Bezwzględni tyrani, przebiegli spiskowcy, nieokiełznani okrutnicy - oto ojcowie państwa polskiego
W czasach, gdy politykę uprawiało się mieczem, nie było miejsca na skrupuły. Brat występował przeciw bratu, syn przeciw ojcu, mąż przeciw żonie – w walce o władzę nie ma żadnych świętości.
Piastowie byli najkrwawszą dynastią w naszej historii. Swoje pomniki wznieśli na kościach przeciwników. Jedni odważnie i otwarcie siekali biskupów, inni skrycie knuli i truli konkurentów. Likwidowali tych, którzy ośmielili im się przeciwstawić. Albo tych, którzy rozpuszczali plotki. Każdy powód był dobry, by wrzucić kogoś do lochu lub zamknąć w wieży, ewentualnie oślepić.
Co – i kogo – ma na sumieniu dynastia, którą maluje się jako cnotliwych ojców narodu? Królów będących przecież zwykłymi ludźmi, kierowanymi żądzami i targanymi silnymi uczuciami, których korona na głowie zmieniła w tyranów.
Ale historia bywa przewrotna. Raz trzymasz miecz, a raz znajdujesz się na jego końcu. Dziś spiskujesz, jutro sam padasz ofiarą spisków. Bo w krwawej grze o tron role oprawcy i ofiary zmieniają się bardzo szybko.

Do lektury książki Mariusza Sampa Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii zaprasza Wydawnictwo Znak.
Piastowie ukazywani są w podręcznikach przez pryzmat suchych faktów. W książce Mariusza Sampa ojcowie państwa polskiego ożywają, a ich losy przypominają najbardziej wciągającą serię true crime. Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii to dzieje pierwszych polskich władców, opowiadane przez zbrodnie, zdrady, porwania, tortury i… jeszcze więcej. Ta lektura jest rozrywką, ale też brutalnym przypomnieniem, jak okrutny i bezwzględny potrafi być człowiek – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii.
– Ci sami ludzie potrafili budować państwo i fundować kościoły, a zarazem bardzo brutalnie rozprawiać się z tymi, którzy stanęli im na drodze – mówi w naszym wywiadzie Mariusz Samp, autor publikacji. Rozmawiamy o przemocy, ambicji, zemście i o tym, jak oddzielić historyczne fakty od narastających przez wieki legend.
Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii:
„Żonę uwięził, duchownego utopił. Kazimierz Wielki, jakiego nie znacie. Fragment książki
O Kazimierzu Wielkim mówi się, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Jako władca Polski był nieustępliwy i konsekwentny w podejmowanych działaniach. Wyróżniał się ponadprzeciętnym zmysłem politycznym. Nad siłę oręża, w którym tak bardzo lubował się jego ojciec, Władysław Łokietek, przedkładał dyplomację, a w tej nie miał sobie równych. W życiu prywatnym ostatniemu królowi z dynastii Piastów wiodło się jednak zdecydowanie gorzej. Obfitowało ono, mówiąc najoględniej, w wiele niejednoznaczności. Już w młodości Kazimierz wdawał się w przelotne romanse, a uwodzone przez niego kobiety nie mogły mu się oprzeć. Był bowiem przystojnym, postawnym mężczyzną, mierzącym sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, jak wskazują na to badania antropologiczne zachowanych kości monarchy. Przez łożnicę królewską przewinął się tabun kobiet, które syn Władysława traktował instrumentalnie. Żony były dla niego jedynie potencjalnymi matkami następcy tronu, na którego czekał z niecierpliwością aż do ostatnich dni swego długiego panowania. […]
W 1341 roku Kazimierz Wielki poślubił w Poznaniu niemiecką księżniczkę Adelajdę, najstarszą córkę landgrafa Turyngii Henryka II Żelaznego. Wybranka polskiego króla w dniu ślubu miała zaledwie siedemnaście lat, była zatem młodsza od niego o lat czternaście. Małżeństwo to, mówiąc najoględniej, nie należało do udanych. Król bowiem oddał się bez reszty cielesnej rozpuście, zdradzając żonę na potęgę. Adelajda, nie chcąc biernie przyglądać się wybrykom męża, który szerokim łukiem omijał jej alkowę, gorąco nakłaniała mężczyznę do zmiany postępowania. Nic jednak ostatecznie nie wskórała, a ponawiając później swe apele, tylko rozwścieczyła wybuchowego Piasta, który odsunął ją od siebie, osadzając na zamku w Żarnowcu nad Pilicą. Tam spędziła kolejne piętnaście lat swego życia. I chociaż nie brakowało jej niczego pod względem materialnym, to o odwiedzinach małżonka, którego podobiznę mogła tylko podziwiać na portretach, musiała zapomnieć. Udręka królowej zakończyła się w 1356 roku, gdy do ojczyzny zabrał ją ojciec, który specjalnie przyjechał po nią do Żarnowca.
Podczas gdy Adelajda cierpiała w Żarnowcu, nie mogąc pogodzić się ze swoim losem, jej małżonek bawił się w najlepsze. W świetle źródeł bowiem „dla nasycenia swych sprośnych chuci chował wiele nałożnic, które po różnych dworach i zamkach utrzymywał […] i żył z nimi jawnie i publicznie”. Jedną z kochanek króla była ponoć niejaka Cudka, córka kasztelana sieciechowskiego Pełki. Kobieta dała Piastowi trójkę dzieci: Niemierzę, Jana i Pełkę. Wszystkie swoje pociechy Kazimierz hojnie wyposażył w spisanym później testamencie.
Nie minęło dużo czasu, kiedy niestały w uczuciach Kazimierz poznał w Pradze piękną mieszczkę Krystynę Rokiczanę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Zadurzony po uszy w nowo poznanej kobiecie król nie dość, że zaręczył się z nią, to później pojął ją za żonę. Związkowi pobłogosławił opat tyniecki Jan, który ani myślał sprzeciwiać się wybuchowemu władcy. Duchowny zrobił to, chociaż wiedział, że ślub Kazimierza i Krystyny był jawną bigamią i związkiem morganatycznym. Małżeństwo to skończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Ponoć władca oddalił Krystynę od siebie, gdy krótko po ślubie dowiedział się o jej świerzbie i łysinie. Czy tak rzeczywiście było, niepodobna stwierdzić z pewnością. Faktem jest, że po rozstaniu Piast już nigdy więcej nie wrócił w objęcia Czeszki.
Kazimierz Wielki nie zszedł się również z Adelajdą, chociaż ta, gdy jeszcze przebywała w Polsce, mocno o to zabiegała. Z pomocą arcybiskupa gnieźnieńskiego Niemka napisała nawet list do papieża Klemensa VI, w którym żaliła się na swój los i prosiła o interwencję. Głowa Kościoła ujęła się za Adelajdą, nakazując Kazimierzowi, by „oddaliwszy od siebie wszystkie niewolnice, łoża małżeńskiego wszeteczeństwem nie kaził”. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że syn Władysława Łokietka w ogóle nie przejął się tymi sugestiami. Co więcej, obrócił kota ogonem, oskarżając Adelajdę o spowodowanie rozkładu ich pożycia małżeńskiego. W zapewnienia te uwierzył następca Klemensa, Innocenty VI, który w skierowanym do królowej piśmie namawiał ją gorąco do pojednania się z mężem. Tyle tylko, jak doskonale wiemy, takiej chęci nie przejawiał pewny siebie monarcha, który w zaparte podtrzymywał swoją wersję wydarzeń.
Jednocześnie Kazimierz zabiegał usilnie o unieważnienie małżeństwa z Adelajdą. W tym też celu budował kościoły i klasztory, nadawał dobra, a rozwijając na niespotykaną dotąd skalę lokacje nowych wsi, troszczył się o to, by w każdej z nich nie zabrakło miejsca na świątynię. Papiestwo jednak nie dało się omamić tymi działaniami i konsekwentnie stało na stanowisku nierozerwalności związku króla z Niemką.
W obronie Adelajdy wystąpił między innymi ówczesny wikariusz katedry krakowskiej Marcin Baryczka. O tym duchownym informacji w źródłach jest jak na lekarstwo. Nie wiadomo, kim tak naprawdę był i skąd pochodził. Historyczność tej postaci niekiedy podawano w wątpliwość, jednak – jak dowiodły ostatnie badania – niesłusznie. Najwięcej o Baryczce przeczytamy u Jana Długosza oraz w Kronice katedralnej krakowskiej. Autorem tego drugiego utworu był anonimowy duchowny wywodzący się z krakowskiego środowiska katedralnego. Zdaniem historyków był dobrze poinformowany i najpewniej na własne oczy widział część zrelacjonowanych przez siebie wydarzeń z udziałem księdza Marcina. Raczej mało prawdopodobne, by kapłan ten był świadkiem utopienia Baryczki przez ludzi króla.
Jak doszło do tego tragicznego wydarzenia? Dlaczego Kazimierz Wielki podniósł rękę na duchownego, polecając go zamordować? Większego pojęcia w tej sprawie nie miał chyba zmarły w 1387 roku kronikarz Janko z Czarnkowa, pisząc: „Po powrocie [Kazimierza] z tryumfem pomyślności do Krakowa, gdzie był wspaniale przez kler i naród przyjęty, zdarzyło się, że za podszeptem diabła, niejaki Marcin Baryczka, wikariusz katedry krakowskiej, został przed królem fałszywie oskarżony przez jego przybocznych, w dzień św. Łukasza uwięziono go, a następnej nocy utopiono w rzece Wiśle, bez żadnej przyczyny, zupełnie niewinnego”.
Na podstawie innych źródeł historycy natomiast ustalili, że Marcin Baryczka był ofiarą większego konfliktu, jaki toczył się w połowie XIV wieku między władzą świecką a duchowną. Tę drugą w tym sporze reprezentował biskup krakowski Bodzanta (Bodzęta), który uzyskał swoje stanowisko w 1347 roku podczas pobytu w Awinionie, ówczesnej siedzibie papieży. Nominacja ta nie była po myśli Kazimierza Wielkiego, który nowego biskupa krakowskiego najchętniej widział w osobie Piotra z Palkowa. Ten jednak nieoczekiwanie zmarł, co pomogło Bodzancie wkraść się w łaskę papiestwa, które wydało dla niego bullę nominacyjną na głowę krakowskiej diecezji. Król z czasem pogodził się z tym stanem rzeczy, lecz nigdy nie zapomniał Bodzancie, że został przez niego postawiony przed faktem dokonanym. Wystarczyły zaledwie dwa lata, aby zrazu nieprzyjazne stosunki Kazimierza z biskupem przerodziły się w otwarty konflikt. Nastąpiło to w 1349 roku w związku z wyprawą władcy na Ruś. Podczas przygotowań do tej ekspedycji monarcha, chcąc uzyskać dodatkową gotówkę, nałożył nowe podatki na część posiadłości biskupa. Z ramienia Kazimierza egzekwowaniem pieniędzy zajął się wojewoda sandomierski Otto z Pilczy. Bodzantę działania króla wzburzyły do tego stopnia, że od razu obłożył jego urzędnika klątwą. Kiedy jednak okazało się, że cały proceder trwa dalej, a Otto nie robi sobie nic z napomnień duchownego, poszedł o krok dalej, nakładając interdykt na samego Kazimierza.
Z wiadomością o sankcjach kościelnych Bodzanta wysłał do króla Kazimierza Marcina Baryczkę. Zawczasu poinstruował go, co ma mówić i jak się zachować w obecności władcy. Wybór Bodzanty nie okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Baryczka bowiem nie dość, że zganił króla za jego politykę fiskalną, to jeszcze wypomniał mu niemoralne prowadzenie się i życie w grzechu ciężkim. Pierwszą część „kazania” król był jeszcze w stanie zdzierżyć, ale kiedy usłyszał z ust kapłana uwagi dotyczące jego życia prywatnego, nie mógł powstrzymać gniewu. Na ostre słowa kaznodziei, który nie gryzł się w język, odpowiedział w równie stanowczy sposób, obrzucając wikariusza inwektywami. Wydawało się wręcz, że król w końcu uderzy Baryczkę, którego odwaga nie miała sobie równych, lecz ostatecznie nie doszło do rękoczynów. Zamiast tego, gdy emocje już opadły, Kazimierz pod wpływem sugestii najbliższego otoczenia kazał niesfornego kaznodzieję wtrącić do więzienia.
Niedługo później, w nocy z 13 na 14 grudnia 1349 roku, Marcin Baryczka został zabrany z miejsca odosobnienia z rozkazu Kazimierza Wielkiego i utopiony w Wiśle pod Wawelem przez sługę królewskiego Kochana. Zdaniem piszącego w XVI wieku kronikarza Marcina Bielskiego przed utopieniem Baryczkę wepchnięto do wora, a następnie zanurzono w lodowatej wodzie, z której nie miał już szans się wydostać. Trudno dziś jednoznacznie zweryfikować ten opis, gdyż późniejsze kroniki miały tendencję do dramatyzowania okoliczności śmierci duchownego. Nie dysponujemy również żadnymi źródłami współczesnymi wydarzeniom, które potwierdziłyby osobistą obecność Kazimierza przy egzekucji, choć w literaturze historycznej możliwości tej całkowicie się nie wyklucza. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Kazimierz, chociaż mógł to zrobić, nie cofnął rozkazu i podtrzymał wyrok śmierci na znienawidzonym kapłanie. Najwidoczniej ciągle czuł wzburzenie, nad którym nie umiał zapanować, mimo że nie był przecież już młodzieńcem, lecz mężczyzną w sile wieku.
Należy w tym miejscu nadmienić, że choć kazanie Marcina Baryczki w rzeczywistości nie miało potencjału, by realnie zachwiać władzą Kazimierza Wielkiego czy stać się zarzewiem buntu, to sam monarcha odebrał je jako poważny cios w swój autorytet. Publiczne upomnienie z powodów moralnych godziło wizerunkowo w majestat władcy, a Kazimierz – nie grzesząc cierpliwością – nie zamierzał puścić tego wybryku płazem. Decydując się na drastyczny krok, jakim było uśmiercenie wikariusza, król chciał przede wszystkim zastraszyć opozycję kościelną i zapobiec kolejnym tego typu wystąpieniom pod swoim adresem. Kalkulacja ta okazała się skuteczna; polscy duchowni najwyraźniej wzięli sobie do serca los Baryczki, skoro w późniejszych latach żaden z nich nie odważył się już publicznie karcić Kazimierza za jego życie prywatne.
Jan Długosz nie zawahał się porównać zabicia Marcina Baryczki przez Kazimierza Wielkiego do czynu Bolesława Szczodrego. „Przez tę zbrodnię król częściowo dorównał swym przodkom, częściowo ich przewyższył, naśladując powtórzył przykład Bolesława II, zabójcy biskupa św. Stanisława” – napisał piętnastowieczny dziejopis. Potępił zatem piastowskiego panującego, aczkolwiek pochwalił go później za całokształt rządów i starał się to uzasadnić. Z oczywistych względów Długosz nakreślił również pozytywną charakterystykę Baryczki, który z czasem został otoczony kultem. Ostatecznie ten kult samoistnie wygasł, na co istotny wpływ miała postawa Kościoła, który z nieznanych nam powodów nie spopularyzował jego postaci."
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Kryminalne dzieje Piastów. Mroczna historia dynastii. Publikację kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
