Po śmierci jednego z najstarszych mieszkańców Żórawiny do rąk Piotra Atosala – emerytowanego funkcjonariusza CBŚ – trafia pamiętnik Irminy Rutz. Spisane przed laty wspomnienia młodej Niemki odsłaniają dramatyczne wydarzenia końca wojny i prowadzą do tajemnic skrywanych przez dziesięciolecia.
Piotr, wspierany przez byłego policjanta i dziennikarza, próbuje odkryć, jak losy Irminy łączą się z niewyjaśnionymi zgonami sprzed lat. Im bardziej zagłębia się w przeszłość, tym więcej pojawia się pytań.
Dlaczego Irmina padła ofiarą tak niewyobrażalnego okrucieństwa? I kto pragnie, by jej historia nie została zapomniana?
Ukryty skarb, sekrety starego klasztoru i kolejne tropy odsłaniają prawdę, za której ujawnienie można zapłacić życiem. Bo są krzywdy, o których świat nie pamięta. I takie, które nigdy nie zostają wybaczone...

Do lektury powieści Piotra Lasoty Irmina zaprasza Wydawnictwo Novae Res. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Irmina. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Jak front przeszedł dalej na zachód, przez jakiś czas było jakby spokojnie. Potem do Żórawiny zaczęli przyjeżdżać Polacy, niektórzy zajmowali puste domy po Niemcach. Najgorsi byli szabrownicy: kradli, co się dało, pijani chodzili po domach, krzywdzili kobiety, często na oczach najbliższych. Kiedy już było więcej osiedleńców, najczęściej zamieszkiwali te domy, które stały puste, zrobiło się więc trochę bezpieczniej. Zdarzało się również, że Polacy wyrzucali Niemców z ich domów albo kazali całej rodzinie mieszkać w jednym pokoju, a nawet w budynkach gospodarczych. W końcu przyszli do nas, mieliśmy duży dom, a zostaliśmy tylko we dwoje. Była to rodzina z Warszawy. Od samego początku bałam się tego człowieka, miał takie pełne nienawiści oczy. Przyjechał z żoną i synem. Pamiętam, że chłopak miał na imię Józef, był niewiele młodszy od mojego braciszka Sebastiana. Kazali nam się wynieść na górę, do mojego małego pokoju na poddaszu. Próbowałam wytłumaczyć, że ojciec nie może wchodzić po schodach, pokazywałam, że nie ma nogi. Tamten tylko spojrzał na mnie i wskazał na oborę, dając mi do zrozumienia, że mogę wybierać. Tato nie wychodził całymi dniami, w jednym wiadrze wynosiłam nieczystości, w drugim przynosiłam wodę ze studni. Pomagałam, a właściwie to sama robiłam wszystko wokół domu, na polu, w ogrodzie. Musieliśmy przecież coś jeść, byłam traktowana jak parobek, ale żyliśmy. Miałam nadzieję, że jeszcze jakoś się to wszystko ułoży, wrócą stare, dobre czasy. Modliłam się o to, klęcząc przed obrazem Matki Boskiej w starej drewnianej ramie, który tak wiele znaczył dla naszej rodziny. Był z nami zawsze, kiedy szukaliśmy pomocy. Ten pokój stał się moją więzienną celą, ale i naszym schronieniem.
Tak naprawdę to od samego początku oszukiwałam samą siebie. Nie mogło być już dobrze, tak jak dawniej, zbyt wiele się pozmieniało. W sytuacji, w której się znalazłam, polubiłam małego Józefa. Był taki wesoły, ufny, wszystkie dzieci są takie same, bo nie są nauczone nienawidzić. Po miesiącu do Jabłońskiego, bo tak nazywała się ta rodzina, przyjechał jego brat. Z ich rozmów domyśliłam się, że jest jakimś urzędnikiem i dostał pracę we Wrocławiu. Pokazywał jakieś papiery. Zdziwiłam się, że mówi tak dobrze po niemiecku, pewnie dlatego przyjechał na te tereny. Przy stole siedziała pani Jabłońska, nie odzywała się, zawsze była taka milcząca i smutna, jakby nieobecna. Kiedy chciałam już wracać na górę, ten, który przyjechał, powiedział, żebym się z nimi napiła. Kazał mi zostać, pić za zdrowie gospodarzy. Chwalił się, jakie ważne zadania mu wyznaczono we Wrocławiu. Potem opowiadał, co Niemcy zrobili w Warszawie. Usłyszałam, jak z ich domu zostały ruiny podczas bombardowania, jak zginęli ich rodzice, córka jego brata. Jabłoński z żoną tylko patrzyli na nas, może domyślali się, o czym rozmawiamy. Po chwili ona wyszła zapłakana, też chciałam wrócić na górę. Dziwnie brzmiały ich opowieści o zniszczonej Warszawie, przecież to nie była moja wina, że ich najbliżsi nie żyją. Byli pijani, wiedziałam, że zaraz stanie się coś strasznego. Te ich spojrzenia, słowa, których nie rozumiałam, były tak wymowne. Nagle ten urzędnik złapał mnie za rękę, potem za włosy i zaczął mnie ciągnąć w stronę kanapy. Prosiłam, żeby mnie zostawił, a on się śmiał, że mogę ojca zawołać, pytał, gdzie są moi obrońcy. Słyszałam, co robiono z niemieckimi kobietami. Tamtego wieczoru sama tego doświadczyłam. Od miesięcy paraliżowała mnie świadomość, że mnie też to spotka. To jakby czekanie na coś nieuchronnego, co prędzej czy później się stanie, na wyrok, który już zapadł. Rzeczywistość okazała się straszniejsza niż najmroczniejsze myśli. Nawet nie krzyczałam, zamknęłam oczy i modliłam się, żeby to już się skończyło. Słyszałam tylko, jak powtarzał: „gut, gut…”. Leżałam skulona; kiedy odważyłam się otworzyć oczy, jego brat patrzył na mnie tak zimno, nieruchomo. Nic nie powiedział, niczego nie zrobił, ale bardziej przerażał niż ten, który mnie tak skrzywdził. Wróciłam na górę, ojciec spał, miałam nadzieję, że niczego nie słyszał. Próbowałam w zimnej wodzie zmyć wstyd i ból.
Następnego dnia brat Jabłońskiego wyjechał, nigdy już go nie spotkałam. Od tej nocy wszystko się zmieniło. Kilka dni później, kiedy byłam w kuchni, Jabłoński chwycił mnie za włosy. Odwróciłam się – znowu tak na mnie patrzył. Czułam się jak zaszczute, bezbronne zwierzę. Ciągnął mnie za warkocz, rzucił na tę samą wersalkę. Kiedy mnie krzywdził, nie pozwalał odwrócić głowy, musiałam widzieć jego oczy. Była w nich pustka. To nie był ostatni raz, trwało to tygodniami. Wiedziałam, co się stanie, kiedy w domu nie będzie jego żony i małego Józefa. Ale co mogłam zrobić? Gdzie uciekać, komu się poskarżyć? Myślałam, żeby go zabić, siebie zabić. Modliłam się, żeby ojciec wyzdrowiał, może wtedy mój koszmar by się zakończył, może byłaby szansa wyjechać z Polski. W końcu moje modlitwy zostały spełnione, ale Opatrzność chyba jednak nie do końca zrozumiała moje prośby. Pewnego wieczoru, kiedy byłam znowu upadlana przez tego potwora (nie liczyłam, który to już raz), zauważyłam, jak ojciec schodzi po schodach. Jedną ręką trzymał się poręczy, drugą opierał na kuli. Nasze spojrzenia się spotkały, pierwszy raz od miesięcy pomyślałam, że ktoś może jeszcze bardziej cierpieć w tym domu niż ja. W jego oczach było tyle bólu, prośby o wybaczenie. Ojciec jakby chciał biec na ratunek, a potem już tylko widziałam, jak spada, słyszałam jego krzyk, jak jego ciało obija się o drewniane stopnie, jak głową uderza o podłogę. Coś we mnie pękło, wyłam jak zwierzę, a on… nie przestawał. Jak niemy potwór przenikał mnie tymi oczyma i było coś jeszcze. Uśmiechał się, kiedy słyszał moją rozpacz.
Tato złamał drugą nogę, odnowiła się stara rana. Już nigdy nie opuścił naszego pokoju. Kiedy musiałam schodzić na dół, patrzył na mnie. Ile w tym spojrzeniu było emocji… Widziałam łzy w jego oczach, jakby chciał powiedzieć, żebym nie wychodziła, ale musiałam. Nie chciał jeść, nie chciał lekarza, chciał umrzeć. Domyślałam się dlaczego. Wiedział, że dla mnie jedynym ratunkiem może być jego śmierć. A Jabłoński dalej mnie krzywdził, ale już na niego nie patrzyłam, zamykałam oczy, nic nie czułam. Nie chciałam się do tego przyznać, ale czekałam na coś, co mogłoby być moim wybawieniem, straszliwe uczucie, ale to było silniejsze ode mnie. Śmierć ojca mogła być szansą na ucieczkę, przecież inni wciąż wyjeżdżali. Każdy dzień w tym piekle doprowadzał mnie do obłędu. Czekałam. Miesiąc później tato zmarł. Na pogrzebie spotkałam Niemców, którzy jeszcze zostali. Widywaliśmy się właściwie tylko na cmentarzu albo w kościele. Wszyscy mówili o jednym: co z nami będzie? Już chyba nikt nie wierzył, że wrócą stare, dobre czasy. To już nie była nasza ojczyzna, to już nie była nasza wojna. Byli tacy, co zamierzali zostać, przeczekać najgorsze, ja już tak nie myślałam. Chodziły pogłoski o transportach planowanych w najbliższych tygodniach, o niczym innym nie marzyłam, chciałam się znaleźć jak najdalej stąd. Kiedy obserwowałam swoich bliższych i dalszych znajomych, widziałam najczęściej starych ludzi, kobiety z dziećmi, mężczyzn prawie nie było. Zginęli albo jeszcze nie wrócili z obozów jenieckich. Widziałam coś jeszcze: smutne i pogodzone z losem oczy niemieckich kobiet. Ofiary czynów mężów, synów, ojców i braci. Wojna to nie tylko walka o przetrwanie na froncie. Nigdy żadna z nas nie mówiła o tym, co ją spotkało, żadna nie pomyślała, żeby się skarżyć gdziekolwiek komukolwiek.
Pod koniec lata dowiedzieliśmy się o kolejnych „grupach Niemców”, jak nas określano, zakwalifikowanych do wyjazdu. Byłam na liście. Tydzień przed tym dniem, na który tak czekałam, Jabłoński powiedział, że musimy udać się na posterunek milicji. Tłumaczył, przynajmniej tak zrozumiałam, że są jakieś urzędowe papiery do podpisania. Kiedy już byliśmy w budynku, zostawił mnie w małym pokoju, a sam poszedł do sąsiedniego. Drzwi były otwarte, widziałam siedzącego przy biurku mężczyznę w mundurze z biało-czerwoną opaską na ramieniu. Przywitali się, rozmawiali, po chwili dołączyło do nich jeszcze dwóch milicjantów albo żołnierzy. Przynieśli alkohol, chleb, kiełbasę. Starałam się na nich nie patrzeć, ale coraz wyraźniej słyszałam ich podniesione głosy, śmiechy. Po niecałej godzinie Jabłoński wrócił do pokoju, gdzie czekałam. Przeszedł obok mnie, nawet nie spojrzał. Zamknął drzwi wejściowe na taką dużą metalową zasuwę. To było jedyne wyjście z tego pokoju, w oknach były kraty. Wiedziałam już, co mnie czeka. Najgorsze, że znowu nic nie mogłam zrobić, byłam w klatce. Nikt tego nie zrozumie, bo nie jest w stanie nawet w części wyobrazić sobie tego, co przeżywałam i co czułam. Zakryłam twarz rękoma i czekałam. Łzy spływały mi po dłoniach, oczy miałam zamknięte. Krążyli wokół mnie jak wygłodniałe bestie. Ktoś mnie dotykał, ktoś inny kopnął w krzesło, na którym siedziałam. Upadłam na podłogę. Chciałam krzyczeć, uciec. Podnieśli mnie i położyli na biurku. Ktoś trzymał mnie za ręce, za włosy. Nie wiem, ile to trwało, ilu ich było. Niebiosa się nade mną zlitowały, zemdlałam. Kiedy otworzyłam oczy, miałam wrażenie, jakby ktoś dociskał moją skórę małym okrągłym przedmiotem – wszędzie, na całym ciele. Czułam śliskie, zimne dotknięcia. Krzyczałam, opętana strachem, a oni stemplowali mnie takimi zwykłymi urzędowymi pieczątkami. Maczali je w czerwonym i czarnym tuszu, a może w mojej krwi, i robili odciski na moim ciele. A ten potwór patrzył i się śmiał. Na sprawiedliwość nie miałam co liczyć, bo niby kto miałby osądzić i ukarać tych ludzi? Chciałam już tylko, żeby to wszystko się skończyło, żebym mogła uciec daleko stąd. Mogłam w końcu wyjechać.
To, co przeczytałem, dosłownie mnie powaliło. Napisała to dziewczyna, której ciało i umysł przez miesiące były potwornie kaleczone. Miała siłę o tym powiedzieć, zmierzyć się ze swoją traumą jeszcze raz. To było tak osobiste i prawdziwe, tylko dla niej zrozumiałe. Kilka zapisanych stron, lektura na dziesięć, dwadzieścia minut. Dla niej – mroczna wieczność w bólu kobiecej samotności. Wypiłem dwa kieliszki wina, wypaliłem kilka papierosów i nie chciało mi się nawet myśleć, byłem całym sobą odrętwiały, nawet nie wiem, jak długo to trwało. Chciałem na spokojnie jeszcze raz przeczytać wspomnienia Irminy, emocje zostały, ale zaczęły rodzić się też pytania. Czy to wszystko, co napisała ta dziewczyna?
Zdawać by się mogło, że to nie koniec jej wspomnień. Dlaczego jej zapiski zostały w Polsce, a może w ogóle nie wyjechała do Niemiec? Zakładałem, że napisała swoją historię po niemiecku. Kto i kiedy przetłumaczył ją na język polski? Czy wszystko, co napisała, zostało przetłumaczone? A może są to zupełnie inne opowieści, a może ta po niemiecku jest kontynuacją tego, co przeczytałem? Serce waliło mi podejrzanie głośno, miałem nadzieję, że znajdę odpowiedzi na swoje wątpliwości. Zerknąłem na wspomnienia, a właściwie opisaną gehennę, jaką tak kobieta przeżyła kilkadziesiąt lat temu. Włączyłem internet. Wstyd się przyznać, ale liczyłem na ciąg dalszy historii, to nie mogło przecież tak się zakończyć. Po trzech godzinach pozbyłem się złudzeń, wpisywałem po kolei każde zdanie po niemiecku w translator. To, co przeczytałem po polsku, było wiernym tłumaczeniem tego, co kiedyś napisała ta młoda Niemka.
Dopijałem kolejną filiżankę kawy, nie za bardzo wiedząc, od czego zacząć; właściwie to zastanawiałem się, co miałbym w ogóle rozpoczynać. Jaki jest związek historii sprzed kilkudziesięciu lat z dzisiejszym pogrzebem Jabłońskiego? Wszystko wskazywało na to, że ten mały Józek, o którym tak ciepło się wyrażała Irmina, został dzisiaj pochowany. Nie wierzyłem w zbiegi okoliczności. Dlaczego ktoś czekał latami, żeby odgrzebywać stare historie? Mogłem przeczytać i zapomnieć. Nie znałem Irminy, właściwie nikogo, o kim napisała, nawet z Anielą rozmawiałem pierwszy raz w życiu. Zdarzenia te miały miejsce, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było.
Jednakże ktoś przyniósł te zeszyty, chciał, żebym zapoznał się z tym, czego ta młoda Niemka doświadczyła. To było mocne, bolało po latach, nawet kiedy tylko o tym czytałem. Nurtowało mnie kilka pytań. Kto i dlaczego zamierzał wrócić do tych powojennych wydarzeń oraz czym sobie „zasłużyłem”, że pamiętnik znalazł się w moim domu?"
Książkę Irmina kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
