Ewelina ma dwadzieścia cztery lata i studiuje historię sztuki, a jej serce bije szybciej na myśl o starożytnej Grecji. Gdy pewnego dnia pomaga w przeprowadzce osiemdziesięcioletniej pani Zofii, znajduje fotografię karty dań z cypryjskiej restauracji. Odkrycie natychmiast rozbudza jej ciekawość.
Menu pochodzi z 1974 roku – czasu tureckiej inwazji na Cypr. Przed laty znaleziono je w plecaku małej dziewczynki, która w tajemniczych okolicznościach trafiła do domu dziecka we Wrocławiu. Nigdy nie odnaleziono jej rodziny.
Zaintrygowana Ewelina wyrusza na wyspę, by odkryć historię sprzed lat. Wśród ruin, wąskich uliczek i cypryjskich tawern natrafia na ślady zawiłej przeszłości i z pomocą Jorgosa, urzekającego Cypryjczyka, zbliża się do poznania prawdy.
Prawdy, która może na zawsze odmienić nie tylko jej spojrzenie na świat, lecz także… ją samą.

Cypryjskie meze Jolanty Kosowskiej to poruszająca opowieść o pamięci, utraconych korzeniach i niezwykłych miejscach, które z czasem uczymy się nazywać domem. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Zaczytani.
Cypryjskie meze Jolanty Kosowskiej to opowieść o rozłące i poszukiwaniu własnych korzeni, o pamięci, tożsamości, ale też o rodzinnych sekretach – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Cypryjskie meze.
W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zamieściliśmy premierowy fragment książki Cypryjskie meze. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Tamtego wieczoru nie podjęła decyzji. Potrzebowała czasu, żeby przekonać się do tego pomysłu. Po tygodniu poprosiła mnie o pomoc przy porządkowaniu rzeczy.
– Nie wiem jeszcze, co zrobię – powiedziała. – Ale tak czy siak muszę spróbować się przygotować do przeprowadzki.
Każdego dnia pomagałam jej w tych przygotowaniach. Pani Zofia nie miała problemu z wyrzuceniem starych ubrań, kołder czy poduszek. W kontenerach lądowały niemodne płaszcze i stare buty. Książki, listy i porcelanę układałyśmy starannie w pudłach. Teraz staruszka siedziała przy stole. Obok niej na krześle stał dużych rozmiarów karton, podawałam jej z niego kolejne rzeczy, które segregowała.
W jednej z szuflad natknęłam się na notesy, zeszyty i kalendarze. Niektóre z nich pochodziły z lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.
– To bardzo ważne pamiątki – powiedziała Zofia. – Wszystkie mają dla mnie niesamowitą wartość. Są częścią mojego życia.
Wśród tych pamiątek mój wzrok przykuły zdjęcia menu pewnej restauracji. Było ono napisane ręcznie po grecku, a przedstawiające je fotografie włożono w foliową koszulkę. Na pierwszej stronie była nazwa restauracji.
Ἡ γέννησις τῆς Ἀφροδίτης, czyli Narodziny Afrodyty.
Pod spodem data: 1974 i nazwa miejscowości: Βαρώσια (Warosia).
To zdjęcia były dla mnie czymś zaskakującym. Wyjęłam je z folii. Zaczęłam przerzucać. Na kolejnych fotografiach widziałam nazwy potraw i opisy, jak je przygotować. Nigdy nie przyszło mi nawet na myśl, że ta krucha staruszka mogła podróżować w latach, kiedy prawie nigdzie się nie wyjeżdżało, a szczytem marzeń był wyjazd do NRD lub Czechosłowacji.
– Była pani kiedyś w Grecji? – zapytałam.
– Nie byłam – zaprzeczyła energicznie.
– Ktoś pani przywiózł taką pamiątkę?
– Nie – odpowiedziała dziwnie ostrym tonem. – Nieważne – dodała łagodniej. – To dawne czasy. Jestem już dzisiaj zmęczona. Chcę się położyć. – Mówiła jakoś dziwnie, jakby postawione przeze mnie pytanie było czymś niewłaściwym i nietaktownym.
Nagle poczułam się winna. Każdy człowiek ma prawo do swoich tajemnic. Widocznie to menu okazało się czymś więcej niż tylko spisem potraw dostępnych w jakiejś greckiej restauracji w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
– Znasz grecki? – usłyszałam za plecami, kiedy byłam już przy drzwiach.
– Znam.
– Skąd znasz?
– Nigdy pani tego nie mówiłam? Widocznie jakoś nie było okazji. Niedawno wróciłam z Erasmusa. Przez rok studiowałam historię sztuki na uniwersytecie w Atenach. Wcześniej przygotowywałam się do tego wyjazdu. Uczyłam greckiego. Byłam na kilku greckich wyspach…
Myślałam, że coś odpowie, ale milczała.
– Spokojnej nocy, Ewelino!
– Spokojnej nocy.
***
Βαρώσια. Warosia… Wróciłam do domu i nie dawało mi to spokoju. Gdzieś kiedyś słyszałam tę nazwę. Leżałam już w łóżku, kiedy przypomniałam sobie Ekatarinę, z którą byłam w grupie na studiach w Atenach. Pochodziła z Cypru. Kiedyś opowiadała o mieście duchów. Nagle nazwa przeczytana dzisiaj na zdjęciu menu z jakiejś restauracji wydała mi się podobna do tej wymawianej wtedy przez Ekatarinę.
Warosia.
Książkę Cypryjskie meze kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
