałem, nie miał ani jednego zęba. Coś tak nowomodnego jak sztuczna szczęka było wówczas praktycznie niedostępne. Musiał więc od lat gryźć i żuć szczęką. Ale potrafił rozgryzać i przeżuwać bez szczególnego trudu nawet twarde skórki chleba, a także jeszcze twardsze springerle mojej babci. 
Mój pradziadek wstał i zaprosił nas, żebyśmy jeszcze poszli z nim na chwilę do jego pracowni – szewskiego warsztatu. Tam mogliśmy się trochę ogrzać.
Usiadł na swoim szewskim stołku, naciągnął but na pocięglu i wbił kilka kołków w podeszwę. Wcześniej wywiercił w nim dziury z pomocą szydła. 
Tutaj, w pracowni pradziadka, naprawdę byłem w swoim żywiole. Z dumą mogłem wyjaśnić Ruth, do czego używa się poszczególnych narzędzi, po co są drewniane listwy, które stały w regale przy ścianie, do czego służy maszyna do obrabiania skóry, jak przygotowuje się klej do przyklejania podeszew, jak się szyje buty maszyną na pedał, co to jest szpilarek i trójnóg szewski. 
Wkrótce jednak skinąłem na Ruth i wymknęliśmy się z warsztatu. Wielka sypialnia, która jak wszystkie pokoje była połączona dwojgiem czy trojgiem drzwi, oferowała mnóstwo ciekawych rzeczy. Olbrzymi obraz z jeleniem na rykowisku wiszący nad łóżkiem czy twarda jak kamień marcepanowa świnka stojąca na umywalce – to tylko niektóre atrakcje. 
Moja babcia opowiadała mi kiedyś, że podarowała mojemu pradziadkowi tę marcepanową świnkę na Boże Narodzenie przed prawie dwudziestu laty. Pradziadkowi słodki prezent spodobał się tak bardzo, że nie zdecydował się go zjeść. Tak więc prawie doszczętnie skamieniała świnka po niemal dwudziestu latach wciąż stała w sypialni.
W kącie tkwił złożony chiński parawan. Babcia nie potrafiła sobie przypomnieć, od kiedy tam zalegał. Nie był używany. Obok niego znajdowały się na wpół nim przesłonięte wąskie drzwi, które prowadziły do nieużywanego niedużego sąsiedniego pokoju. Było to miejsce w naszym domu najbardziej tajemnicze obok olbrzymiej piwnicy. Ostrożnie uchyliłem drzwi. W pomieszczeniu panował upiorny półmrok. Ciężkie drewniane okiennice zawsze były zamknięte. Przez szczeliny wpadało niewiele światła. Oświetlenie elektryczne nie działało. Lampa na suficie nie miała żarówki. Pokazałem Ruth, że wszystko w tym pokoju było warte obejrzenia czy raczej dotknięcia. Przestrzeń była całkowicie zastawiona starymi meblami, wózkiem dziecięcym, małym regałem z zakurzonymi starymi książkami i już nieużywanymi prawidłami. Przy ścianie stało stare łóżko, najwyraźniej nieużywane od niepamiętnych czasów. Każdy nasz krok wzbijał mnóstwo kurzu, który sprawiał, że kichaliśmy, prychaliśmy i kasłaliśmy.
– Tylko niczego tam nie popsujcie – usłyszeliśmy wołanie mojego pradziadka. 
Tak jakbyśmy w ogóle mogli tam cokolwiek popsuć. W ciemnym pokoju właściwie nie było ani jednej rzeczy, która byłaby niezepsuta. 
Nad drzwiami sypialni wisiały dwa skrzyżowane florety i maska szermiercza mojego ciotecznego dziadka Hermanna – sprzęt pochodzący jeszcze ze studenckich czasów. Obok wisiały szabla i pikielhauba mojego ciotecznego dziadka Wilhelma, który w wojnie światowej w 1914 roku już po kilku dniach walk został zabity strzałem w głowę przez francuskiego strzelca wyborowego. 
W kącie tkwiła oparta o ścianę stara lanca ułańska z resztką proporczyka pod ostrzem. Pradziadek chętnie opowiadał, że pochodzi ona jeszcze z jego żołnierskich czasów i że położył nią niezliczonych wrogów. Była to tylko jedna z wielu barwnych historii, które opowiadał, kiedy był w odpowiednim nastroju. Babcia przy większości tych opowieści pobłażliwie kręciła głową i czasem tylko pytała pradziadka, czy mógłby spróbować to sobie dokładniej przypomnieć i czy przypadkiem nie przemawia przez niego fantazja.
– Dziewczyno – mówił wtedy pradziadek, śmiejąc się przy tym – a może ja to wszystko sobie tylko przyśniłem?
Wspomniałem o tym Ruth, ona zaś stwierdziła, że przecież jej tata także chętnie opowiada rozmaite historie.
Zostaliśmy w ciemnym pokoju tylko przez krótki czas. Wzbity w powietrze kurz sprawił, że ledwie mogliśmy cokolwiek rozpoznać. Przypuszczałem też, że mój pradziadek wkrótce znowu pośle nas do rąbania lodu. W końcu przecież jeszcze nie skończyliśmy. 
Na zewnątrz zaś zaczęło powoli zmierzchać. Nie było wystarczająco dużo dziennego światła do rąbania lodu. Postanowiliśmy więc pójść na górę. 
Ruth chciała mi już od dawna pokazać swoją jedyną i ukochaną lalkę. Choć prawie się nią nie bawiła. Łatwo to było zrozumieć. Z porcelanowej głowy zeszła farba, ręce i nogi, jak wypchane wiórami skórzane kiełbaski, wisiały już tylko na pojedynczych nitkach, a tułów w wielu miejscach był popękany. Ruth na dziurach, z których sypały się wióry, nakleiła plastry. 
– Miriam wkrótce umrze na uwiąd starczy – powiedziała, śmiejąc się, pani Rosenberg. Kiedy Ruth pokazywała mi lalkę, jej mama weszła do pokoju niezauważona przez nas.
– Miriam dostałam od mojej cioci Racheli wiele, wiele lat temu w Polsce. Lalka jest o wiele starsza ode mnie – dodała pani Rosenberg. 
Takich rarytasów nie mogłem zaoferować sąsiadce. A lalek to już zupełnie żadnych. Ale chwila! Przecież ja też miałem straszliwie starą zabawkę, którą podarowała mi cioteczna babka. Była to blaszana mysz z mechanizmem sprężynowym, która po nakręceniu robiła kilka kółek i po kilku obrotach rozklekotana stawała. 
Mieliśmy jeszcze przed sobą całe ferie bożonarodzeniowe. Ruth i jej rodzice wprowadzili się do nas w ubiegłym roku. Minęło już tyle czasu? W ubiegłym roku... – to dla mnie oznaczało naprawdę zamierzchłe czasy. A teraz mieliśmy rok 5698. O tej liczbie lat jeszcze długo potem nieraz rozmyślałem. Jednak bardziej kusiła teraźniejszość! 
Następnego dnia zamierzaliśmy wybrać się do ogrodu miejskiego, żeby poślizgać się na łyżwach na zamarzniętym jeziorze. Dostałem od mojego dziadka na gwiazdkę parę porządnych łyżew. Wcześniej należały do mojego dziadka, który zmarł wiele, wiele lat temu. Ruth również miała własne łyżwy. Następny dzień zapowiadał się więc zupełnie wyjątkowo!

 

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy